Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bracia przyrodni – część pierwsza – Rozdział 2

Rozdział 2

 

Była już dziewiąta, lecz Magda Sorecka nie miała ochoty zrywać się z łóżka. Zawsze uważała, że każdą niedzielę powinno się spędzać w sypialni, wychodząc tylko za potrzebą. Widziała jak promienie słońca przebijają się przez fioletowe rolety. Jednak nawet to nie było wstanie wypędzić jej łóżka. Jej mąż, Bartek, zerwał się skoro świt i pojechał na ryby, z czego była bardzo zadowolona, ponieważ nie musiała słuchać jego marudzenia.

 

Bartek zawsze lubił jej się czepiać. Uważała, że im dłużej byli małżeństwem, tym jego charakter był coraz bardziej nie do zniesienia. Narzekał na nią, że za długo śpi, jest leniwa, nie zajmuje się dziećmi jak należy i wszystko robi byle jak co nie było prawdą. Codziennie sprzątała, prała, gotowała i pomagała dzieciom w lekcjach. Zajmowała się też ogrodem. Przykro jej było, że on tego nie zauważa. Zajmowanie się dziećmi i domem to ciężka praca. Po powrocie z pracy, widział tylko jak leży na kanapie po obiedzie, a przecież jej też należy się odpoczynek. Nie rozumiała dlaczego mężczyźni uważają, iż to tylko na ich barkach spoczywa olbrzymia odpowiedzialność. Bartek w tej kwestii przodował. Zawsze sądził, że gdyby nie on, to Magda nie poradziłaby sobie.

 

Gówno prawda! Prychnęła pod nosem. Ona zawsze gotowała i musiała podawać mężowi obiad pod nos, ponieważ sam nie potrafił sobie zupy wlać na talerz. Przygotowywała mu śniadanie do pracy i wybierała ubrania, które ma założyć po kąpieli. Ba, nawet nie wiedział gdzie majtki ma. Ona zawsze musiała o wszystkim pamiętać i zapisywać wszelkie spotkania oraz opłacać rachunki, o których Bartek nawet nie zdawał sobie sprawy. Była wściekła na siebie, że pozwoliła na traktowanie się jak służąca.

 

Była pewna, że gdyby nie ona to jej mąż by zapuścił dom, zaniedbał dzieci, którymi i tak się nigdy nie opiekował. Gdy brał urlop twierdził, że to chce wypocząć. Kiedy była ciąży również jej nie pomagał, a gdy leżała po porodzie w szpitalu, Bartek przywiózł swoją matkę, by to ona zajmowała się domem. Matka Bartka zawsze go rozpieszczała i Magda sądziła, że to właśnie przez nią Bartek ma taki paskudny charakter.

 

Adam nie darzył sympatią jej męża i kiedyś zapytał się dlaczego pozwala traktować się jak niewolnica i dlaczego nie weźmie rozwodu z tym dupkiem? Sama często zastanawiała się nad tym, lecz nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.

 

Kiedy się poznali nie był taki zaborczy i impertynencki. Był czuły i miły, a także na swój sposób romantyczny, choć często odgrywał sceny zazdrości jak rozmawiała z innymi mężczyznami. Po ślubie nastąpiła zmiana jakiej się nie spodziewała. Cały romantyzm zastąpiła rutyna, a miłość - przyzwyczajenie. Wtedy zaczął się zmieniać. Choć może on po prostu taki był i dobrze to ukrywał. Może jak każdy facet na początku tylko udawał takiego dobrego. A gdy ją zdobył, uznał, że jest tylko jego - pokazał swoje prawdziwe oblicze. Tego nie mogła wiedzieć na pewno, więc jedyne co jej zostało to domysły.

 

Nagle na jej łóżko wskoczyła jej ruda kotka Mira. Łasząc się i pomrukując dawała Magdzie znak, że to czas na śniadanie. Spojrzała na zegarek w telefonie, dochodziła dziesiąta. Pora wstać, pomyślała ze smutkiem. Przeciągnęła się i podeszła do lodówki po karmę dla Miry. Kotka szła za nią krok w krok łasząc jej się do nóg. Włożyła jej pokaźną porcje na miskę, a ta pomrukując natychmiast zaczęła pałaszować swoje śniadanie kompletnie zapominając o właścicielce. Schowała puszkę z karmą do lodówki i przeczesała swoje długie, sięgające prawie do bioder, kruczoczarne włosy. Jeden pusty żołądek napełniony, zostały jeszcze trzy stwierdziła mając na myśli Bartka i dwójkę ich dzieci, Szymona i Zuzannę.

 

Nakarmiwszy Mirę poszła do łazienki znajdującej się na końcu korytarza, tuż obok pokoju córki. Korytarz był do połowy od dołu wyłożony cegłą dekoracyjną. a wyżej wraz z sufitem pomalowany na limonkowy kolor. Weszła do łazienki, gdzie po lewej stronie wejścia stała kabina prysznicowa. Obok niej zaś stara pralka Beko, po prawej obok toalety była umywalka z lustrem i małymi szafkami na kosmetyki.

 

Podeszła do umywalki i obmyła twarz wodą. Spojrzała w lustro. Zobaczyła potworne worki pod oczami i skołtunione włosy. Postanowiła nieco doprowadzić się do ładu rozczesując włosy i związując je w kucyk. Zrobiła sobie też lekki makijaż, aby zakryć dowody nieprzespanej nocy.

 

Usłyszała jak ktoś chcę wejść do łazienki a później puka w drzwi.

 

–Zajęte! – Odpowiedziała Magda na próbę wtargnięcia.

– Mamo! Długo jeszcze? Muszę wejść, bo nie wytrzymam.

To był jej jedenastoletni syn, Szymon. Kończąc makijaż odpowiedziała.

 

–Jeszcze trochę wytrzymasz.

Mamooo noo! – Wyjęczał.

 

Kiedy wychodziła wpadł tam z impetem, trącając ją lekko.

 

Szymek!!! – Krzyknęła na syna.

On jednak przeprosił ją przez zamknięte drzwi. Przewróciła oczami zirytowana zachowaniem syna.

 

Drzwi w kolorze czerwonego dębu obok łazienki otworzyły się. Stała w nich jej dziewięcioletnia córka Zuzia. Z nieprzytomnym wzrokiem czarnych oczu odziedziczonych po matce i potarganymi długimi włosami koloru bursztynu wyglądała słodko. Magda dłońmi nieco poprawiła jej fryzurę i pocałowała ją w czoło.

 

– Co chcesz na śniadanie słonko?

 

Zuzanna nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na matkę obojętnie wzruszając ramionami co mogło oznaczać wszystko albo nic. Znała córkę bardzo dobrze i wiedziała, że zawsze po przebudzeniu musi dać sobie chwilę na oprzytomnienie. Dalsze pytania o posiłek nie miały większego sensu. Zostawiła więc Zuzę, czekającą aż Szymon wyjdzie z łazienki.

 

Magda udała się do sypialni i ubrała szarą koszulkę z nadrukiem roku 1989 i napisem FREEDOM oraz jasnoniebieskie mocno wytarte dżinsowe spodnie. Postanowiła zrobić dzieciom kanapki z serem i pomidorem dla Zuzi a dla syna z jajkiem na twardo i szczypiorkiem tak jak lubił.

 

Bartek wróci najpewniej na obiad, chyba że spotka jakiegoś kolegę i postanowi strzelić kilka browarów jak zwykł mówić. Wówczas wróci późno wieczorem lekko wstawiony i jeszcze bardziej marudny. Magda zdążyła już się do tego przyzwyczaić i jego nieprzyjemne uwagi puszczała mimo uszu, co było chyba już kwestią wieloletniego doświadczenia w byciu żoną egoisty.

 

Pościeliła łóżka, a później zajęła się robieniem śniadania. Zrobiła kanapki dzieciom i wyłożyła je na biały talerz z czerwonymi kwiatami, który postawiła w kuchni na stole stojącym przy oknie. Sobie zrobiła sałatkę z pomidora, ogórka i cebuli. Coś lekkiego - pomyślała. Bartek często jej powtarzał gorzkim tonem, że mogłaby zrzucić kilka kilogramów. Wtedy zrobiło jej się przykro, ale uwierzyła mu choć miała odpowiednią wagę sześćdziesięciu jeden kilogramów przy swoim wzroście metr sześćdziesiąt dwa.

 

Kiedy kończyła robić sobie sałatkę przyszli Szymon i Zuzanna popychając się i dogryzając, jak to rodzeństwo. Kiedy już siadali do stołu brat popchnął siostrę tak, że ta się prawie przewróciła.

 

–Nie popychaj mnie Szymek!!! Mamooo powiedz mu coś!

– Uspokójcie się, oboje!

– Ale co ja takiego zrobiłam? To on ciągle zaczyna! Dlaczego na mnie krzyczysz?

– Bo oboje źle się zachowujecie.

– No właśnie, ty też mnie uszczypałaś idiotko! – Powiedział Szymon sięgając po kanapkę.

– Szymek! Jak ty się odzywasz do siostry? Jeszcze słowo i macie szlaban na komputer.

Oboje przejęci słowami matki usiedli i w ciszy zjedli śniadanie. Kiedy skończyli, poszli każdy do swojego pokoju. Magda miała chwilę spokoju, więc zabrała się za sprzątanie. Pozmywała naczynia i odkurzyła podłogi. Gdy skończyła, postanowiła ugotować obiad, ponieważ zbliżała się dwunasta godzina. Jak prawie w każdą niedzielę, przyrządzi rosół. W ostatni dzień weekendu jedynymi zupami jakie przygotowywała był rosół, pomidorowa lub sos z dodatkiem suszonych grzybów. Dzisiaj zdecydowała się ugotować tę potrawę, gdyż była najmniej pracochłonna i wymagająca. Nie miała ochoty stać przy garach pół dnia.

 

Gdy dodawała włoszczyzny do zupy usłyszała dzwonek swojego telefonu. Podeszła do Motoroli i spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił jej młodszy brat Adam. Nie była zaskoczona, ponieważ z całego rodzeństwa on dzwonił najczęściej opowiadając jej co się ciekawego u niego i Weroniki działo lub co u niej słychać. Ona nie miała zbyt wiele do powiedzenia, bo o czym miała opowiadać? Że z mężem nie potrafi już rozmawiać nie kończąc dyskusji kłótnią… Że ma czasem dosyć własnych dzieci, które zaczynają brać przykład z Bartka i ignorują niektóre jej uwagi… Nie, wolała powiedzieć swą standardową odpowiedź "u mnie wszystko w porządku". Odebrała telefon.

 

– Cześć młody, co tam chciałeś?

Zdawała sobie sprawę gdy powiedziała do niego młody, on przewrócił oczami z irytacją. Nie lubił kiedy zwracano się do niego w taki sposób odkąd skończył osiemnaście lat, ale nic na to nie mogła poradzić? Zawsze przecież będzie jej młodszym braciszkiem.

 

– Cześć. Poważnie, musisz do mnie mówić młody?

– Wolisz, żebym mówiła stary?

– Wystarczyłoby gdybyś mówiła Adam.

Powiedział lekko urażonym tonem, lecz zapewne go udawał. W rzeczywistości najprawdopodobniej się uśmiechał.

 

– Dobrze braciszku. Dlaczego dzwonisz w te piękne niedzielne południe? Coś się stało? – Powiedziała trzymając telefon prawą ręką, lewą mieszała zupę.

– W zasadzie to nie. Chcieliśmy zaprosić cię…

Usłyszała, że ktoś do niego mówi, najpewniej Weronika i szybko się poprawił.

 

– Yyy, to znaczy was na kolację.

Na słowo was nałożył nacisk. On wolał, żeby przyjechała tylko ona z dziećmi, jednak Weronika go poprawiła. Jej brat nie przepadał za Bartkiem, który swoją impertynencją go denerwował. Mimo to zawsze trzymał fason i obracał docinki jej męża w żart, co go strasznie denerwowało. Dlatego oboje nie potrafili się porozumieć i normalnie ze sobą rozmawiać.

 

– Bartka nie ma, jest na rybach więc nie wiem czy też przyjedzie ale ja na pewno będę.

– To super! – Odpowiedział z entuzjazmem. Nawet ciut przesadzonym.

 

Magda była ciekawa czy to z powodu tego, że przyjedzie czy też tego, że najprawdopodobniej przyjedzie tylko z dziećmi, bez męża.

– A więc o której godzinie mam być?

Przez chwilę słyszała jak konsultuje się z Weroniką, po czym znowu usłyszała jego głos.

– O siedemnastej ci odpowiada?

– Jak najbardziej.

– W takim razie do zobaczenia.

Pa braciszku.

Rozłączył się. Jednak miała przeczucie, że coś go trapi. Jego głos był jakiś inny. Znała go od urodzenia, więc bez problemu potrafiła odczytywać jego nastroje i wyczuła nutę zmartwienia w jego słowach choć to było trudne, ponieważ Adam zawsze otaczał się szczelną skorupą i nie ujawniał swoich uczuć. Jako dziecko gdy miał problemy w szkole nigdy o nich nie mówił. Skrzętnie ukrywał to. Był cichym i spokojnym chłopcem, spędzającym więcej czasu z ich psami i kotami, niż z rówieśnikami. Przez co często był obiektem żartów i uszczypliwości ze strony swoich kolegów i koleżanek. W każdej szkole, aż do technikum przeżywał piekło o niczym nikomu nie mówiąc. W miarę jak dorastał zaczął się otwierać, ale i tak stronił od towarzystwa, woląc spędzać czas wolny na czytaniu lub długich samotnych spacerach. Jego jedynym towarzyszem, był jego własny cień.

Mimo wszystko udało mu się w końcu zaufać jednej kobiecie, która była teraz jego żoną. Magda była zaskoczona faktem, jak bardzo Adam zaufał Weronice. Po tym jak traktowali go inni obcy ludzie, jak go wykorzystywali lub traktowali jak dziwaka. Tylko dlatego, że był trochę inny, wiecznie zamyślony, wrażliwy i o wielkim sercu, w którym jednak było mnóstwo bólu i cierpienia. Cieszyła się jednak, że oboje bardzo się pokochali i kibicowała im z całego serca. Dzięki Weronice Adam wyraźnie odżył i widać było że jest szczęśliwy. Ona też zresztą bardzo polubiła jego żonę i szybko się zaprzyjaźniły.

Usłyszała na zewnątrz warkot silnika. Wyjrzała przez okno i ujrzała męża parkującego pod brzozą na środku podwórka ich ciemnozielonego Volkswagena Polo. Wysiadł z samochodu, a po jego minie i charakterystycznym trzaśnięciem drzwiami pojazdu, można było bez problemu wywnioskować, iż wypad na ryby nie był udany. Szedł do domu, ubrany w ubłocone spodnie moro i blado zieloną bluzę z kapturem. Nie był wysokim mężczyzną, przy wzroście sięgającym prawie metra siedemdziesięciu. Spod bluzy wystawał podatny brzuch wyhodowany przez liczne browary, które wypijał dziennie litrami. Rzedniejące blond włosy rozwiewał mu wiatr. Spodziewała się w tej chwili kolejnej kłótni o jakąś bzdurę. Wszedł do domu i poszedł prosto do łazienki umyć ręce. Wszedł do kuchni, nic nie mówiąc. Po prostu usiadł przy stole czekając, aż Magda poda mu coś do jedzenia. Ona szybko wyjęła talerz, nalała mu zupy i podała. Bartek tylko westchnął i powiedział podniesionym obrażonym tonem:

 

– A do tego rosołu to coś będzie? Bo tym się tylko napije, a pić mi się nie chce tylko jeść.

Magda nie chcą się kłócić odparła z pokorą.

 

– Jest jeszcze mięso z rosołu, ziemniaki i surówka z wczorajszego obiadu.

Przewrócił oczami z irytacją i zaczął jeść zupę głośno siorbiąc i mlaskając. Zawsze gdy słyszała jak on je ciarki ją przechodziły po całym ciele. To był odgłos nie do zniesienia, dlatego rzadko jadła razem z nim. Wolała jeść sama w pokoju gościnnym przed telewizorem byle nie słyszeć jego ciapania. Nalała obiadu sobie i dzieciom, które zazwyczaj jadły razem z nią. Bartek często miał o to pretensje, ale tak naprawdę mu to odpowiadało. Postawiła talerze dzieci z zupą na małym stoliku stojącym przy kanapie, po czym poszła zawołać na obiad Zuzannę i Szymona.

Po obiedzie postanowiła zapytać męża czy pojadą razem do jej brata, jednak zdawała sobie sprawę, że ten nie pojedzie i będzie wykręcał się zmęczeniem.

Bartek leżał w pokoju gościnnym na kanapie, gdzie jeszcze chwilę temu ich dzieci jadły obiad. Teraz znowu rozeszły się do swoich pokoi, zajęte swoimi sprawami. Magda usiadła na kanapie przy nogach męża.

 

– Dzwonił do mnie Adam.

Bartek spojrzał na nią, miał bardzo jasne niebieskie oczy, oczy anioła jak kiedyś myślała, jakże wtedy się pomyliła. Przechylił głowę i wzruszył ramionami dając znak, że nic go to nie obchodzi i zamknął oczy.

 

– Chciał, żebyśmy przyjechali do niego na kolację.

– Chciał, żebyś ty z dzieciakami do niego przyjechali. Ślepy nie jestem. Wiem, że za mną nie przepada. Zresztą vice versa. Nie mam zamiaru tracić wolnego czasu na słuchaniu jak gadacie o książkach i innych pierdołach, które prawdę mówiąc gówno mnie interesują. Tylko zanim pojedziesz zrób coś na kolację, bo nie po to tyram jak wół, żeby głodny chodzić.

– Zależało im, żebyśmy razem przyjechali…

– Nie pozwolił jej dokończyć.

 

– Nie rozśmieszaj mnie, powiedział ci to? Jeśli tak to kłamał, a ty jesteś głupia, że mu uwierzyłaś. Jak chcesz to jedź. Jak nie to zostań byle byś kolacje zrobiła a potem rób co chcesz. A teraz daj mi odpocząć, bo zmęczony jestem.

Postanawia, że nie będzie go dłużej namawiać. W sumie to nawet lepiej, że Bartek nie jedzie, bo nie umiał się zachowywać w towarzystwie. Jego mlaskanie przy jedzeniu, obleśne żarty i to jak potrafił kłócić się w czasie dyskusji byle tylko dowieść swojej racji nie czyniły go najlepszym towarzyszem do rozmów. Pomyślała, że zrobi mu tą zasraną kolacje i niech się nią udławi. Poszła do dzieci i zapytała się czy chcą z nią pojechać. Oboje natychmiast się zgodzili. Uwielbiali bawić się z psem Adama, który zawsze dzieci witał entuzjastycznie merdając ogonem.

Wieczorem zrobiła kolację Bartkowi, który od obiadu spał na kanapie głośno chrapiąc. Wyszła na zewnątrz rozważając czy jej małżeństwo rzeczywiście jest udane. Nie tak sobie wszystko wyobrażała. Chciała by jej mąż był taki jak kiedyś, ale to złudne marzenia. Zastanawiała się czy jeszcze byłaby wstanie go w sobie rozkochać. Chciała by widział w niej kobietę a nie pokojówkę na pełnym etacie.

Wyciągnęła z niebieskiej paczki LD papierosa i podpaliła go. Głęboko się zaciągnęła, po czym wypuściła dym obserwując jak rozwiewa się na wietrze jak jej marzenia. Myślała czy Adam rzeczywiście był czymś przejęty, czy może ona już stała się przewrażliwiona.

Przypomniała sobie sen, który miała w nocy z piątku na sobotę. W tym śnie widziała Pawła, który był wyraźnie zmartwiony. Siedzieli przy stole w kuchni starym rodzinnym domu, jednak dom był zniszczony a w środku rosły chwasty. Z sufitu spadały krople żółtej wody. Deski w podłodze były przegnite, a ze ścian odpadała farba. Na zewnątrz szalała burza z silnym wiatrem wyginającym stare osiki do granic ich możliwości.

Dawno nie śnił jej się ich stary dom rodzinny, który sprzedali dawno temu, gdy jeszcze byłą dzieckiem. Spieniężyli go wraz z ziemią i całą gospodarką. Ojciec miał mnóstwo długów u bardzo nieprzyjemnych ludzi, którzy po jego śmierci domagali się natychmiastowej spłaty. Udało im się spłacić tych typów spod ciemnej gwiazdy a za to co zostało kupili skromny domek kilka kilometrów dalej za rozsądną cenę. Dom jednak wymagał remontu, który oczywiście ciągnął się latami. Ostatecznie doprowadzili go wtedy tylko do stanu użyteczności. Nadal wymagał wymiany dachu, kanalizacji i kabli elektrycznych z aluminiowych, przepalających się regularnie, na miedziane.

Magda wyprowadziła się z domu niespełna trzynaście lat temu, ale odwiedzała matkę prawie w każdą niedzielę a ta wtedy opowiadała jej o swoich potrzebach oraz o tym jak jej bracia niczym się nie martwią. Owszem Konrad i Krzysztof co miesiąc dawali parę groszy na życie, ale wystarczyło to jedynie na skromne zakupy. Cała jej renta była przeznaczona na rachunki, które z każdym rokiem były coraz wyższe. Natomiast Damian nigdy nie dokładał się do rachunków. Za to prawie codziennie przychodził pijany do domu i zachowywał się coraz gorzej. Zaczął robić się agresywny i często krzyczał w nocy.

Magda słuchała uważnie, ale tylko to mogła zrobić. Chciała jej pomóc, mówiła matce by każdą awanturę zgłaszała na policję. Namawiała ją, żeby założyła sobie niebieską kartę. Zawsze jednak twierdziła, że to jej dzieci i nie może tego zrobić.

Zastanawiała się, jak miłość matki do dzieci może być tak skomplikowana i silna, nawet gdy dzieci na każdym kroku ją ranią. Ciekawa była czy ona też taka będzie.

Zgasiła papierosa zaciągając się ostatni raz i wyrzuciła niedopałek do słoika na parapecie. Weszła do domu, sprawdziła czy Bartek jeszcze śpi, tak jak sądziła spał przewracając się na drugi bok. Zawołała dzieci, zabrała kluczyki od samochodu wiszące na niebieskim wieszaku w kuchni i pojechała do brata na kolację, na której dowie się, że nie każdy sen można puścić w niepamięć.

 

***

Hanna siedziała na ławce przed grobem swojego drugiego męża, wpatrując się w jego czarnobiałą fotografie na nagrobku. Prawie w każdą niedzielę po mszy, na którą chodziła o jedenastej lub jak dzisiaj o szesnastej odwiedzała grób Zygmunta Kornaka. W myślach zwierzała mu się ze swych problemów, a po naprawdę złym tygodniu, wypłakiwała.

Patrząc na profil męża, który ukazywał mężczyznę z uśmiechem na ogolonej twarzy i śnieżnobiałymi włosami poczuła ogromną tęsknotę. Ten człowiek pomógł jej w najtrudniejszych chwilach w jej życiu. Pocieszał w każdej trudnej chwili. Wspierał gdy brakowało jej sił. Wierzył, kiedy brakowało jej wiary. Zawsze się uśmiechał i nawet kiedy zdiagnozowano u niego złośliwego raka trzustki, przyjął to ze stoickim spokojem. Ona zaś była zrozpaczona, bała się o niego i właśnie wtedy zrozumiała, że naprawdę bardzo go kocha.

Kiedy jej pierwszy mąż, Artur Mort, popełnił samobójstwo, Zygmunt przychodził do niej i pomagał w gospodarstwie rolnym. Zajmował się drobnymi naprawami, a w wolnych chwilach rozmawiali. Mówiła głównie Hanna jako, że Zygmunt nigdy nie mówił zbyt wiele, głównie przez nieśmiałość. Dziwiło ją to, ponieważ znali się już od dziecka i często razem się bawili. Wszystko skończyło się gdy poznała Artura, który zabronił jej się z nim spotykać. Wtedy myślała, że postępuje właściwie. Zauroczona Arturem, umięśnionym szczupłym mężczyzną o czarnych oczach i ciemnobrązowych włosach. Został jej mężem zaledwie po dwóch latach, w którym jak jej się wydawało, jest szaleńczo zakochana. Jakże się wtedy pomyliła… Zygmunt gdy się o tym dowiedział unikał ją szerokim łukiem, opuszczając wzrok. Wtedy nie domyśliła się, że on coś do niej czuje. Mijały lata, a Artur okazał się złym człowiekiem. Życie okazało się prawdziwym piekłem. Często ją bił. Nawet gdy była w ciąży, nie oszczędził jej. Zabronił również spotkań ze znajomymi i rodziną. Stała się więźniem we własnym domu.

Najbardziej bała się go gdy przychodził pijany. Wtedy był najbardziej agresywny, przeszkadzało mu wszystko. Hanna wtedy kazała siedzieć dzieciom w pokoju i nie nakazywała wychodzić. Nieraz pijany potrafił pobić ją do nie przytomności. Zawsze chciała się bronić, jednak strach jej nie pozwalał i kuliła się jak wystraszony pies. Zdarzało się, że gdy był w ciągu widział diabła. Raz nawet zniszczył cały komplet garnków rzucając je w kąt kuchni twierdząc, że jest tam demon i musi go wypędzić.

To były trudne czasy dla Hanny i kiedy Artur powiesił się poczuła ulgę. Jej koszmar dobiegł końca. Wtedy pojawił się Zygmunt proponując, że jej pomoże w gospodarstwie rolnym, które prowadziła. Ucieszyła się, ponieważ nikt inny nie chciał jej pomóc. Inne kobiety nie pozwalały swoim mężom pomagać jej, gdyż twierdziły, że wdowa nie tylko będzie oczekiwać pracy przy uprawach ale i w łóżku. Po latach cierpienia nadal była bardzo atrakcyjną kobietą z długimi czarnymi włosami, ciemnobrązowymi oczami i szczupłą figurą.

Zygmunt pomagał jej przy żniwach, sianokosach i wykopkach jesienią. Czas mijał. a ona cieszyła się z jego obecności. Nie był może najatrakcyjniejszym mężczyzną z jasnoblond czupryną, pociągłą twarzą i krzywym sępim nosem oraz niskim wzrostem. Jednak było coś niezwykłego w jego szarych oczach jakich nie widuje się często. Był bardzo nieśmiały i jak do niej mówił zazwyczaj miał spuszczony wzrok. Lecz był dobrym człowiekiem i nikomu nie odmawiał pomocy. Adam odziedziczył ten charakter po Zygmuncie.

Pewnego słonecznego jesiennego dnia spojrzał na nią swoimi szarymi oczami prosto w jej oczy i powiedział co do niej czuje. Nie wiedziała co ma mu odpowiedzieć, jak zareagować. Nie chciała znów wiązać się z obawy, iż znowu popełni błąd jak w przypadku Artura. Nawet nie była pewna czy coś czuje. Przede wszystkim jednak nie chciała narażać swoich dzieci i mieszać im w głowie. Bała się jak na to zareagują. Z drugiej jednak strony do jej uszu doszły plotki o tym, że już od dawna sypia z Zygmuntem bez ślubu, co w owych czasach było porównywalne z jawną prostytucją. Niektóre kobiety z wioski odwracały się na jej widok i szeptały pod nosami. W końcu postanowiła dla świętego spokoju przyjąć zaloty Kornaka, a już po zaledwie pół roku wzięli ślub. Niedługo po ślubie na świat przyszedł Adam - oczko w głowie swoich rodziców. Znienawidzony członek rodziny swych braci.

Hanna przypomniała sobie pierwsze trzy lata życia po urodzeniu syna. To był bardzo trudny okres w historii jej i męża, okazało się bowiem, że Adam był bardzo słaby po urodzeniu, z licznymi uczuleniami i wyjątkowo niską odpornością. Jego serce również było słabe. Lekarze nie dawali im zbytniej nadziei, że chłopak przeżyje. Po usłyszeniu tej informacji była załamana, Zygmunt pocieszał ją i starał się być silny, ale widać było smutek i strach w jego oczach. Pokochał Adama gdy tylko dowiedział się, że będzie ojcem.

Po tym jak usłyszeli diagnozę od lekarza mąż powiedział jej "nie martw się, to Kornak, a my Kornakowie się nie poddajemy". Wtedy poczuła zażenowanie tymi banalnymi słowami, jednak nie okazała tego po sobie, nie zdając sobie sprawy ileż w tym zdaniu było prawdy.

Mijały dni, tygodnie, a ich syn zażarcie walczył o przeżycie i najwyraźniej wygrywał tę walkę. Z każdym dniem stawał się silniejszy. Nie mogła go karmić własnym mlekiem, ponieważ go nie tolerował. Mógł pić tylko prosowe. Uczyli go chodzić w szpitalu. Przez trzy lata za każdym razem, gdy zabierali go do domu dostawał silnych ataków astmy, bądź poważnego uczulenia. Zdarzało się często, że mocno gorączkował. Pewnego dnia w domu, gdy miał prawie trzy lata, biegł do matki wesoło się śmiejąc, nagle upadł i przestał się ruszał. Hanna szybko doskoczyła do niego i zobaczyła, że jest cały siny i nie oddycha. Nie wiedziała co robić nie miała telefonu, gdyż linie założono dopiero po czterech latach od tego wydarzenia. Zawołała więc Zygmunta, który naprawiał płot otaczający ich gospodarstwo. Krzyczała wniebogłosy i potrząsała nim. W tych czasach niewiele mówiło się na temat pierwszej pomocy, więc nie wiedziała nic na temat resuscytacji krążeniowo –oddechowej. Jedyne co mogła zrobić to krzyczeć i potrząsać swoim dzieckiem, które już ponad dwie minuty nie dawało oznak życia. Kiedy wpadł Zygmunt wykrzykując imię swojego syna, ten nagle się ocknął, a kolory na jego twarzy powróciły.

 

Po tym wydarzeniu Hanna jeszcze więcej uwagi zwracała na najmłodszego synka, prawie zapominając o pozostałych dzieciach, które jedno po drugim wchodziło w nastoletni okres. Na dodatek zaczynały sprawiać jej coraz więcej problemów i przykrości, oprócz Magdy i Pawła. Oni zawsze chętnie opiekowali się Adamem i dużo czasu z nim spędzali. Najstarsza trójka dzieci najczęściej spędzała czas ze swoimi rówieśnikami.

Gdy jej syn dostał rower na czterech kółkach na swoje piąte urodziny, nie chciał pozwolić aby ktokolwiek mu pomagał nauczyć się na nim jeździć. Szybko nauczył się jeździć na czterech kółkach. Problem sprawiła mu nauka na dwóch. Kiedy poprosił ojca by ten zdjął boczne koła, często się przewracał, nie mogąc utrzymać równowagi.

 

Pewnego słonecznego letniego wieczoru siedzieli na ławce z Zygmuntem i obserwowali jak Adam próbuje utrzymać równowagę na rowerze. Kiedy mu się nie udało, rzucał rower na trawę i poszedł wściekły do zagrody z kurami, w ciszy obserwując jak grzebią pazurami w ziemi. Zygmunt wzruszył tylko ramionami. Hanna wtedy zapytała swojego męża dlaczego mu nie pomoże. On odparł.

 

– Myślisz, że nie próbowałem? Wiesz jaki on jest. Powiedział mi, że sam się nauczy. Wszystko chce sam robić, więc niech robi. Jest strasznie uparty, woli towarzystwo, kotów, psów i kur niż ludzi. Jest, sam nie wiem... jest, jest…

– Taki jak ty. – Dokończyła za niego,

On spojrzał na swoje zapracowany dłonie, żółte od nikotyny. Hanna często mu zwracała uwagę, że palił stanowczo za dużo.

 

– Właśnie tego się boję. Wyrośnie na odludka, a tego nie chcę. Nie chcę by skończył pracując w lesie tak jak ja. On jest wyjątkowy i zasługuje na coś lepszego.

– A więc uważasz, że nie jesteś teraz szczęśliwy?

– Teraz jestem, ale jak długo zwlekałem by sięgnąć po to? Boję się, że on może nie mieć tyle szczęścia.

Hanna zamyśliła się przez chwilę. Rzeczywiście, Zygmunt miał rację. Uważała swego męża za outsidera, ale Adam w tym przypadku bił swego ojca na głowę.

Adam wrócił do swego roweru i ponowił próby nauki jazdy na dwóch kołach. Tym razem ustał na kamieniu ustawionym na środku podwórka trzymając obok rower za kierownicę. Przełożył jedną nogę przez ramę drugą nadal podpierał na kamieniu usiadł na siodełku i się lekko odepchnął. Tym razem próba okazała się udana i chłopiec przejechał kilka metrów, po czym się przewrócił. Upadek nie był groźny, a Adam zaczął się śmiać. To był jego pierwszy wielki sukces. Hanna odwróciła się do męża z uśmiechem na twarzy i powiedziała.

 

– To Kornak a Kornakowie się nie poddają. Ma twój upór i zawzięcie a to pomoże mu zajść daleko.

Zobaczyła uśmiech na twarzy Zygmunta, widać było, że jest dumny z syna, którego tak pragnął.

Mijały lata. Adam był dobrym uczniem, choć niechętnie chodził do szkoły. Nie miał przyjaciół ani znajomych. Wychowawczyni jej syna pewnego dnia wezwała ją do szkoły. Hanna myślała, że chłopak sprawia jakieś problemy jednak nauczycielka zapytała się tylko czy biją Adama. Oburzona matka odpowiedziała tylko, że nigdy nikt na Adama nie podniósł ręki, nawet na niego nie krzyknął, gdyż nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych. Wychowawczyni uspokoiła ją twierdząc, że musiała zapytać. Stwierdziła, że chłopiec jest bardzo odosobniony i skryty, co wskazywać mogło na przemoc domową. Hanna przemilczała liczne bójki jego braci, które musiał oglądać oraz to w jakim stanie często przychodzili do domu, pomimo młodego wieku. Wiedziała, że to musi być ogromne przeżycie dla Adama, jednak problemy w domu zawsze pozostały tajemnicą. Jego bracia byli coraz bardziej agresywni i z pewnością to pogorszyło stan psychiczny jej dziecka. Dowiedziała się też o tym jak rówieśnicy się z niego wyśmiewają co z pewnością było dla niego trudne.

Z wiekiem jej syn stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie, jedynie z ojcem spędzał czas oraz z Magdą i Pawłem w których był wpatrzony, a oni bardzo go kochali i pocieszali go gdy czuł się źle. Często pomagał swemu ojcu w drobnych pracach. Mało przy tym rozmawiali. Hanna zastanawiała się czy to jakiś rodzaj telepatii pozwala im rozumieć się bez słów. To była niezwykła więź.

Adam bardzo kochał ojca, a on również oddałby za niego życie. Ona również darzyła swych mężczyzn wielką miłością. Gdyby nie ubóstwo oraz ciągłe awantury z Krzysztofem, Damianem i Konradem jej życie byłoby bajką. Jednak ta sielanka skończyła się, gdy Zygmunt zachorował. Przypomniała sobie te trudne chwile, gdy patrzyła jak jej mąż chudnie każdego dnia. Jak niknie w jej oczach. Wszystkie wizyty u lekarzy i chemia okazały się nieskuteczne. Oboje z Adamem byli załamani, jednak nawet rak nie złamał ducha walki jej męża. Dopiero po dwóch latach ciężkiego boju umarł w szpitalu szczęśliwy, że dane mu było mieć prawdziwą rodzinę.

Siedziała wtedy na szpitalnym łóżku, trzymając Zygmunta za rękę słuchając jego oddechu. On na chwilę otworzył oczy i powiedział jej.

– Niczego nie żałuję, to było piękne życie.

Ona spojrzała na niego z załzawionymi oczami, mocniej ściskając rękę. Później powiedział coś czego nie zrozumiała i co utkwiło jej w pamięci do dziś. Spojrzał na nią przytomnym wzrokiem i powiedział zaciskając jej dłoń wyjątkowo mocno.

 

– On nadal tu jest, nie odszedł jego duch tu jest.

– Co?

Ale już jej nie odpowiedział zasnął. Umarł kilka godzin później. Dla niej i Adama to był wielki cios. Jednak najstarsza trójka jej dzieci nadal żyła własnym życiem pijąc, ale to już nie miało dla niej znaczenia. Gdyby nie Adam najpewniej zabiłaby się.

Hanna wstała, żeby zdjąć liście z grobu Zygmunta, który przed chwilą spadły z przelatującym wiatrem. Poprawiła czerwony znicz i upewniła się czy knoty pozostałych nadal płoną. Usiadła na ławeczce składając dłonie. Zastanawiała się o kim mówił jej mąż przed śmiercią, nie wiedziała też dlaczego te ostatnie zdanie tak bardzo utkwiło jej w pamięci. Może dlatego, że to były jego ostatnie słowa, a może dlatego, że człowiek ma przykry zwyczaj zapamiętywania tych najgorszych chwil w swoim życiu? Tego nie wiedziała ale sądziła, a raczej miała pewność sensu jego słów i tego, że był świadomy gdy je wypowiadał.

Nagle przez myśl przeszła jej pewna myśl. Natychmiast wstała i przeżegnała się. Postanowiła odwiedzić jeszcze jeden grób znajdujący się dwie alejki dalej, niedaleko bramy wejściowej na cmentarz. Szła wąskimi ścieżkami mijając liczne groby, na których stały okazałe znicze i kwiaty. Każdy z nagrobków wyglądał na drogi i jeden od drugiego był piękniejszy. Pomyślała o tym, że ludzka pycha nawet na cmentarzu daje o sobie znać. Bowiem, nie dla swoich bliskich rodziny kupują piękne i kosztowne nagrobki, tylko dlatego by pokazać innym, że stać ich na to, zaznaczając w ten sposób swój status społeczny. Dla Hanny takie zachowanie było czymś okropnym i samolubnym.

Docierając do bramy skręciła w lewo i idąc jeszcze kilka metrów zatrzymała się przy grobie. Był zbudowany z szarego porośniętego mchem marmuru. Grób był zaniedbany i dookoła niego rosły chwasty. Litery na nagrobku były już wytarte, ale nadal można było na nim odczytać imię i nazwisko nieboszczyka – Artur Mort.

Ona sama od pogrzebu nie odwiedzała tego grobu. Zauważyła, że jego synowie również rzadko tu bywali, chociaż był dla nich wzorem, z którego nadal biorą przykład. Magda przychodziła tu tylko w dzień Wszystkich Świętych zapalając znicz i odchodząc. Dla niej Artur również był podły i córka nigdy mu tego nie wybaczyła. Mimo, że grób był zaniedbany, zauważyła jeden skromny znicz, który powoli się dopalał. Zastanawiała się kto mógł tu przyjść. Rodzina Artura odwróciła się od niego po tym wszystkim co zrobił. Nawet na pogrzebie nie byli obecni. Większość z nich z pewnością już nie żyła. Z zadumy wyrwało ją skrzeczenie wrony, która obserwowała ją bystrym wzrokiem. Siedząc na metalowym krzyżu naprzeciwko niej. Hanna nie przepadała za tymi ptakami wierząc, że są zwiastunem śmierci. Spojrzała znów na nagrobek Artura. Wspominała jak wiele złego jej zrobił, jak wiele przez niego wycierpiała. Najgorsze jest to, że jej najstarsi synowie tak bardzo go przypominają. Często podczas kłótni z nimi wydawało jej się, że kłóci się z Arturem. Całe szczęście nigdy nie dochodziło do rękoczynów, jednak czasem wydawało się, że powie kilka słów więcej i cienka granicą zostanie przekroczona.

Spojrzała jeszcze raz na wytarte napisy na nagrobku i powiedziała szeptem marszcząc brwi.

 

– Mam nadzieję, że smażysz się w piekle.

Wtedy poczuła na skórze powiew wiatru tak lodowaty, że zmroził krew w jej żyłach. Przez ciało przeszedł zimny dreszcz. Wtedy wrona siedząca naprzeciwko niej zerwała się z krzyża do lotu i zaatakowała ją dziobiąc po głowie. Hanna próbowała odpędzić natarczywe ptaszysko, jednak wrona nadal uparcie dziobała ją po głowie. W końcu udało jej się złapać za skrzydło napastnika. Odrzuciła wronę na ziemię wyrywając przy tym kilka czarnych piór a ta wyraźnie niezadowolona odleciała złowrogo skrzecząc.

Hanna czuła jak jej serce mocno przyspieszyło. Wyjęła ze swojej torebki małe lusterko i przejrzała się w nim. Dostrzegła tylko kilka niegroźnych zadrapań na czole i jedno na prawym policzku. Postanowiła odejść od grobu Artura czując w głębi duszy, że w ogóle nie powinna tutaj przychodzić. Nie potrafiła tego zrozumieć. Zdawało się, że w tym miejscu czuła jego obecność i to ją przerażało.

Ostatni raz odwróciła wzrok w tamtą stronę. Lekko przyspieszając, ruszyła w stronę bramy wychodzącej na ulicę. Opuszczając teren cmentarza minęła kilka osób, które pozdrowiły ją skinieniem głowy mówiąc przy tym dzień dobry z uśmiechem. Ona odpowiedziała im tym samym, szybko zmierzając w stronę miejsca na parkingu gdzie zostawiła swój rower przypięty do stojaka. Odpięła go i wsiadła na niego kierując się do swego domu.

Jadąc powoli na swoim rowerze, który co jakiś czas przepuszczał łańcuch z głośnym zgrzytem, obserwowała jak słońce powoli przemieszcza się po niebie w stronę zachodu. Miała dziwne wrażenie, że niebawem stanie się coś złego. Tylko nie wiedziała co. W nocy z piątku na sobotę miała dziwny sen, zdaje się, że to był koszmar, ale niestety nie pamiętała co dokładnie jej się śniło. Nie rozumiała również dlaczego po tylu latach jakaś siła skłoniła ją do odwiedzenia grobu Artura. Ten dzień był dla niej nieco dziwny. I to uczucie strachu…

 

Rower znów zaczął przepuszczać kiedy jechała pod niewielkie wzniesienie. Niebo zaczęło przybierać jasnopomarańczowy odcień. Pomyślała, że kiedyś z Zygmuntem często obserwowali takie zachody siedząc na ławeczce przed domem w milczeniu, uśmiechnęła się na tę myśl. Tęskniąc za nim nie zdawała sobie sprawy, że los niedługo znowu ich połączy.

 

***

Dochodziła siedemnasta. Słońce zaczęło świecić na zachodzie intensywnie jak zawsze o tej porze roku. W ogrodzie nieopodal huśtawki, którą Adam sam zrobił na początku wakacji, rozpalał grilla. Jednak jak zawsze miał z tym problem, ponieważ ogień uporczywie nie chciał zapłonąć. Doprowadzało go to do szału i zmusiło do cichych przekleństw pod nosem. W końcu w małym okrągłym grillu pojawił się żar. Adam jeszcze kilka razy dmuchnął w rozżarzone węgliki by być pewnym sukcesu. Weronika wyszła niosąc w misce doprawione skrzydełka i udka kurczaka. Ubrana w obcisły dżins i czarną bluzkę wyglądała bardzo atrakcyjnie.

Spojrzała na niego i zaczęła się śmiać. Ares słysząc ją zaczął wesoło szczękać i merdać ogonem. Adam spojrzał na nią pytająco.

 

– Z czego się śmiejesz?

Weronika nadal chichocząc spojrzała jeszcze raz na niego odkładając miskę z kawałkami kurczaka na stoliku ogrodowy będącym również dziełem Adama.

 

– Jesteś umazany na twarzy jak kominiarz. Idź się umyć człowieku.

Ponownie przetarł odruchowo brudną dłonią czoło, zostawiając na nim jeszcze więcej sadzy, co ponownie rozbawiło Weronikę. Adam kiwając głową z dezaprobatą poszedł do łazienki. Weronika w tym czasie rozłożyła kurczaka na ruszcie i poszła po żeberka i kiełbasę. Pies cały czas jej towarzyszył nie odstępując nawet na krok. Liczył, że uda mu się wyłudzić coś smakowitego do zjedzenia. Spojrzała na Aresa i rzuciła mu kawałek kiełbasy, którą ten pochłonął w sekundę.

Kiedy Adam wychodził z łazienki Weronika zaniosła do ogrodu soki dla dzieci i dwa piwa bezalkoholowe dla siebie i Magdy. Adam wolał mrożoną herbatę. Było już osiem minut po siedemnastej, kiedy Magda wjechała na ich posesję swoją zieloną polówką. Wyszła z samochodu wraz z dziećmi, które przywitały się z szybkim „cześć” i pobiegły do Aresa cieszącego się na ich widok. W trawie niedaleko jego budy znalazły jego starą wytarta piłeczkę tenisową i zaczęły nią rzucać. Pies z radością za nią biegał, prawie za każdym razem przynosząc ją dzieciom, by znowu zaczęły rzucać.

Magda ubrana w stary dżins i szarą bluzę z kapturem przywitała się z bratem zapalają papierosa i odgarniając kosmyk włosów.

 

– Cześć młody. Widzę, że udało ci się rozpalić grilla.

Adam westchnął jak zawsze, gdy ktoś powiedział do niego młody, za czym nie przepadał.

 

– Hej, mówiłem ci, żebyś nie mówiła do mnie młody. Wiesz, że tego nie lubię.

– Wiem, ale lubię cię denerwować. – Uśmiechnęła się wypuszczając dym nosem.

 

Z domu wyszła Weronika z ciastkami czekoladowymi dla Szymona i Zuzanny. Dzieci szybko się z nią przywitał, wzięły po ciastku i wróciły do zabawy. Weronika podeszła do stołu w ogrodzie, gdzie siedzieli Magda z Adamem. On na huśtawce a ona na ławce. Położyła ciastka na stole.

 

– Cześć Madzia.

– Cześć Werka.

Magda zgasiła papierosa w prowizorycznej popielniczce ze słoika. Weronika usiadła na huśtawce obok Adama, który objął ją ramieniem. Słońce oświetlało ich twarze pomarańczowym światłem. Pies szczekał co chwilę a dzieci śmiały się i krzyczały na zmianę. temat podjęła Weronika.

 

– Myślałam, że przyjedziesz z Bartkiem.

Magda spoglądając jak Zuza i Szymon bawią się z Aresem odpowiedziała wzdychając.

 

– Nie chciał przyjechać. Wstał bardzo wcześnie dzisiaj. Był na rybach. Chciał się wyspać.

– Może to i lepiej.

Odpowiedział Adam. Za co Weronika go skarciła.

 

– Adam, przestań.

– Mówię jak jest. Ty też za nim nie przepadasz.

Weronika chciała powiedzieć, że to nieprawda ale jej mąż bez problemu wyczułby kłamstwo, więc wzruszyła tylko ramionami i zamilkła.

Magda upiła łyk swego piwa i przyglądała się przez chwilę butelce mówiąc:

 

– Bartek nie jest złym mężem.

– Adam prychnął gdy usłyszał słowa siostry.

– Nie jest zły? – Zapytał kpiącym tonem. – Ja ci powiem jaki on jest. To gbur i prostak. W całym swoim życiu nie widziałem bardziej apodyktycznego i aroganckiego człowieka. Traktuje cię jak służkę. Powiedział ci kiedykolwiek coś miłego, podziękował ci za to, że się dla niego poświęcasz?

– Nie ale…

Chciała dokończyć. lecz nie wiedziała co ma powiedzieć. Wiedziała, że brat ma rację. ale nie potrafiła odejść od Bartka. Nie miała pracy ani nie miała gdzie się podziać. Ich dom był w całości własnością jej męża. Poza tym nie chciała by dzieci musiały zmagać się z widmem rozwodu rodziców. Czuła, że to mogłoby źle wpłynąć na Zuzię i Szymona. Była z nim tylko ze względu na dzieci.

 

– Sama widzisz. – Odparł Adam upijając łyk swojej mrożonej herbaty.

 

Dzieci zaczęły się kłócić i Magda musiała zwrócić im uwagę. Później nastąpiła niezręczna cisza, którą przerwała Weronika.

 

– Magda wie co robi.

– Może… ale po prostu martwię się o ciebie siostra i tyle.

Po tych słowach wstał i poszedł do grilla sprawdzić czy kurczak i kiełbaski już są gotowe. Weronika skorzystała z okazji, że on odszedł i powiedziała do Magdy.

 

– On się martwi o ciebie a ja o niego.

Magda spojrzała na nią zaciekawiona i nieco zdziwiona.

 

– A dlaczego? Coś się stało?

Weronika westchnęła i opuściła wzrok po czym spojrzała na Adama, który podszedł do dzieci i psa i zaczął kopać małą piłkę tenisową jakby grał w piłkę nożną. Ares próbował mu ją odebrać a Szymon i Zuzanna śmiali się i krzyczeli. Weronika spojrzała na Magdę i zaczęła wyjaśniać o co chodzi.

 

– Wiesz, że Adam miewa dosyć często koszmary, prawda?

Magda skinęła głową na znak, iż wie o tym.

– W nocy z piątku na sobotę bardzo, głośno krzyczał. Zdaje się, że znowu śnił mu się Paweł. Tylko widzisz… Tym razem nie mogłam go dobudzić, on się dusił. Bardzo się przestraszyłam. Od tamtej pory jest strasznie zamyślony. Sama nie wiem, jakiś inny… jakby czegoś się bał.

To co usłyszała od swojej szwagierki trochę ją zaskoczyło. Tej nocy i ona miała sen z udziałem Pawła. Nie wierzyła w przypadki, a to na pewno nie wyglądało na przypadek tym bardziej, że brat nigdy wcześniej jej się nie śnił. Miała podobne wrażenie co Adam. Czuła, że stanie się coś złego. Weronika zaczęła mówić dalej nie spostrzegając zaskoczenia w oczach Magdy. Poprawiła pozycję na huśtawce, która lekko się zakołysała.

 

– Wiesz mam dosyć tych jego tajemnic. Ukrywa coś przede mną. To co zaszło między nim a Pawłem.

– On taki jest. Nie należy do ludzi, którzy się zwierzają z problemów.

– No dobra, ale to nie wychodzi mu na dobre. Sama nie jestem w stanie z niego wyciągnąć niczego. Chociaż rano powiedział, że dzisiaj wszystko powie jak przyjedziesz, ale widzę, że znowu się wymiguje.

Magda upiła kilka łyków swojego piwa i wyjątkowo zaczęła żałować, że nie ma w nim procentów.

Adam kopnął piłeczkę w kierunku Szymona, ale Ares zwinnie ją chwycił w zęby i zaczął uciekać. Podszedł do grilla i zdjął z niego gotowe skrzydełka i kiełbaski. Wrócił do kobiet, kładąc talerz z jedzeniem na stoliku i usiadł obok swej żony. Weronika zawołała dzieci by się poczęstowały mięsem. Oboje szybko przybiegli i zabrali po kiełbasce kładąc je sobie na papierowe talerzyki i obficie smarując ketchupem. Pozostali również nałożył sobie skrzydełka. Adam poszedł po kolejną porcję przysmaków na ruszt.

Weronika wycierając papierową serwetka usta spoglądała na męża i rzekła do Magdy.

 

– Sam nie podejmie rozmowy na ten temat, musimy go zachęcić.

Kiedy Adam przyszedł, Magda zaczęła drążyć pierwsza. Widziała, że coś go męczy, znała go zbyt długo by to przeoczyć. Wyczuła to w jego głosie kiedy do niej dzwonił.

 

– Weronika mówiła mi, że ostatnio miałeś wyjątkowo ciężką noc.

Czekała na reakcję brata. Sądziła, że będzie wściekły jak zawsze gdy ktoś próbuje z niego wyciągnąć to co go męczy. On jednak beznamiętnie spoglądał na swoje dłonie, szukając w nich czegoś interesującego. W końcu powiedział cicho prawie szeptem.

 

– Chyba wystarczy tych wszystkich tajemnic. Wydaje mi się, że dłużej nie mogę ukrywać tego co mnie męczy, bo zwariuje. Chciałem żebyś i ty przy tym była bo jesteś moją siostrą i bardzo dobrze znałaś Pawła. Wiesz, że traktowałem go jak najlepszego przyjaciela a nie tylko brata.

Obie kobiety słuchały go uważnie. Słońce powoli zachodziło na horyzoncie zalewając wszystko intensywnym pomarańczowym światłem. Na niebie nie było ani jednej chmury, słuchać było tylko jak dzieci bawią się w ogrodzie, cały świat natomiast milczał jakby czekał na historię, którą Adam miał zamiar opowiedzieć. Spojrzał raz na jedną to na drugą i zaczął swoją spowiedź.

 

– Całe życie to ukrywałem. Chociaż domyślam się, że większość wiedziała, iż obwiniam się o jego śmierć.

Weronika chciała temu zaprzeczyć lecz Magda pokręciła głową dając jej znak by nie przerywać Adamowi. Obawiała się, że wtedy mógłby się rozmyślić i przerwać historię, którą już podjął. On kontynuował zaopatrzony w przestrzeń jakby był w jakimś letargu.

 

– Bardzo dużo czasu z nim spędzałem. To on mnie nauczył łowić ryby. Pamiętam jak jeden chłopak ze starszej klasy strasznie mi dokuczał, a ja nie umiałem się obronić. Wtedy Paweł strasznie go nastraszył chociaż nie wiem co mu dokładnie zrobił, ale najwyraźniej to pomogło bo zaczął mnie omijać szerokim łukiem.

– Poprawił się, wziął głęboki oddech i zaczął dalej mówić.

 

– Chodzi mi o to, że on zrobiłby dla mnie wszystko, a ja go zawiodłem. Zaczęło się jakieś trzy tygodnie przed jego śmiercią. Wtedy jego dziewczyna Milena już go zdradzała ale on jeszcze o tym nie wiedział. To był ostatni dzień, kiedy normalnie z nim rozmawiałem. Byliśmy na rybach i żartowaliśmy sobie ze wszystkiego. To był dobry słoneczny letni dzień a ryby nam dopisały. Jakiś czas później Paweł dowiedział się, że dziewczyna go zdradziła. Chciał, żeby wszystko było tak jak dawniej, próbował to naprawić ale z tego co słyszałem ona zerwała z nim. Dowiedziałem się o tym już po jego śmierci od znajomych.

Kobiety słuchały kiwając co jakiś czas głowami. Weronika zauważyła w oczach Adama łzy. Zdała sobie sprawę, że to nie jest dla niego łatwe. On przetarł dłońmi oczy i spojrzał na siostrę.

 

– Pamiętasz jak przed śmiercią Paweł zaczął pić. Nie było dnia by nie wracał do domu pijany.

– Pamiętam. – Odpowiedziała Magda.

– Wtedy byłem na niego wściekły. Sądziłem, że zaczyna być taki jak Damian, Krzysiek czy Konrad, bo to z nimi pił. Zacząłem tracić do niego szacunek. Jakiś tydzień przed tym jak się powiesił pokłóciłem się z nim, gdy ledwo przyszedł do domu. Mama widząc to zaczęła płakać. Padło z mojej strony w jego kierunku wiele przykrych słów, ale jednego zdania, które mu wtedy powiedziałem nie zapomnę nigdy. Powiedziałem mu, że chciałbym żeby zdechł, że lepiej by było gdyby się zabił, bo stał się takim samym śmieciem jak nasi bracia. Mógłbym powiedzieć, że miałem wtedy tylko piętnaście lat i nie wiedziałem co mówię, ale to nieprawda. Wtedy mówiłem tak przerażająco szczerze a najgorsze jest to, że nie żałowałem tego. Nawet kiedy widziałem w jego oczach cierpienie. Zdawałem sobie sprawę, że go bardzo zraniłem, ale na Boga nie żałowałem tego wtedy.

Łzy zaczęły spływać mu po policzkach. Weronika położyła mu rękę na ramieniu delikatnie je masując. On ponownie wytarł oczy i kontynuował.

 

– Pamiętam dzień kiedy się zabił. Wtedy chciał rano ze mną porozmawiać. Był trzeźwy. Powiedziałem mu, żeby mnie zostawił, bo nie miałem zamiaru z nim rozmawiać. Wtedy zadzwoniłem do ciebie.

Spojrzał na Magdę a ona kiwnęła głową. Pamiętała jak Adam do niej zadzwonił i powiedział, że chce przyjechać na weekend do niej, bo ma dosyć atmosfery w domu.

 

– Przyjechałaś po mnie a Paweł próbował mi powiedzieć, dlaczego tak się zachowuje zanim podszedłem do twojego samochodu. Nie chciałem go słychać i odwróciłem się do niego plecami.

Zaczął płakać. Weronika go przytuliła. Adam jednak ją odsunął i zaczął mówić dalej łamiącym się głosem.

Tak wyglądała nasza ostatnia rozmowa… Często sobie myślę, że może gdybym został tego dnia w domu, nic by się nie wydarzyło. Przecież Paweł powiesił się nad strumieniem tam gdzie często spacerowałem, może bym go znalazł wcześniej, może bym zdążył.

Magda ocierając łzy, które jej zaczęły napływać do oczu odezwała się podnosząc opuszczoną głowę brata swymi dłońmi tak by mogła mu spojrzeć w oczy.

 

– Nie mogłeś nic zrobić. Tak miało być. Nie możesz się o to obwiniać.

– Widzicie. To nie koniec. Od śmierci Pawła prawie co noc mi się śnił. Za każdym razem pytając mnie, dlaczego mu nie pomogłem. Ale ostatniej nocy sen był inny. On… sam nie wiem… ostrzegał mnie przed czymś lub kimś. Od tej pory mam złe przeczucie, którego nie potrafię wytłumaczyć.

Nastała przejmująca cisza, którą przerwał krzyk Szymona. Przewrócił się lekko zadrapując sobie łokieć. Zuzia śmiała się z niego, a brat zaczął się jej odgrażać. Magda poszła do syna sprawdzić czy nic mu nie jest. Słońce już prawie schowało się za drzewami, więc Adam poszedł włączyć światło zewnętrzne domu by ledowe żarówki rozświetliły ogród. Po czym zebrał z grilla kolejne kiełbaski i skrzydełka, które nieco się przypaliły. Najbardziej spaloną kiełbasę rzucił Aresowi, któremu nie przeszkadzał zwęglony, mało apetyczny wygląd wędliny. Magda wróciła do stołu, a Weronika otworzyła i podała jej kolejne bezalkoholowe piwo. Sobie również otworzyła jedno. Usiadła obok Adama i powiedziała.

 

– To tylko sen. Często o nim myślisz, dlatego ci się śni. Ja w tym widzę poczucie winy ale musisz z tym skończyć. Nie możesz całe życie robić z siebie męczennika i odmawiać sobie tego, co dla ciebie jest dobre. Teraz chociaż wiem, dlaczego tak długo zwlekałeś, zanim mnie zaprosiłeś na randkę i dlaczego tak się miotałeś jak zaczynaliśmy ze sobą chodzić.

Adam nie odezwał się tylko twierdząco pokiwał głową, na znak, że trafiła w sedno.

 

– Wydaje mi się, że to nie tylko sen.

Odparła Magda zaopatrzona na swoje dzieci barwiące się z psem w ganianego. Pomyślała, że jutro ciężko będzie wyciągnąć ich z łóżka do szkoły. Westchnęła i spojrzała na parę siedząca na huśtawce. Oboje byli zainteresowani co miała na myśli. Postanowiła im to wyjaśnić.

 

– Może to tylko zbieg okoliczności, ale mi też się śnił Paweł w piątkowy wieczór. To jest dla mnie dziwne, bo nigdy mi się nie śnił nawet po śmierci kiedy myślałam o nim.

Adam był wyraźnie zaskoczony i trochę zaniepokoiło go to. Magda wyraźnie widziała to w jego piwnych oczach które w tym świetle były bardzo ciemne. Słońce już schowało się za horyzontem i zrobiło się znacznie chłodniej, gdy siostra Kornaka zaczęła swoją opowieść. Czuła, tak jak brat, że te sny mają jakieś głębsze znaczenie, a być może jest to naprawdę przestroga.

 

– W moim śnie siedziałam w kuchni naszego starego domu w Chrustkowie. Pamiętam, że dom był w opłakanym stanie. Tynk odchodził od ścian, a na suficie była okropna wilgoć. Na podłodze leżały garnki i mnóstwo śmieci. Chodziły tam również szczury. Paweł siedział naprzeciwko mnie i się nie odzywał, ale był wyraźnie czymś zaniepokojony. Tylko tyle pamiętam.

Wypiła kilka łyków piwa, zostawiając już niewiele na dnie butelki. Zrobiło się wyraźnie chłodniej, więc poszła po sweter do samochodu. Weronika również poszła po bluzkę do domu. Adam zostając sam spojrzał w niebo, na którym ukazywały się pierwsze najjaśniejsze gwiazdy. Teraz był pewny, że brat przed czymś go ostrzegał, nie wiedział jednak o co mogło chodzić. Kobiety przyszły w tym samym czasie ciepło ubrane. Magda założyła szary sweter rozpinany na guziki, a Weronika czerwoną bluzę z kapturem. Szymon i Zuzia poszli pograć na komputerze Adama. Ares miał już dosyć biegania za piłką, położył się pod stolikiem i spał co jakiś czas nadstawiając uszu. Magda zapytała brata co się jemu dokładnie śniło.

 

– No cóż… Wszystko na początku było jak zawsze prosta droga w Chrustkowie. Lato tylko było zadziwiająco cicho, żadnych ptaków, ludzi, kompletnie nic. Paweł szedł obok mnie a od strony zachodniej zbliżała się burza. Szliśmy tak jakiś czas i później jego ciało zaczęło się rozkładać.

Adam wzdrygnął się na wspomnienie tego fragmentu ale mówił dalej.

 

– Złapał mnie wtedy i powiedział, że on nadchodzi. Chce się zemścić czy coś w tym stylu. Już dokładnie nie pamiętam tego ale to było naprawdę przerażający widok. Najgorsze jest to, że nie mogłem się obudzić. To nie daje mi spokoju.

– Ja mam podobnie. – Odpowiedziała Magda.

 

Weronika miała wyraźnie dosyć rozmów o snach, które najprawdopodobniej nic nie znaczą.

 

–Na litość boska dajcie spokój, to tylko sny wątpię by miały jakiekolwiek znaczenie. – Odparła i jednym duszkiem wypiła resztę piwa.

 

Odstawiła butelkę na stół.

 

– Może masz rację, sam nie wiem... Wiecie co? Cieszę się, że dzisiaj porozmawiałem z wami szczerze, że wyrzuciłem z siebie to co od tak dawna leżało mi na sercu. Jednak dobrze jest się czasem wygadać. Obiecuję, od dziś koniec tajemnic.

Weronika ucieszyła się z tego oświadczenia i pocałowała go w policzek. Miała nadzieję, że od tej pory nie będzie między nimi tajemnic, chociaż znała trudny charakter męża wiedząc, że to nie będzie łatwe. On tak naprawdę jest jak kot i chodzi własnymi ścieżkami, zawsze będzie potrzebował swobody, ale zdążyła się już do tego przyzwyczaić.

Dochodziła już dziesiąta, gdy Magda postanowiła wrócić do domu. Jutro poniedziałek i dzieci powinny się wyspać przed szkołą. Wiedziała, że jest początek roku szkolnego, ale nie chciała by Szymon i Zuzanna mieli jakiekolwiek zaległości w nauce. Weronika też stwierdziła, że pora się kłaść, bo musi jutro o szóstej wstać do pracy. Magda zawołała dzieci, które były już wyraźnie zmęczone i śpiące. Poszła z nimi do samochodu. Weronika pożegnała się z Magdą i dziećmi. Zaczęła zbierać ze stołu resztki z grilla i papierowe talerzyki, które wyrzuciła do kosza.

Niebo stało się już czarne, a gwiazdy migotały na nim radośnie. W oddali słychać było szczekanie psa sąsiadów. Adam doprowadził Magdę i jej dzieci do samochodu stojącego za bramą. Sorecka kazała dzieciom wejść do pojazdu. Otworzyła drzwi od strony kierowcy lecz Adam je na chwilę przytrzymaj i spojrzał na siostrę.

 

– Sądzisz, że to coś znaczy? – Zapytał. Magda westchnęła i zaczęła się chwilę zastanawiać nad odpowiedzią.

– Nie wiem, ale jeśli to coś oznacza to niedługo się o tym przekonamy. Wolałabym jednak by to nie miało żadnego znaczenia.

– Jak myślisz o kogo mogło chodzić?

– W zasadzie to o kogokolwiek, ale nie zaprzątaj sobie tym głowy, w końcu z tego co wiem to ty nie wierzysz w takie rzeczy.

Adam puścił drzwi samochodu Magda wsiadła do niego i uruchomiła silnik. zanim zamknął drzwi siostrze odpowiedział.

 

– Nie wierzę, ale każdy czasem się może pomylić.

– To prawda, na razie braciszku.

– Do zobaczenia. Jedź ostrożnie.

Magda zamknęła drzwi auta i odjechała w ciemność. Adam stał i odprowadzał wzrokiem światła jej polówki. Zrobiło się naprawdę chłodno. Dostał gęsiej skórki wracając do domu. Czuł się znacznie lepiej po dzisiejszym dniu. Nie spodziewał się, że szczera rozmowa może mieć taki oczyszczający wpływ. Zawsze ukrywał swoje problemy. Najwyraźniej było to błędem, nie mniej jednak nadal obawiał się, iż stanie się coś złego. Postanowił, że jutro na chwilę z pracy wystąpi do matki i zapyta się co u niej słychać.

W tej chwili pomyślał o swoim zmarłym ojcu, bardzo mu go brakowało. Chciałby, żeby był teraz z nim. Niestety czasu nie da się cofnąć, nie da się kupić straconych chwil. Podszedł do niego Ares, jakby wyczuł melancholijny nastrój swojego pana. Adam podrapał go za uchem uśmiechając się. Pies pomerdał ogonem po czym wrócił do swojej budy. Mężczyzna też postanowił wrócić już do domu. Noc to pora demonów – twierdził. Człowiek nie powinien im wtedy wchodzić w drogę. Zerknął ostatni raz na niebo. Zza drzew widać było wchodzący księżyc. Pełnia Żniwiarza powoli się zbliżała. Niedługo jesień miała zastąpić lato. Adam nienawidził jesieni. Zawsze uważał, że to ponura pora roku, wywołująca u ludzi poczucie upływającego czasu.

Kiedy nie znał Weroniki, czuł się o tej porze bardzo samotny. Długie wieczory go przytłaczały jedyna odskocznią były dla niego książki. Tylko dzięki nim nie zwariował i mógł zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. Później poznał swoją żonę i od tej chwili już nie czuł się samotny. Wszedł do domu, w którym było przyjemnie ciepło i poszedł do kuchni. Zastał tam Weronikę, która kończyła zmywać naczynia.

 

– Co tak długo robiłeś jeszcze na zewnątrz? – Zapytała wieszając ściereczkę na wieszaku koło suszarki do naczyń.

 

Adam podszedł do niej objął ją w pasie i odpowiedział.

 

– Chciałem zaczerpnąć jeszcze kilka oddechów rześkiego powietrza. No ale chyba pora już spać już po dziesiątej a jutro trzeba iść do pracy.

Weronika uśmiechnęła się figlarnie i założyła Adamowi ręce na szyi.

 

– No cóż, myślałam, że pójdziemy spać nieco później. Ten wieczór powinien się nieco bardziej ciekawie zakończyć. Jak myślisz?

– Myślę, że nic się nie stanie jak trochę później się położymy.

Weronika pocałowała go i poszła powolnym wyzywającym krokiem pełnym wdzięku do sypialni. Adam poczuł jak jego członek twardnieje. Podobało mu się takie zakończenie tego wieczoru. Nie zaprzątał sobie głowy myślami o snach i przeszłości. Liczyło się w tej chwili dla niego tu i teraz. Nic poza tym nie miało znaczenia. Gasząc światło w kuchni również ruszył w kierunku sypialni. Na chwilę przystanął przy kuchennym oknie. Wydawało mu się, że coś na drzewie się poruszyło, jakiś cień. Chciał już wyjrzeć i zobaczyć co to takiego, lecz usłyszał głos swojej żony.

 

– Kotku ile mam na ciebie czekać!?

– Już idę!

Postanowił zignorować ciekawość, myśląc, że coś mu się przywidziało i ruszył szybko do Weroniki potykając się po drodze.

 

Za oknem w świetle księżyca siedziała wrona, która ich bacznie obserwowała od przyjazdu Magdy. Gdy Adam wszedł do sypialni rozłożyła skrzydła i odleciała w chłodną noc. Skrzeczała przy tym, jakby się cieszyła z tego co ma się niedługo wydarzyć.

 

***

Słońce zaszło godzinę temu. Mężczyzna szedł powoli, bez pośpiechu, pogwizdując sobie przy tym wesoło. Czuł się bardzo dobrze, wręcz rewelacyjnie. Nie pamiętał już, kiedy był w tak świetnym nastroju. Sądził, że musiało to być bardzo dawno temu. Zazwyczaj o tej porze ledwo szedł tą drogą do domu. Jednak dzisiejszej nocy nie był pijany, wręcz przeciwnie. Tej niedzieli wypił zaledwie dwa piwa, co jego samego bardzo zaskoczyło. Miał jeszcze pieniądze i wiedział, że mógł sobie pozwolić na znacznie więcej, ale musiał mieć trzeźwy umysł. Jego zmarły ojciec powiedział mu w piątkową noc, żeby czekał na niego trzeźwy aż się do niego odezwie, bo do tego co muszą zrobić musi być w pełni sił. Tak więc czekał, chociaż nie wiedział w jaki sposób miał się z nim kontaktować.

Maszerował sam. Na polach zaczęła się powoli unosić mgła, co w delikatnym świetle księżyca wyglądało bajecznie. Idąc powoli kopał niektóre kamyki, które mógł dostrzec w słabym świetle.

Widział już swój dom rodzinny w Chrustkowie. Zauważył z drogi, że w kuchni jest włączone światło, co oznaczało, iż jego matka nadal rozwiązuje krzyżówki. Dzisiaj śmiało mógł wejść bez narażenia się na jakiekolwiek kłótnie. Był trzeźwy, a od jutra miał pójść do pracy, przy budowie domu w Bogucinie i obiecał matce dołożenia się do życia. Pomyślał, że wystarczy obiecać gruszki na wierzbie lub rzucić parę złotych na stół i już ma się z głowy jej marudzenie. W ten sposób często nią manipulował i nie sprawiało mu to nigdy trudności. Gdy dzisiejszego poranka obiecał, że się zmieni ona uwierzyła. Cieszył się z tego, widząc w jej oczach nadzieję, że tym razem takowa poprawa nastąpi, co w jego oczach było kompletnym absurdem.

Już skręcał w drogę prowadząca do swojego domu, gdy nagle zauważył na swej drodze czarną plamę. Na początku był wystraszony, lecz po chwili drobny stwór zaczął skrzeczeć. To była tylko wrona. Uśmiechnął się na myśl, że wystraszył się zwykłego ptaka. Jednak ten ptak nie był zwykły. Zaczął latać wokół niego. W końcu przycupnął obok nogi i dziobnął w nogawkę dżinsowych wytartych spodni delikatnie ciągnąć. Zrozumiał, że ptak chcę by za nim poszedł, co wydawało mu się kompletnym szaleństwem. Nie rozumiał dlaczego miałby iść za tym stworzeniem, ale kiedyś oglądał program na Animal Planet o krukach i wronach. Dowiedział się, iż naukowcy odkryli niezwykłą inteligencję tych ptaków. Potrafiły się bawić, używając różnych przedmiotów, komunikować się i rozpoznawać własne odbicie. Udowodniono, że ptaki te są inteligentniejsze od delfinów a nawet naczelnych.

Poszedł więc tam gdzie prowadziła go wrona, co jakiś czas siadając na ziemi, gałęzi drzewa rosnącego przy drodze czy płocie i skrzecząc. Z jednej strony czuł się głupio prowadzony przez ptaka jednak, z drugiej niedawno rozmawiał ze swym zmarłym ojcem więc co mu szkodziło. Poza tym czuł, że musi iść tam gdzie prowadziła go ta czarna istota.

Szedł przed siebie. Po lewej i prawej stronie rozciągały się pola. Mgła unosiła się coraz wyżej. Na niebie intensywnie świecił księżyc, którego nieznacznie zaczęły zasłaniać cirrusy tworząc wokół jego tarczy efekt halo. Nagle ptak skręcił w lewo w kierunku lasów Chrustkowa, które zajmowały zaledwie siedemdziesiąt pięć hektarów, co nie czyniły je ogromnym obszarem leśnym jednak pozwalały na obfite zbiory, borowików, koźlarzy czy maślaków oczywiście gdy tylko rok był odpowiednio deszczowy.

Ptak znów skręcił w lewo co sprawiło, że mężczyzna zaczął domyślać się dokąd zmierzają, nie pamiętał kiedy tam ostatnio był i czy w ogóle po przeprowadzce tam był. Szedł za wroną, chociaż w lesie miał problemy z jej dostrzeganiem. Nawet w świetle księżyca nie widział zbyt dobrze, ponieważ las był bardzo gesty. Przypomniał sobie, że gdzieś od strony Zbytkowa rośnie wierzba zwana przez mieszkańców wierzbą wisielców. Na tym drzewie powiesiło się ponoć mnóstwo ludzi. Jednak on słyszał tylko o czterech w ciągu swego życia. Myśl o tej wierzbie i tym, że on znajdować się może niedaleko niej przyprawiało go o dreszcze. Wrona skrzeczała by ponaglić swego towarzysza.

Po kilkunastu minutach doszedł do domu, w którym spędził większość dzieciństwa. Budynek był zniszczony ponieważ od momentu kiedy się stąd wyprowadził z całą rodziną nikt się nie interesował tym miejscem. Matka i jej drugi mąż postanowili sprzedać go wraz z otaczającym go lasem i czterema hektarami dobrej klasy ziemi jednemu z okolicznych rolników i kupili skromny budynek dwa kilometry dalej. On wraz z rodzeństwem nie byli tym pomysłem zachwyceni. To był dom ich ojca, który włożył w niego mnóstwo pracy.

Ogarnął wzrokiem cały budynek. Wszystkie drzewa były wycięte, a na ich miejscu znajdowało się teraz ściernisko po skoszonym latem zbożu. W dachu pokrytym eternitem było mnóstwo dziur. Wszystkie okna zostały wybite. Drzwi już nie było. Mężczyzna nie zdziwił się tym, ponieważ jak był mały były już solidnie sfatygowane.

Postanowił wejść do środka. W zasadzie coś kazało mu tam iść. Jakaś siła, której nie mógł się oprzeć. Przekroczył próg wchodząc do małego korytarzyka. Podłoga była spróchniała. Ze ścian odpadał tynk. Po prawej stronie znajdowało się wejście do kuchni a po lewej, za drewnianymi drzwiami pomalowanymi białą farbą olejną, która z biegiem lat znacznie pożółkła, znajdował się jego pokój który dzielił z dwójką braci.

Drzwi do jego pokoju były lekko uchylone, gdy tam wszedł zobaczył puste pomieszczenie i dziurę w suficie. Zamknął drzwi i poszedł do kuchni. Zobaczył jak jakieś stworzenie przebiegło po podłodze. Sądził, że mógłby to być szczur, jednak w tej ciemności, którą lekko przerzedzały promienie księżyca wpadające do pomieszczenia, mogło to być wszystko.

 

Ciemność nadawała pomieszczeniu złowrogiego charakteru. Czuł się jak w filmie grozy. Kuchnia była w jeszcze gorszym stanie. Przez szpary w podłodze zaczęło przebijać się zielsko i trawa. Nie wiedział, że jego siostra Magda widziała w swoim śnie podobny obraz. Po prawej stronie był przestronny pokój Magdy, Pawła i Adama. Wszedł tam. Tu również widok był podobny jak w pozostałych pomieszczeniach. Jednak przy wejściu do składziku, który sąsiadował z tym pokojem, można było dostrzec pewną różnicę. Ściany przy wejściu były intensywnie czarne. Sądził, że to wilgoć zabarwiła ściany na ten kolor. Światło księżyca dokładnie oświetlało to miejsce dzięki czemu zobaczył, że coś spływa z murów. Substancja ta przypominała smołę co było osobliwe ze względu na to, że na dachu był eternit i o żadnej smole nie było mowy. Podszedł do wejścia i poczuł ostry swąd siarki wydobywający się ze składziku. Odsunął się od tego miejsca.

 

Wtedy usłyszał głos dobywający się z wnętrza i odbijający po ścianach domu echem, tworząc wrażenie jakby budynek do niego przemawiał. Głos kazał mu podejść bliżej wejścia do składziku. On opierał się nie tylko z powodu odoru siarki, lecz również dlatego, że to właśnie tam powiesił się jego ojciec. Przypomniał sobie, że był wtedy z nim sam. Matka zabrała resztę rodzeństwa, po tym jak wrócił z zakrwawionymi dłońmi. Wtedy uderzył ją gdy zapytała co zrobił. Uderzył raz, drugi, ona płakała ale ojciec nie przestawał jej bić. Wtedy jako młodzieniec sądził, że ojciec przesadza, lecz z wiekiem zrozumiał. Teraz był pewny, że matka przez to jaka była wścibska i marudna zasłużyła sobie na to. Przecież to ona doprowadziła go do takiego stanu. A teraz doprowadza jego. W pewnym momencie, gdy ojciec ją bił Paweł stanął w obronie kobiety kopiąc ojca w krocze pozbawiając go tchu. Matka zabrała dzieci, ale on wolał zostać przy ojcu. Wszyscy go zostawili i uciekli do sąsiadów. Pamiętał jak krzyczał, że ją zabije gdy tylko wróci. Pamiętał, że ojciec trzymał się za krocze i płakał, z bólu lub tego, że ona go zostawiła a może z obu tych powodów. Wtedy podszedł do niego i go przytulił. Ojciec wtedy powiedział mu, że jest dobrym synem i nigdy go nie zostawi. Powiedział, że przyjdzie dzień kiedy zemszczą się na wszystkich swoich wrogach. Oznajmił, że każdy kto skrzywdzi ich pożałuje tego, nawet jeśli musiałby wrócić zza grobu i nie zazna spokoju póki wszystkich nie spotka zasłużona kara. Gdy ojciec doszedł do siebie powiedział do syna, że pora już spać. Położył go do łóżka i siedział w pokoju póki ten nie zasnął po czym poszedł do składziku. Tam był sznur od snopowiązałki. Zrobił pętlę i zaczepił jeden jej koniec na haku, a drugi z pętlą zarzucił na szyję i klęknął. Powiesił się na kolanach, gdy jego syn już spał.

Wspomnienia przerwał głos tym razem nieco głośniej i wyraźniej powiedział.

– Chodź mój synu. Podejdź bliżej, nie bój się.

Tym razem rozpoznał głos swego ojca, Artura. Przestał się bać i podszedł bliżej.

– To ty tato?

– Tak, chłopcze. We własnej osobie.

Spojrzał w głąb składziku i nic nie dostrzegł w przerażającej ciemności. Smród siarki jednak się nasilił, że ledwie mógł wytrzymać ale nie chciał zawieść swego ojca. Obiecał przecież, że zemści się na ludziach, którzy ich przez lata upokarzali i ranili.

 

Pokonał śmierć by dotrzymać obietnicy.

 

– Czy to sen? – Zapytał, chociaż był pewny, że to mu się nie śni.

– Myślę, że wiesz jaka jest odpowiedź.

– Ale jak to możliwe, przecież ty nie żyjesz?

Usłyszał jakby westchnienie, choć mógł być to również podmuch wiatru.

 

– Pamiętasz jak rozmawialiśmy dawno temu przed moją śmiercią?

– Kiwnął delikatnie głową na znak, że pamięta.

 

– Wtedy mówiłem Ci, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment. Zemścimy się – ty i Ja. Nawet gdy miałbym przyjść zza grobu. Widzisz synku. Zdaje się, że ta chwila nadchodzi. Wszystko jednak musimy robić na spokojnie. Najlepiej rani się ludzi powoli, tak by wszystko czuli dokładnie. Każda sekunda cierpienia jest bezcenna, na tym polega prawdziwa zemsta. Dzisiejszego dnia zaczniemy. Należy zasiać ziarno strachu. Później zbierzemy plony. Nie możesz jednak być niepewny w tym co będziesz robił.

Słuchał uważnie swego ojca. Był coraz bardziej podekscytowany. Artur wybrał właśnie jego do tej misji. Teraz w końcu zobaczy jak przyrodni brat cierpi. Zastanawiał się tylko dlaczego ojcu o niego chodziło. Przecież gdy popełnił samobójstwo Adama jeszcze nie było nawet na świecie. Ale w sumie obiecał, że zemsta dosięgnie wszystkich ich wrogów w tym Adama. Z mroku znów wydobył się głos, który jakby na zadawane w myślach mężczyzny pytania odpowiedział.

 

– Twój brat to owoc zdrady matki. Po mojej śmierci od razu poszła w objęcia obcego mężczyzny. Ledwo zakończyła żałobę, a już za niego wyszła. Nie mogę zranić Zygmunta, na to już za późno, ale mogę za to dopaść jego syna. Poza tym, ty również go nienawidzisz. Zabrał ci wszystko. Pora by zabrać mu to co kocha.

– Tak tato, masz rację. Pora zapłacić za nasze krzywdy.

Mrok odpowiedział zadowolonym głosem.

– Dokładnie, a teraz pójdziesz do domu Adama. Gdy tam dojdziesz będziesz wiedział co zrobić. Damy mu powód do myślenia. Wiem, że przeczuwa co nadchodzi. Ktoś go ostrzegł, ale mogę się jedynie domyślać kto to mógł być. W pewne rzeczy nie mam wglądu, jeszcze. Ale to nic, to nawet lepiej, ponieważ teraz myśli, że to tylko przeczucie. Jutro przejrzy na oczy i będzie żył w niepewności.

– Ale to jest dziesięć kilometrów stąd.

Głos w ciemności znowu westchnął rozczarowany odpowiedzią syna.

– To prawda. Kiedy tam dojdziesz już wszyscy będą smacznie spali. Jeśli ci to nie odpowiada możesz się oczywiście wycofać, lecz nie chcesz chyba mnie zawieść?

– Pójdę tam tato. ale skąd mam wiedzieć co zrobić dalej.

Domyślisz się. Ale zanim tam pójdziesz weźmiesz coś co dla ciebie schowałem pod podłogą w kuchni. Oderwiesz jedną z desek i weźmie to.

– Ale pod którą z desek? – Zapytał się zjawy.

 

Lecz głos nagle umilkł, a swąd siarki zelżał. Stał tak jeszcze chwilę, po czym ruszył do kuchni. Rozglądał się po podłodze szukając deski, pod którą jest przedmiot. Nie musiał się rozglądać długo, gdyż jedna z desek sama odskoczyła jakby ktoś od dołu ją wypchnął. W podłodze był przedmiot miej więcej trzydziestocentymetrowej długości zawinięty w starą brudną szmatę. Rozwinął ją i jego oczom ukazał się pokrowiec z prawdziwej skóry, a w nim był nóż. Gdy go wyjął z pochwy jego ostrze rozbłysło srebrną poświatą. Ledwie musnął jego ostrza i się skaleczył w kciuk. Zaczął ssać palec czując smak krwi w ustach. Rozkoszował się widokiem noża idealnie leżącego w jego dłoni.

 

Chwilę potem uznał, że powinien ruszyć w drogę. We wrześniu noce są coraz dłuższe, ale każda noc kiedyś się kończy i nie ma zbyt wiele czasu. Musi przejść spory dystans. Schował nóż do pochwy i wysunął za pasek spodni. Pomyślał, że przydałby mu się samochód ale stracił prawo jazdy za jazdę w stanie nietrzeźwym.

 

Idąc w świetle księżyca rozkoszował się rześkim powietrzem i zapachem rosy. Zastanawiał się jednak czy będzie wiedział co ma zrobić, gdy tam dotrze. Nienawidził Adama, ale nie był pewny czy byłby w stanie zatopić nóż w jego sercu. Ale jeśli będzie musiał to zrobić, nie zawaha się. Wszystko zrobi dla ojca, poza tym uważał, że to może być najprzyjemniejsza rzecz jaką wykona w swoim życiu. Wyobraził sobie jak jego brat błaga go o litość i przeprasza za to co mu zrobił, za to, że zniszczył jego dzieciństwo. Była już prawie północ, gdy doszedł do domu Adama i Weroniki. Zastanawiał się co ma teraz zrobić. Nie bał się, że ktoś go zauważy, ponieważ dookoła rosły drzewa. Natomiast najbliżsi sąsiedzi mieszkali jakieś trzysta metrów stąd i nie mogliby go dostrzec. Wszyscy o tej porze już poszli spać by wypocząć przed pracowitym poniedziałkiem.

 

Siedząc tak za drzewem kilka metrów od furtki prowadzącej do domu brata zauważył cień przelatujący tuż nad jego głową i siadający na furtce. To była wrona, która prowadziła go do ojca. Podszedł do furtki mając pewność, że będzie zamknięta. Wyciągnął rękę do klamki i usłyszał jak mechanizm pracuje w środku. Uchylił furtkę, która zaczęła cicho skrzypieć. Ten dźwięk wydawał mu się głośny jak wystrzał z armaty i skrzywił się gdy go usłyszał. Wydawało mu się, że obudził wszystkich mieszkańców, lecz tylko mu się wydawało. Skarcił się za nadwrażliwość i strach, który przez chwilę go ogarnął pozbawiając tchu.

 

– No dobra jestem już na podwórku i co teraz?

Zapytał się siedzącej na furtce wrony lecz ta odpowiedziała jedynie skrzeczeniem.

 

– No, chyba się nie dogadamy.

Wtedy przybiegł do niego Ares. Mężczyzna wystraszył się psa, który zaczął wesoło szczękać jak zawsze widząc człowieka. Tym razem był przekonany, że obudził domowników. Szybko nachylił się by podrapać zwierzę za uchem mając nadzieję, że w ten sposób go uciszy. Na szczęście Ares przestał szczekać. Uspokoiwszy psa patrzył się w okna domu, czekając aż ktoś włączy światła. Nic takiego się nie stało. Pomyślał, że dopisuje mu szczęście lub ojciec nad nim czuwa co uznał za bardziej prawdopodobne.

 

Zastanawiał się co ma teraz zrobić. Spojrzał na wronę, która obserwowała psa. Ares był ulubieńcem Adama i wszędzie za nim chodził. Przypomniał sobie, że wszystko powoli trzeba zrobić. Wychodząc za ogrodzenie zawołał cicho psa, który poszedł za nim z pełnym zaufaniem. Był zadowolony z głupoty tego stworzenia i tego, że wszystko do tej pory szło mu jak z płatka. Nie spodziewał się zastać otwartej furtki. Znał Adama na tyle dobrze by wiedzieć o jego zapobiegliwości. Robi wszystko by zapobiegać wszelkiego typu włamaniom. Poza tym lubił separować się od otoczenia i zamykać w sobie. Na tą myśl uśmiechnął się.

Szedł przez las a pies szedł tuż za nim jakby liczył na jakąś nagrodę, która czekać będzie na końcu drogi. Po lewej i prawej stronie rosły sosny. W powietrzu czuć było intensywny zapach grzybni i wilgoci. Zrobiło się bardzo zimno. Mężczyzna, żałował, że nie założył cieplejszej kurtki, jednak starał się nie myśleć o chłodzie. Podejrzewał, że nad ranem temperatura będzie oscylować wokół zera, co na początku września od dawna nie było spotykane. Wiele razy słyszał jak w telewizji, naukowcy ostrzegali o globalnym ociepleniu, co dla niego było totalną bzdurą biorąc pod uwagę ostatnią zimę, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność. W Stanach Zjednoczonych zimy były jeszcze bardziej mroźne a słyszał, że dawniej przechodziły tam łagodnie.

 

Doszedł do rozstaju drogi półtora kilometra od domu Adama. Skręcił w prawo. Pamiętał, że jak pójdzie w tym kierunku dojdzie do zagajnika, a dalej rosną stare brzozy. Czuł, że to miejsce będzie odpowiednie.

 

– Chodź piesku, chodź za chwilę ci coś dam, coś bardzo dobrego.

Mówił do Aresa jakby chciał jeszcze bardziej wzbudzić jego zaufanie. Lecz pies podchodził do każdego i był bardzo przyjacielsko nastawiony do wszystkich ludzi, co nie czyniło go idealnym obrońcą domu Kornaków. Czasem zdarzało się, że uciekał i Adam musiał go szukać po całej wiosce lub lesie. Wtedy zazwyczaj któryś z sąsiadów go przyprowadzał.

Pies podszedł do niego bez jakichkolwiek obaw i podejrzeń, że może mu się stać coś złego. Pogłaskał go i zaczął drapać za uchem prawą ręką. Lewą powoli i spokojnie z mrocznym uśmiechem na twarzy wyciągnął nóż z pochwy, którą przypiął sobie do paska spodni. Zaczął drapać go za uchem.

 

– Przyjemnie, prawda.

Klinga, znaleziona tam gdzie kiedyś wszystko się zaczęło zalśniła w blasku księżyca. Mężczyzna pomyślał, że to piękne ostrze i świetnie leży w jego dłoni. Jakby byli jednością. Serce zaczęło mu bić mocniej. Ten widok sprawił, że się bardzo podniecił. Chciał by ta chwila trwała wiecznie. Zrozumiał jedno, ta noc jest najpiękniejszą w jego życiu. A to dopiero początek. Nie mógł jednak czekać dłużej i dobrze o tym wiedział. Musiał zrobić to szybko i bez niepotrzebnego hałasu. Jego ręka, w której trzymał ostrze tak jakby kierowana przez inną osobę trafiła tam, gdzie powinna. Pies pisnął słabo, a później zapanowała idealna cisza.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania