Bez imienia
Jak szkło w powietrzu — drży noc rozbita,
w sercu — głos twój, co nie śpiewa już nic.
Pod palcami cień — nie dotyk, nie życie,
lecz ślad, co gaśnie, jak sen wśród iglic.
Wierszem cię pisałem na ustach księżyca,
gdy światłem opadał na kruchą pierś dnia,
a tyś jak ogień w źrenicy przebłyska —
zgasła, nim zdążyłem nazwać, że trwasz.
W twoim milczeniu — krzyk wszystkich przestrzeni,
w spojrzeniu — wieczność, co skraca swój lot.
Ja zaś — rozdarty w pół między cieniami,
żyję bez życia, z imieniem bez słów.
Ciało pamięta cię w ruchu i chłodzie,
choć dusza płonie w lodowatym śnie.
Tyś była modlitwą, lecz nie dla mnie Boże —
bo nie znałem cię, a kochałem bez tchnień.
I tylko echo, co wraca bez śladu,
i wiatr, co niesie zapach nie twój.
W tym smutku — ziemia, w tym bólu — mój pokój.
W tej miłości — pustka. I popiół.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania