Poprzednie częściBieszczadzkie anioły (WSTĘP)

Bieszczadzkie Anioły |1|

Na tym świecie w różnych miejscach czas płynie niekiedy zupełnie inaczej, niż powinien. Dla przykładu: w ruchliwym mieście będzie biec zbyt prędko, w niewielkiej miejscowości wlec się noga za nogą, zaś w spokojnej wiosce pośród bieszczadzkich połonin, jaką z całą pewnością była Bieniowa, zatrzyma się na dobre i za Chiny Ludowe nie da rady znów go ruszyć. Niekiedy czas staje się tam zjawiskiem zupełnie zapomnianym, jakby nigdy nie istniał.

 

Miejsca te ciągną do siebie zbłąkane dusze - tych, którzy do tej pory nie znaleźli nic dla siebie. No i anioły, ale to raczej nikogo nie dziwi. Nie mówi się o tym głośno, ale większych psotników świat nie widział! Robią wszystko, by tylko uniknąć rajskich obowiązków. No ale Pan Bóg nie ma serca, aby postawić kres ich swawolom. Śmieje się tylko serdecznie, przymykając oko na harce swoich podopiecznych, wiecznie goniących za wiatrem po Karpatach.

 

• • •

 

Dotychczas tylko raz w życiu widziałem anioła.

 

Nie objawił mi się we śnie niczym Józefowi z Nazaretu, wcale nie przyszedł mi z odsieczą, obleczony świetlną poświatą, dzierżąc w dłoni miecz o srebrnej klindze. Nic z tych rzeczy. W zasadzie spotkałem go zupełnie przypadkowo i dałbym sobie rękę uciąć, że był równie zaskoczony moim widokiem, jak ja jego. A było to już dawno, bo prawie siedem lat temu. W głowie mi się nie mieści, jak postarzałem się od tego czasu! Wtedy byłem jeszcze lekkoduchem, który pragnął zobaczyć kawałek świata. Dziś sprawy mają się zupełnie inaczej: nikt nigdy nie pomyślałby, że ten ustatkowany, poważny mężczyzna ze wspaniałą żoną i dziećmi to chłopak, który niegdyś pałętał się bez celu po Bieszczadach.

 

Ten dzień był bardzo senny. Pamiętam go dokładnie, mimo, że spamiętać nie mogę wszystkich tak podobnych do niego dni. Jesień już przekwitała, ustępując powoli miejsca chłodnej zimie. Wędrowałem samotnie wzdłuż szlaku do Źródeł Sanu, jednak zanim doszedłem do granicy ukraińskiej, skręciłem w prawo, w stronę zabytkowego, bieniowskiego cmentarza i cerkiewiska. Gdy byłem w Mucznem polecono mi, abym koniecznie tam zajrzał. Cmentarz był oddalony od szlaku o zaledwie kwadrans marszu, stwierdziłem więc, że nie mogę przegapić takiej okazji.

 

I gdy tak szedłem, myśląc o już nawet nie pamiętam czym, minąłem starą kapliczkę. Nic specjalnego - wiele innych, podobnych do tej i równie urokliwych kapliczek widziałem już na swej drodze podczas przemierzania bieszczadzkich szlaków. Tym razem jednak dostrzegłem coś kątem oka. Zrozumiałem w jednej chwili, gdy przyjrzałem się temu uważniej, że nie jestem sam. Wewnątrz kapliczki, zapewne dla ochrony przed zimnem, drzemał jakiś wędrowiec. Zatrzymałem się, by lepiej zapoznać się z widokiem zbłąkanego turysty i z zaskoczeniem oraz niejako przerażeniem stwierdziłem, że posiada on najprawdziwsze w świecie, ogromne skrzydła! Jego obraz utkwił mi w pamięci i chyba już do końca życia się go nie pozbędę: przykrótka biała szata, upaprana błotem, zupełnie jak postrzępione końcówki skrzydeł. Na głowie szeroki, wyblakły kapelusz, w dłoni drewniany badyl, na szyi owinięty pomarańczowy szal. Ponadto buty - wysokie i zapewne wygodne, dobrze rozchodzone, nieco już wytarte oraz ciepłe, grube skarpety.

 

Po chwili obudził się, przeciągnął i spojrzał na mnie spod kapelusza. Kilka razy zamrugał, po czym wytrzeszczył oczy i przez moment spoglądał na mnie jak na zjawę. Uciekłem ile sił w nogach! Tak to już jest, gdy spotyka się coś, czego nie potrafi się samemu wytłumaczyć. Dopiero po czasie zdałem sobie sprawę z tego, jaką zrobiłem głupotę. Gdy wróciłem, anioła już nie było. Pewnie rozpostarł przybrudzone błotem skrzydła, owinął się szczelniej szalikiem i poleciał, gdzie go wiatry poniosły...

 

Tego dnia nie doszedłem już do Bieniowej - tak bardzo zadziwił mnie spotkany wówczas anioł. Długo zastanawiałem się, jak to wszystko możliwe i czy rzeczywiście widziałem to, co widziałem, lecz nawet teraz, gdy wiem już znacznie więcej, ciężko mi to pojąć.

 

No i jak już wspomniałem, do tej pory nie spotkałem żadnego innego anioła. Ani rodzina, a nawet najbliżsi przyjaciele nigdy nie uwierzyli w opowieść, którą przed chwilą wam przedstawiłem. Czy chcecie uwierzyć w moją historię, czy też nie, to zależy wyłącznie do was. Ja powiem tylko, że anioły naprawdę mieszkają w Bieszczadach...

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne 9 miesięcy temu
    Kiedy słyszę słowo "Bieszczady", od razu mam w głowie zespół punk rockowy KSU <3 Samo opowiadanie dobre, ale troszkę za krótkie. Jest 4 i pozdrawiam :)
  • Bajkopisarz 9 miesięcy temu
    „i za Chiny Ludowe”
    Nie podobał mi się ten kolokwializm na wstępnie, a jak skończyłem czytać i przewinąłem na początek, to nie spodobał mi się podwójnie, bo nijak nie pasuje do reszty tego ciepłego, lekko nostalgicznego tekstu.
    Sprawnie napisane, ładnie poprowadzone, wciąga i nie nudzi. Sprawna, sympatyczna relacja z niezwykłego wydarzenia, czy potrzeba tu jakiejś wolty i puenty? Niekoniecznie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania