LBnP (-3 ) Bliskie Spotkania
Rano posępnie jeszcze i pochmurno, ale zapowiedziano w ciągu dnia rozpogodzenia. Postanowiłem wcześnie wstać, pełen ufności co przyniesie dzień i wyruszyć w drogę.
Mój wózek terkocze, jest jeszcze pusty. Ludzie rzadziej pozbywają się zbędnych rzeczy, utylizacja ekologiczna.
Przy ławce butelki po piwie i wódce, karton soku z Hortex'u, była libacja pod chmurką. Z tego skwerku co rano mam stały dochód. Nieraz pod ławką znajduję drobne. Na wózek
zabieram butelki po piwie.
Muskuły naprężam, siłę rąk wykorzystuję. Samemu bieda, gdy nie ma drugiego. Gdybym się potknął i upadł, drugi podniesie, po plecach poklepie, doda otuchy.
Tuż obok mnie, ocierając się niemal, przemknął rower elektryczny, O! Żebym ja
miał chociaż zwykły. Zapiąłbym do niego przyczepkę, o ile więcej zgromadziłbym
dla siebie dóbr. Wzrósłby mój status społeczny.
Rozchmurzyło się, słońce patrzy czysto. Ciągnę w tym blasku wózek złomowy -
- garbate szczęście.
Przed dużą posesją garnki leżą dziurawe, płachty blachy pogiętej, pewnie z jakiegoś daszku. Zawsze dzwonię do domów i pytam o zgodę, bowiem raz poszczuto mnie psami.
Butelki dzwonią o metal, wózek skrzypi miarowo. Trudno poznać jaka to melodia. Prędzej Penderecki. Wreszcie chwytam rytm marszowy.
Południe. Dzwonią w kościele. Pora obiadowa. Do sióstr na zupę nie pójdę, tam trzeba się modlić. Pójdę do alter-ego, nadłożę trochę drogi, lecz będę miał bliżej do skupu. Tam nie pytają o nic. Zapraszają i mówią - siadaj kolego!
Nie wziąłem pojemnika, bo mógłbym wziąć trochę strawy ze sobą.
Wózek znów lekki. Nowy ruch, niby nowe życie. Usiadłem na ławce, obmyślam strategię. Przechodnie wchodzą i wychodzą do sklepów. Codzienny obrazek.
Gołębie nigdy mnie nie opuszczają. Wyciągam z kieszeni podszewkę, roztrząsam na chodnik okruchy bułki, zlatują się, faluje powietrze. Zostało kawałek dnia białego.
Pójdę jeszcze na blokowiska, te stare. Nowe to warownie - twierdze. Większość tych
nowobogackich, to pędzi przez życie, na kredycie. Wciąż trwa walka klas społecznych.
Ludzie maskują swoje ułomności i stwarzają sztuczne sytuacje, pozory. Wystarczy, że
wydarzy się jakiś krach i kompletna demolka psychiczna. (razem wózek ciągniemy).
Znalazłem stertę czasopism i książek. Tygodniki kolorowe są ciężkie, pokryte farbą drukarską - ona nie kocha jego, on ma trzecią żonę. To musi mieć wagę. Gazety codzienne są lżejsze, informacje szybkie, ulotne nie przykuwają uwagi. Niektóre książki przewiązane sznurkiem na krzyż. Ze grzbietów pakunków odczytuję autorów i tytuły.
Inne porozrzucane. Mickiewicz , Słowacki, Goethe w ojczystym wydaniu. Oddaję hołd gigantom literatury. Czytam donośnym głosem fragment jakiegoś wiersza przy śmietniku. Ktoś przystanął, palcem puknął się w czoło, poszedł dalej.
Zostawiłem kilka książek dla siebie, nie oddam na przemiał, pozostałe układam na wózek. Ile będzie warta ta literatura na skupie, czy starczy chociaż na obiad?
Stoję na wschodnim. Po lewej lubelska, po prawej kijowska. Ja pomiędzy. Nikt nie podpowie w którą stronę, sam muszę wybrać drogę.
Długie cienie kładą się na miasto
przykuca cichutko słoneczne olśnienie
na nocleg do bazy zjeżdżają tramwaje
rozżarzone dachy bledną.
Pójdę do schroniska napiję się kawy. Tak minął dzień z kloszardem. Jutro spotkacie
mnie znów na ulicach Warszawy.
https://www.youtube.com/watch?v=8jenOn-exNk
Komentarze (6)
fragles, tu masz pierwszy koszmarek
o której zapowiedziano /pod wieczór?/, że będą rozpogodzenia
poprawna forma
zapowiedziano rozpogodzenia. w ciągu dnia.
ten tekst, bez konsumpcji małpki, może przebić tylko historyjka o wybielaniu murzynka Bambo
Czytam donośnym głosem fragment jakiegoś wiersza przy śmietniku. Ktoś przystanął, palcem puknął się w czoło, poszedł dalej.
To mógłby być każdy z opowi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania