Azymut
Azymut
Zapatrzeni w Słońce (część pierwsza)
Budzę się wśród szarości
ciemności bylejakości
otrząsam z lepkich naleciałości
co przywarły do mnie jak pijawki
jak komary i inne poczwary
co spijały moją krew i osłabiały
moją wolę moje zamiary
co oślepiały zaślepiały mamiły
bogactwem urodą
próżnymi nadziejami władzą
innymi bzdetami
Obmywam się z tego
co do mnie przylgnęło
idącego przez ciemną gęstwinę
ludzkich naleciałości
słabości próżności
spotykającego fałszywe muzy ułudy
świetliki i kwiaty nocy
dzisiejsze gejsze
wabiące czarujące
na moją duszę nastające
Omijam milowe kamienie
samolubnej rozkoszy zuchwalstwa
zarozumialstwa
by pokornie się schylając
ujrzeć w dali światło
do niego podążam
biorę oddech głęboki
i na tę jasność co dodaje siły
kieruję kroki
bym nie zboczył z drogi
nie stoczył się w czeluści
co dna nie mają
co wabią przydrożnymi atrakcjami
erotycznymi przygodami
Zakładam klapki na boczne oczy
bym szedł prosto do celu
i nie zboczył
nie stoczył się w czeluści
i przepadł gdzieś w zatraceniu
Komentarze (3)
/co oślepiały zaślepiały maniły/ – mamiły: prędzej...
maniły to stan maniakalny
Poradź się usterek: najmniejsza, Paulina, realisty i jeszcze kilka, bo macie wspólną tendencję – albo konto...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania