Adam

4 grudnia 2168

To już koniec. Prowadziłem ten dziennik przez ostatnie dziesięć lat. Wcześniej zajmował się tym mój ojciec. Razem spisaliśmy całą historię od samego zamknięcia bunkra. To jest ostatni wpis. Jeżeli to czytasz to pewnie nie będziesz miał czasu zapoznać się z codziennymi wpisami prowadzonymi od dziesiątek lat. Chcę zatem przedstawić krótki skrót wydarzeń, które nas spotkały.

Wejście do schronu zostało zamknięte 1 lipca 2128 roku. Właśnie wtedy rozpoczynała się wojna, której płomień miał strawić cały świat. Moja rodzina już od dłuższego czasu przygotowywała się do ucieczki przed nieuchronną śmiercią. Stworzenie bunkra pochłaniało znaczne środki więc na jego budowę złożyło się także paru przyjaciół ojca. Schronienie miało pomieścić aż dwadzieścia osób. W związku z problemami finansowymi schron został nieco zmniejszony. Nie miało to jednak większego znaczenia. Kiedy zawyły syreny alarmowe jeden z przyjaciół był w sąsiednim mieście. Nie było szans, żeby zdążył dotrzeć na czas. Wrota bunkra zostały zatrzaśnięte.

Tata i mama opowiadali mi o pierwszych latach spędzonych pod ziemią. Nie było im łatwo. Znali świat na zewnątrz, który pomimo wielu niebezpieczeństw gościł także piękno. Ciągnące się w nieskończoność pola, smaganie po policzkach delikatnymi podmuchami wiatru oraz ciepłe słońce i odległe gwiazdy. To wszystko zostało im nagle odebrane. Wąskie tunele schronu opisywali jako klaustrofobiczne. Ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego uczucia. Każdy kto całe swoje życie spędził pod ziemią nie potrafił zrozumieć lęku przed wąskimi przestrzeniami.

Pierwsze poważne awarie nastąpiły w pierwszych latach po zamknięciu bunkra. Jego konstrukcja nie okazała się tak wytrzymała, jak zakładano. Zautomatyzowane systemy stały się wadliwe w momencie, kiedy sztuczna inteligencja, która miał je kontrolować zbuntowała się i próbowała zabić wszystkich wewnątrz schronu. Na szczęście najistotniejsze systemy nie było do niej podłączone.

Wszystkie te problemy udało się przezwyciężyć. Nie obyło się jednak bez strat. Jedno ze skrzydeł schronu zostało całkowicie zniszczone. Odebrało to niemalże jedną trzecią powierzchni mieszkalnej. Znajdowała się tam hodowla ryb i farma glonów. Zaprojektowano je jako spójny ekosystem, który przez lata miał dostarczać pożywienia mieszkańcom. Wybuch i skażenie zabiło wszystkie ryby. W tamtej części znajdował się także jeden z magazynów części zapasowych i centrum komunikacji.

Skażenie z systemu filtracji powietrza próbowało także przedostać się do innych części schronu. Wycieki zdarzały się bardzo często. Do schronu dostało się dwanaście osób. Po paru miesiącach zostało ich już jedynie siedmiu. Przy samych wrotach znajdują się tabliczki upamiętniające każdego z poległych. Mimo że sytuacja w bunkrze ustabilizowała się, awarie nadal się zdarzały. Rozwiązania, które przygotowano przed zejściem pod powierzchnię często były nie dostosowane do praktycznych zastosowań. Pomimo tego z każdym rokiem mieszkańcy przystosowywali się do otoczenia i wypracowywali rozwiązania pomagające im przetrwać. W końcu uznali, że są gotowi by mieć potomstwo, które możliwe, że nigdy nie zobaczy powierzchni.

Urodziłem się 7 lutego 2146. Moimi rodzicami są Daniel i Amber Ortis. Jestem ich trzecim dzieckiem, drugim urodzonym pod ziemią. Moja starsza siostra Sabrina umarła w wyniku zatrucia jedzeniem 18 marca 2136. Po jej śmierci rodzice byli zdewastowani. Przez długi czas nie mogli pogodzić się ze stratą córki. Biegnący niezwykle wolno czas w końcu zabliźnił tę ranę i pozwolił na decyzję o kolejnym dziecku. Tak narodził się mój starszy brat Dachee. Było to 1 kwietnia 2143 roku.

Rodzice starali się zapewnić nam przetrwanie na wszystkie możliwe sposoby. Bez światła słońca, z ograniczoną dietą i wiecznie filtrowanym powietrzem nie było to prostym zadaniem. Sala, w której przygotowano lampy które miały emitować promienie UV i pobudzać organizm do wytwarzania naturalnej witaminy D3 zniszczyła się, kiedy jeszcze byłem mały. Nasza skóra nie wytworzyła zatem zbyt wiele pigmentu przez co byliśmy biali jak śnieg. Niewielka ilość i różnorodność jedzenia sprawiły, że nie byliśmy zbyt wysocy. Nasze kości były słabe i kruche. Wzrok bardziej przystosował się do ciemności niż światła. Wyostrzył się także nasz słuch i orientacja przestrzenna.

Czternaścienaście lata po mnie, dokładnie 21 czerwca 2160 urodziła się moja młodsza siostra Sese. Życie w schronie było niezwykle monotonne. Ograniczona przestrzeń nie pozwalała na zbyt wiele zabaw. Razem z rodzeństwem wymyślaliśmy zatem mnóstwo gier planszowych używając przeróżnych odpadków. Sporą część czasu poświęcaliśmy także na naukę. W bunkrze zgromadzono dyski wypełnione całą dostępną wiedzą ludzkości. Podobno na powierzchni dzieci zazwyczaj nie lubiły się uczyć, my nie mieliśmy jednak niczego innego do roboty. W ten sposób mój młody umysł został wypełniony wiedzą na wszelakie tematu. Potrafiłem rozwiązać każdą zagadkę matematyczną, obliczyć w pamięci ilość paliwa potrzebnego by wynieść rakietę dowolnej masy i kształtu na orbitę albo wyrecytować z pamięci większość dzieł Williama Shakespeara. Pomagał mi w tym pewien wszczep który rodzice zamontowali mi chwilę po urodzeniu. Wspomagał on moją pamięć i pomagał zachowywać więcej informacji.

Lata leciały, a w schronie niewiele się zmieniało. Co jakiś czas coś psuło się albo wybuchało. Razem z rodzeństwem dorastaliśmy w ciągłym strachu, że każdy dzień może być naszym ostatnim. Przyzwyczailiśmy się do tego i pogodziliśmy się z faktem, że całe życie spędzimy w bunkrze. Wytresowane zwierzęta uznają klatkę za swoje miejsce na świecie i nie kwestionują tego stanu rzeczy, chyba że pojawią się bodźce zmuszające je do opuszczenia strefy komfortu.

Kiedy miałem szesnaście lat, dokładnie 3 marca 2162 nastąpił wyciek gazu w jednej z rur biegnących w odciętej części schronu. Ktoś musiał je załatać. Padło na mnie i mojego brata. Uznano, że jesteśmy już wystarczająco dorośli, aby się tym zająć. Otrzymaliśmy konkretne instrukcje i skafandry które chroniły przed promieniowaniem i skażeniem. Zadanie było proste i zajęło nam nie więcej niż piętnaście minut. Kiedy skończyliśmy chciałem od razu wrócić do bezpiecznej strefy. Dachee zatrzymał mnie jednak i kazał iść za sobą. Byłem pewien, że wie o jakimś innym wycieku, który też należało naprawić. Zaprowadził mnie do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego ekranami. Zrozumiałem, że nie chodzi tu o żaden wyciek i chciałem wracać. Dachee poprosił mnie jednak żebym został. Połączył ze sobą parę kabli i nagle pomieszczenie wypełniło się światłem. Wszystkie ekrany wyświetliły niezwykły obraz. Nagle zamiast w ciemnym tunelu znalazłem się w środku lasu. Z głośników popłynął śpiew ptaków i szum liści. Na ekranowym niebie świeciło jasne słońce. Ekrany były dla mnie o wiele za jasne. Ich światło wywołało ból w moich spojówkach. Popłynęły mi łzy. Mimo to nadal patrzyłem. Przyglądałem się pięknu, którego nigdy nie poznałem. Wiedziałem, że jestem w lesie tylko dlatego, że znałem go z książek zapisanych na dyskach. Śpiew ptaków poznałem jako zbitki zgłosek, które miały imitować ich śpiew. O słońcu wiedziałem najwięcej. Zawsze pragnąłem poczuć jego ciepło na własnej skórze.

Od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Wykorzystywałem każdą okazję, żeby wymknąć się do odciętego skrzydła. Udało mi się dostać do komputera połączonego do sali ekranów. Zapisanych były tam tysiące plików. Oglądałem ocean, którego fale próbowały wydostać się do realnego świata i zatopić mnie w głębinie. Widziałem szczyty gór okryte śniegiem, gdzie tlenu jest tak mało, że ludzie niemalże nie mogą tam oddychać. Stałem pośrodku wysokich traw dzikiej prerii, której równina zdawała się ciągnąć przez cały świat. Zacząłem śnić. Nocami wędrowałem po wspaniałych miejscach świata, którego nigdy nie miałem poznać. W końcu poczułem, że muszę coś zrobić. Zacząłem przygotowywać się do rozmowy, która miała zmienić wszystko. Nie zdążyłem jednak. Moi rodzice przyłapali Dachee kiedy ten wymykał się do sali ekranów. Nastąpiła straszna kłótnia. Ciężko mi to opisywać. Nasza rodzina od samego początku trawiona była wieloma cichymi konfliktami. Zamknięcie pod ziemię i przebywanie w swoim towarzystwie niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę sprawiło, że nasze relacje były niczym naciągnięte struny. W końcu musiały pęknąć.

Dachee chciał otworzyć wrota bunkra i wyjść na powierzchnię. W zniszczonym pomieszczeniu do komunikacji z powierzchnią udało mu się naprawić radio i złapał jakiś sygnał. Według niego oznaczało to, że na ziemi nadal żyli ludzie. Wszystkie skanery dotyczące sytuacji na powierzchni zostały zniszczone więc nie dało się tego sprawdzić. Oczywiście rodzice i reszta mieszkańców bunkra zdecydowanie się temu sprzeciwiła. Otwarcie włazu oznaczałoby, że jeżeli w powietrzu jest jakikolwiek wirus lub promieniowanie, wdarłoby się to do wnętrza schronu. Wszystko sprowadzało się zatem do ryzyka. Albo na powierzchni można żyć i bunkier nie jest tak naprawdę potrzebny albo otwarcie wrót zabije wszystkich.

Jak zawsze wszystko odbywało się wolno. Kłótnia ciągnęła się dniami. Zmieniła się w wojnę składającą się z wielu bitew, podjazdów i odwrotów. Ograniczona przestrzeń sprawiała, że nadal wszyscy musieliśmy współpracować. Po tygodniu od rozpoczęcia tej niekomfortowej sytuacji okazało się, że młodzi mieszkańcy schronu chcieli podjąć ryzyko i wyjść na powierzchnię. Starsi uważali to za głupotę i właściwie samobójstwo. Poszukiwanie wspólnego rozwiązania ciągnęło się tygodniami. Choć jak każdy byłem zaangażowany w te dyskusje nie opowiadałem się po żadnej ze stron. Pokój ekranów pozwolił mi zajrzeć niczym przez dziurkę od klucza na to jak wyglądał świat na powierzchni. Wiedziałem jednak, że sporo musiało się zmienić od momentu, kiedy nagrano wyświetlane filmy. Świat mógł być już jedynie radioaktywną pustynią. Kiedy wspomniałem o tym Dachee uciął temat mówiąc, że woli raz ujrzeć zniszczona powierzchnię niż całe życie chować się pod ziemią.

Napięta atmosfera sprawiła, że każdy zaczął zachowywać większą czujność. Ludzie uważali, by nie zostawać w pomieszczeniu w towarzystwie jedynie osób o innych poglądach. Zaczęto sprawdzać czy jedzenie nie jest przypadkiem zatrute. Paranoja zaczęła snuć się korytarzami jak upiór szukający ofiary do pożarcia. Wraz z nowymi awariami zaczęły pojawiać się podejrzenia. Starsi zastawiali się czy nie jest to może sabotaż, który miałby przekonać ich, że wnętrze schronu nie jest bezpieczne. Taki stan rzeczy nie mógł utrzymywać się przez dłuższy czas. 8 kwietnia doszło do eksplozji całego napięcia.

Byłem w jadalni i siedziałem nad jakąś książką, kiedy nagle usłyszałem straszny hałas. Krzyki odbijały się od ścian tuneli bunkra. Zerwałem się z ławki, coś podpowiedziało mi, gdzie mam biec. Kiedy wpadłem do przedsionku schronu zastałem przerażającą scenę. Mój ojciec leżał na ziemi z zakrwawioną twarzą. Nad nim stał Dachee z kamiennym wyrazem twarzy. Po jego oczach widziałem jednak dzikie emocje, które szarpały jego sercem. Przy samych wrotach bunkra stali młodzi mieszkańcy bunkra. Dwóch kombinowało przy panelu kontroli drzwi. Po drugiej stronie stali starsi. Na ich twarzach widniało przerażenie, ale i determinacja. Na ich czele stała moja mama. W ręku trzymała karabin i mierzyła nim prosto w Dachee’a. Byli tu wszyscy mieszkańcy schronu. Najwyraźniej tylko ja nie zostałem zaproszony. Możliwe, że to dlatego że przez cały czas zachowywałem neutralność i nie określałem się po żadnej ze stron.

Tego co wydarzyło się dalej nie pamiętam najlepiej. Mój umysł chyba po prostu nie potrafił przyswoić tego co się działo. Czytałem o setkach rewolucji. Poeci uwielbiali je opisywać, a ja kochałem o nich czytać. Rozkoszowałem się wizją ofiarnej walki o wolność. Serce zawsze biło mi mocniej, kiedy zderzałem się z każdą romantyczną rewolucją. Ale rzeczywistość jest inna. Jest brudna i krwawa.

Wrota były zaplombowane przez starszych. Udało się je otworzyć, ale prąd poraził dwójkę młodych przy konsoli. Ich ciała natychmiast zesztywniały a na twarzach pojawił się wyraz nieopisywalnego bólu. Ktoś musiał uznać to za celowe działanie starszych. Brat jednego z porażonych wyskoczył do przodu z dzikim krzykiem. W ręce ściskał ładunek wybuchowy który miał posłużyć do przebicia się przez warstwę ziemi, która przykrywała wrota z drugiej strony. Nie wiadomo, czy chciał rzucić go w stronę starszych. Krzyczał, żeby odłączyli prąd i ratowali jego porażonego brata. Moja mama spanikowała. Widząc uzbrojonego chłopaka, nacisnęła za spust. Pocisk trafił go w pierś. Chłopak padł na ziemię. Kolejne wydarzenia posypały się jak lawina, której nie dało się już powstrzymać. Huk wystrzałów i rzucanych ładunków zagłuszyły mój własny krzyk rozpaczy. Starcie nie trwał długo. Eksplozja jednego z ładunków dotarła do któregoś reaktora znajdującego się za ścianą. Nastąpiła reakcja łańcuchowa. Potężny podmuch energii odrzucił mnie w tył.

Kiedy się ocknąłem było już po wszystkim. Przedsionek schronu został całkowicie zdemolowany przez eksplozję. Wśród gruzów i niedopałków zacząłem szukać ocalałych. Znalazłem kilku. Ich stan był tragiczny, ale nadal żyłem. Eksplozja zniszczyła większość reaktorów przez co w bunkrze zaczęło brakować prądu. Narzędzia medyczne nie działały przez to poprawnie. Nie miało to jednak większego znaczenia. Stan rannych był tragiczny. Zaczęli umierać jeden po drugim, a ja nie mogłem nic zrobić. Jednym z ostatnich który odszedł był mój brat Dachee. Przed śmiercią ocknął się na parę sekund. Majaczył. Zrozumiałem tylko parę słów o zielonym raju i wolności. Później cytował jeszcze hasła rewolucji Francuskiej. Umarł spokojnie. Wydawało się, że nie żałował. Ja jednak żałowałem. Mogłem temu zapobiec. Wystarczyłoby odciąć pomieszczenie z ekranami tak żeby nikt nie mógł spojrzeć na świat poza schronem.

1 grudnia 2168 wieczorem umarła ostatnia osoba. Zostałem sam. Słaby, samotny, ale wolny. Pochowałem martwych i zacząłem zbierać wszystko co mogłoby mi się przydać na powierzchni. Pozostanie w bunkrze nie miało już żadnego sensu.

Dzisiaj 4 grudnia 2168 kończy się historia naszego schronu. Ceną opuszczenia go była śmierć wszystkich poza mną.

Do zobaczenia,

Adam

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Dalia godzinę temu
    Intrygujący początek i filmowy klimat - to ma potencjał.
    Najsłabszym punktem z całą pewnością jest tutaj wielkość tego bunkra. Dostrzegam tutaj pewien zgrzyt między "rozmachem" technologicznym a skalą ludzką. Nie opisujesz rządowego projektu dla tysięcy ludzi, ale prywatną inicjatywę kilku (?) rodzin, które ledwo było na to stać... a gdzie w tym wszystkim lekarze, inżynierowie i cała świta niezbędna do stworzenia tej zaawansowanej cywilizacji, o której się rozpisujesz?
    Wziąłeś na barki niezwykle trudny temat, zobaczymy jak dalej sobie z nim poradzisz.
    Na zachętę zostawiam 5.
    Pozdrowienia :)
  • il cuore
    Postąpo jest teraz modnym stylem, podobnie było w czasie wyścigu zbrojeń (teraz jest podobnie) jednak obecnie wojna jest nieunikniona.
    Piszesz dosyć naiwnie jakbyś nie rozumiał podstaw istnienia, bunkry czy inne instalacje (Putin ma całe miasto pod Uralem) nie stanowią potencjału gospodarczego, trzeba wreszcie wyjść: nawet po kilkunastu latach 🐝💥

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania