Anabelle
Kaskady ciemnych loków rozproszyły się po powierzchni wody, wzburzając jej gładką taflę i tworząc liczne niesymetryczne mozaiki. W przeciwieństwie do przerażonej, drobniutkiej blondynki, skulonej na drugim końcu olbrzymiej balii, czarnowłosa zdawała się być całkowicie niewzruszona faktem, iż koło niej wiją się dwa pokaźne pytony. Pieściła kościstymi palcami ich łuskowatą skórę, co jakiś czas podawała ścierwa polnych myszy, bądź norek. Jasnowłosa milczała, uważnie śledząc każdy, nawet najdrobniejszy ruch węży.
– Wstań, Anabelle – odparła władczo Misery, wbijając swoje bezczelne spojrzenie w skonsternowaną filipinkę.
– Nie rób min, tylko wstań, dziewczyno – powtórzyła ze stoickim spokojem, odgarniając za ucho niesforny lok. Było to niewątpliwie syzyfową pracą, zważając na gęstość i stopień splątania kręconych włosów.
Przestraszona dzierlatka, jakby wybudzona z letargu, zaczęła zauważalnie drżeć na całej powierzchni porcelanowej skóry. Bała się. Potwornie.
Wbiła wzrok w nagie stopy, przełknęła strach wraz z gęstą śliną i podniosła swe ciało niezgrabnie z wody.
Miała je wątłe, blade jak kartka papieru, z wyraźnie rysującymi się pod skórą arkadami żeber. Biodra wąskie, nieco szersze ramiona i malutkie piersi. Innymi słowy, jak to wyraziście ujęła Emily przy ich pierwszym spotkaniu: „Gdyby urżnąć ci łeb, skłonna bym pomyśleć, żeś nie dziewczę, lecz nastoletni młodzian”.
Oczy Nędzy błyszczały złowrogo, jak dno dawno nieużywanej studni.
Jeśli z którychkolwiek można czytać niczym z otwartej księgi, tak smoliste tęczówki panny Frischer nie wyrażały zupełnie nic. Były tylko lustrem dla uczuć, które się w nich odbijały.
Czarnowłosa również wstała i nie czekając na zezwolenie, czy na jakiekolwiek słowa które mogłyby wypłynąć z ust płowowłosej, rzuciła się na nią w dzikim impecie, tak jak drapieżnik, gdy dopada swej ofiary. Agresywnie wpiła się w jej wargi, kąsała je i spijała ściekającą stróżkami ciepłą, szkarłatną posokę. Jęczała nieludzko, brutalnie ściskała jej piersi, podgryzała sutki, szczypała pośladki.
Nieposkromiona żądza, która od kilku miesięcy drzemała w tej sadystycznej nimfomance, znalazła swe ujście.
Po chwili, która dla tej pary ciągnęła się w rozkoszną wieczność, Anabelle osunęła się bezwładnie do wody. Oczy miała przekrwione, utkwione w suficie, usta rozciągnięte w koszmarnym uśmiechu. Z jej klatki piersiowej, w miejscu, gdzie winno znajdywać się serce, wystawała pokryta ciemną juchą rączka pozłacanej mizerykordii.
Nietknięta żalem Misery wyrwała nóż, otarła zabrudzone ostrze o udo, pokryte lśniącymi kropelkami potu.
Węże, o łuskach w kolorze kiru, zbliżyły się do sztywnego ciałka, a po niemym przyzwoleniu ich pani zaczęły na zmianę wyrywać ochłapy mięsa, począwszy od soczystych ud, łydek i bioder.
Ściany pokryły się purpurą.
Komentarze (10)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania