Poprzednie częściBEZWŁAD TOM 1
Pokaż listęUkryj listę

BEZWŁAD TOM 2: CZAS ROZLICZEŃ

BEZWŁAD TOM 2: CZAS ROZLICZEŃ

ROZDZIAŁ 1

Metalowa maska Nysy uderzyła w bok Skody z głośnym, rozrywającym uszy skowytem gnącej się blachy i pękających reflektorów. Siła uderzenia rzuciła Marka na cienką kierownicę, a pas bezpieczeństwa wpił się w jego klatkę piersiową tak mocno, że na ułamek sekundy stracił dech w piersiach. Poduszki powietrzne? W tym aucie jedyną ochroną była solidna, socjalistyczna stal.

Policjant stojący za blokadą odskoczył w ostatniej chwili, ratując się skokiem na wilgotny nasyp Wybrzeża Szczecińskiego. Nysa, mimo że straciła lewy reflektor, a z chłodnicy natychmiast buchnęła biała para, nie zatrzymała się. Tył wozu zarzucił niebezpiecznie na mokrym asfalcie, ale opony ostatecznie złapały przyczepność.

– Trzymaj się! – ryknął Kordel, kontrując kierownicę obiema rękami.

Aneta, skurczona na popękanym siedzeniu pasażera, nawet nie krzyczała. Jej palce były białe od zaciskania ich na metalowej rączce nad drzwiami.

W lusterku wstecznym Marek zobaczył absolutny chaos. Dwie Skody próbowały ruszyć w pościg, ale zablokowały się nawzajem na wąskim zjeździe. Syreny wyły, rozrywając mglisty warszawski świt, ale czarna Nysa, niczym duch z lat siedemdziesiątych, znikała już w plątaninie uliczek starej Pragi.

Silnik rzęził, w kabinie zaczęło śmierdzieć palonym olejem, ale jechali.

– Gdzie uciekamy, Kordel? – wykrztusiła w końcu Tarnowska, podnosząc głowę. Z rozciętego łuku brwiowego krew sączyła się już na jej policzek, mieszając się z czarną sadzą. – Całe miasto jest odcięte. Jeśli zaryzykujemy wjazd na którykolwiek most, zgarną nas nim dojedziemy do połowy.

– Żerań – rzucił krótko Marek, wrzucając trójkę. Skrzynia biegów odpowiedziała głośnym zgrzytem. – Stare hale FSO. Mój ojciec miał tam kiedyś klienta, który wykupił połowę terenu pod magazyny. Tam nikt nie zagląda. Musimy porzucić ten złom i przejrzeć teczkę. Muszę wiedzieć, w co grał mój ojciec.

ROZDZIAŁ 2

Hala numer 4 dawnej Fabryki Samochodów Osobowych tonęła w mroku i zapachu stęchłego betonu. Czarna Nysa wjechała w głęboką czerń budynku, a Marek natychmiast zgasił silnik, który wydał z siebie ostatnie, metaliczne westchnienie i zgasł. Prawdopodobnie na zawsze.

W środku panowała grobowa cisza, przerywana jedynie miarowym kapaniem wody z nieszczelnego dachu.

Marek i Aneta usiedli na zardzewiałej, stalowej skrzyni w rogu hali. Przed nimi leżała pożółkła teczka z napisem „Kryptonim Krupier, 1976”. Obok, na brudnym betonie, spoczywała stara Nokia 3310 – ich jedyny, upiorny łącznik z człowiekiem, który pociągał za sznurki.

– Czytaj – szepnęła Aneta, dociskając do czoła brudną chusteczkę, którą znalazła w schowku Nysy.

Kordel otworzył akta. Przerzucał strony, a każda kolejna linijka tekstu przepisywanego na maszynie niszczyła obraz człowieka, którego kochał i szanował przez całe życie.

– To nie była zwykła ochrona, Aneta... – zaczął powoli Marek, a jego głos drżał. – Mój ojciec, Edward Kordel, w 1976 roku był młodym, obiecującym prokuratorem. Krupier prowadził wtedy sieć nielegalnych domów gry dla partyjnej elity, dewizowców i zagranicznych dyplomatów w hotelu Forum i na prywatnych jachtach na Zegrzu. Pieniądze, jakie tam krążyły, były niewyobrażalne. Miliony dolarów, złoto, dzieła sztuki.

– I twój ojciec to tuszował?

– Więcej. On tym zarządzał od strony prawnej. Tworzył mechanizmy, które pozwalały na legalizację tych zysków. W aktach jest raport porucznika Olgierda Żurawskiego – ojca tego ordynatora, który zginął na Praskim. Żurawski odkrył, że Krupier to nie jedna osoba. To system. A Edward Kordel był jego mózgiem. W osiemdziesiątym dziewiątym, podczas okrągłego stołu, mój ojciec po prostu przepiął kable. Odciął Krupiera od pieniędzy, przejął udziały zdeponowane w złocie i założył fundację, z której sfinansował naszą kancelarię i moją pozycję.

W tym momencie Nokia na betonie zaczęła wibrować.

Marek nie odebrał od razu. Patrzył na migający ekran z zastrzeżonym numerem, czując, jak narasta w nim lodowata wściekłość. W końcu podniósł telefon i przycisnął zieloną słuchawkę.

– Czego jeszcze chcesz? – syknął. – Wiem już wszystko. Mój ojciec cię okradł. Chcesz swoich pieniędzy? Weź te czterdzieści osiem milionów i zostaw nas w spokoju.

Z głośnika dobiegł cichy, głęboki śmiech. Głos starszego człowieka był przerażająco spokojny.

– Och, Marku. Myślisz jak adwokat, a powinieneś myśleć jak gracz. Te czterdzieści osiem milionów to tylko drobne na żetony. Prawdziwa stawka jest znacznie wyższa. Twój ojciec nie tylko mnie okradł. On zostawił zabezpieczenie. Listę wszystkich ludzi z dzisiejszych szczytów władzy, biznesu i sądownictwa, którzy zaczynali jako moi dłużnicy w latach siedemdziesiątych. Ta lista jest ukryta w kluczu do konta, które obsługuje wasza kancelaria.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Masz trzydzieści minut, Marku. Twoja wspólniczka, pani Tarnowska, wygląda na zmęczoną. Jeśli chcesz, żeby dożyła wieczoru, przyjedź do hotelu Forum. Dawnego hotelu Forum, dzisiejszego Novotelu w centrum. Czekam w podziemiach. W miejscu, gdzie twój ojciec po raz pierwszy postawił na czarną siódemkę. Jeśli nie przyjedziesz, policja dostanie anonimowy cynk o waszej lokalizacji wraz z nagraniem z monitoringu z mieszkania wiceministra, na którym widać, jak oboje stoicie nad ciałem prokuratora. Czas ucieka, mecenasie.

Połączenie zostało przerwane.

ROZDZIAŁ 3

Aneta wstała ze skrzyni, ignorując ból. Jej chłodne, procesowe spojrzenie powróciło, choć twarz wciąż miała umazaną krwią i pyłem.

– Jedziemy tam – powiedziała tonem, który nie znosił sprzeciwu.

– Aneta, to pułapka. Idziemy prosto w paszczę lwa. On nas tam zlikwiduje i zamknie sprawę raz na zawsze – sprzeciwił się Marek.

– Nie zlikwiduje nas, dopóki nie dostanie tego, czego chce. Poza tym, Kordel... spójrz na mnie. – Wskazała na swój porwany żakiet i zakrwawione czoło. – Jesteśmy skończeni. Oficjalnie jesteśmy najbardziej poszukiwanymi zbiegami w kraju. Nasza jedyna szansa na przeżycie to zmiana reguł gry. Musimy usiąść przy tym stoliku i zagrać kartami twojego ojca.

Marek spojrzał na teczkę, potem na Anetę. Miała rację. Klasyczny warszawski układ – jeśli system chce cię zmiażdżyć, musisz znaleźć dźwignię, która ten system zablokuje.

Nie mogli wziąć Nysy. Wyszedł przed halę i podszedł do starego stróża, który trzęsącymi się rękami palił popularnego bez filtra. Kordel wyciągnął z portfela ostatnie banknoty euro, jakie miał przy sobie – łącznie około dwóch tysięcy.

– Potrzebuję pana samochodu. Tego Volkswagena Passata na chodzie. Bez pytań.

Dziesięć minut później mknęli Modlińską w stronę centrum Warszawy. Ruch ranny gęstniał, a na tablicach informacyjnych nad trasą wyświetlały się już komunikaty o poszukiwaniu czarnego Audi RS6 i dwójki prawników. Krupier jednak zadbał o to, by policja szukała ich w zupełnie innych miejscach.

ROZDZIAŁ 4

Podziemia dawnego hotelu Forum przypominały labirynt z minionej epoki. Za nowoczesnymi ścianami z karton-gipsu współczesnego parkingu kryły się stare, betonowe korytarze techniczne, do których wejście osłaniały ciężkie, stalowe drzwi z lat siedemdziesiątych.

Marek i Aneta szli w półmroku, oświetlając sobie drogę latarką z telefonu, który znaleźli w schowku Passata. Zapach starej instalacji elektrycznej i wilgoci potęgował wrażenie, że cofają się w czasie.

Na końcu korytarza drzwi były uchylone. Słabe, żółte światło sączyło się ze środka.

Weszli do monumentalnej, podziemnej sali. Kiedyś musiało to być ekskluzywne, tajne kasyno. Pod ścianami wciąż stały zakurzone, obite zielonym suknem stoły do ruletki i blackjacka. Na środku pokoju, przy jedynym oświetlonym stoliku, siedział starszy mężczyzna.

Miał na sobie nienagannie skrojony, szary garnitur. Jego włosy były śnieżnobiałe, a na nosie spoczywały eleganckie okulary w rogowej oprawie. Wyglądał jak profesor uniwersytetu, a nie seryjny morderca i architekt przestępczego podziemia.

To był Krupier.

– Punktualnie. Edward zawsze powtarzał, że punktualność to cecha ludzi, którzy szanują cudzy czas, nawet jeśli zamierzają ten czas skrócić – powiedział starzec, wskazując dwa wolne krzesła naprzeciwko siebie.

Marek i Aneta usiedli. Kordel położył na stole pożółkłą teczkę z aktami milicji.

– Koniec gry, Krupier – rzucił twardo Marek. – Wiemy o liście. Wiemy, co mój ojciec zrobił w osiemdziesiątym dziewiątym. Czego od nas chcesz?

Krupier uśmiechnął się lekko, a w jego oczach błysnęło coś przerażająco bystrego.

– Chcę dokończyć rozdanie, Marku. Twój ojciec myślał, że wygrał, kiedy odciął mnie od funduszy i schował listę w cyfrowym kluczu waszej kancelarii. Ten klucz to token deszyfrujący, który nosisz przy sobie. To ten mały, czarny pendrive, który dostałeś rzekomo od „klienta z branży cyberbezpieczeństwa”, a który w rzeczywistości twój ojciec zdeponował w twoim sejfie przed śmiercią. Ten sam, którym otworzyłeś drzwi do mieszkania wiceministra.

Marek odruchowo wsunął rękę do kieszeni. Jego palce zacisnęły się na małym, metalowym przedmiocie.

– Jeśli dasz mi ten token – kontynuował Krupier, opierając dłonie na blacie – dostaniesz wolność. W ciągu pięciu minut prokuratura otrzyma dowody, że wiceministra i prokuratora krajowego zabił zupełnie ktoś inny. Wasze konta zostaną odblokowane, a wy wrócicie do swoich luksusowych gabinetów przy Rondzie Daszyńskiego. Będziecie czyści.

– A jeśli odmówię? – spytał Marek.

Krupier westchnął, jakby rozmawiał z niesfornym studentem.

– Jeśli odmówisz, Aneta nie opuści tego pomieszczenia. Ja mam osiemdziesiąt dwa lata, Marku. Nie mam już nic do stracenia. Nie zależy mi na pieniądzach. Zależy mi na tym, by ci wszyscy hipokryci, którzy dzisiaj rządzą tym krajem, a którzy kiedyś błagali mnie na kolanach o umorzenie długów hazardowych, upadli razem ze mną. Twoja kancelaria była ostatnim bastionem starego układu. Wybór należy do ciebie. Ratujesz pamięć o ojcu-zdrajcy i giniesz w tych podziemiach, czy oddajesz token, ratujesz tę piękną kobietę i wracasz na szczyt?

Aneta spojrzała na Marka. Jej oddech był szybki, ale w jej oczach nie było błagania. Było tam wyzwanie.

Marek Kordel wyciągnął metalowy token z kieszeni. Obracał go w palcach, patrząc na zielone sukno stołu. Przypomniał sobie słowa ojca: „W sądzie nie wygrywa ten, kto ma rację, Marku. Wygrywa ten, kto kontroluje narrację”.

Kordel uniósł wzrok na Krupiera. Na jego twarzy pojawił się chłodny, drapieżny uśmiech – ten sam, którym doprowadzał do szału prokuratorów na salach rozpraw całej Warszawy.

– Krupier... popełniłeś jeden, podstawowy błąd w sztuce – powiedział cicho Marek, a jego głos brzmiał jak uderzenie sędziowskiego młotka. – Założyłeś, że mój ojciec mnie nie ostrzegł. Ten token nie jest kluczem do archiwum. Ten token to automatyczny wyzwalacz. W ułamku sekundy, w którym użyłem go do otwarcia elektronicznego zamka w mieszkaniu ministra, cała baza danych z lat siedemdziesiątych poszła na serwery Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego jako automatyczny donos z mojej własnej skrzynki.

Krupier znieruchomiał. Jego profesorska maska na ułamek sekundy pękła, odsłaniając twarz przerażonego, starego człowieka.

– Co ty technicznie zrobiłeś?... – wykrztusił.

– Stworzyłem chaos w faktach – rzucił Kordel, wstając gwałtownie z krzesła i łapiąc Anetę za ramię. – W tym momencie jednostki antyterrorystyczne jadą tutaj nie po to, żeby nas zlikwidować. Jadą po ciebie, bo algorytm właśnie powiązał twoje nazwisko z zabójstwem prokuratora krajowego i trzema zamachami bombowymi. Jesteś historią, Krupier. A my właśnie zmieniliśmy stronę stolika.

Z góry, przez betonowe stropu podziemi, dobiegł głuchy, narastający dźwięk policyjnych syren i głośne tąpnięcie wyważanych bocznych drzwi hotelu.

Marek i Aneta ruszyli w stronę bocznego korytarza ewakuacyjnego, zostawiając Krupiera samego przy oświetlonym stoliku, w otoczeniu cieni minionej epoki. Sprawa była zamknięta. Pierwsza rozprawa miała się dopiero zacząć.

KONIEC TOMU 2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania