Poprzednie częściBrochowska babcia (wersja mini)

Brochowska babcia

Zdarzyło się to kilka lat temu, jeszcze na Birmańskiej. Brochów wtedy pachniał mokrym węglem, smarem kolejowym i czymś kwaśnym, co zostawiały po sobie stare piece kaflowe. Dwie twarze dzielnicy: jedna od torów, hałas pociągów towarowych w nocy, druga romska, cicha, z zamkniętymi na głucho bramami i spojrzeniami, które nie pytały o imię.

W jednej z kamienic przy torach, w suterenie bez okien, ostatnie lata przeżył Edward Dymek. Ten sam, który jako dzieciak biegał po ekranie w „Ablu, twoim bracie”, śmiał się w „Wakacjach z duchami”, gwizdał na peronie w „Podróży za jeden uśmiech”. Potem alkohol, rozwód, renta, złom z torów, rudera bez prądu i kanalizacji. Zmarł dwudziestego dziewiątego lipca dwa tysiące dziesiątego roku, sam. Ciało znaleziono po tygodniach, może miesiącach – nikt nie pamięta dokładnie. Leżało w kostnicy prawie rok, zanim ktoś z gminy załatwił pochówek w Pawłowicach, w kwaterze dla bezdomnych. Grób do dziś bez nazwiska, tylko numer.

Czasem wracała do mnie ta myśl: jak to jest pochować własne dziecko, kiedy ono miało pięćdziesiąt trzy lata, a ty wciąż żyjesz. Jak smakuje cisza po takim pogrzebie.

Trzy lata temu szedłem parkową alejką za dawną zajezdnią. Jesień, liście mokre, powietrze ciężkie od dymu z kominów. Minęła mnie drobna kobieta, może metr pięćdziesiąt, chustka w drobne kwiatki zawiązana pod brodą, płaszcz z czasów, kiedy jeszcze szyto z dobrego materiału. Twarz poorana, ale oczy jasne, bardzo jasne.

Uśmiechnęła się – nie do mnie, raczej przeze mnie, jakby zobaczyła kogoś, kogo dawno nie widziała.

Zatrzymałem się odruchowo. Ona też zwolniła, nie patrząc wprost.

Cicho, prawie szeptem, powiedziała:

— Najgorzej, jak rodzice chowają dzieci. Najgorzej.

Sześć słów. Zwykłe. A jednak wbiły się jak gwóźdź.

Nie odwróciła głowy. Ruszyła dalej, powoli, stawiając stopy tak, jakby każdy krok kosztował ją obliczenie. Buty na płaskim obcasie, podeszwy wytarte do szarości. W ręku siatka – zwykła, foliowa, w środku coś ciężkiego, może słoiki, może ziemniaki.

Nie dogoniłem jej. Nie zawołałem. Stałem i patrzyłem, jak znika za zakrętem alejki, między kasztanowcami, które już prawie całkiem pożółkły.

Nie wiem, kim była. Może matką Edwarda – miałaby wtedy dobrze po osiemdziesiątce, pasowałoby. Może inną matką, która też kiedyś szła za trumną mniejszą niż powinna być. Może po prostu starszą kobietą z Brochowa, która widziała za dużo pogrzebów i nauczyła się rozpoznawać, kiedy ktoś myśli o tym samym co ona.

Od tamtej pory, kiedy idę tamtędy, odruchowo patrzę na twarze mijanych ludzi. Szukam w nich tego samego chłodu, tej samej wiedzy, której nie da się opowiedzieć. I czasem wydaje mi się, że ją widzę – w oczach, w sposobie, w jaki ktoś na moment przystaje i spogląda w bok, jakby nasłuchiwał czyjegoś kroku, którego już nigdy nie usłyszy.

Nie odwracam się wtedy. Po prostu idę dalej. Ale ciszej.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Beloniusz godzinę temu
    Nie znałem tej historii o Dymku. Jest bardzo smutna. Byłaby jeszcze smutniejsza, gdyby nie z własnej winy tak skończył. Twój sposób pisania bardzo mi odpowiada. Słyszę jak szepczesz mi w głowie. Nie ma tu zbędnych słów. Opowieść jest melodyjna, czuła i refleksyjna. Opisujesz świat "zwykłych ludzi" w prawdziwy sposób, nie siląc się na fajerwerki.
  • Grain godzinę temu
    Świetna proza.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania