Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Białe Światło - rozdział 3

Rozdział 3

Nieznajomy świat rozmył się. Stał się jego częścią — dryfował wśród drobinek zawieszonych w pustce. Tym razem nie widział Światła. Może umarł, a może znów przenosił się do innego wymiaru? Nie wiedział. Czuł jedynie kojący spokój, jakby ciężar ciała przestał istnieć.

Usłyszał krzyki. Rozpoznał je. To Kwadrat i Wilk. Ich głosy rozciągały się, łamały, wracały jak echo. Jęczeli w melodii męki i rozpaczy.

Ciepło.

Poczuł je w dłoniach. Tętniące. Miękkie. Lepkie.

Słyszał i czuł.

Widział niewiele. Światło na horyzoncie pulsowało, rozlewało się i znikało. Tutaj była ciemność. To nie miało znaczenia.

Oni cierpieli. Słyszał ich. Wyły ich dusze.

On czuł ciepło, tętniące ciepło. Oni nie uciekali. On czuł ciepło, tętniące ciepło. Oni błagali, ale to on czuł ciepło, tętniące ciepło.

I miękkość.

Cisza.

Lepkie ręce, ciepło zaczynało uciekać, robiąc miejsce przejmującemu zimnu.

– To ty? – usłyszał gdzieś zza pleców.

Nie wiedział, kiedy zamknął oczy. Poczuł łzy na policzkach. Otworzył je i odwrócił się w stronę głosu. Ujrzał dziewczynkę w bieli. Złote włosy. Niebieskie oczy.

– A kim jestem? – zapytał, czując dziwne zimno w dłoniach.

– Dlaczego nie jesteś tam, gdzie ja?

– A teraz? Jesteśmy razem.

– Wcale, że nie!

Zawahał się.

– Jak to?

– Dlaczego mnie okłamujesz? – jej głos drżał, wypełniony pretensją.

– Bo chyba cię kochałem… kiedyś.

Zapadła cisza.

– Nie, ty nigdy nie kochałeś! – odpowiedziała po chwili, z żalem.

– Co?

– Bo nie jesteś ze mną… i nawet nie wiesz, kim jestem.

Chciał zaprzeczyć, ale była to prawda.

Nie zapytał. Bał się, że ją zrani, choć czuł, że ona już zna odpowiedź.

„Przeklęta prawda” – pomyślał.

– Kiedy będziemy razem? – zapytał.

Serce zadrżało mu w piersi.

– To zależy od ciebie. Może nigdy.

– Dlaczego?

Ukłucie. Nieregularne, ostre. Skulił się, zaciskając powieki. Łzy wróciły.

Coś miękkiego osunęło się z jego rąk. Świat stał się wyraźniejszy, gdy Białe Światło rozproszyło mrok.

Wrócił.

Wilk i Kwadrat leżeli obok siebie, wtuleni w swoje ciała.

Dotknął kwadratowej istoty. Jego termika była nienaturalna.

Przypomniało mu się ciepło bijące z rozczłonkowanej ręki. Tamto nie miało wiele wspólnego z żywym ciałem.

Ciało ludzkie nie jest takie jednolite.

Teraz to wrażenie wróciło ze zdwojoną siłą. W końcu, mimo wysiłku, udało mu się przewrócić wielkoluda na plecy.

Widok istoty szarpnął wnętrznościami.

Zmasakrowana twarz wielkoluda straszyła pustymi oczodołami. Niecodzienny, zbyt szeroki uśmiech rozerwanych ust, odsłaniał krańce pozostałości pożółkłych szczęk.

Spojrzał na Wilka. Uszy oraz jedna z kończyn zostały oderwane. Z brzucha wystawała sina, długa rurka przypominająca konającą dżdżownicę. Wzrok uwiązł mu na własnych, zimnych już dłoniach. Zamarł w bezruchu. Trzymał w ręce długi, płaski język. Należał on z całą pewnością do Wilka. Odrzucił go z obrzydzeniem. Z pyska spływała krew, klejąc się do sierści. Skłonił się i jej dotknął. Roztarł ją w palcach, myśląc, dlaczego się tu znalazła? Czy nie powinna wciąż tkwić w środku? Czy nie powinna… zostać tam? Zastygnąć w żyłach jak ulatujący, ostatni oddech?

– Czy ja to zrobiłem? – powiedział w pustkę. Zakrzepła krew na dłoniach, niczym mikroskopijne guzki osuwała się powoli z jego palców. – Ale jak to się stało?

– On chyba chce ciasta – odezwał się obcy, spokojny głos tuż za jego plecami. Nie należał do cudnej dziewczynki.

Nie zacisnął oczu. Odwrócił się, mając je szeroko otwarte. Zobaczył bladą i wąską postać o podłużnej twarzy. Nosiła dopasowany garnitur zakrywający po części białą koszulę, na której wisiał czarny krawat. Gdzieś na środku brzucha widniał ciemniejszy, nawet od czerni garnituru, refleks, który na białej koszuli barwił się czerwienią.

– Chcesz ciasta? – zapytała postać. Ten głos słyszał w swej głowie.

Nie odpowiedział. Dopiero po chwili zauważył biały talerzyk, a na nim placek, chyba sernik.

– Nie? No cóż, więcej będzie dla mnie – podniosła do ust łyżeczkę z kawałeczkiem, ale wstrzymała się – wiesz co? Może przymknij oko albo odwróć wzrok, bo nie będzie to przyjemny widok. Zauważ, że moje czynności, że tak powiem, szczerze, nie są zbyt człowiecze, że tak powiem.

Mężczyzna nadal patrzył, nie wierząc w to, co widzi.

– Nie? No cóż, skoro tak…

Stwór rozwarł gębę na tyle mocno, że jego potylica dotknęła pleców. W tym samym momencie z rozdarcia na brzuchu, tam, gdzie biel koszuli barwiła się czerwienią, wysunął się zakrzywiony, potężny kieł. Śmiertelnie ostry ząb, zakorzeniony gdzieś głęboko w szczęce, przebijał całe jego ciało od środka. Stworzenie szarpnęło tułowiem – szpic kła capnął kawałek ciasta, łyżeczkę oraz talerz, po czym z powrotem schował się w ranie, gdy paszcza się zamknęła.

– Nigdy nie znałem umiaru.

Kwas podskoczył mu do gardła, ale nie zwymiotował.

– Gdzie się znalazłem, co się tu dzieje?! – chwycił głowę, mocno tarmosząc włosami.

Postać w garniturze wyciągnęła z ust wykrzywioną łyżeczkę, przyjrzała się jej małymi, czarnymi niczym węgielki oczami, po czym wrzuciła z powrotem do gęby.

– Jesteś gdzieś. Co za różnica, gdzie? Jesteś… To chyba dobrze, nie? Zauważ, że z mojego doświadczenia wynika, że lepiej być niż nie być – kopnęła jakiś kamyczek swoim lakierkiem. – Bo widzisz, moja profesja charakteryzuje się tym, że widzę ludzi, którzy przestawali być. Zazwyczaj albo, szczerze powiedziawszy, zawsze wygląda to tak, jakby ci ludzie zawsze chcieli jeszcze być, a gdy przestają, boją się, że właśnie powoli przestają.

Mężczyzna nie słuchał. Wcierał zakrwawione ręce we włosy, tworząc czerwone pasemka. Niebieskie oczy wpatrywały się, gdzieś w dal.

– Widzę, że za bardzo nie jesteś do pogadania – podwinęła rękaw i zerknęła na złoty zegarek. – Szczerze powiedziawszy, jestem trochę zawiedziona, bo zauważ, z tą dziewczynką zamieniłeś choć kilka słów.

– Kim ona była? – zapytał, a jego niebieskie oczy od razu stały się skoncentrowane i silne.

– Kim ona była.

– Kim ona była!?

– Bla bla bla była? – przedrzeźniała – Dobra, że tak powiem szczerze... Już zaraz, nie tak prędko, przecież mamy czas! – stuknęła paznokciem w złoty zegarek – widzisz, lubię się droczyć. A czasami pogadać. A żebyś ty gadał trzeba cię wkurzyć. Dobrze, powiem ci, kim ona jest, czy tam była. Chociaż, szczerze powiedziawszy, wątpię, by ci to pomogło. Pewnie jeszcze pogorszy sprawę.

Nastała chwila ciszy. Nie spieszyła się z wyjaśnieniami.

– Gadaj w końcu! – uderzył wściekle pięścią w udo.

– A o czym to ja, szczerze powiedziawszy… – zaśmiała się ochryple – Dobra, gotowy? Kurtyna i werble, podnieta, jak wilk na kotleta! I… to była twoja córka!

– Moja córka? – odparł beznamiętnie.

– Twoja córka. To znaczy, zauważ, że powiedziałem, że była to twoja córka. Bo można powiedzieć, że już nią nie jest…

„Powiedziałem, powiem?” – przemknęło mu przez myśl. Przecież przed chwilą mówiła, że nie znała umiaru. Była zawiedziona. Jej głos i forma skakały między kobietą a mężczyzną, jakby istota pod garniturem wciąż nie mogła zdecydować, kogo właściwie udaje.

– Gdzie ona jest?

– Nie mów tak szybko… Przerywasz mi, a ja tego nie lubię – łypnęła krytycznie na bucik, którym wcześniej kopnęła kamyczek. Została na nim śladowa ilość piasku. Skrzywiła się i wyciągnęła z kieszeni marynarki białą chustę, po czym przetarła energicznie zabrudzenie. Wyprostowała się, kompletnie nie spiesząc z odpowiedzią. Dłuższą chwilę przypatrywała się lakierkom, po czym przytaknęła w zamyśleniu. Towarzyszył temu dziwny mlask zęba poruszającego się w brzuchu. – Powiem ci tyle… nie ma jej tu.

Mężczyzna zagryzł wargę.

– A kim ty jesteś?

– Ja jestem Śmiercią – powiedziała spokojnym głosem.

– Jesteś okropna.

– Mam wiele twarzy… Jednak tak, powiem ci szczerze, że ta śmierć, którą zadałeś, była potworna.

– To nie ja… – powiedział, zawieszając wzrok.

– Możesz tak mówić, ale wystarczy spojrzeć na twoje ręce, by odkryć, jaka jest prawda – znów spojrzała na zegarek, tym razem spuściła energicznie rękaw. – No cóż, teraz to już naprawdę pora na mnie. Jednak nie martw się. Spotkamy się i to nie raz. Widzę, że warto za tobą podążać, bo będę miał przy tobie pełne ręce roboty!

Zniknęła tak szybko jak dziewczynka. Został sam. Cisza znów nastała niczym prognostyk zła. Rozejrzał się wokół. Spojrzał na ręce. Krew – ona tu była i nie mógł się jej wyprzeć. Skupił wzrok, omijając swe dłonie. Na ziemi ujrzał tętniący kształt. Nie musiał się schylać, by rozpoznać surowe, wyrwane z piersi Wilka serce. Dopiero teraz dostrzegł ziejącą wyrwę w klatce piersiowej bestii.

Otrząsnął się.

– Dokąd mam iść? – zapytał nieśmiało, wpatrując się w łunę Białego Światła.

Serce na ziemi zatrzymało się.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania