BEZWŁAD TOM 1
ROZDZIAŁ 1
Marek Kordel spojrzał na wyświetlacz swojego iPhone’a. Dwudziesta pierwsza zero jeden. Za oknem jego gabinetu w biurowcu przy Rondzie Daszyńskiego Warszawa tętniła życiem, rozlewając się tysiącami świateł w majowy wieczór. Dla Kordela ten dzień właśnie się skończył. Albo raczej: właśnie zamienił się w koszmar.
Na szklanym blacie biurka leżała koperta z grubego, ekologicznego papieru. W środku nie było żądania okupu. Nie było tam też zdjęć z ukrycia. Był tylko jeden arkusz papieru z wydrukiem z konta bankowego jego kancelarii. Wynikało z niego, że w ciągu ostatnich trzech minut z subkont klientów zniknęło czterdzieści osiem milionów złotych.
W tym samym momencie drzwi gabinetu otworzyły się bez pukania.
Weszła Aneta Tarnowska. Jak zawsze perfekcyjna – czarny żakiet od Armaniego, włosy spięte w ciasny kok, w oczach zimny blask, który potrafił sparaliżować aplikantów na pierwszym roku.
– Mamy problem, Marek – powiedziała, nie zamykając za sobą drzwi. – Prokuratura Krajowa właśnie podpisała nakaz.
Kordel uniósł brew, starając się, by jego głos nie zdradził faktu, że jego serce właśnie próbowało przebić się przez klatkę piersiową.
– Jaki nakaz, Aneta? Jest po dziewiątej wieczorem. Prokuratorzy o tej porze piją whisky albo piszą uzasadnienia, których nikt nie czyta.
– Nakaz twojego Aresztowania. Zarzucają ci zabójstwo wiceministra finansów. Tego, którego ciało godzinę temu wyłowiono z Portu Praskiego.
Marek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Wiceminister był jego głównym klientem. I jedynym człowiekiem, który wiedział, skąd na koncie kancelarii wzięły się te znikające miliony.
ROZDZIAŁ 2
Zejście do podziemi biurowca zajęło im niecałe dwie minuty. Kordel nie zamierzał czekać na panów w czarnych kurtkach z napisem CBA. Wiedział, jak działa system. Jeśli dasz się zamknąć na sankcję, pierwsze trzy miesiące spędzisz na udowadnianiu, że nie jesteś wielbłądem, podczas gdy prawdziwi gracze zatrą wszystkie ślady.
– Gdzie jedziemy? – spytała Tarnowska, wsiadając na siedzenie pasażera jego czarnego Audi RS6. Silnik V8 mruknął basowo, budząc się do życia w betonowych czeluściach parkingu.
– Do jego mieszkania na Mokotowie – rzucił Kordel, wrzucając wsteczny bieg z taką siłą, że opony pisnęły na gładkiej nawierzchni. – Minister miał schowany awaryjny dysk. Jeśli policja go nie znalazła, mamy szansę.
– Marek, to szaleństwo. Jeśli cię tam złapią, prokurator dostanie na tacy dowód na zacieranie śladów. Dostaniesz dwadzieścia pięć lat bez mrugnięcia okiem.
– Jeśli zostanę, dostanę dożywocie za coś, czego nie zrobiłem, Aneta. Wybieraj. Wysiadasz teraz czy jedziesz ze mną w to bagno?
Tarnowska spojrzała na niego, a w jej oczach po raz pierwszy od lat pojawiło się coś, co przypominało ludzkie emocje. Poprawiła pas bezpieczeństwa.
– Gazu, Kordel. Zanim zmienię zdanie.
Wyjechali z parkingu prosto w gęstniejący ruch na Prostej. Marek wbił się między dwie taksówki, kątem oka łapiąc błysk niebieskich świateł w lusterku wstecznym. Nadjeżdżali od strony Towarowej. Trzy nieoznakowane Skody.
To nie była zwykła obława. To było polowanie.
ROZDZIAŁ 3
Apartamentowiec przy Madalińskiego wyglądał jak forteca. Kordel zostawił Audi na awaryjnych dwie ulice dalej. Przemknęli przez wewnętrzny dziedziniec, omijając ochroniarza, który akurat był zajęty przeglądaniem TikToka.
Drzwi do mieszkania wiceministra były zabezpieczone elektronicznym zamkiem. Kordel wyciągnął z kieszeni małe, czarne urządzenie, które dostał rok temu od klienta z branży cyberbezpieczeństwa. Trzy sekundy szumu, piknięcie i dioda zmieniła kolor na zielony.
W środku pachniało drogimi meblami i... czymś jeszcze. Zapach był metaliczny, ciężki.
Marek włączył latarkę w telefonie. Snop światła przesunął się po salonie. Na skórzanej kanapie siedział mężczyzna. Głowa była odchylona do tyłu, a na piersi widniała plama, która w świetle latarki wydawała się czarna.
To nie był wiceminister. To był prokurator prowadzący sprawę Kordela. Ten sam, który godzinę temu miał podpisać nakaz jego aresztowania.
– Marek... – szepnęła Tarnowska, cofając się w stronę drzwi. Jej głos drżał. – Spójrz na stół.
Na szklanym stoliku kawowym leżał laptop. Na ekranie wyświetlało się tylko jedno zdanie, pulsujące czerwoną czcionką:
„Krupier zawsze widzi, kiedy blefujesz. Pierwszy rozdział skończony, Marku.”
W tym samym momencie z klatki schodowej dobiegł głośny huk wyważanych drzwi wejściowych do budynku i okrzyki: „Policja! Ręce do góry!”.
Kordel spojrzał na Anetę. Byli w pułapce bez wyjścia.
ROZDZIAŁ 4
– Okna! – rzucił krótko Kordel, gasząc latarkę w telefonie. Ciemność zalała salon, potęgując dudnienie krwi w jego skroniach.
– Marek, jesteśmy na trzecim piętrze, skok to samobójstwo! – Aneta rzuciła się za nim, słysząc, jak ciężkie buty policyjnych specwersów uderzają o stopnie klatki schodowej piętro niżej. Byli sekundy od wpadki.
– Nie zamierzam skakać. – Kordel dopadł do panoramicznego okna wychodzącego na wewnętrzny dziedziniec i szarpnął za klamkę. Zimne majowe powietrze wdarło się do środka. – Widzisz to rusztowanie?
Tarnowska wyjrzała na zewnątrz. Przy sąsiednim pionie apartamentowca, zaledwie metr od ich parapetu, pięły się stalowe rury konstrukcji ekipy remontowej. Odległość była niewielka, ale przestrzeń pod nimi ziewała głęboką, betonową czernią.
– Nie ma mowy – cofnęła się. – Mam lęk wysokości, Kordel. Wolę sankcję.
– Na sankcji nie przeżyjesz do pierwszej rozprawy, Aneta. Ktoś właśnie odstrzelił prokuratora krajowego i wrrobił w to nas. Myślisz, że w Areszcie Śledczym na Białołęce będziesz bezpieczna?
Huk uderzenia taranu o drzwi wejściowe apartamentu rozdarł ciszę. Metalowa ościeżnica jęknęła pod naporem siły.
Kordel nie czekał. Przełożył długą nogę nad ramą okienną, odbił się od parapetu i z głuchym stukotem wylądował na drewnianym podeście rusztowania. Konstrukcja zadrżała. Odwrócił się i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny.
– Skacz, Aneta! Alby ty, albo oni!
Tarnowska spojrzała na wyważane właśnie drzwi, zza których błysnęły już snopy światła taktycznych latarek, zacisnęła zęby i skoczyła w ciemność.
ROZDZIAŁ 5
Zjeżdżali po stalowych drabinach rusztowania w absolutnym milczeniu, podczas gdy nad ich głowami, w oknach apartamentu, rozbłysły policyjne reflektory. Z góry dobiegały krzyki: „Czysto! Uciekli przez okno! Odciąć dół!”.
Kordel dopadł do poziomu gruntu jako pierwszy. Przeskoczyli przez siatkę ogrodzeniową i wtopili się w cienie bocznej, nieoświetlonej uliczki. Audi RS6 stało dokładnie tam, gdzie je zostawił.
Wskoczyli do środka. Silnik rzucił basowe wyzwanie nocy, a opony wgryzły się w asfalt Madalińskiego. Marek zgasił światła mijania, manewrując na samych pozycyjnych, dopóki nie minęli pierwszego skrzyżowania.
– Gdzie teraz? – Aneta oddychała ciężko, próbując opanować drżenie rąk. Jej perfekcyjny kok przestał istnieć, a na drogim żakiecie od Armaniego widniały ślady rdzy z rusztowania.
– Do człowieka, który wie wszystko o warszawskim podziemiu – odparł Kordel, wjeżdżając na Trasę Łazienkowską i nareszcie wciskając gaz do dechy. – Jeśli „Krupier” to postać z krwi i kości, a nie duch, to on musiał o nim słyszeć. Jedziemy na Pragę.
– Do kogo?
– Do ordynatora oddziału toksykologii na Praskim. Oficjalnie to lekarz, nieoficjalnie – człowiek, który łata rany postrzałowe połowy gangsterów w tym kraju i nigdy nie zadaje pytań.
ROZDZIAŁ 6
Szpital Praski o pierwszej w nocy przypominał scenerię z filmu grozy. Długie, kafelkowane korytarze, na których unosił się zapach lizolu i starej krwi, tonęły w półmroku. Kordel bezbłędnie odnalazł gabinet ordynatora na końcu skrzydła chirurgicznego.
Doktor Witold Żurawski – starszy, siwy mężczyzna o zmęczonych oczach – siedział za biurkiem, pijąc czarną kawę z termosu. Na widok Marka nawet nie drgnął.
– Słyszałem w radiu – powiedział cicho lekarz, wskazując im krzesła. – Cała Warszawa was szuka, Kordel. Podobno macie na koncie ministra i prokuratora. Szybki awans jak na adwokatów z dobrych domów.
– To ustawka, Witek – Kordel oparł się o blat. – Ktoś nas czyści. Zostawił wiadomość na laptopie. Podpisał się jako „Krupier”. Mówi ci to coś?
Doktor Żurawski nagle znieruchomiał. Kubek z kawą zawisł w połowie drogi do jego ust. Spojrzał na Marka, a w jego oczach pojawił się cień, który nie miał nic wspólnego ze zmęczeniem.
– Krupier? – powtórzył szeptem lekarz. – To niemożliwe.
– Dlaczego? – wtrąciła się Aneta. – Kim on jest?
Ordynator wstał, podszedł do okna i wyjrzał na zamglony dziedziniec szpitala.
– Mój ojciec był porucznikiem milicji w latach siedemdziesiątych – zaczął powoli Żurawski. – Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, badając sprawę seryjnego mordercy, który kazał ofiarom wybierać, która zginie pierwsza. Ten człowiek nazywał się Krupier. Złapano go, ale akta sprawy zniknęły podczas transformacji ustrojowej. Jeśli to ten sam człowiek, to powinien mieć dzisiaj około osiemdziesięciu lat. Albo...
W tym momencie telefon komórkowy Kordela, który miał być całkowicie wyciszony, zaczął wibrować na blacie.
Numer był zastrzeżony. Marek włączył głośnomówiący.
Z głośnika dobiegł zmodulowany cyfrowo, ale lodowaty głos:
– Dobry wieczór, Marku. Widzę, że odnalazłeś syna starego porucznika. Bardzo ładnie. Ponieważ dotarliście do drugiego rozdziału, czas na kolejną grę. Pod biurkiem doktora jest ładunek termobaryczny. Macie dziesięć sekund, żeby zdecydować, kto z waszej trójki opuści gabinet jako pierwszy. Czas start.
Żurawski, Kordel i Tarnowska spojrzeli po sobie. Pod biurkiem rozległo się szybkie, elektroniczne piknięcie.
ROZDZIAŁ 7
Dziewięć.
Dźwięk elektronicznego zapalnika ciął powietrze z chirurgiczną precyzją. Trzy sekundy temu byli prawnikami z elity, teraz stali się mięsem armatnim w grze faceta, który nie istniał.
– Aneta, okno! – ryknął Kordel, rzucając się w stronę biurka.
Osiem.
Doktor Żurawski nawet nie drgnął. Stał jak skamieniały, wpatrując się w czarną skrzynkę z migającą czerwoną diodą, którą Kordel właśnie dostrzegł pod blatem. Konstrukcja była prosta, wojskowa, bezbłędna. Ładunek termobaryczny nie zostawiał szans. Ciśnienie rozerwałoby ich płuca, zanim ogień dotarłby do skóry.
– Marek, to się nie otworzy, tu są kraty! – wrzasnęła Tarnowska, szarpiąc za klamkę starodawnego, szpitalnego okna. Żelazne, przedwojenne rzeźbienia ani drgnęły.
Siedem.
– Cofnij się! – Kordel dopadł do niej, chwycił ciężki, metalowy stojak na kroplówki i z całych sił uderzył w szybę. Szkło rozprysło się z głośnym hukiem, ale grube, stalowe pręty zewnętrzne pozostały nienaruszone. Byli zamknięci w klatce.
Sześć.
– Wyjście awaryjne przez brudownik! – odezwał się nagle doktor Żurawski. W jego głosie nie było już strachu, była tylko lodowata, pokoleniowa rezygnacja. – Za szafą z lekami. Szyb windy towarowej na pranie. Jedźcie.
– A ty, Witek? – Kordel spojrzał na ordynatora.
– Mój ojciec nie uciekł przed Krupierem. Ja też nie będę. Poza tym... winda utrzyma tylko dwie osoby. Łączna masa ciał. Stary mechanizm linowy.
Pięć.
Tarnowska zamarła, patrząc na ordynatora. To był ten moment. Klasyczny Mróz. Wybór, w którym każda decyzja oznaczała krew na rękach. Brutalny, behawioralny szach-mat.
– Nie zostawię pana – powiedziała Aneta, choć jej głos łamał się pod wpływem nadchodzącej fali adrenaliny.
– Aneta, ruchy! – Kordel złapał ją za ramię, bezceremonialnie popychając w stronę bocznych drzwi, ukrytych za potężną, metalową szafą z ampułkami. Szarpnął za drewniane skrzydło. Za nim ziała ciemna, pionowa przestrzeń z dwiema stalowymi linami i małą, otwartą platformą techniczną.
Cztery.
Z głośnika telefonu Kordela, który wciąż leżał na biurku, dobiegł cichy, gardłowy śmiech Krupiera:
– Piękna scena. Altruizm zawsze dobrze sprzedaje się w gazetach, Marku. Szkoda, że nie macie już czasu na brawa.
Trzy.
Kordel wbił się do szybu jako pierwszy, niemal wciągając Anetę za sobą na niestabilną platformę. Liny zajęczały, gdy ich ciężar gwałtownie obciążył stary mechanizm.
– Doktorze! – krzyknął Marek, wyciągając rękę przez otwór w ścianie.
Dwa.
Witold Żurawski odwrócił się tyłem, wziął ostatni łyk czarnej kawy z termosu i spojrzał prosto w mrugającą diodę.
– Powiedzcie mu... że długi mojego ojca zostały spłacone – rzucił cicho, po czym pociągnął za dźwignię rygla windy po zewnętrznej stronie, zwalniając blokadę.
Jeden.
Platforma z Kordelem i Tarnowską runęła w dół szybu w tej samej sekundzie, w której potężna, głucha eksplozja rozdarła trzecie piętro Szpitala Praskiego.
ROZDZIAŁ 8
Fala uderzeniowa dogoniła ich w połowie drogi do piwnic. Ciśnienie wbiło ich w podłogę metalowej klatki, a uszy zalały się głośnym, piskliwym szumem. Nad ich głowami z szybu buchnął snop ognia i czarnego dymu, a stalowe liny zaczęły pękać jedna po drugiej z dźwiękiem przypominającym strzały z bata.
Klatka uderzyła w betonowe dno piwnicy z siłą, która o mało nie połamała im nóg.
Kordel wybił nogą zardzewiałą siatkę zabezpieczającą i wyciągnął półprzytomną Anetę na brudną, zalegającą wodą posadzkę szpitalnych podziemi. Nad nimi wyły już syreny alarmowe, a z sufitu zaczęły kapać stopione plastikowe rury instalacji.
– Żyjesz? – wykrztusił, kaszląc od gęstego, gryzącego dymu.
Tarnowska skinęła głową, wypluwając pył. Jej twarz była czarna od sadzy, a z rozciętego łuku brwiowego sączyła się strużka krwi. Wyglądała jak cień dawnej, eleganckiej pani mecenas z Warszawy-Doc.
– Jeśli to przeżyjemy... osobiście cię pozwę, Kordel – wycharczała, podnosząc się na łokciach. – Co teraz? Krupier wie o każdym naszym kroku. Jak on to robi?
Marek zamarł. W jego kieszeni coś znowu zaczęło wibrować.
To nie był jego telefon. Jego iPhone został na biurku ordynatora i przed chwilą wyparował razem z trzecim piętrem.
Kordel powoli sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął z niej mały, stary, analogowy aparat komórkowy – model Nokia 3310, którego nigdy wcześniej nie widział. Ktoś musiał mu go wrzucić do kieszeni podczas ucieczki na rusztowaniu albo w tłumie przed hotelem.
Na monochromatycznym ekranie wyświetliła się jedna nowa wiadomość SMS:
„Dobry początek aktu trzeciego. Przeżyliście, bo tak zaplanowałem. Witold musiał umrzeć, by zamknąć przeszłość. Teraz czas na teraźniejszość. Wasze Audi ma blokadę zapłonu, a policja czeka na tyłach szpitala. Jeśli chcecie żyć, wasz jedyny ratunek stoi na kanale trzydziestym pierwszym przy Wybrzeżu Szczecińskim. Czarna Nysa. Kluczyki są pod wycieraczką. Nie blefujcie.”
Kordel spojrzał na Anetę.
– On nie chce nas zabić. On nami steruje jak pionkami w procesie karnym – syknął Marek, zaciskając pięść na plastikowej obudowie telefonu. – Wie, że nie mamy wyjścia.
– Czarna Nysa? – Tarnowska zmrużyła oczy, próbując poskładać fakty. – Marek... Nysa? Przecież to auta, którymi milicja jeździła w PRL-u. O co tu, do cholery, chodzi?
– Tego dowiemy się na Wybrzeżu Szczecińskim – rzucił Kordel, przeładowując wzrok na tryb pełnej bezwzględności. – Ruchy, Aneta. Zanim prokuratura zorientuje się, że nie ma nas wśród zgliszcz.
ROZDZIAŁ 9
Wybrzeże Szczecińskie tonęło w gęstej, rzecznej mgle, która unosiła się nad Wisłą jak brudny całun. Warszawski świt, zamiast słońca, przyniósł jedynie siną, duszną szarość. Dokładnie na trzydziestym pierwszym kanale, ukryta między rdzewiejącymi barkami a betonowym nabrzeżem, stała ona.
Czarna Nysa 522.
Wyglądała jak upiór z innej epoki. Lakier był zmatowiały, ale czysty, a na bocznych drzwiach wciąż dało się dostrzec zatarte, białe litery MO.
– To jest jakaś chora inscenizacja – szepnęła Aneta, tuląc ramiona do piersi. Zimny wiatr znad rzeki ciął jej porwaną marynarkę bez litości. – Kordel, to nie jest żaden seryjny morderca. To psychopata z manią historyczną. Albo teatr telewizji.
– Psychopaci z manią historyczną nie wysadzają oddziałów toksykologii, Aneta – rzucił krótko Marek. Dopadł do wozu, uklęknął na wilgotnym betonie i wsunął rękę pod nadkole.
Kluczyki tam były. Przymocowane magnesem do ramy. Stare, zardzewiałe, z brelokiem przedstawiającym żeton do gry w ruletkę.
Zamek w drzwiach Nysy ustąpił z głośnym, metalicznym trzaskiem. W środku pachniało tak, jak opisywał doktor Żurawski: starym skajem, benzyną, tanim tytoniem i... czymś jeszcze. Na desce rozdzielczej, obok staromodnego radia, leżała kolejna koperta. Tym razem z logo Kancelarii Premiera.
Marek wsiadł za wielką, cienką kierownicę, a Aneta zajęła miejsce pasażera, z obrzydzeniem patrząc na popękane siedzenie. Kordel rozerwał kopertę.
W środku było tylko jedno zdjęcie. Przedstawiało młodego Witolda Żurawskiego – tego samego ordynatora, który zginął pół godziny temu – stojącego obok Marka Kordela. Zdjęcie zrobiono dwadzieścia lat temu. Na odwrocie widniał napis:
„Wszyscy jesteśmy dziećmi swoich ojców, Marku. Twój ojciec też grał w mojej lidze. Sprawdź schowek.”
ROZDZIAŁ 10
Kordel poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Jego ojciec, profesor prawa, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, był dla niego nieskalanym wzorem. Świętością.
– Marek... – Aneta ostrożnie otworzyła schowek przed sobą.
Zamiast dokumentów wozu, ze środka wypadła gruba, pożółkła teczka związana sznurkiem. Na okładce widniał pieczęć: „Milicja Obywatelska. Materiały poufne. Kryptonim Krupier, 1976”.
Marek drżącymi rękami otworzył pierwszą stronę. Wpisy były robione na maszynie. Nazwisko oficera prowadzącego: porucznik Olgierd Żurawski. Ale to nie to przykuło jego uwagę. Na trzeciej stronie, w rubryce „Konsultanci prawni i nadzór prokuratorski”, widniało jedno, doskonale znane mu nazwisko.
Prokurator Edward Kordel.
Jego ojciec. Człowiek, który w latach 70. zatwierdzał akty oskarżenia i ukrywał dowody w sprawach Krupiera.
– Mój ojciec go nie ścigał... – wykrztusił Marek, a świat przed jego oczami zaczął wirować szybciej niż na rusztowaniu. – Mój ojciec go chronił. Te czterdzieści osiem milionów, które zniknęły z konta naszej kancelarii... to nie były pieniądze klientów. To były fundusze operacyjne starego układu, które mój ojciec tam zdeponował przed śmiercią.
W tym samym momencie stara Nokia w jego kieszeni odezwała się ponownie. Sygnał nadchodzącego połączenia brzmiał jak wyrok.
Marek odebrał. Nie czekał na to, co powie głos.
– Czego chcesz, skurwielu? – warknął do słuchawki. – Mój ojciec nie żyje! Witold nie żyje! Czego jeszcze szukasz?
Z głośnika dobiegł spokojny, tym razem zupełnie czysty, niemodyfikowany głos starszego człowieka. Brzmiał dostojnie, wręcz profesorsko.
– Szukam sprawiedliwości, Marku. Twoja kancelaria prała brudne pieniądze, które ja zarobiłem w czasach, gdy ty jeszcze nie potrafiłeś utrzymać grzechotki. Twój ojciec mnie zdradził w osiemdziesiątym dziewiątym. Przejął moje udziały w złocie i kupił za to wasz apartament na Wilanowie i twoją karierę. Witold musiał zginąć, bo miał klucz do archiwum. Ty masz klucz do konta.
– Nie dostaniesz ani grosza – syknął Kordel.
– O, dostanę, Marku. Bo właśnie w tym momencie policja otacza Wybrzeże Szczecińskie. Macie dokładnie trzydzieści sekund, żeby uruchomić ten cud socjalistycznej motoryzacji. Pod siedzeniem Anety jest nadajnik GPS, który podłączyłem pod wasz komputer pokładowy w Audi. Oni jadą po was. Gra wchodzi w fazę końcową. Albo uciekacie Nysą, stając się oficjalnie zbiegami, albo oddajecie się w ręce ludzi, którzy mają rozkaz strzelać bez ostrzeżenia. Wybieraj, mecenasie.
ROZDZIAŁ 11
Marek rzucił telefon na deskę rozdzielczą. Przekręcił kluczyk w stacyjce Nysy. Rozrusznik zajęczał głucho, zakaszlał, ale silnik nie zaskoczył.
– Marek, oni tu są! – wrzasnęła Aneta, wskazując na wał miedziowy.
Zza zakrętu, z ryczącymi syrenami, wypadły cztery czarne Skody i dwa nieoznakowane busy policji. Reflektory przecięły mgłę, celując prosto w przednią szybę starej Nysy.
– No dalej, ty złomie! – Kordel uderzył pięścią w kierownicę, pompując pedał gazu. Silnik rzęził, pluł niespaloną benzyną, ale odmawiał współpracy.
Z busów zaczęli wyskakiwać antyterroryści w pełnym rynsztunku. Ich dowódca uniósł megafon:
– Policja! Wyłączyć silnik i opuścić pojazd z rękami na głowie! Powtarzam...
– Marek! – Aneta schowała głowę między kolana.
Kordel zamknął oczy. Przypomniał sobie wszystko, czego uczył go ojciec o procesie karnym. „Jeśli nie masz argumentów w prawie, Marku, stwórz chaos w faktach”.
Wbił ssanie do oporu, przekręcił kluczyk i z całej siły wcisnął gaz. Silnik Nysy rzygnął czarnym, gęstym dymem, zakrztusił się i nagle... zaryczał jak ranny zwierz. Marek wrzucił jedynkę, puścił sprzęgło i czarna Nysa z piskiem zdartych opon ruszyła prosto na kordon policyjnych wozów.
To nie był zwykły pościg. To było starcie dwóch epok. Na oczach zszokowanych warszawskich policjantów, relikt PRL-u taranował nowoczesne blokady, niosąc na pokładzie dwójkę najbardziej poszukiwanych prawników w kraju i tajemnicę, która mogła zburzyć cały fundament polskiej palestry.
Cliffhanger. Koniec tomu pierwszego.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania