Admirał

W koszulce pirackiej i mycce z czaszką,

Pochylony nad balią z praniem,

Pianę wzbijałem ku niebu – chlup, chlup,

Wiosłem szarpałem ocean zbyt spokojny.

 

Wichry w koszulę łapałem na kiju,

Kurs obierałem – ahojj! – wołałem.

Ster trzymał mój język, nie ręce,

Żagiel inspiracją: tam, gdzie wiatr dmie!

 

Świat zmierzyłem bez lunety i bez map,

Z oceanem biłem się z tupotem i krzykiem.

Gwiazdom nie wierzyłem, bo mrugają okiem.

Ja wam dam, wy żartownisie, dranie!

 

Na Nilu mętnym, wezbranym i groźnym,

Szczerzyłem kły z krokodylem rozeźlonym.

Ocean zamarł, gdy dryfem szedłem – skarpetki prałem,

Rekin ludojad nad tonie morskie skoczył i zbladł.

 

Na prerii mustang czarny jak moje pięty,

Ogonem zamiótł mi pod nosem – szast!

Wierzgnął, kopytem zabębnił, z nozdrzy prychnął,

Oko puścił i w cwał – patataj, patataj!

 

Na safari gołymi przebierałem piętami – plac, plac!

Słoń zatrąbił, nie uciekłem, w miejscu trwałem.

W ucho dostał, ot tak – i odstąpił: papam, papam.

Został po nim tylko w piasku ślad i swąd.

 

Lew zaryczał – też nie pękłem, no nie ja!

W pierś bębniłem – bim, bam, bom – uciekł w dal.

Ciekawskiej żyrafie, mej postury chwata,

W oczy zaglądałem – z dumy aż pękałem.

 

A na kontynencie płaskim i gołym,

Jak cerata w domu na stole świątecznym,

I strusia na setkę przegoniłem – he, he!

Bo o medal z kartofla to był bieg.

 

Aż tu nagle: buch, trach, jęk – strachem zapachniało!

Coś zatrzęsło, coś tu pękło – to nie guma w gaciach...

Łup! okrętem zakręciło, bryzg mi wodą w oko,

Flagę z masztu zwiało i na tyłku cumowałem.

 

Po tsunami pranie w błocie legło,

Znikły skarby i trofea farbą plakatową malowane,

Z lampy Aladyna duch też nawiał – łotr i tchórz,

Kieł mamuta poszedł w proch, złoto Inków trafił szlag.

 

Matka w krzyk „Ola Boga!” – ścierą w plecy chlast!

Portki rózgą przetrzepała jak to dywan.

Aj, aj, aj, aj! chlip, chlip! to nie jaaaa...

Smark, smark, łeee – nawyki to z przedszkola.

 

Z domku, skrytym w kniejach dębu, ot kontrola lotów.

Słyszę łańcuch jak klekoce, rama trzeszczy.

Dzwonek – dzyń! błotnik – dryń! szprychy aż pękają.

Kłęby kurzu w dali widzę – nie, to nie Indianie.

 

To nie szeryf z gwiazdą pędzi na rumaku,

To nie szalik śwista (z klamrą...? e tam)

Ojciec w drodze z wywiadówki – coś mu śpieszno.

Aż mnie ucho swędzi, no to klapa, koniec pieśni...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • il cuore 4 miesiące temu
    Stresująca sytuacja a jednak dziecko potrafi się bawić i psocić, oczekując na przyjście ojca z wywiadówki.
    Wporzo tekst.
  • piliery 4 miesiące temu
    Jakoś mnie te wspominki nie wzięły. Nie bardzo czytam do jakiego odbiorcy kierujesz ten tekst? Ani dla dzieci, ani dla "dorosłych", ani dla młodzieży.
  • riggs 4 miesiące temu
    A mnie się podoba.
  • infelia 4 miesiące temu
    Worek przygód jest otwarty. Kto chce więcej palce, w górę!
  • riggs 4 miesiące temu
    👍

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania