Barwa krwi, ognia, miłości część 1

Wydarzyło się to w czasach komuny, gdy społeczeństwo nie przesiadywało godzinami przed telewizorem, komputerem, ponieważ tych pierwszych było za mało, a drugich wcale. Tylko z książką albo gazetą w garści odpoczywali po pracy i zagospodarowywali wolne chwile. Najwięcej o tak mijanych dniach mogliby powiedzieć niepełnosprawni, przekłuci chorobą do wózka, czy łóżka. Pozbawieni terapii, rehabilitacji i mieszkający na trzecim piętrze, gdzie wąska kręta klatka schodowa uniemożliwiała im pobyt na świeżym powietrzu. Jedyną możliwością na kontakt ze światem i otrzymaniem od słońca witaminy D, było niewielkie okno.

Przesiadywanie w otwartym oknie przy ładnej pogodzie i obserwowanie przechodniów, a zwłaszcza lokalnych wydarzeń, wtedy było dość powszechne. Nikogo nie dziwiły prowadzone na odległość konwersacje, czy omawianie sensacyjnych wiadomości, które natychmiast przestawały być czyjąś tajemnicą. Słowa wędrowały z wiatrem, przekazywane głuchym telefonem na spore odległości przekształcały się bardziej, lub mniej. Nigdy po tygodniowej podróży nie były takie same jak w pierwszych minutach swojego zaistnienia. Dodawano szczegóły, świadków, nowe miejsce zdarzenia i czas dopasowywano. Jednak zdarzały się wyjątki, gdy forma przekazu zapadała w ludzkiej pamięci i pozostawała przez lata niewypaczona.

Najlepsze i obfitujące w szczegóły opowieści powstawały podczas długoletniej obserwacji osób mieszkających w mieszkaniach z oknami naprzeciwko. Ciasna zabudowa i niewielka odległość czasem na wzajemne wyciągnięcie rąk sprzyjała obserwacji czyjegoś dnia codziennego. Wtedy takie wścibstwo prawie niczym nie różniło się od współczesnego umieszczania info na portalach społecznościowych z ostatnich przeżyć, o ile był ktoś, kto to oglądał i słuchał. Jednak istniały istotne ograniczenia wynikające z braku powszechności wykonywania fotografii, czy możliwości jej ekspozycji, a zwłaszcza ukazania czegoś dziejącego się poza kadrem i przemyśleń.

Jednym z lepszych obserwatorów okiennych była dziewczynka, której ojciec w dzieciństwie chorował na wirusową chorobę Heinego-Medina. Objawy miał grypopochodne i z tego powodu nie zaszczepiono go na tę chorobę. Jego córkę wirus polio nie potraktowało tak łagodnie i doznała porażenia mięśni o trwałym charakterze. Mężczyzna, chociaż do niczego negatywnego się nie przyczynił, dręczył się, że nie zrobił wszystkiego, by własne dziecko ochronić.

Malwinka miała bystry umysł i doskonały wzrok, słuch też znacznie bardziej czuły od innych dzieci w jej wieku. Widocznie one nie miały potrzeby wypełnić sobie pustki, jaką powodowały ograniczenia fizyczne. Rodzice jej pracowali, a nią w tym czasie zajmowała się sąsiadka, która była rencistką. Kobieta uwielbiała zakupy i wolała bardziej od innych stać w kolejkach. Nikogo nie powinno to dziwić, ponieważ tam życie kulturalne miasta kwitło i w czasie oczekiwania na dostawę, występował handel wymienny. Czasami przy odrobinie szczęścia, można było nabyć atrakcyjne towary zachodnie przysłane przez rodziny i znajomych w paczkach. Dziewczynka dzięki opiekunce korzystała z takich dostaw i zawsze miała na sobie najpiękniejszą sukienkę, chociaż nikomu nie mogła się tym pochwalić. Dzieci nie chciały być taką kaleką jak ona, więc jej unikały i nie interesowała ich przyczyna powstania choroby. Wolały się do niej nie zbliżać i okazywały swoją niechęć. Sprawiali jej tym przykrość, dlatego nie lubiła wychodzić na dwór i wolała w ciepłe dni przebywać w otwartym oknie. Kiedy padał deszcz albo było zimno, spoglądała tylko czasami przez szyby i wracała do czytania interesującej książki.

Pewnego dnia ona pierwsza dostrzegła Marcinka, a zainteresowała się nim gdy pomyślała, że zachorował podobnie jak ona. Wtedy nie znała jeszcze w pełni swoich ograniczeń i myślała o nich jako o czymś przemijającym. Tylko on w przeciwieństwie do niej, był noszony na rękach przez rodziców z powodu radości, jaką im sprawiał.

Marcinek wychowywał się w dość hermetycznym środowisku, gdzie najważniejsza była mama, tato, muzyka i książki z bajkami. Chroniono go przed chorobami, nieszczęściem i złem. Tam nie było miejsca na niedomówienia, wzajemne pretensje, sprzeczki i wbrew oczekiwaniom zawistnych ludzi świat iluzji gwałtownie nie runął i trwał stabilnie aż do czasów szkolnych. W pierwszych dniach nauki miał nad innymi sporą przewagę, potrafił pisać i czytać na poziomie drugiej klasy. Natychmiast w środowisku równolatków stał się kimś gorszym, pogardzanym, wyszydzanym. Przypięto mu łatkę mami synka, ciamajdy i ciepłych klusek. Szarpano, szturchano i bito tylko dlatego, że nie był rozwydrzonym bachorem, któremu wszystko wolno, z racji pochodzenia społecznego. Nauczyciele wzywali do szkoły rodziców szkolnych chuliganów i informowali o ich wybrykach. Jednak oni, zamiast przywołać swoje pociechy do porządku, wynajdywali dla ich złego zachowania, coraz bardziej zawiłe usprawiedliwienia.

Chłopiec mógł odwrócić się od wpojonych wartości i przyłączyć do rozwrzeszczanej bandy albo skulić się w sobie i trwać jako nieprzystosowany. Podczas jednego z gorszych swoich szkolnych dni, zrobił coś bez zastanowienia. Nie potrafił później powiedzieć, co nim kierowało, żeby pójść do sypialni rodziców i spojrzeć przez okno. Najprawdopodobniej były to odgłosy przeciągu spowodowanego silnym wiatrem, który mógł rozbić szybę w otwartym oknie. Chcąc złapać rozszalałą firankę i ją poskromić musiał podejść bliżej. Kiedy mu się to udało, spojrzał przelotnie przez okno i na ułamek sekundy ujrzał przed sobą lalkę. Wrażenie było tak niesamowite i niezwykłe, że chcąc się upewnić, ponownie skierował w tamto miejsce swój wzrok.

Wystrojona lalka patrzyła na niego wielkimi oczami i jak to z takimi przedmiotami bywa, zastygła w bezruchu. Gdyby nie jej spore rozmiary z pewnością straciłby szybko zainteresowanie i powrócił do poskramiania firanki. Jednak spore gabaryty sugerowały, że ma przed sobą rzecz drogą i niezwykłą. Nigdy nie widział zabawki takich rozmiarów i skupił się chcąc zapamiętać wszystkie szczegóły, by później móc rodzicom opowiedzieć o niezwykłym spotkaniu.

- Co się gapisz – powiedziała buntowniczo porcelanowa twarzyczka.

- To ty mówisz? – zapytał zaskoczony.

- Podobnie jak ty.

- O rany nigdy nie widziałem lalki, która mówi.

- Nie jestem lalką, tylko małą dziewczynką.

- To dlaczego tak dziwnie siedzisz.

- Bo jestem trochę chora.

Chłopiec o chorobę nie pytał, ponieważ sam przechodził niedawno szkarlatynę i długo po niej czuł się osłabiony. Epidemie często nękały dzieci i z tego powodu połowy jego klasy tego dnia nie było, a pozostali zostali zwolnieni zaraz po pierwszej lekcji ze szkoły, by zahamować rozprzestrzenianie się ospy.

- Lalka, od dawna tu mieszkasz? – zapytał chcąc zmienić temat i nie mówić więcej o chorobie.

- Od urodzenia i mam na imię Malwina.

- A ja Marcin.

Przedstawili się sobie, lecz dla Marcinka, Malwinka już na zawsze została Lalką. Nigdy jak się do niej zwracał i o niej opowiadał nie używał innego imienia. Początkowo wymawiał zdrobniale, by w ten sposób rozwiać soje obawy i ukryć przed nią swoje lęki.

Pierwsze spotkanie trwało krótko, ponieważ chłopiec musiał zjeść obiad, odrobić masę zadań i wykonać pracę domową. Kiedy wieczorem przed kolacją podszedł w pobliże okna i stanął za firanką, zastał swoją nową koleżankę, nad którą pochylał się znany w mieście lekarz. Zaraz po badaniu do jej pokoju weszli rodzice i z nim rozmawiali. Kiedy wyszedł, musiała opowiedzieć im o spotkaniu z nim, ponieważ co jakich czas zerkali w stronę okna. Jeszcze nie wiedział jak potoczy się ta znajomość, lecz przy wieczornym posiłku, na pytanie taty jak minął dzień, opowiedział o spotkaniu z chorą Malwinką. Gdyby cokolwiek lepszego spotkało go tego dnia, z pewnością nie wspomniałby o tej rozmowie.

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • anat 3 dni temu
    Autorka na podstawie powierzchownej wiedzy, stara się opisać świat lat 60/70/80. Początek opowiadania to stek bzdur. Brednie nawiedzonej autorki, że dzieci boją się zbliżać do upośledzonej fizycznie dziewczynki. Rzecz dzieje pomiędzy 1968-72 r. Nie mogę czytać tej dziecinady. Umiał czytać i był w klasie pogardzany. Cyt: " W pierwszych dniach nauki miał nad innymi sporą przewagę, potrafił pisać i czytać na poziomie drugiej klasy. Natychmiast w środowisku równolatków stał się kimś gorszym, pogardzanym, wyszydzanym. Przypięto mu łatkę mami synka, ciamajdy i ciepłych klusek. Szarpano, szturchano i bito tylko dlatego, że nie był rozwydrzonym bachorem, któremu wszystko wolno, z racji pochodzenia społecznego." Ogarnij się pisareczko od siedmiu boleści.
  • MKP 3 dni temu
    "powiedzieć niepełnosprawni, przekłuci chorobą do wózka," - przykuci
    "Dodawano szczegóły, świadków, nowe miejsce zdarzenia i czas dopasowywano." - brzmi jakby zdanie się urwało.

    Mam wrażenie, że całość jest trochę topornie napisana: nie czyta się tego płynnie, zdania mają dziwny szyk i tekst brzmi jakby był posklejany ze stwierdzeń autora.

    Może nie dość jednoznaczny opis ale takie są moje odczucia.
  • Verwend 3 dni temu
    Może ktoś uczciwy i prawy skorzysta, leczy nie skrzywdzi i nie wyszydzi.
    Gratuluję autorowi zachowania klimatu tamtych lat i realizmu.
    https://www.wkatowicach.eu/informacje/poza-katowicami/Niewidomy-tworzy-za-darmo-strony-internetowe.-To-pasja-25-letniego-Mateusza-Pawlowskiego/idn:229

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania