auto-niewiadomoco
Szkicownik chudnie, pozbawiam go kolejnych stronic, zabazgranych, zamazanych, pomiętych, pogiętych, krzywych, wyszczerbionych.
Amputowane szkicownikowe organella lądują w koszu na śmieci, obok okładek zeszytów (wolę, gdy notatniki ich nie mają) i plastrów.
Owijam bandażami nadgarstki, albo duszę klatkę piersiową, ściskam żebra, ot tak, żeby czegoś doświadczyć, nie siedzieć bezczynnie nad biurkiem pełnym nieudanych szkiców, szklanek, pędzli i starych informacji z zakresu psychologii. Tylko dodatkowo odczuwać, czuć bardziej, czuć, że jestem. Jestem, bo czuję, wyczuwam te bandaże, które mnie oplatają, chociaż nie mam ran. Powinny otulić duszę, niematerialny byt, znaczony szlakiem blizn, sam będący jednym powrozem szram, zadrapań i zsinień. Tworzę historię, a oczy płaczą, krzyczą, bym założyła okulary, nim stanę się ślepcem całkowitym, tak wielkim, że będę mylić ratusz miejski z pałacem Buckingham. Nie słucham ich. Może powinnam. Przecieram cały czas palcem wskazującym powieki, mrugam nerwowo, to jeden z licznych tików. Myślę nad tym, że któregoś dnia one wypłyną. Oczy wypłyną w rejs, wtedy będę miała tylko zmęczone oczodoły, zaczerwienione studnie wypełnione krwią.
Leżąc, słyszę zegar, próbujący chwycić czas za nogę. Zmiażdżyć ją i zakrzyknąć triumfująco. Gonisz! I wtedy czas będzie biegł za zegarem, po drodze wydeptanej przez wskazówki.
Sześćdziesiąt sekund do śmierci to indywiduum we wczesnych latach kompletnie nieogarnięte, lekkomyślne, niepoczytalne, albo działające podświadomie. Minuta prawie uśmierciła dziecko, niechcący wpychając wózek pod koła jadącego samochodu. Nie wyprowadziłaby też ludzi z pożaru, weszłaby zaś w sam jego środek.
Usiadłabym koło tej ośmioletniej sekundy, sekundy sześćdziesiątej. Milczałabym, bo jakimkolwiek słowem zaburzyłabym ciąg czasoprzestrzeni, wszystko trafiłby szlag przez mój egoizm. Cały misterny plan w pizdu.
Usiadłabym na kaloryferze obok Minuty, a ona wydrapałaby oczy niewidzialnej przyszłości.
Wzięłabym wtedy jej dłonie i włożyła do niszczarki, starłabym twarz na tarce.
Zegar szepcze, pieści wilgotne włosy, związane w dwa grube warkocze, jak dwie żmije.
Szumy i syczące pomruki, przemawiają gardłowo, mówią, że ta herbata o smaku dzikiej róży była ohydna. Faktycznie.
Nie słodzę.
Balsam pachnący żurawiną, wory. Wory pod oczami, sine półkola. Długie włosy, czasem jasne.
Komentarze (6)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania