Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
BŁĘDNE SZYLDY. (opowiadanie mystery/o duchach)
BŁĘDNE SZYLDY.
Złośliwość rzeczy martwych. Niekiedy, zdająca się stanowić połowę radości życia. Jeżeli jednak powoduje, że jego połowa jest poddana w wątpliwość, w dawnej Polsce, zwano to " byciem jedną nogą w grobie ". Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że można nie zdawać sobie sprawy, jak bardzo.
Chciały tylko miliona wyświetleń, dokonanych przez rzeszę ich wiernych fanów, ochoczo klikających serduszka, gdy tylko wskazało się ku temu palcem. Jak zauważyły, były do tego stworzone. Nagrywając krótkie wprowadzenie po opuszczeniu hotelu, udały się w mozolną, przesyconą niewiedzą podróż. Szczerze? Nie miały na to najmniejszej ochoty, uznając za co najmniej obrzydliwie błotniste, dlatego: bardzo negatywnie wpływające na cerę. Chyba tylko z tego powodu, po przekroczeniu wskazanego im, wybitego w litym betonie otworu, wydawały z siebie kolejne, mrukliwie przeciągłe ofukiwania prowadzącego je zionącą zastojem jamą, w głąb przenikliwie wilgotnego mroku. Jako dostojne wirtuozki zawodzenia obrzydzeniem, zdawały się nie mieć sobie równych, co nawet prowadzący je tubylcy, uznali za przejaw litej głupoty, wymieniając między sobą cierpiące nią spojrzenia. Mieli ich dość, a nie przeszli nawet kilkunastu metrów, co więcej: dla idei pozyskania kolejnych umiłowań ich twórczości, postanowiły nabazgrać sprayem na ułożonej z wapiennych, ciosanych ludzkimi rękoma cegieł, stanowiącymi konstruktywnie logiczną, nieprzerwanie otaczającą lawirację, iż " katakumby śmierdzą ".. co spowodowało tylko sto przytaknięć na żywo. Jak myślano: tylko żeby nie przestały eksponować cycków do obiektywu, ponieważ: każdego z klikających tam przecież osobiście nie było, aby miał podstawy to stwierdzić. Nie mniej jednak, pośród oślizgle komentowanego obrzydzenia błotem, rzecz jasna, nie mogącego pozostać poza ujęciami spowitymi drastyczną ścieżką dźwiękową, udało im się dotrzeć do pierwszego z rozwidleń. Wiodący ich tunel, przed nimi, stanowił jedyną drogę, rozgałęziającą się przemurowaniem, w trzech różnych kierunkach, co spowodowało, że kierowanie kamer ku ich twarzom, na takowym tle, ożywiło licznik oglądających. Nie mogło się zatem obyć bez udawania zafascynowanej, wnikliwej analizy, gdzie kamera mogła nie uchwycić wymienianych między sobą spojrzeń rezygnacji. Seria zbliżeń śladów dłut, ścielących każdą ze ścian... rzecz jasna: mrok, zdający się uniemożliwiać oddech poza zasięgiem rąk... a także niemo w nim tkwiące szyldy, grawerowane w wapieniu. Cyfra, kropka, litera, kropka, a po niej cyfra: niechybnie uznana dla podkreślenia inteligencji za rok, możliwe, kiedy budowano każdą ze ścian. Celem dalszego uwiecznienia swojej sławy, postanowiły skierować się w tunel, oznaczony: 15. G. 1803 przejawiając talent aktorski nabyty z wirtualnych, amerykańskich poradników, aby odegrać niewiedzę, gdzie prowadzi. Nie mogły przecież pozwolić uwiecznić obiektywowi, że zgodnie z ich pominiętym oznajmieniem przygotowaniem: w zaplanowanym kierunku, prowadził tunel... zupełnie innego numeru. Przeświadczone, że to zwyczajne omamy, postanowiły nie przerwać kierowania filmowej knąbrności, w kierunku La Plage.
Milczeli. Nawet po Francusku, nie zamieniając między sobą słowa. Nawet widok dwóch uroczych, amerykańskich tyłków, mimowolnie w seksowny sposób kołyszących tyłami czarnych, noszących ślady błota, dresowych spodni, jak nigdy: nie wzbudzał w nich gromkiego " AuUu!.. ", brzmiącego wybuchami śmiechu. Każdy z nich zastanawiał się, czy pięćset euro, jest wystarczającą kwotą za uczestnicznie w niniejszym pochodzie. Każdy z nich złapał się także na tym, że do obrzydliwego parszywstwem szyderstwa, w nieznanym sobie momencie, z ich ust... zwyczajnie już przywykł. Kiedy plastikowe opakowanie po wodzie mineralnej, zostało rzucone przez jedną z nich, grającą tradycyjnie Francuski, pożegnalny gest, przeważyło to szalę, będąc karalnym dotykiem czarnoskórej dłoni zza pleców, na co drugi z francuzów, zareagował jedynie spojrzeniem, doskonale wiedząc, że obaj zwalniają kroku. Niebawem, zostali zupełnie sami, widząc coraz bardziej oddalające się przed sobą światło, niosące krytyczne komentarze, nieświadome tego ich własną knąbrnością.
Pożegnalny przerywnik, z prośbą o nie odchodzenie od ekranu, oznajmił czas wymiany baterii w jednej z kamer, co nie mogło blokować czatu na żywo, dlatego napawały się entuzjazmem oglądających. Przynajmniej do momentu, iż... są zupełnie same. Po raz pierwszy, od niemal godziny... zamilkły, aby uznać to za napędzany dramaturgią, robiący furrorę scenograficzny rekwizyt. Przecież... i tak wiedziały, gdzie zmierzać, na prostej zasadzie: wąskie, wapienne tunele, to nie las, gdzie można idąc w koło, błądzić jego półkilometrowym promieniem, wokół jednego kamienia, więc: wystarczy jedynie iść naprzód, zachowując aktorską nieświadomość skręcania w kolejne tunele, czytając szyldy, będące ich oznaczeniami. Nic prostszego. A przynajmniej, tak im się jeszcze zdawało...
Oglądającym, przedstawiły swoją doczesną samotność, jako najtragiczniejsze z wyzwań, czekające je obie, na łamach niniejszego odcinka, kłamiąc, iż zupełnie nie wiedzą, gdzie się znajdują. I pomimo, iż wmawiały sobie, że jest inaczej... dokładnie tak było. Nie z powodu inscenizacji, co szczerze... napawało je grozą. Było tak z powodu, iż każdy, ze znanych im numerów na szyldach kolejnych chodników: widniał zupełnie inaczej od tych, które poznały na pamięć, uprzednio wytyczając trasę. Nie umiejąc tego racjonalnie wyjaśnić, pominęły uświadomieniem swoich widzów, brnąc... w tak naprawdę: zupełnie nie znane, ku uciesze kilkuset tysięcy, pojadających na ich widok słone paluszki.
Zabrnęły przed seledynową, opadającą łagodnie, krystaliczną toń, chylącą się ku dnu, usłanemu wapiennymi odłamami, tkwiącymi w różnej gradacji żwirze. Odkrywając kolejny, otrzymany od losu, kinematograficzny fortel, zaczęły odgrywać usiłujące przetrwać, z piskiem zanurzając stopy w zimnej, mąconej ich krokami wodzie, która po kilkunastu metrach, zdawała się ustępować pod nimi dna, sięgając notorycznie ich plecaków. Uznając to za mało reprezentatywne, postanowiły pozwolić im moknąć, jako akcent, robiący z nich na tyle twarde, iż właśnie dokonują tego, czym na codzień gardzą, dlatego z premedytacją uważały, aby nie zniszczyć zamoczeniem drogich kamer, uwieczniających na mrocznych, wilgotnych ścianach coś nadwyraz niecodziennego. Mianowicie: co kilkanaście metrów, na ich powierzchni, namalowana była pocieraniem mokrego, białego wapienia... gruba, pionowa linia, po obu stronach zalanego wodą do połowy wysokości chodnika. Co je zdumiało: każda kolejna para tych linii, choć porównywalnej grubości, miała o połowę krótszą długość, jakby podkreśleniem... schodzenia w dół, co wydało im się na tyle cripi, aż skomentowały to parsknięciem podłego śmiechu, ujmując komentarzem, iż to najwspanialsza rozrywka, jakiej zaznały... w przeciwieństwie do imprez na powierzchni, co udowodniły krótkimi wstawkami, dokumentującymi ich uprzednie zaangażowanie w takowe.
Po trzeciej parze mijanych znaków, dotarły do wyłomu, który był tak fundamentalnym dla całego Paryża, iż sam Kwatermistrz, nakazał wkomponować go w mury Katakumb, jakby uznawszy, że stanowiąc w nich miły przerywnik, będzie obecnie stanowił ich jednolitość. Takiej anomalii krajobrazu, nie mogły pozostać obojętne, kierując kamery, podczas udawania szczerze zdziwionych własną fascynacją, co spowodowało, że jednocześnie krzyknęły, na widok postaci, wspartej plecami w połączenie murowanej ściany, z ogromnym, kamiennym blokiem. Usprawiedliwiając się przed widzami, obracaniem zajścia w żart, przyglądały jej się ukratkiem. Szczupła, wysoka brunetka, niewzruszenie stojąca w zimnej, krystalicznie czystej wodzie, jak nie umknęło ich wzrokowi: w wysokich kozaczkach, o dziwo: na cienkich, zgrabnych obcasach, oprócz czarnej, przemoczonej kurtki, ubrana w krótką, nie ustępującą jej barwą, obcisłą sukienkę, eksponującą uroczo marginesy koronkowych pończoch, swą niesforną długością. Utkwiwszy w nich obu pozbawione emocji, przenikliwe spojrzenie swych brązowych oczu, wskazała palcem z długim, ostro spiłowanym, malowanym na purpurowo paznokciem, obok siebie, jakby na wysokość swoich oczu. Oprócz kropki przed skośną, skierowaną w prawo kreską, a za nią kolejną, zupełnie pionową... każda z nich nie dostrzegła czegokolwiek wartego zwrócenia uwagi. Postać pod ścianą uśmiechnęła się do nich złowieszczo, jednak... w sposób tak przesłodki, iż nawet Diabeł oddałby za ten uśmiech własną duszę, stwierdzając lakonicznie:
- Plum. - po czym, zaciskając dłoń w pięść, wsunęła ją spokojnie do kieszeni kurtki.
Skonsternowane filmowczynie, postanawiając ją minąć, rzuciły w jej kierunku sprawiające wrażenie odmiennych, jednak: równie wredne spojrzenia, po czym: jedna z nich, postąpiła krok naprzód, wykraczając poza widniejącą w znaku na ścianie, pionową kreskę.
Zniknęła. Dosłownie: zniknęła. Wypłynąwszy po kilku sekundach na powierzchnię, w panice rozchlapując wodę, usiłując znaleźć oparcie stóp na krawędzi kilkumetrowego dołu, skrytego pod powierzchnią wody. Może wydać Ci się to zaskakującym, jednak jej filmowa przyjaciółka... wcale nie zechciała udzielić pomocy, rejestrując całą scenę, z miejsca, posiadającego bezpieczną perspektywę... co wydało jej się na tyle monotonnym, iż skierowała obiektyw z powrotem ku stojącej w załomie głazu postaci, jednak... nie było jej tam, a nie słyszała przecież kroków brnących przez wodę... nie czuła jej ruchu, zaledwie metr od miejsca, gdzie stała obecnie... co wprawiło ją w tak potężne osłupienie, że przegapiła kulminacyjny moment, gdy jej towarzyszka... pozwoliła się zabrać toni, a ona sama, przestała być szargana próbami ratowania wyznaczonego ilością polubień życia.
EPILOG
Paul, był CataGliną, jak zwykł o Sobie mówić. Łaził, pisał mandaty, eskortował do wyjścia. Taka praca... którą rzucił, gdy podczas rutynowego patrolu, znalazł zwłoki, jak na ironię: kurczowo tulące do piersi dość drogą kamerę. Nie wiedział nawet, że zgłoszona przez niego konieczność drobiazgowej inspekcji tuneli, ujawni nie tylko tą jedną...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania