Boska herezja 1: Początki spierdolenia, znaczy historii

Nazakiel przeskoczył przez mur, co prawda niezbyt wysoki, jednak wystarczająco, by zadowolić ambicje chłopaka na zostanie para - parkourowcem. Wylądował niezbyt zgrabnie na klapie kontenera, dziękując w duszy, że nie załamała się pod jego ciężarem. Pośrednio mógłby podziękować również swojemu szefowi - gdyby nie głodowa pensja, na pewno ważyłby te parę kilo więcej.

 

Smród kupy odpadków wszelkiej maści uderzył w jego delikatne, młodzieńcze nozdrza, na co skrzywił się, kręcąc głową. Jak można żyć w takim burdelu? Pierdolnik dobrze oddający życie homo sapiens egzystujących tutaj.

 

Zresztą, nie do końca zgodziłby się z epitetem „sapiens". Nigdy nie miał co do tego stuprocentowej pewności, a sytuacja socjologiczno - polityczno - gospodarcza w ostatnich czasach nakazywała mu sądzić, że lepszą organizację plemienną od Polaków wykazują chociażby surykatki na sawannie. To naprawdę fascynujące stworzenia, moglibyśmy się od nich wiele nauczyć jako ludzkość. Wiedział to, bo obejrzał wartościowy dokument na National Geographic, zamiast jak przeciętny Polak truć mózg doniesieniami o 18% inflacji.

 

Podniósł wzrok lustrując okna, których stan czystości wręcz błagał o mopa albo, w bardziej radykalnym wypadku, o ostateczne ukrócenie problemu i wybicie szyb, wychodzących na ten zapomniany przez Boga i Komunalnik zaułek polskiego miasteczka.

 

No cóż, najwyraźniej będąc śmiertelnikiem żyjącym na otrzymywanym od państwa socjalu, bez żadnych życiowych aspiracji, można upodlić się ostatecznie i upaść jeszcze niżej, niż jego szef po wypierdoleniu z Nieba. Nie docenia może tego elitarnego gatunku ludzkiego, rasy panów, innowatorów, wynalazców... Póki co nic na to nie wskazywało, a wręcz przeciwnie.

 

Z oślim uporem ludzie udowadniali nastolatkowi coraz lepiej, że Nazakiel woli mieć ze swoją rasą jak najmniej wspólnego, jednak wyhodowanie rogów i ogona w czasie tygodnia graniczyło z cudem. Z drugiej strony, gdyby tego dokonał, miałby już na liście swojego CV cudotwórstwo - a to świetnie wpisywałoby się w plany zostania Czarnym Papieżem i opanowania Kościoła w celu anihilacji resztek katolickiego światopoglądu. Ale na wszystko przyjdzie właściwy czas i miejsce.

 

Tymczasem stanął na ziemi, rozglądając się badawczo wokół. Nie słyszał już wycia policyjnych syren, co oznaczało, że najwyraźniej znalazł się na względnie bezpiecznym terenie, bo jak wiemy jednym z największych zagrożeń na wschodzie Europy są gliny, bez względu na to, czy akurat jesteś przestępcą, czy zupełnie zwyczajnym obywatelem.

 

Z tego względu starał się unikać jakichkolwiek osobników w niebieskich mundurach od dłuższego czasu, ale dziś wyjątkowo mocno było mu z nimi nie po drodze.

W tej chwili pojawił się zgoła inny problem, gdyż zamiast tego nieudolnego pościgu w postaci dwóch radiowozów, jego uszy drażniły ciche piski niesionego zawiniątka.

 

Przewrócił oczami. Jako typowy przedstawiciel pokolenia Z nie był osobą, która myślała nad dziećmi w innym kontekście, niż znęcanie się nad nimi lub jedzenie płodów, więc instynktu rodzicielskiego nie posiadał za grosz. Nie jest to zresztą rodzaj odpowiedzialności, jaki powinien być wymagany od siedemnastolatka z patologicznej rodziny, prawda?

Skaranie boskie z tymi gówniarzami. Nie pojmował, jakim cudem ktokolwiek na tym świecie mógł pragnąć potomstwa? Szczególnie takiego, jak niesiony przez niego podmiot?

 

Matka chłopaka, posiadając ich szóstkę, kompletnie zaburzała ten, wydawałoby się, że logiczny tok rozumowania. Uwagę nastolatka zwróciło ponownie kwilenie. Nazakiel naciągnął kaptur na oczy i podążył w kolejne przecznice pseudometropolii, ignorując malucha. Co jak co, ale akurat z olewaniem bodźców miał doświadczenie. Musiał w końcu żyć w takim środowisku przez dość długi okres swego żywota, a z tego impasu wybawił go dopiero jego błogosławiony (a przynajmniej w tamtym momencie takim się wydawał) przełożony, jak z czasem się okazało pan, książę, władca najwyższy i generał w jednej osobie.

 

Jeśli chodzi o porwania dzieci, doświadczenie Nazakiela było żenująco niskie, a niedawno otrzymana ciepła posadka w Piekle najwyraźniej zawierała też usługi obejmujące ograbianie ludzi z potomstwa, choć tego w kontrakcie nie było. Czytał go dokładnie, bo po nasłuchaniu się o bankowych naciągaczach, tanio skóry sprzedać nie zamierzał. Ostatecznie, oddanie duszy diabłu to jeszcze poważniejszy biznes niż dozgonna hipoteka. A i tak wpakował się w niezbyt legalną spółkę z ograniczoną poczytalnością.

 

Jeszcze tylko brakuje, żeby teraz ktoś go przyłapał... Z tym cholernie problematycznym bachorem. Na wszelki wypadek ma jednak broń, co niewątpliwie przemawia na jego korzyść.

 

Po nieudanej próbie rabunku zaczął nosić ze sobą nóż.

Od tej pory jego próby były o wiele skuteczniejsze.

 

~1.1~

 

- Szach mat sukinsyny. Makao, po makale, czy jak to się tam mówiło.

 

Lucek z zadowoleniem sprzątnął kasę z sfatygowanego, zalanego trunkami i nieprzyjemnie klejącego się stołu i wskazał skinieniem na drzwi, sugerując gościom, że najwyższa pora dać mu egzystować w spokoju, wypić piwko, obejrzeć „Księdza Mateusza" i posłuchać latino popu bez niechcianego towarzystwa grona archaniołów.

 

Ładniej ujęta fraza „wypierdalać", która od jakiegoś czasu zdominowała polską debatę publiczną.

 

Bardziej w konwencji kolędowej: czym prędzej się wybierajcie, z mego domu pospieszajcie.

 

Oficjalnie mógł zmienić nazwę posiadłości na Lucyferiański Dom Kultury Wyższej.

 

- Wygrałeś bitwę, lecz nie wojnę - mruknął wybitnie nieusatysfakcjonowany wynikiem gry Rafał.

 

Ochroniarz przed demonami, który nie potrafił niestety ochronić równie skutecznie własnej dupy przed chamskim ograniem ze strony upadłego. Nie miał w dodatku żadnych dowodów, żeby wykazać że diabeł podle oszukiwał, chociaż nie wierzył, że ktoś może mieć tyle szczęścia jednego wieczoru. A szczególnie ta wyklęta z łask bożych moc nieczysta.

 

Rudy skurwiel z piekła rodem (chociaż w zamierzeniu przynajmniej miał być najwspanialszym, wzorcowym aniołem) próbował go ograć przez ostatnie 3 godziny, a wysiłki trójki archaniołów by to temu cholernemu piekielnemu playboyowi utrudnić po raz n-ty w historii tego uniwersum spełzły na niczym. - I wiesz co ci powiem, Lucuś?

 

- Słucham cię uważnie, o najwyższy z archaniołów - chichot upadłego odnosił się z pewnością do faktu, że w całym niebie to Rafał był jednym z najniższych. Z obecnej trójcy świętej także, pod względem rangi, średniej pensji i paroma innymi znaczącymi czynnikami.

 

- Chuj ci w dupę.

 

- A bardzo, kurwa, chętnie - książę Piekła sięgał już do rozporka, a chwilę później wyszczerzył piękne, białe kły (zaiste, marzenie wszystkich ortodontów) w uśmiechu i pomachał aniołom opuszczającym w dzikim pędzie jego mieszkanie, zanim sytuacja zmieni się w coś jeszcze bardziej popierdolonego, niż wieczorny hazard z upadłym. Już to wydarzenie samo w sobie stawiało ich na wątpliwej pozycji, gdyby ktokolwiek w Niebie dowiedział się o tych wypadach. - Wam też powodzenia. Ciao fellas!

 

Stanęli na ulicy, a Michał westchnął głęboko, z wyraźną ulgą, że udało im się jakoś wydostać z tej jaskini rozpusty. Jakaś kobieta, osiedlowy monitoring całodobowy, doglądała ich z okna po drugiej strony ulicy, niezbyt konspiracyjnie uchylając firankę i obserwując to niecodzienne zgromadzenie.

 

Lucyfer wyznawał otwarcie zasady jebania pisu, psów i ciszy nocnej, co raczej nie łączyło się z aprobatą sąsiadów, szczególnie, że ich wiek sięgał zwykle powyżej średniej lat 60. Odwrócili wzrok od okna i co jakiś czas poruszającego się niczym egzotyczne stworzenie ukrytego za szybą niebotycznych rozmiarów tapiru, wciąż jednak czując się obserwowanymi.

 

- Znowu daliśmy się zrobić w chuje, panowie. Znowu. Niech ktoś mi przypomni, który to już raz? Setny? Tysięczny?

 

- Może i chuje, ale z klasą - Gabriel przeczesał dłonią swoje tlenione blond włosy, jak zwykle poprawiając ich i tak idealne ułożenie. Pierdolony pedant, pomyślał Rafał. Ale najwyraźniej anielskie laski lecą na pedantów. Zresztą nie tylko anielskie. I nie tylko laski, patrząc na to, jakie fory dawał mu dziś Lucyfer w czasie gry.

 

Tak bardzo denerwował go ten upierdliwy mały chuj, uważający się (zdaniem Rafała) za centrum wszelkich wydarzeń w boskim wszechświecie.

Przydałoby się chłopa uświadomić, że jest frajerem skończonym, ale Rafael żałował swojego czasu i energii by to robić, więc jedynie w zaciszu swojego umysłu wylewał pomyje na chłopaka. Oczywiście szanował bliźnich, ale bynajmniej nie zamierzał takiego zatraceńca uważać za swego bliźniego...

 

Poza tym była jeszcze jedna sprawa, o której nie zdążył poinformować swoich towarzyszy, a która miała pewne znaczenie w świetle zaistniałej sytuacji finansowej. Mianowicie znaleźli się w nieciekawym położeniu z racji wybitnych zdolności karcianych Lucyfera. Tak czy owak, wypadało poinformować Gabriela i Michała, że roztrwonili pieniądze, które nie do końca należały do nich.

 

- Chłopaki, ale wy wiecie, że ta kasa to była od dziadka na nawóz do jego sentymentalnej jabłonki? - Rafał popatrzył pytająco na dwóch pozostałych archaniołów.

 

Wspomnianym „dziadkiem" jest przełożony trio spierdolenia, zwanego czasem trójcą archanielską, które stało pod tymczasowym lokum Lucyfera zastanawiając się, dokąd skieruje swe kolejne dostojne kroki. Jakoś głupio było im wracać do Nieba w stanie wątpliwej trzeźwości. Poza tym noc jeszcze młoda, tyle, że nie mieli grosza przy duszy, a upadły bez motywacji w postaci pieniędzy do wygrania nie widział powodów, by gościć u siebie dawnych znajomych. Był to, jak powszechnie wiadomo, najlepszy przykład człowieka interesu.

 

- SŁUCHAM KURWA - ryknął Michael, gdy zrozumiał, co ma na myśli Rafał. - DOPIERO O TYM MÓWISZ?! GDZIEŚ TY BYŁ, JAK ROZDAWALI NAM ROZUM?!

 

Archanioł wzruszył ramionami.

 

- Stałem w kolejce po ładną mordę, ale to ciebie najwyraźniej ominęło Michaś... Oj no ja pierdolę, nie rób znowu dramatu, jakbym zajebał ci matkę. Lepiej kupić piwko niż jakieś dupne pestycydy za te parę groszy. Na twoim miejscu bym się tak nie wściekał. Złość piękności szkodzi, a ty i tak nie masz czym szastać...

 

Rajska jabłonka potrzebuje jednak zaskakująco dużo wspomnianego „dupnego nawozu". I, o co ustawicznie ma ból dupy Michał, Bóg jedzie im po pensji za nie dopilnowanie wzrostu tego grzesznego zielska, zajmującego jedynie miejsce w rajskim Edenie, przypominając jak wielką rolę odegrała w historii ona i pewien na pozór przypadkowy gad o niewdzięcznym, przeklętym wręcz imieniu Samael.

 

- To piwko nawet nie będzie dla nas - pociągnął nosem Gabriel, udając, że ociera niewidzialną łezkę.

Anioły mogły być rasą lepszą niż inne, przynajmniej w swoim przekonaniu, ale od braku alkoholu cierpiały tak samo, jak diabły lub ludzie (choć z pewnością medal za tragizm przeżywania tej sytuacji powinni otrzymać mieszkańcy Piekła, w którym ciężko było egzystować bez paru promili we krwi. Może dlatego tak dobrze szatańscy wysłannicy odnaleźli się w krajach bloku wschodniego. Bądź co bądź, jest prawie jak w domu).

 

- Ojebał nas z ostatnich groszy, które w dodatku nie były nasze - podsumował moralny przywódca tej gromady. Jak dotąd średnio szło mu utrzymywanie swoich kompanów w ryzach bosko pojętej moralności. Nigdy nie czuł się jakimś wybitnym szefem, ale trzeba też przyznać, że taka grupa podkopałaby i autorytet samego Napoleona.

 

- Oj Michaelu, moje złotko, nie jest tak źle.

 

- No racja, jeszcze zawsze mógł nas na przykład... - Gabriel zwiesił głos, widząc spojrzenie Rafała.

„Zamilcz kurwiu, my już i tak jesteśmy skończeni. Bez twoich, jakże wiele wnoszących do dyskusji, komentarzy". Mniej więcej tyle wyczytał z tego nasyconego jadem wzroku, zanim nie zwrócił oczu z powrotem w stronę Michała, oczekując na jego reakcję.

 

- Chyba ciebie - mężczyzna wyciągnął z kieszeni ostatnią paczkę papierosów i zapalił jednego. Gdyby nie fakt bycia nieśmiertelnym, wszyscy w Niebie zdechliby na raka płuc. Może to byłoby bardziej miłosierne rozwiązanie niż skazywać ich na życie przez wieki we wspólnym towarzystwie. - W takim razie co robimy?

 

- A cóż mamy robić? - Gabriel pokręcił głową. - Straciliśmy wszystko przez Lucjano i teraz musimy przyznać przed zrzędliwymi staruszkiem, że koleżka po fachu ograł nas jak dzieci.

 

- Nie dam się tak. Upadnę przez to - Rafał złapał się za głowę. - Już i tak miałem naganę za... Oh, żeby to kurwa był jeden incydent. Ale spokojnie, panowie, mam plan - dodał, a skierowane na niego spojrzenia dwóch archaniołów wyrażały pełne nadziei, ale też pewnego dystansu zapytanie. Obawiali się, co bezdenna studnia umysłu ich towarzysza mogła tym razem wyprodukować.

 

Rafał miał niesamowity talent wymyślania najbardziej bezsensownych i debilnych rozwiązań w każdej sytuacji. Pewien ich znajomy, wybitny matematyk, wyprowadził nawet wzór, wskazujący na zależność między ilością wlanego w siebie bimbru domowej roboty a zdolnością do analizy świata przez archanioła. Oceniając po dzisiejszym wieczorze, Rafał zapierdalał w stratosferze swej kreatywności.

 

- Ty amebo masz plan? - prychnął powątpiewająco Michaś. - Ty się już kurwa lepiej nawet nie odzywaj.

 

- Daj mu mówić - wtrącił Gabriel, szczerze ciekaw, jakie świetne rozwiązanie zaraz będą próbowali wprowadzić w życie. Było mu już trochę wszystko jedno, chciał po prostu zniknąć z oczu tapira, wciąż widocznego za firanką po drugiej stronie ulicy. - Coś podpowiada mi, że nawet taki kretyn musi czasem mieć dobry pomysł. Kwestia statystki - wzruszył ramionami.

 

Oceniając po uśmiechu Rafała, wziął to za komplement, choć mógł być to po prostu charakterystyczny „grymas rozmarzenia etanolowego", typowy dla żuli po parudniowej libacji.

 

- Zatem, kurwa, słucham.

 

- Spokojnie, bez tylu wulgaryzmów, po co tak bluźnicie. Jak ty się z tego wyspowiadasz? - Rafał mrugnął do Michała, któremu niebezpiecznie przypominało to „zalotne" mrugnięcie, przeznaczone dla zagubionych niebiańskich duszyczek, które następnego ranka odnajdywały się w łóżku archanioła. Jako heteroseksualny, normalny facet bardzo nie chciał tak kończyć. - Wiem jak możemy zarobić stracone pieniądze. Wystarczy jedna noc - uśmiechnął się szeroko.

 

- No? - naglące pytanie Gabriela zirytowało go nieco. Pierdolony pedał, pomyślał sobie Rafael. Znaczy się, pedant. Jedna ryba.

 

Bóg się potknął i krzyknął „kurwa", a słowo ciałem się stało i w ten właśnie sposób narodził się archanioł Dżibril. Takie zdanie w tym temacie miała przynajmniej połowa niebiańskiej burżuazji, w tym jego koledzy.

 

- Damy dupy - wypalił krótko Rafael.

 

Michał strzelił jedynie facepalma, co ostatecznie wyraziło jego stosunek do tego, jakże popierdolonego, pomysłu. Gabriel zamyślony wpatrywał się w jeden punkt gdzieś daleko. Należy przeanalizować wszystkie za i przeciw, obiektywnie, bez nerwów. Nie był flegmatykiem, a strategiem. Logikiem z zamiłowania. „Plan dania dupy" był do dupy, jednak trzeba rozważyć, czy bardziej przeraża wizja upadku, czy ostatecznego zaprzedania się i puszczenia w tango z pierwszym lepszym napalonym i bogatym dziadkiem w okolicy. Sztuka wyboru.

 

- Czy cię pojebało już do reszty, pierdolony pojebadle? - wykrztusił Michał, z trudem powstrzymując się przed przyrżnięciem w łeb Rafała.

 

Ostatnimi czasy pracował nad agresją, okazywaną prawdopodobnie w zbyt wysokim stopniu swoim współpracownikom, ale czy to jego wina, że spędzał najlepsze lata swego pięknego, archanielskiego życia z tymi debilami?

 

- Zgodzę się, ale pod warunkiem, że mi powiesz, gdzie w tym kurwidołku mogę dostać stringi, 15 metrów liny, kajdanki i... Jeszcze trochę wódki, bo na razie na nic więcej nie jestem gotowy dopóki się nie urżnę do granic wytrzymałości wątroby. Poza tym, musiałbyś się trochę lepiej wystroić. Liczysz, że ktoś zechce cię tak ubranego? Wyglądasz jakbyś właśnie wylazł z jakiegoś piekielnego lumpa - Gabryś odwrócił się do kolegów i oczekiwał najwyraźniej odpowiedzi. Najwyraźniej dokonał rozliczenia z samym sobą i wybrał. Z resztkami honoru wygrał nadziany dziadek.

 

- Gabrielu! - wrzasnął wytrącony z równowagi Michał. - Przywołuję cię do cholernego porządku!

Rafał patrzył to na jednego, to na drugiego, spojrzeniem głębokim i rozpaczliwie wołającym o rozum. Obiektywnemu obserwatorowi mogłoby być go żal, jednak jak wiadomo, każdy z nas ocenia subiektywnie - kwestia natury.

 

Można się założyć, że krzycząc do jednego ucha archanioła usłyszałbyś echo, bo mózgu u niego ni widu, ni słychu. Matka natura poskąpiła najwyraźniej temu głosicielowi boskiej chwały obdarzenia go tym dość znaczącym narządem. Egzystował na podobieństwo ameby, choć ogarniającej niektóre przyziemne sprawy, jak spanie, hazard, żarcie, walenie konia. Ciężko powiedzieć, jakim cudem ten facet zdołał zostać idolem tysięcy moherów na całym świecie. Życie pisze czasem nieoczekiwane scenariusze. Nigdy nie wiesz, czy największy ze znanych ci piwniczaków i spermiarzy nie jest akurat archangielskim posłańcem.

 

- Michaś, zluzuj majty. W sensie nawet nie dosłownym, ale posłuchaj mnie przez moment. Chodzi tylko o poszukanie sobie sponsora, coś jak metoda na wnuczka, ale z dodatkami... Wiesz jaka tu jest średnia wieku? Niektóre z tych pań i panów mogą mieć wojskowe emerytury, a w Polsce to są solidne sumy. To są monstrualne pieniądze, Michał. Powinniśmy...

 

Ostatnim co zapamiętał Rafał, był lecący w jego stronę but Michałka o zadziwiająco dużej sile pierdolnięcia, masakrującej jego i tak nie najpiękniejszą facjatę.

 

Fakt, że wszyscy i tak umrzemy, ale przecież jednym z najbardziej poniżających sposobów na odejście z tego świata jest rozpierdolenie czaszki butem współtowarzysza. W dodatku z takim, i tak już znaczącym, uszczerbkiem na szwankującej urodzie.

 

~1.2~

 

Nazakiel kopnął w sprofanowane na wszelkie możliwe sposoby drzwi, które otworzyły się energicznie i łupnęły w ścianę, obsypując kolejną warstwę tynku w miejscu, gdzie klamka za każdym razem spotykała się w sposób daleki od delikatności z farbą (a teraz już właściwie gołym betonem).

 

- Ja pierdolę, kurwa - mruknął, widząc swojego przełożonego śpiącego na dywanie, maskującym zaplamioną podłogę w salonie. Efekt był mierny, ponieważ dywan po trzech miesiącach użytkowania sam wyglądał obecnie, jakby służył za matę do sikania dla szczeniaków od paru dekad. Pochodzenia niektórych plam wolał Nazakiel nie znać, po prostu strategicznie omijał pewne miejsca i modlił się w duchu, by nie jemu przypadł obowiązek czyszczenia tego wszystkiego pewnego dnia. Dowody na fakt, że Lucyfer żyje, a jedyne na co może się uskarżać, to amok alkoholowy, znajdowały się na stole pod postacią 16 puszek najtańszego piwa dennej jakości i stłuczonej butelki jabola. Trudno uwierzyć, żeby Lucek osobiście dał radę wypić tyle, chociaż jak wiadomo, nie można podważać możliwości rasowego alkoholika. - Ej, szefuniu, wstawaj - trącił nogą bezwładnie leżące ciało oczekując jakiejkolwiek reakcji na bodźce. Jak wiadomo, należy sprawdzać zmysły po kolei. Wzrok, słuch, dotyk.

 

- Wy... - Lucyfer mruknął coś niewyraźnie.

 

Żyje, stwierdził nastolatek. Ostatnio ustawicznie bawił się w koronera, jako że jego domownik niemal codziennie zaliczał zgona.

 

- Co ty tam pierdolisz pod noskiem?

 

- Wy... Wypierdalaj - wysłowił się w końcu Książę Piekła. Nieco seplenił, równocześnie powstrzymując się od zażygania całej podłogi.

 

Bohater. Udało się uniknąć kolejnych paru plam.

Będzie trzeba wyprać ten dywan, pomyślał Lucyfer, starając się zapisać to gdzieś w umyśle, że gdy już wydukanie z siebie paru słów będzie przychodzić mu z większa łatwością, to zleci to zadanie nastolatkowi.

 

- Jebie od ciebie na kilometr - prychnął Nazakiel. - Współczuję temu maluchowi.

 

- Szatan go adoptuje, nie ja. Ja jestem tylko drobnym ogniwem w tym łańcuchu porwania dziecka - upadły zaczął gramolić się z podłogi na fotel, podpierając się o wszystko, co nawinęło się pod rękę. Chwilę później efektownie wypierdolił się znów na glebę, jednak tym razem wywracając też lampę. A właściwie jej pozostałości, więc straty nie były wielkie. Ktoś wcześniej pozbawił ją abażura i finezyjnie powyginał stojak, że wyglądał teraz niczym modernistyczna rzeźba w jakimś muzeum przedmiotów użytku wszelakiego i na pewno zbyt awangardowego, by dało się tym zrobić cokolwiek pożytecznego lub praktycznego. - Dziewczyna czy chłopak? - jęknął w końcu upadły, porzucając do końca myśl o podniesieniu się do bardziej godnej pozycji i obserwując nastolatka z perspektywy podłogi.

 

- O dziwo dziewczyna. Rozumiem, że staramy się przełamać seksizm panujący w Niebie wprowadzeniem jakiegoś nowego nurtu? Teraz głównym bohaterem Biblii byłaby dziewczynka i takie tam?

 

W sumie nie byłoby to takie złe. Może wreszcie przedstawicielki płci ładnej czytając książki o wierze mogłyby utożsamić się z kimś innym niż męczennica lub dziwka myjąca stopy Jezusowi.

 

- Być może - mruknął Lucek, przymykając oczy. Niezbyt rejestrował paplaninę Nazakiela. Światło niemiłosiernie wdzierało się pod zamknięte powieki. Umiera. Kona. To koniec. Odchodzi w zaświaty. W dodatku, do jego ukojonej na moment świadomości zaczął docierać jakiś irytujący, rosnący w intensywność dźwięk. - Ja pierdolę, błagam, wycisz to...

 

- Młodej nie da się wyciszyć - poinformował go Nazakiel, gdy dziewczynka otworzyła buzię i zaczęła wiszczeć z częstotliwością syreny strażackiej. - I nie przeklinaj przy dzieciach.

 

- Kurwa, przepraszam.

 

Chłopak zajął miejsce na kanapie, lulając na rękach małą. Nie był przekonany, że to pomoże, ale widywał wcześniej matkę bujającą w ten sposób rodzeństwo. I działało, w przeciwieństwie do obecnej sytuacji. Mógł się przynajmniej teoretycznie przygotować i poczytać jakieś poradniki opieki nad dziećmi, podręczniki dobrego rodzica czy coś w tym rodzaju, ale teraz gdybanie na niewiele mu się zda.

 

- Kurwa... - wspaniały, imponujący, primo klasa Książę Piekła oparł się o ścianę i złapał za brzuch. Jego wulgarność rosła stosunkowo do spożytej ilości ambrozji. - Aua.

 

- Mówiłem, że te dzikie karciane orgie z podlotkami źle się skończą. Ostrzegałem. Niejednokrotnie zresztą. Nie tylko ja.

 

- Zamilknij na wieki. Starczy mi twoich mądrości, pogadamy, jak sam wpadniesz w nałóg.

 

- Nie mam czasu na własne nałogi, bo muszę się zajmować ćpunami w domu - zbulwersował się chłopak, wciąż bujając na rękach dziewczynkę, wyglądając przy tym jak pozostawiona samej sobie matka, niezbyt szczęśliwa ze swego losu.

 

Lucyfer dotelepał się do zlewu w kuchni, bo łazienka wydała się zbyt odległa. Dziesięć kroków zmieniło się w dystans zbliżony do dziesięciu kilometrów. Chwilę później Nazakiel skrzywił się na dochodzące odgłosy cierpienia i bólu, sygnalizujące nadmiar alkoholu. Sam parę razy, może paręnaście znalazł się w tym stanie i wiedział, jakie będą kolejne stopnie na tej drodze do prywatnego piekła jego szefunia.

 

A on sam został niańką dla kolejnej wyszukanej zachcianki Szatana.

 

Zajebiście.

 

Po prostu wspaniale. Potrzebuje pomocy na teraz, bo znalazł się na krańcu swojej wytrzymałości psychicznej, a zajmuje się małą od pół godziny.

 

Sięgnął po telefon Lucka i wyszukał jeden z niewielu zapisanych numerów. Jedyny sprzęt, zdolny przeżyć bezwzględne traktowanie przez Księcia Piekieł, nieśmiertelna nokia 3310. Po czterech długich sygnałach w końcu odezwał się zachrypnięty głos.

Nie seksownie zachrypnięty. Brzmiał, jakby jego właściciel już dawno zapomniał o byciu nałogowym palaczem tytoniu, a zaczął po prostu napierdalać po gardle tarką do warzyw, co patrząc na jego niekonwencjonalne pomysły, mogło być całkiem prawdopodobne.

 

- Czego tam, kurwa, trzeba do szczęścia?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Skorpionka 3 tygodnie temu
    Obiecujący początek. Czekam na dalszy ciąg.
  • Vespera 3 tygodnie temu
    Ej, ale surykatki to są prawdziwe skurwysyny i zabijają się wzajemnie jeszcze bardziej niż ludzie, lepiej z nich nie bierzmy przykładu...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania