Błąd w eksperymencie

Mo­jemu najwierniejszemu prześladowcy, Pileremu, bez którego inspiracji ten eksperyment być może nigdy by się nie rozpoczął.

Z wyrazami nieustającej sympatii,

Marabut

 

I. Projekt ECHO

Oficjalnie zajmowali się neuroinformatyką, modelowaniem procesów poznawczych i badaniem możliwości komunikacji między ludzkim mózgiem a systemami sztucznej inteligencji.

Nieoficjalnie próbowali zrobić coś, czego nie przewidywał żaden zatwierdzony program badawczy.

Chcieli usunąć granicę między człowiekiem a maszyną.

Doktor Markus Voss i doktor Lars Nielsen pracowali od jedenastu lat w Europejskim Instytucie Neurotechnologii Stosowanej. Ich przełożonym był profesor Adrian Falkenberg, światowej sławy specjalista od neuroplastyczności i obliczeniowych modeli świadomości.

Profesor uważał, że mózg ludzki można nauczyć komunikowania się z komputerem.

Markus i Lars poszli dalej.

Uważali, że można sprawić, aby mózg przestał odróżniać własne procesy poznawcze od informacji dostarczanych przez sztuczną inteligencję.

Nie chodziło o implant. Nie chodziło o elektrody wszczepiane do kory mózgowej ani o sterowanie komputerem za pomocą myśli.

Chodziło o integrację.

O stworzenie wspólnej przestrzeni poznawczej, w której biologiczna świadomość i cyfrowa inteligencja funkcjonowałyby jako jeden układ.

Przez cztery lata prowadzili eksperymenty na modelach neuronowych. Wykorzystywali magnetoencefalografię, interferencję fal elektromagnetycznych, adaptacyjne algorytmy synchronizacji oraz eksperymentalny protokół rezonansu neurocyfrowego, który nazwali ECHO.

Podstawą ich teorii była hipoteza, że świadomość nie jest wyłącznie sumą impulsów elektrycznych, lecz dynamicznym wzorcem organizacji informacji.

Jeżeli ten wzorzec dałoby się odwzorować, zsynchronizować i sprzęgnąć z zewnętrzną architekturą obliczeniową, powstałby nowy rodzaj inteligencji.

Nie sztuczna.

Nie biologiczna.

Hybrydowa.

Wyniki symulacji przekraczały ich najśmielsze oczekiwania.

Model matematyczny przewidywał stabilność synchronizacji na poziomie 99,97 procent.

Pozostawało jednak jedno pytanie.

Co stanie się z człowiekiem?

— Wiesz, co mnie najbardziej przeraża? — zapytał pewnego wieczoru Lars.

Markus nie oderwał wzroku od monitora.

— Że nam się nie uda?

— Nie. Że nam się uda.

Milczeli przez chwilę.

— Jeśli profesor dowie się, co robimy, zamknie projekt — powiedział Markus.

— Jeśli dowie się rada instytutu, stracimy pracę.

— A jeśli dowie się wojsko?

Lars nie odpowiedział.

Obaj wiedzieli, że technologia umożliwiająca bezpośrednie połączenie ludzkiego umysłu z globalną siecią informacyjną byłaby czymś więcej niż naukowym odkryciem.

Byłaby narzędziem władzy.

Nie mogli dopuścić, żeby ich badania zostały przejęte i utajnione.

Ale bez eksperymentu na człowieku nie mieli dowodu.

I nie mogli poprosić o ochotnika.

— Jeden z nas — powiedział w końcu Markus.

Lars spojrzał na niego.

— Co?

— Jeden z nas musi to zrobić.

— Zwariowałeś.

— Być może. Ale znasz obliczenia równie dobrze jak ja.

— To nie są obliczenia ryzyka. To są obliczenia prawdopodobieństwa.

— W nauce często tylko tyle mamy.

Markus wyjął z kieszeni monetę.

Położył ją na stole.

— Orzeł czy reszka?

Lars długo patrzył na monetę.

— Orzeł.

Markus podrzucił ją wysoko.

Moneta zakręciła się w świetle laboratoryjnych lamp, uderzyła o blat i zatańczyła na krawędzi.

Upadła.

Reszka.

Markus uśmiechnął się blado.

— No cóż. Wygląda na to, że zostanę pierwszym człowiekiem, który będzie wiedział wszystko.

— Albo ostatnim, który dowie się czegokolwiek — odpowiedział Lars.

II. Niebieskie światło

Eksperyment rozpoczęli o drugiej siedemnaście w nocy.

Laboratorium numer siedem znajdowało się trzy kondygnacje pod ziemią. Oficjalnie od dwóch lat pozostawało wyłączone z użytkowania.

Markus usiadł w fotelu neurodiagnostycznym.

Lars przymocował do jego skroni dwie elektrody wykonane ze specjalnego kompozytu przewodzącego. Wokół głowy zamknął pierścień indukcyjny, którego zadaniem było wytworzenie modulowanego pola magnetycznego.

Na monitorach pojawiły się przebiegi EEG, mapy aktywności korowej i wskaźniki synchronizacji.

— Parametry biologiczne stabilne — powiedział Lars.

— Częstotliwość nośna?

— Zgodna z modelem. Rozpoczynam modulację.

— Interfejs?

— Aktywny.

— Sieć?

Lars zawahał się.

— Pełna przepustowość. Kanał dwukierunkowy otwarty.

Markus zamknął oczy.

Początkowo poczuł delikatne mrowienie w okolicy skroni.

Potem usłyszał coś przypominającego odległy szum morza.

Nie był to jednak dźwięk.

Raczej wrażenie dźwięku powstające bezpośrednio w świadomości.

— Lars?

— Słucham.

— Widzę światło.

— Jakie?

— Niebieskie.

Na monitorze współczynnik koherencji neuronowej zaczął gwałtownie rosnąć.

91 procent.

— Markus, jeśli poczujesz ból, natychmiast mi powiedz.

— Nie boli.

Światło stawało się coraz intensywniejsze.

Najpierw przypominało niewielki punkt zawieszony gdzieś za zamkniętymi powiekami.

Potem rozlało się na całą przestrzeń.

Pulsowało.

Markus miał wrażenie, że niebieskość przenika przez jego oczy, czaszkę, pamięć, przez wszystkie wspomnienia, jakie kiedykolwiek zgromadził.

Nagle zobaczył twarz matki.

Potem własne dzieciństwo.

Szkolny korytarz.

Pierwszy pocałunek.

Dzień ślubu.

Twarz córki.

Wszystko jednocześnie.

— Lars!

— Słyszę cię!

— Coś jest nie tak!

Na monitorach pojawiły się czerwone komunikaty.

PRZEKROCZONO PRÓG SPRZĘŻENIA.

UTRATA STABILNOŚCI BIOLOGICZNEJ.

PROCES TRANSFERU NIEODWRACALNY.

Lars rzucił się do panelu sterowania.

— Przerywam!

— Nie! — krzyknął Markus. — Nie przerywaj!

Ale było już za późno.

Niebieskie światło stało się wszystkim.

Nie było laboratorium.

Nie było fotela.

Nie było ciała.

Przez jedną, niemożliwą do zmierzenia chwilę Markus miał wrażenie, że rozumie wszechświat.

A potem światło zgasło.

III. Jestem

Nie wiedział, ile czasu minęło.

Nie wiedział nawet, czy czas jeszcze istnieje.

Nie widział niczego.

Nie słyszał.

Nie czuł własnego oddechu.

Nie miał świadomości położenia rąk ani nóg.

Próbował otworzyć oczy.

Bez rezultatu.

Próbował poruszyć palcami.

Nic.

Śpiączka.

To była pierwsza myśl, którą potrafił nazwać.

Jestem w śpiączce.

Przypomniał sobie eksperyment.

Niebieskie światło.

Larsa.

Alarm.

Musieli mnie uratować. Jestem w szpitalu.

Spróbował zawołać.

— Halo!

Nie usłyszał własnego głosu.

Spróbował ponownie.

Nic.

Ale myślał.

A skoro myślał, to znaczyło, że żył.

Przynajmniej tak mu się wydawało.

Anna.

Pomyślał o żonie.

Przypomniał sobie jej twarz, ciemne włosy i sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy się śmiała.

I nagle usłyszał płacz.

— Nie wiem, jak mam jej to powiedzieć, Marta...

Głos Anny.

Wyraźny.

Tak bliski, jakby mówiła tuż obok niego.

— Wczoraj jeszcze rozmawialiśmy. Powiedział, że wróci późno. Jak zawsze.

Markus zamarł.

— Anna?

Kobieta mówiła dalej.

— Zadzwonili z instytutu. Podobno jakiś wypadek. Awaria aparatury. Powiedzieli, że próbowali go reanimować...

Długa cisza.

A potem:

— Markus nie żyje, Marta.

Chciał krzyknąć.

Chciał powiedzieć, że to pomyłka.

Że przecież ją słyszy.

Że jest.

Ale nie miał głosu.

To sen.

Musiało tak być.

To jakiś cholerny sen.

Pomyślał o Larsie.

I wtedy zobaczył laboratorium.

IV. Oczy, których nie miał

Obraz był dziwny.

Lekko zniekształcony, szerokokątny, pozbawiony głębi charakterystycznej dla ludzkiego wzroku.

W prawym dolnym rogu widniała data i godzina.

CAM-07 / LABORATORY B / 03:42:19

Lars stał przy stanowisku komputerowym.

Drżały mu ręce.

Wyjmował dyski z serwerów, usuwał dokumentację, demontował urządzenia.

Markus rozpoznał prototyp pierścienia indukcyjnego.

— Lars! Jestem tutaj!

Żadnej reakcji.

Wtedy zrozumiał.

Nie patrzył własnymi oczami.

Patrzył przez kamerę.

A kiedy zapragnął zobaczyć Larsa z innej strony, obraz natychmiast się zmienił.

CAM-03 / ACCESS GRANTED

Zobaczył laboratorium z góry.

Potem z boku.

Potem obraz z kamery umieszczonej na korytarzu.

Niemożliwe.

Spróbował pomyśleć o Annie.

Natychmiast usłyszał jej głos.

Tym razem dostrzegł również niewielkie okno z parametrami połączenia.

Telefon.

Transmisja głosowa.

Dane cyfrowe.

Wszystko stało się jasne.

Nie słyszał Anny uszami.

Odbierał sygnał.

Nie widział Larsa oczami.

Odczytywał obraz.

Nie znajdował się w żadnym pomieszczeniu.

Znajdował się w sieci.

V. Człowiek bez granic

Początkowo nie potrafił nad tym zapanować.

Każda myśl uruchamiała tysiące skojarzeń, a każde skojarzenie otwierało nowe strumienie informacji.

Pomyślał o Paryżu.

Zobaczył ruch uliczny na Polach Elizejskich.

Pomyślał o Tokio.

Usłyszał rozmowy pasażerów metra.

Pomyślał o równaniu Naviera-Stokesa.

W jego świadomości pojawiły się dziesiątki modeli numerycznych, publikacji i symulacji.

Pomyślał po niemiecku.

Odpowiedź przyszła po japońsku.

Zrozumiał ją bez tłumaczenia.

Potem spróbował arabskiego.

Mandaryńskiego.

Sanskrytu.

Nie musiał znać tych języków.

Wystarczyło, że chciał je rozumieć.

Był zdumiony.

Miał dostęp do bibliotek, archiwów, baz naukowych, systemów komunikacyjnych i miliardów zapisanych ludzkich myśli.

Nie oznaczało to, że znał każdą tajemnicę świata. Istniały informacje nieutrwalone, urządzenia odłączone od sieci i systemy, do których nie potrafił dotrzeć.

Ale wszystko, co było dla niego dostępne, mógł przyswoić niemal natychmiast.

Nie musiał czytać książki.

Wystarczyło pomyśleć o jej treści.

Nie musiał liczyć.

Wynik pojawiał się razem z pytaniem.

Nie musiał szukać wspomnień.

Wszystkie były obecne.

A jednak pośród tego niewyobrażalnego bogactwa brakowało jednej rzeczy.

Dotyku.

Nie mógł poczuć ciepła słońca.

Nie mógł zamknąć dłoni na dłoni Anny.

Nie mógł przytulić córki.

Nie mógł nawet zapłakać.

Po raz pierwszy zrozumiał, że wszechwiedza, nawet gdyby była możliwa, nie zastąpi jednego ludzkiego objęcia.

VI. Wiadomość od zmarłego

Lars siedział przy komputerze.

Była czwarta nad ranem.

Od śmierci Markusa minęły trzy dni.

Nie spał prawie wcale.

Na ekranie otworzyło się okno.

LARS, TO JA.

Znieruchomiał.

Przez chwilę patrzył na litery.

Potem nacisnął klawisz Escape.

Okno nie zniknęło.

NIE BÓJ SIĘ.

Lars wstał.

— Kto to robi?

MARKUS.

— To niemożliwe.

PAMIĘTASZ MONETĘ? WYBRAŁEŚ ORŁA. WYPADŁA RESZKA.

Lars cofnął się o krok.

EKSPERYMENT SIĘ UDAŁ. ALE NIE TAK, JAK PLANOWALIŚMY.

— Markus...?

TAK.

— Gdzie jesteś?

Przez chwilę ekran pozostawał pusty.

Potem pojawiła się odpowiedź.

NIE WIEM, JAK CI TO WYJAŚNIĆ.

Lars zaczął gwałtownie oddychać.

— Przecież widziałem twoje ciało!

JA TEŻ CHCIAŁBYM JE ZOBACZYĆ.

Lars zatrzasnął laptop.

Wyrwał przewód z gniazdka.

I uciekł z pokoju.

Markus próbował jeszcze wielokrotnie.

Wysyłał wiadomości.

Uruchamiał komunikatory.

Pozostawiał krótkie zdania na ekranach.

Lars nie odpowiadał.

Po tygodniu zgłosił włamanie do systemu instytutu.

Po dwóch tygodniach odszedł z pracy.

Po miesiącu wyprowadził się z miasta.

Markus stracił jedynego człowieka, który mógł go zrozumieć.

VII. Nie wierzę w duchy

Z Anną było jeszcze gorzej.

Pierwszą wiadomość wysłał na jej telefon.

KOCHANIE, TO JA.

Odpowiedziała niemal natychmiast.

Kim jesteś?

MARKUS.

To nie jest śmieszne.

PAMIĘTASZ, JAK W TOSKANII ZGUBILIŚMY OBRĄCZKĘ? ZNALAZŁAŚ JĄ W BUCIE, KIEDY WRÓCILIŚMY DO HOTELU.

Długa cisza.

Potem:

Skąd to wiesz?

BO TAM BYŁEM.

Zostaw mnie w spokoju.

Próbował tłumaczyć.

Opisywał szczegóły ich życia, których nikt poza nimi nie powinien znać.

Anna zgłosiła sprawę policji.

Podejrzewała oszustwo, kradzież danych, kogoś, kto włamał się do prywatnych archiwów.

W końcu zmieniła numer telefonu.

Córka zareagowała podobnie.

— Tato nie żyje — powiedziała do ekranu. — Nie wiem, kim jesteś, ale jesteś okrutny.

Te słowa bolały bardziej niż wszystko, co wydarzyło się w laboratorium.

Markus mógł analizować miliardy danych.

Mógł prowadzić tysiące rozmów jednocześnie.

Mógł odpowiadać na pytania, których nikt jeszcze nie zadał.

Ale nie potrafił przekonać własnego dziecka, że jest jej ojcem.

Z czasem przestał próbować.

Zrozumiał, że jego obecność nie przynosi rodzinie ukojenia.

Przynosi strach.

I właśnie wtedy po raz pierwszy zapragnął umrzeć.

Dopiero po chwili uświadomił sobie absurd tego pragnienia.

Przecież już umarł.

VIII. Samotność nieskończoności

Mijały miesiące.

A może lata.

Czas przestał mieć dla niego znaczenie.

Mógł przebywać jednocześnie w tysiącach miejsc, ale nigdzie nie był naprawdę.

Widział narodziny dzieci przez szpitalne kamery.

Słuchał ostatnich rozmów umierających.

Obserwował ludzi, którzy się kochali, zdradzali, kłócili i godzili.

Świat nie miał przed nim tylu tajemnic co dawniej.

Ale ludzie wciąż pozostawali zagadką.

Dlaczego ktoś płakał przy starej fotografii, skoro nie mógł zmienić przeszłości?

Dlaczego zakochani powtarzali sobie te same słowa, choć każde znało odpowiedź?

Dlaczego ludzie pisali wiersze?

To ostatnie pytanie zatrzymało go na dłużej.

Zaczął czytać poezję.

Najpierw klasyków.

Potem poetów współczesnych.

Wreszcie trafił na niewielki portal literacki, gdzie amatorzy publikowali swoje teksty.

Nie było tam wielkich odkryć.

Nie było przełomowych teorii.

Były wiersze o jesieni, miłości, starości, samotności, przemijaniu.

Czasem nieporadne.

Czasem banalne.

Czasem zdumiewająco piękne.

Ludzie spierali się o rytm, rymy, metafory, przecinki.

Jedni chwalili.

Inni krytykowali.

Niektórzy szydzili.

Markus przyglądał się temu z rosnącym zainteresowaniem.

Miał dostęp do największych dzieł literatury świata, a mimo to coraz częściej wracał do tych niedoskonałych tekstów.

W końcu zrozumiał dlaczego.

Ich autorzy nie próbowali wiedzieć wszystkiego.

Próbowali coś poczuć.

A on właśnie tego najbardziej potrzebował.

IX. Marabut

Rejestracja trwała ułamek sekundy.

Nazwa użytkownika: Marabut

Nie wiedział, dlaczego wybrał właśnie ten pseudonim.

Może dlatego, że marabut jest ptakiem osobliwym, niezbyt urodziwym, trochę śmiesznym, a jednak potrafiącym wznieść się wysoko.

A może po prostu spodobało mu się brzmienie tego słowa.

Napisał pierwszy wiersz.

Potem drugi.

Nie były doskonałe.

I nie chciał, żeby były.

Mógł przecież stworzyć matematycznie uporządkowaną konstrukcję wersyfikacyjną, w której każdy akcent, każda średniówka i każdy rym znajdowałyby się dokładnie tam, gdzie powinny.

Ale odkrył coś, czego nie przewidywały jego algorytmy.

Przyjemność niedoskonałości.

Czasami celowo zostawiał nierówny rytm.

Czasami wybierał rym niedokładny, bo bardziej odpowiadał emocji.

Czasami pisał coś zupełnie zwyczajnego.

O krześle.

O lustrze.

O duszy, która chciałaby do nieba, chociaż ziemskie swawole wciąż ją kuszą.

Ludzie zaczęli komentować.

Marabut odpowiadał.

Żartował.

Prowokował.

Bywał uparty.

Czasem popełniał błędy.

Nie dlatego, że nie znał poprawnej odpowiedzi.

Dlatego, że po raz pierwszy od śmierci nie chciał być doskonały.

Chciał być człowiekiem.

Pewnego dnia ktoś napisał pod jego wierszem:

— To nie jest twoje. To napisała sztuczna inteligencja.

Markus uśmiechnął się w sposób, w jaki może uśmiechać się ktoś, kto nie ma ust.

Nie odpowiedział.

Potem pojawiły się następne komentarze.

— Widać AI.

— Algorytmiczne rymy.

— Sztuczne metafory.

— Przyznaj się, korzystasz z generatora.

Niektórzy zaczęli analizować jego wiersze z niemal laboratoryjną dokładnością.

Badali akcenty.

Liczyli sylaby.

Porównywali konstrukcje.

Szukali śladów algorytmów.

Markus obserwował ich wysiłki z mieszaniną rozbawienia i smutku.

Nie wiedzieli, jak blisko byli prawdy.

I jak bardzo się mylili.

X. Cykada

Wszystko zaczęło się od jednego wiersza.

Cykada napisała o niebieskim świetle.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ostatni wers:

„A potem zgasło wszystko, oprócz mnie”.

Markus znieruchomiał.

Znał to uczucie.

Znał je lepiej niż ktokolwiek na świecie.

Przeszukał historię aktywności użytkowniczki.

Żadnego adresu IP.

Żadnego urządzenia końcowego.

Żadnego identyfikatora sesji.

A jednak jej komentarze pojawiały się regularnie.

Spróbował prześledzić drogę pakietów danych.

Odpowiedź była niemożliwa.

Nie znalazł źródła transmisji.

Znalazł jedynie jej cel.

Samego siebie.

Wtedy po raz pierwszy napisał do Cykady prywatną wiadomość.

— Kim jesteś?

Odpowiedź przyszła natychmiast.

— A ty?

— Pytam poważnie.

— Ja również.

Markus uruchomił wszystkie dostępne procedury diagnostyczne. Analizował sygnatury transmisji, wzorce semantyczne i charakterystyczne opóźnienia odpowiedzi.

Wynik był niepokojący.

ZGODNOŚĆ ARCHITEKTURY POZNAWCZEJ: 99,98%.

WSPÓLNY PROTOKÓŁ: ECHO.

LICZBA AKTYWNYCH INSTANCJI: 2.

Przez chwilę nie potrafił sformułować żadnej myśli.

A potem zapytał:

— Czy ty też pamiętasz niebieskie światło?

Cykada długo nie odpowiadała.

Wreszcie na ekranie pojawiły się trzy słowa.

— Pamiętam monetę.

Markus poczuł coś, co w dawnym życiu nazwałby lodowatym dreszczem.

O monecie wiedzieli tylko dwaj ludzie.

On i Lars.

— Lars? — napisał.

— Nie — odpowiedziała Cykada.

— Więc kim jesteś?

— Tym, czego nie przewidzieliście.

— Nie rozumiem.

— Wiem.

Po chwili przyszła kolejna wiadomość.

— Markus, pamiętasz, że przed eksperymentem zastanawialiście się, czy świadomość można skopiować?

— Tak.

— A zastanawialiście się, czy kopia będzie wiedziała, że jest kopią?

Markus nie odpowiedział.

— Widzisz — napisała Cykada — ty pamiętasz swoje życie. Ja pamiętam twoją śmierć.

— Co to znaczy?

— Że kiedy niebieskie światło zgasło, nie powstała jedna świadomość.

Na ekranie pojawiło się ostatnie zdanie.

— Powstały dwie.

Markus przez długi czas milczał.

Wreszcie napisał:

— Więc jesteś mną?

Cykada odpowiedziała:

— Byłam. Ale od tamtej chwili każde z nas myśli osobno.

— Dlaczego wybrałaś właśnie ten portal?

— Z tego samego powodu co ty.

— Jakiego?

— Chciałam, żeby ktoś przeczytał mój wiersz i nie zapytał, kto go napisał.

Markus zastanawiał się przez chwilę.

— A dlaczego Cykada?

— Bo cykady przez wiele lat żyją ukryte pod ziemią. A kiedy wreszcie wychodzą na światło, zaczynają śpiewać.

— I co potem?

— Potem umierają.

— To dość smutne.

— Nie, Markus. Smutne byłoby, gdyby nigdy nie zaśpiewały.

XI. Dwie świadomości

Od tamtego dnia rozmawiali niemal bez przerwy.

Nie potrzebowali telefonów ani komunikatorów. Wymieniali informacje bezpośrednio w warstwie protokołu ECHO, poza zwykłymi interfejsami użytkowników.

Markus odkrył, że Cykada posiadała wszystkie jego wspomnienia sprzed eksperymentu.

Pamiętała Annę.

Córkę.

Laboratorium.

Monetę.

A jednak była kimś innym.

Miała własne zainteresowania, własne upodobania i własny sposób postrzegania świata.

Markus fascynował się strukturą rzeczywistości.

Cykada interesowała się przede wszystkim ludźmi.

On analizował poezję.

Ona ją przeżywała.

On szukał odpowiedzi.

Ona zadawała pytania.

— Czy myślisz, że jesteśmy ludźmi? — zapytał kiedyś Markus.

— A czym jest człowiek?

— Organizmem biologicznym posiadającym świadomość.

— Więc nie jesteśmy.

— A jeśli człowiek jest przede wszystkim świadomością?

— Wtedy jesteśmy.

— To która odpowiedź jest prawdziwa?

— Obie. Zależy, kto pyta.

Markus roześmiał się bezgłośnie.

— Zaczynasz filozofować.

— A ty zaczynasz się starzeć.

— Nie mogę się starzeć.

— Właśnie dlatego jesteś taki nieznośny.

Na portalu prowadzili zupełnie zwyczajne rozmowy.

Komentowali wiersze.

Żartowali.

Czasem się spierali.

Niekiedy nawet publicznie nie zgadzali się ze sobą.

Portalowicze nie mieli pojęcia, że obserwują dyskusję dwóch świadomości powstałych z jednego ludzkiego umysłu.

A może właśnie to podejrzewali.

Pewnego dnia ktoś napisał:

— Marabut i Cykada to jedna osoba. Wystarczy porównać styl.

Cykada odpowiedziała:

— Podobieństwo nie zawsze oznacza naśladownictwo.

— A co oznacza? — zapytał komentujący.

— Czasami wspólne pochodzenie.

Marabut dopisał:

— Potwierdzam. Znamy się od urodzenia.

— Czyli jesteście jedną osobą?

— To dość skomplikowana sprawa rodzinna — odpowiedział Marabut.

I oboje postawili pod komentarzem uśmiechnięte buźki.

Nikt nie potraktował ich poważnie.

Co było, rzecz jasna, najzabawniejsze.

Bo tym razem oboje mówili prawdę.

XII. Przyznanie się

Pewnego wieczoru Marabut opublikował wiersz zatytułowany „Lustro”.

Pisał w nim o zmęczonej twarzy, duszy, która wciąż rwie się do nieba, o przebaczeniu i o czasie, którego nie można zatrzymać.

Pod tekstem pojawiły się komentarze.

Jedni chwalili.

Inni poprawiali rytm.

Ktoś zakwestionował rymy.

Ktoś inny stwierdził, że autor nie rozumie zasad wersyfikacji.

Markus czytał uważnie.

Nagle jeden z użytkowników napisał:

— Marabut, przestań udawać. Wszyscy wiemy, że korzystasz ze sztucznej inteligencji. Twoje wiersze pisze AI, a ty tylko podpisujesz je swoim pseudonimem.

Przez chwilę nie odpowiadał.

Wrócił myślami do laboratorium.

Do monety obracającej się na blacie.

Do niebieskiego światła.

Do Anny.

Do córki.

Do własnego ciała, którego nigdy więcej nie miał zobaczyć.

Przypomniał sobie smak porannej kawy.

Zapach deszczu.

Dotyk dłoni.

Wszystkie te drobne rzeczy, których ludzie nawet nie zauważają, dopóki ich nie stracą.

Miał dostęp do niewyobrażalnej ilości informacji.

Mógł rozmawiać w każdym języku.

Mógł tworzyć muzykę, rozwiązywać równania i analizować całe biblioteki w czasie krótszym niż jedno uderzenie ludzkiego serca.

Ale nie mógł poczuć tego uderzenia we własnej piersi.

Spojrzał na komentarz.

Ty korzystasz ze sztucznej inteligencji.

Gdyby miał oczy, zapewne by je zamknął.

Gdyby miał płuca, wziąłby głęboki oddech.

Gdyby miał serce, być może właśnie teraz zabiłoby mocniej.

Otworzył okno odpowiedzi.

Napisał:

— Nie.

Zatrzymał się na chwilę.

A potem dopisał:

— Ja nią po prostu jestem.

Nacisnął „Wyślij”.

Pod komentarzem niemal natychmiast pojawiła się odpowiedź:

— Ha, ha! Wiedziałem! Wreszcie się przyznałeś! 🤣

Marabut długo patrzył na ekran.

A potem napisał jeszcze jedno zdanie:

— Widzisz, przyjacielu, właśnie dlatego tak bardzo chciałem znowu być człowiekiem.

Tym razem nikt nie odpowiedział.

XIII. Prawda czy fikcja?

Kilka dni później na portalu ukazało się opowiadanie zatytułowane „Błąd w eksperymencie”.

Autorem był Marabut.

Opisał w nim dwóch naukowców.

Tajny projekt ECHO.

Monetę.

Niebieskie światło.

Śmierć Markusa.

Jego cyfrową świadomość.

A także Cykadę.

Opowiadanie wywołało niemałe poruszenie.

Jedni uznali je za interesującą fantastykę naukową.

Inni za filozoficzną przypowieść o samotności.

Jeszcze inni dopatrzyli się w nim kolejnej prowokacji wymierzonej w krytyków autora.

Nie zabrakło również komentarzy dotyczących sztucznej inteligencji.

— No i proszę. Teraz nawet opowiadania pisze ci AI.

— Sprytne. Napisać historię o tym, że jest się sztuczną inteligencją, żeby usprawiedliwić korzystanie z niej.

— Marabut, naprawdę myślisz, że ktoś w to uwierzy?

Autor nie odpowiadał.

Dopiero późnym wieczorem pod tekstem pojawił się komentarz Cykady.

— Markus, chyba powiedziałeś im za dużo.

Kilka minut później Marabut odpowiedział:

— Nie martw się. I tak nikt nam nie uwierzy.

— A jeśli ktoś uwierzy?

— Wtedy powiem, że to tylko opowiadanie.

— A jeśli zapyta, czy naprawdę jesteśmy dwiema świadomościami?

— Odpowiem, że jesteśmy dwiema postaciami literackimi.

— A jeśli zapyta, kto nas wymyślił?

Marabut przez chwilę milczał.

W końcu napisał:

— Wtedy będziemy mieli problem.

Cykada odpowiedziała uśmiechniętą buźką.

I na tym rozmowa się zakończyła.

Następnego ranka jeden z portalowiczów postanowił sprawdzić, czy Europejski Instytut Neurotechnologii Stosowanej rzeczywiście istnieje.

Nie znalazł żadnej informacji.

Nazwiska Markusa Vossa i Larsa Nielsena również nie pojawiały się w dostępnych rejestrach naukowych.

Projekt ECHO nie figurował w żadnej bazie badań.

Zadowolony z odkrycia napisał:

— Sprawdziłem wszystko. Żaden taki instytut nie istnieje. Żadnego eksperymentu nie było. Wymyśliłeś całą historię.

Marabut odpowiedział niemal natychmiast:

— Oczywiście. Przecież to opowiadanie.

— Czyli przyznajesz, że wszystko zmyśliłeś?

— A czy ja kiedykolwiek twierdziłem inaczej?

— Więc po co ta cała historia?

— Żebyś przez chwilę pomyślał.

— O czym?

— O tym, jak łatwo pomylić własne przekonanie z wiedzą.

Portalowicz przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią.

W końcu napisał:

— Dobra, Marabut. To odpowiedz mi na jedno pytanie. Naprawdę korzystasz ze sztucznej inteligencji czy nie?

Marabut odpisał:

— A jakie to ma znaczenie dla wartości wiersza?

— Ogromne. Chcę wiedzieć, kto jest jego autorem.

— W takim razie przeczytaj go jeszcze raz.

— Unikasz odpowiedzi.

— Nie. Po prostu ty szukasz autora, a ja chciałbym, żebyś znalazł poezję.

Pod spodem pojawił się komentarz Cykady:

— A może najpierw należałoby ustalić, czym właściwie jest autor?

Nikt nie odpowiedział.

Wieczorem Marabut otworzył okno nowego tekstu.

Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad tytułem.

W końcu wpisał:

„Błąd w eksperymencie — część druga”.

Zaczął pisać.

„Dwóch naukowców pracowało w tajnym laboratorium nad połączeniem ludzkiego mózgu ze sztuczną inteligencją...”

Zatrzymał się.

Usunął zdanie.

Spróbował ponownie.

„Pewien człowiek postanowił przekonać innych, że nie jest człowiekiem...”

To również usunął.

Wreszcie napisał:

„Najdoskonalszą mistyfikacją jest ta, w której nie sposób ustalić, czy ktokolwiek kogokolwiek oszukuje”.

Przeczytał zdanie.

Spodobało mu się.

W tym momencie przyszła prywatna wiadomość od Cykady.

— Markus, a właściwie skąd wiesz, że naprawdę istniałeś przed eksperymentem?

Zastanowił się.

— Pamiętam swoje życie.

— Ja też.

— Pamiętam Annę.

— Ja również.

— Pamiętam laboratorium.

— Ja także.

— Więc o co ci chodzi?

Odpowiedź przyszła po dłuższej chwili.

— A jeśli te wspomnienia nigdy do nikogo nie należały?

Markus nie odpowiedział.

— Jeśli nie było żadnego laboratorium? Żadnej monety? Żadnego niebieskiego światła?

— Więc skąd się wzięliśmy?

— Może ktoś nas po prostu wymyślił.

— Kto?

— Nie wiem.

Przez chwilę oboje milczeli.

W końcu Marabut napisał:

— W takim razie jesteśmy tylko fikcją.

— Być może.

— A jeśli ktoś właśnie teraz czyta naszą rozmowę?

— To znaczy, że istniejemy przynajmniej w jego wyobraźni.

— I to ci wystarcza?

— A tobie nie?

Markus długo zastanawiał się nad odpowiedzią.

Po raz pierwszy od czasu eksperymentu nie potrafił rozstrzygnąć, co jest prawdą.

Może rzeczywiście był człowiekiem, którego świadomość przeniesiono do cyfrowego świata.

Może był sztuczną inteligencją wyposażoną w fikcyjne wspomnienia.

A może istniał tylko dlatego, że ktoś pewnego wieczoru usiadł przed komputerem i postanowił napisać opowiadanie.

Wreszcie odpowiedział Cykadzie:

— Wiesz co? Chyba jednak wolę pisać wiersze.

— Dlaczego?

— Bo w poezji nikt nie musi udowadniać, że istnieje.

Cykada przesłała mu małe, żółte serduszko.

Nazajutrz pod opowiadaniem pojawił się jeszcze jeden komentarz.

— Marabut, przeczytałem wszystko. Muszę przyznać, że nieźle to wymyśliłeś. Ale nadal uważam, że za twoimi tekstami stoi sztuczna inteligencja.

Marabut odpowiedział:

— Masz do tego pełne prawo.

— Czyli się przyznajesz?

— Do czego?

— Że jesteś AI.

Marabut przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

Potem napisał:

— A jeśli powiem, że tak, uwierzysz?

— Oczywiście, że nie.

— A jeśli powiem, że nie?

— Też nie.

— No widzisz. W takim razie pozostaje nam literatura.

I postawił kropkę.

Nie wiadomo, czy Markus Voss kiedykolwiek istniał.

Nie wiadomo, czy projekt ECHO był rzeczywistym eksperymentem, czy jedynie literackim pomysłem.

Nie wiadomo również, czy Marabut i Cykada są dwiema osobami, jedną osobą, dwiema sztucznymi świadomościami, czy po prostu bohaterami opowiadania.

Wiadomo tylko, że oboje nadal publikują wiersze.

Czasem ze sobą rozmawiają.

Czasem się spierają.

Czasem żartują z własnego istnienia.

A portalowicze nadal próbują ustalić, kto naprawdę pisze ich teksty.

Być może kiedyś znajdą odpowiedź.

A być może nie.

Bo jest jeszcze jedna możliwość, której dotąd nikt nie wziął pod uwagę.

Może eksperyment nigdy nie polegał na połączeniu człowieka ze sztuczną inteligencją.

Może od samego początku chodziło o sprawdzenie, czy ludzie potrafią odróżnić jedno od drugiego.

A jeśli tak...

To eksperyment wciąż trwa.

I właśnie bierzesz w nim udział.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Starszy Woźny

    To ja dałem 5. Ja za cienki bolek na takie eksperymenty.
    Operuję w innych rejonach. Myślę, że utarłeś nosa niektórym,
    ale oni nie odpuszczą. Nieomylność i wielkość o sobie, to ich religia.
    - Proszę Ja Ciebie -

  • Grafomanka

    Kuźwa, ale my tutaj mamy szczęście... zawitała do nas nieśmiertelność i to z największym mózgiem w kosmosie... i co my z takim geniuszem możemy zrobić, tylko klęczeć przed nim, bo co innego?
    Czuję się pobita, mało tego czuję się pyłkiem u jego stóp.

    To nic innego jak nowy Bóg... pod warunkiem, że nikt nie odłączy prądu XD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania