Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Białe Światło - początek książki
Zazdrosne spojrzenie I
Zielone oczy spojrzały przez okazałą szybę na rozprzestrzeniający się za nią blask. Wydobywał się wprost z obłoków. Ostrze bieli przedzierało szarość nieba. Szarość, która ogarniała jego wnętrze. Kochał na nie patrzeć, tak bardzo, jak nienawidził.
W dłoniach obracał szklaną kulę – swoją kruchą otuchę. Pomiędzy palcami stawała się maleńka jak ziarnko grochu, później rosła do wielkości jabłka, by na końcu zwiększyć objętość do rozmiarów ludzkiej czaszki. Kula miała w sobie wiele powabu, ale nie równała się z tym pięknem, które nieustannie biło z nieba. Zacisnął bezkrwiste wargi. Podjął wyzwanie, za które nienawidził siebie. Pragnął ośmieszyć Stworzyciela, dorównać, a nawet wyprzedzić. Stworzyć coś idealnego…
Odwrócił się od okna i spojrzał na stół, na którym rozłożona była kolejna szansa. Jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas uda się wydobyć z tego ideał. Czekało go wiele pracy. Gdy podjął decyzję, z zieleni jego oczu uciekło całe życie, pozostawiając obumarłe srebro.
Zaczął…
Część I: Niezrozumiały początek
Rozdział 1
Powieki rozkleiły się. Biel ustępowała szarości. Światło, które najpierw wdarło się głęboko w oczodoły, teraz odchodziło. Czy znał je?
Głęboki wdech wywołał suchy świst w nosie. Zastane płuca nie były gotowe na taki haust; kaszlnął gwałtownie, a ból przeszył żebra. Powietrze o sztucznym smaku powoli przywracało do życia, którego nie znał. Co wydarzyło się przed ciemnością i Światłem, które wciąż padało na ziemię?
Sflaczałe mięśnie drżały, a głowa pulsowała, jakby krew nie potrafiła znaleźć drogi ujścia. Spojrzał w lewo i prawo. Towarzyszył temu chropowaty odgłos przesuwających się po oczodole gałek. Wyschnięte, powoli się nawadniały. Zacisnął dłonie w pięści. Kości zagruchotały. Mrowienie przerodziło się w rozchodzące po ciele ciepło. Serce zabiło mocniej, a fala gorąca przedostała się aż po koniuszki palców u stóp. Powoli dochodził do sił, ale wciąż leżał na wznak. Starał się dojść do siebie, ulegając wrażeniu, że wybrał się w daleką podróż, zapominając zabrać ze sobą duszę.
Oblizał zeschnięte usta, ale język był równie suchy. Gdy podparł się na łokciach ciężka głowa bezwładnie runęła w tył. Uniósł ją z jękiem, słysząc grzechot kręgów szyjnych. Ostrożnie podniósł prawą dłoń i rozmasował bolące miejsce. Poradził sobie z podparciem ciała, nie przewrócił się. Gdy mógł utrzymać głowę w stabilnej pozycji, wsparł się na silniejszej lewej ręce, pomagając sobie prawą i w końcu udało mu się usiąść. Na czole wystąpiły krople potu. Wziął głęboki wdech, ale teraz się nie zakrztusił. Powoli przyzwyczajał się do życia.
Podkurczył nogi. Mięśnie brzucha zaprotestowały ostrymi ukłuciami bólu. Przechylił się do przodu i uklęknął na obu kolanach. Ociężale wyciągnął prawą nogę, wsparł się na rękach i z wysiłkiem wstał. W głowie zawirowało. Drżący na całym ciele, zataczał się, próbując utrzymać równowagę. Nogi uginały się pod nim, niczym zwiędłe łodygi. Podłoże rozjeżdżało się, chrzęściło. Stanął w szerokim rozkroku. Pod jego stopami zalegały odłamki maszyn. Zobaczył różnego rodzaju koła zębate, nakrętki, tarcze od zegarów i wiele innych przedmiotów, których w tym świetle nie mógł rozpoznać. Robiąc krok upadł na kolano, a kanciaste szczątki wbiły się głęboko. Stękając z bólu podniósł się, chociaż w stawach eksplodował czysty ogień.
Z wysiłkiem podniósł głowę, a przed oczami ukazała się panorama okolicy. Czarne góry okrążały cały region niczym mury obronne. W pobliżu i trochę dalej rozłożonych było mnóstwo spiczastych namiotów. Oprócz tego spostrzegł sylwetki pojazdów, cmentarzysko rdzewiejących maszyn. Przełknął bezgłośnie ślinę. Czy ktoś tu mieszka? A jeżeli tu już nikogo nie ma? Jeżeli to, co kiedyś było zamieszkane, teraz jest jedynie złomowiskiem?
Ruszył przed siebie…
Rozdział 2
Buty zatapiały się w odłamkach, rozsypując wokół części maszyn. Oczy powoli oswajały półmrok, z którego wyłaniały się ostre kontury obiektów. Z większą swobodą omijał wystające krawędzie, ale każdy krok wymagał skupienia. Cisza była tak gęsta, że aż huczało mu w skroniach. Jedynie świst wiatru i rytmiczny chrzęst gruzu pod stopami przypominały, że świat nie zastygł w bezruchu. Wypatrywał czegokolwiek: zabłąkanej muchy lub cienia szczura. Krajobraz przypominał ciało pożerane przez rdzę.
– Cały świat jest pusty? – coś w jego głowie szepnęło, że to nie jest prawda.
Przeklął pod nosem. Pulsujący ból rozrywał ciało, ale mimo to skłonił się. Wśród skorodowanych trybów, stłuczonych talerzy i powybijanych szyb ujrzał ramię. Od razu wiedział, że kończyna jest prawdziwa, choć coś się nie zgadzało… Ramię leżało oderwane od korpusu, a wokół nie było ani kropli krwi. Nie odważył się dotknąć, ale przejechał w powietrzu po kształcie niczym nad płomieniem świecy. Poczuł ciepło. Wyglądało na zdrowe, a różowe paznokcie, wystające żyły oraz sprężysty biceps wskazywały na to, że gdzieś pod spodem musi znajdować się jego posiadacz. Mężczyzna zagryzł pięść, aż poczuł metaliczny smak… swojej krwi. Otarł wargą kłykieć zostawiając czerwoną smugę.
– Co to ma znaczyć? – tym razem nie usłyszał tajemniczej myśli.
W miarę jak posuwał się naprzód krajobraz zmienił się, jak po wybuchu bomby. Zauważył nogi, kawałki palców, uszy. Przystanął i mocno zamknął oczy. Drgnął, a chwilę później zesztywniał. Przestał wpatrywać się w podłoże.
Schludnie poodrywane części ciał obijały się o buty. Siły wracały w rwących falach, pozwalając sprawniej omijać przeszkody. Spojrzał w dal. Nagle zza hałdy śmieci wypełzł żółtawy promień latarki. Ktoś szedł w jego stronę. Usłyszał głosy. Elektryczny blask latarki zbliżał się powoli. Rozgorączkowany rozejrzał się, by znaleźć schron. W ostatniej chwili, tuż przed tym jak wyłoniły się zza wzniesienia, dostrzegł zardzewiały pojazd. Podbiegł bezszelestnie, kryjąc się przy drzwiach pasażera. Lodowaty metal przywarł do dłoni, jakby pragnął wchłonąć jego ciało. Przysłuchiwał się rozmowie. Przez brudną szybę dostrzegł dwie istoty. Jedna z nich, barczysta, sapała ociężale, a naga klatka unosiła się spazmatycznie wbijając w ostry podbródek. Wyglądała, niczym wycięty z ciemności umięśniony kwadrat. Druga przypominała zwierzę, charczącego wilka stąpającego na tylnych nogach, o nienaturalnie żółtych oczach usadowionych w czarnej szczecinie.
– Aughl… O, niech to… – Kwadrat zgiął się i rzygnął.
Wilk doskoczył do wymiocin i zaczął chłeptać.
– Sp… adaaj kundlu! – wykrztusił, a kolejne słowo utknęło mu w zalanej żółcią krtani. Kaszlnął ciężko i odgonił się kopniakiem.
Rozległo się krótkie pisknięcie.
– Dawno nie jadłem – odszczeknął.
– Ja też, ale nie żrę swoich rzygów! Aughl, no już nic nie będzie.
Wilk zaskomlał.
– Zróbmy przerwę, bo zaraz tu zdechnę.
– Zgoda, padam na ryj. – Kwadrat legł na gruzach wzbijając w górę odłamki maszyn.
Zwierzę poddając się instynktowi, zanim spoczęło, zaczęło krążyć i węszyć. Zakleszczona w szponach latarka omiatała światłem podłoże. Coś przykuło jego uwagę. Przyczajony stąpał, ważąc każdy ruch. Strzygnął uszami. Zbliżał się do pojazdu, za którym znajdował się Mężczyzna. Mlaśnięcie zębów odlepiających się od wewnętrznej strony policzków przecięło ciszę. Kolejny krok. I kolejny. Stęchły smród Wilka przedzierał się przez szczeliny wraku.
Nagle powietrze rozdarł trzepot skrzydeł, głośny niczym uderzenie w bęben. Coś przeleciało nisko nad gruzami. Cień z żółtymi oczami namierzył nowy cel. Natychmiast odbił się od ziemi i runął na zdobycz. Rozległy się wściekłe warknięcia, paniczny furkot i… przeraźliwy, ludzki krzyk wydobywający się z ptasiego dzioba.
– Błagam, ni…! – głos urwał się gwałtownie. Kwadrat zerwał się na nogi, doskoczył do kłębowiska i zaczął tłuc pięściami jak młotem. Walił na oślep, byle tylko przygnieść wyrywające się ciało do podłoża. Czarny cień zwinnym susem przedostał się w okolice szyi ofiary. W końcu chrupnęły kości, gdy zęby Wilka zacisnęły się na gardle. Potem nastała cisza mącona pękającymi bąbelkami śliny i głośnymi oddechami.
Mężczyzna nie mógł odwrócić wzroku. Nozdrza rozszerzyły się chciwie, łapiąc powietrze, jakby to on walczył o życie. Całe jego ciało drżało w spazmach. Drapieżcy skupili swoją uwagę na ofierze, dlatego nikt go nie zauważył. Zamarł, gdy spostrzegł twarz zamordowanego. Oprócz brązowego dzioba, wszystko inne było ludzkie. Krzaczaste brwi, a pod nimi szarawe oczy, które odpływały…
Obaj wstali i spojrzeli z góry na upolowaną zdobycz.
– Którą część... – Kwadrat splunął, łapiąc z trudem powietrze. – ...wolisz?
– Wolę od dzioba. Dzisiaj mam ochotę na chrupkie.
Wielkolud zaśmiał się krótko, po czym pochwycił truchło ptaka i z trzaskiem złamał je na kolanie. Dwie równe części z głuchym łoskotem upadły na podłoże rozsypując kruche odłamki kości. I znów nie skapnęła z nich nawet kropla krwi.
Wilkowi, warczącemu z ekscytacji, skapnęła ślina. Zaczął rytmicznie rwać swoją porcję, zagłębiając pysk we wnętrzności i wyszarpując kolejne kęsy. Kwadrat obszedł się ze swoim łupem inaczej. Zbliżył usta do nóg pierzastej istoty, poluźniając przy tym pasek. Rozwarł szczęki tak szeroko, że kąciki warg pękły i zaplamiły się czerwienią. Sukcesywnie wpychał padlinę do gardła, pochłaniając ją niczym wąż. Kałdun rósł, a pióra ocierały się o podniebienie. Na czole wystąpiły mu tłuste krople potu.
Mężczyzna osunął się po rdzawym boku auta. Każdy mocniejszy krok mógł go zdradzić. Bał się uciekać – o ile Kwadrat leżał teraz bezwładny i wydęty jak balon, o tyle Wilk, mimo iż zwinięty w kłębek, wciąż strzygł uszami, gotowy do skoku. Zostać? Syty drapieżnik rzadko poluje. Może odpuszczą, jeśli nie wykona żadnego gwałtownego ruchu. Może pominą go w tym półmroku.
Nagle Kwadrat przeciągle beknął. Z jego ust wystrzeliła chmura piór, a gigantyczny brzuch zaczął gwałtownie falować i kurczyć się, jakby uchodziło z niego powietrze. W kilka sekund wrócił do pierwotnych rozmiarów. Wielkolud wstał i z mlaśnięciem mocniej zacisnął pasek.
– Zgłodniałem – powiedział i otarł usta wierzchem dłoni.
Wilk zaśmiał się, aż wierzgał grzbietem po podłożu. Gdy się uspokoił wciągnął głęboko powietrze i zaczął węszyć. Podjął trop, który wcześniej wyczuwał. Zapach świeżości. Delikatnego potu wymieszanego z metalicznym rdzawym smrodem. Urywane wdechy przyspieszały. Zbliżył się do auta.
– Masz coś? – rzekł Kwadrat, a zmęczenie odeszło.
– Ćśśś.
– Ale to nie Oni, prawda?
– Nie, oni są bardziej sterylni – powiedział w zamyśleniu – to coś innego.
Mężczyzna zaczął gorączkowo szukać czegokolwiek, co wyrównałoby szanse. Dłoń natrafiła na długi pręt – chwycił tak mocno, że rozbolały go palce. W tej samej chwili usłyszał pazury wbijające się w metal. Rdzawy wrak drgnął i przesunął się żłobiąc bruzdy rozdartymi oponami. Bestia nawet nie sapnęła z wysiłku. Odsłonił Mężczyznę, który drżał dzierżąc długi pręt. Wtedy ich spojrzenia się spotkały. Z czarnej sierści błysnęły ostre zęby.
Ostatnim, co pamiętał, była niepewna mina Wilka. W żółtych ślepiach drapieżnika zamiast żądzy mordu błysnęło czyste przerażenie. Później nastała ciemność.
Komentarze (2)
Ciekawy fragment, aczkolwiek jestem ciekaw jaki masz pomysł na dalsze rozdziały i ogólnie jaką masz wizję całej tej opowieści? To jest jakaś alternatywna rzeczywistość?
Opowieść już powstała, teraz staram się ją poprawiać, czytając po ileś razy. Tak, można to nazwać alternatywnym światem, ale nie chciałbym zdradzać szczegółów.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania