Błogosławiony żywot mchu naszego widziany oczami memi (wersja turbo)
Zamierzamy dziś mówić o wnętrzu. O samym jądrze. O mateczniku przyrody nieokiełznanej, ostoi tak dziewiczej, że zdaje się nie pamiętać, iż istnieje coś poza nią samą – zwłaszcza człowiek.
Niejeden pytał już o najgęstszy, najciemniejszy, najgłębszy z tych borów, co są. Wszak w każdym porządku rzeczy musi istnieć punkt największego skupienia – miejsce, gdzie wszystkie nici korzeni, igieł, próchna i cieni splatają się w jedno, niemal nie do rozplątania.
Nadarzyła się sposobność. Uciekło się raz w knieję zwaną roboczo Lasem Testowym – tam, gdzie las testuje człowieka, a człowiek testuje, jak głęboko potrafi zajrzeć w siebie, zanim zacznie się bać.
Wystarczyło się przecisnąć przez zewnętrzną warstwę gałęzi i martwego listowia – skorupę pozornie litej ściany. I nagle znaleźliśmy się w środku. Nie w ciemności, jak się spodziewano. Przeciwnie: jasność była tam gęsta, niemal lepka, jakby światło zmętniało i osiadło między pniami jak pył złoty.
Z pozornej pustki wyłaniał się las jeszcze bardziej zwarty, jeszcze bardziej skupiony – jakby natura zwinęła się w sobie i patrzyła stamtąd na nas jednym, nieruchomym okiem.
A potem ukazał się on – mech.
Nie dywan. Ocean. Powierzchnia tak miękka i tak rozległa, że oko nie mogło uchwycić brzegu. Szliśmy po niej – nie tonąc, choć każdy krok wydawał się cudem. Jakby ziemia sama postanowiła nas unieść. Jakby powiedziała: jeszcze nie teraz.
W pewnej chwili zatrzymaliśmy się. Na końcu jednej igły świerkowej, wysoko nad nami, wisiała pojedyncza kropla. Przez chwilę wisiała nieruchomo – idealna, powiększająca las do absurdu. Potem oderwała się. Spadała bardzo wolno, jakby czas wokół niej zgęstniał. Uderzyła w mech bez dźwięku. I zniknęła. Jakby nigdy jej nie było. A przecież cały ten ogromny, milczący bór zdawał się na moment wstrzymać oddech.
Towarzyszył nam cały czas ten sam las – milczek, samotnik, świadek bez imienia. Widzieliśmy, jak mroczność, o której mówiliśmy na początku, rozcieńcza się powoli. Nie znika – tylko przestaje być groźna. Starodrzew kołysał się lekko w rytmie niewidzialnego oddechu, a mech falował pod nim jak odwieczna kołyska.
Było mokro. Bardzo mokro. Ale ta wilgoć nie męczyła – tuliła.
I wtedy przyszło pytanie – ciche, niemal wstydliwe: kto tu mieszka? Kto oddycha w cieniu pod igliwiem? Kto sunie po bruzdach kory? Czekaliśmy na ludożerców z dawnych opowieści, na cienie rzucające się na nas z wysokości, na strażników matecznika.
Nic. Las nie potrzebował strażników. Sam był strażą. Sam był granicą. Sam był wyrokiem.
I wtedy pojęliśmy: groza, której się spodziewaliśmy, nie mieszka w mateczniku. Mieszka w nas – w tym, że wchodzimy tu z pytaniami o „naj”, z miarami, z hierarchiami, z lękiem przed tym, co nie ma nazwy.
Nagle wszystko przycichło. Jakby ktoś zamknął wieczko na fortepianie. Ostatnie smugi światła zgasły. Gęstwa stała się znowu gęstwą – samotną, dziwaczną, obojętną na świadków.
Na rubieżach majaczenia falował jeszcze mech. Darnina usiana samotnymi pniami – masztami bez żagli. I wtedy dotarło do nas najprostsze i najtrudniejsze: mech nie zna maksimum ani minimum. Nie zna esencji i egzystencji. Nie zna pytań o „naj”.
Zna tylko wilgoć. Cień. I trwanie – tak ciche, że aż bolesne w swej obojętności.
A my? My tylko przechodzimy po powierzchni. I przez chwilę wydaje nam się, że to my jesteśmy wnętrzem.
Komentarze (1)
"Błogosławiony żywot mchu widziany oczami memi"
Zamierzamy dziś rozprawiać o wnętrzu. O samym jądrze. O mateczniku przyrody nieokiełznanej, dziewiczej ostoi Ziemi, niezbrukanej niczyją — a zwłaszcza ludzką — obecnością. Niejeden mędrzec pytał już o ów najczarniejszy, najgęściejszy, najstraszniejszy z borów, co są. Wszak zawsze istnieje jakieś „naj”: najgłębszość, najmroczniejszość, najtajniejszość. W każdym systemie rzeczy musi być punkt największego zagęszczenia — maksimum, gdzie substancyje i materyje drzewiasto-korzenne zbierają się w jeden splot.
Nadarzyła się tedy sposobność, by wniknąć w to sedno. Uciekło się w knieję nazwaną roboczo „Lasem Testowym”, gdzie testowano na las reakcję własną. Jak czarny bywa mrok środka? Jak gęsty bywa środek mroku? Jak bardzo kręci się w głowie, gdy mech faluje?
Założono, iż wszystko ma swoje wnętrze, swoje drugie dno i zaranie. Brzask brzasku. Świt świtu. Prapoczątek prapoczątku. Esencja zawżdy poprzedza egzystencję — tak przynajmniej lubimy mniemać.
Wystarczyło się przecisnąć, przebić przez skorupę, która tylko z wierzchu zdawała się lita. I oto naraz znaleźliśmy się w podziemiu — w czymś na kształt Hadesu, choć bez jego mroku. Przeciwnie: jasno tam było jak w dzień przesycony złotym snem. Drobne kwanty energii żywiły większe organizmy; z pozornej pustki wyłaniał się las jeszcze gęstszy, jeszcze bardziej skupiony, jakby myśl natury zwinęła się w sobie.
A potem nagle ukazał się mech.
Ocean mchu o głębokości Rowu Mariańskiego. Fale runa wzburzane humorami Posejdona, choć bez wody. Szliśmy po nim, nie płynęli — jakby stąpając po powierzchni, którą inni nazwaliby grząską. Na Boga, cóż to za uczucie: iść, a nie tonąć. Jakby powtórzyć cud przypisywany Chrystusowi — lecz bez świadków i bez chwały.
Towarzyszył nam Bór Tysiąca i Tysiąclecia — milczek, samotnik, niemy kronikarz. Widzieliśmy, jak mroczność, wspomniana na początku, rozrzedza się i rozlewa, jakby była farbą w ręku niewidzialnego malarza. Starodrzew chwiał się powoli w przelewającym się mchu, niby statki, a ziemia obracała swe koło jak matczyne młyńskie koło Gai.
Boże, ależ tam było mokro. Ależ potwornie mokro.
I nagle zakołatało pytanie: kto tu mieszka? Kto na bruzdowatej korze? Kto w cieniu pod igliwiem? Czy wyjdą z gęstwiny postacie jak z dawnych ksiąg — na podobieństwo Robinson Crusoe i jego cienia, Piętaszka — by bronić swego brzegu? Lecz nic nie wyszło. Las nie potrzebował obrońców. Sam był obrońcą.
Wtedy zrozumieliśmy: to nie groza czai się w mateczniku. Groza czai się w nas, gdy wchodzimy zbyt głęboko.
Wielki Koncert Podziemia przycichł tak nagle, jakby ktoś zamknął klapę fortepianu. Zorze zgasły jak lampy w przegorzałym teatrze. Gęstwa została gęstwą — samotnicą, dziwaczką, niepotrzebującą widza.
Na rubieżach majaczenia falował jeszcze mech. I była darń, ta przecudna darnina, usiana bezludnymi ostrówkami drzew. Z niej wyrastały masztowate pnie, udające żagle w bezwietrzu.
I wtedy pojęliśmy, że ów błogosławiony żywot mchu trwa niezależnie od naszych pytań o „naj”. Że mech nie zna maksimum ani minimum. Nie zna esencji i egzystencji. Zna tylko wilgoć, cień i wieczne trwanie.
A my? My jedynie przechodzimy po jego powierzchni — i wydaje się nam, że jesteśmy wnętrzem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania