Pokaż listęUkryj listę

Brum Butterfly: Zapach Ognia Rozdział 1: Zapach Ognia (Część 2/2)

Rozdział 1: Zapach Ognia Część 2

Upał uderzył w nich od razu. Stanęli ramię w ramię na trzeszczącym tarasie, patrząc na pustą drogę pokrytą grubą warstwą rdzawego kurzu. Pachniało końmi i rozgrzanym drewnem. Brum zerknął na profil nieznajomego, zmuszając gardło do posłuszeństwa:

 

– Słuchaj, stary. Jak ten pojedynek ma właściwie wyglądać? – zapytał, poprawiając mankiety skórzanych rękawic.

 

Stary kowboj spojrzał na niego z ukosa spod kapelusza

– Tak jak każdy inny pojedynek na tym pustkowiu, chłopcze – odpowiedział leniwie, jakby mówił o kierunku wiatru.

 

Brum poczuł, jak przez to jedno zdanie znowu wychodzi na kompletnego amatora, więc szybko zaczął nadrabiać miną.

 

– No tak, wiem. Jak każdy inny, to jasne, jasne... – wymruczał pośpiesznie, maskując drżenie gardła.

 

Zaczął energicznie kiwać głową pod kapeluszem, desperacko udając, że od samego początku doskonale wiedział, o co chodzi i że ma już na swoim koncie dziesiątki krwawych starć.

 

Facet westchnął cicho pod nosem, widząc te popisy, po czym chłodno doprecyzował zasady:

– Słuchaj uważnie. Stajemy naprzeciwko siebie na samym środku drogi. Kiedy wskazówki miejskiego zegara przy banku się zrównają i ciężki, żelazny gong wybije pełną godzinę, to będzie nasz jedyny sygnał do ataku. Rozumiesz?

 

Brum prychnął głośno, wycierając pot z czoła, bo jego duma znów potężnie ucierpiała przez to mentorskie pouczanie.

 

– Przecież mówię, że doskonale wiem, jak wyglądają pojedynki! – żachnął się, rzucając mu drapieżne spojrzenie.

 

– Ta, na pewno – skwitował sucho nieznajomy, w ogóle nie przejmując się jego młodzieńczym oburzeniem.

 

Zeszli powoli z drewnianego podestu ganku. Ciężkie buty Bruma z głośnym uderzeniem wzbiły chmurę gryzącego pyłu, gdy obaj ruszyli na wyznaczone pozycje. Stanęli naprzeciwko siebie na piaszczystym trakcie, w odległości kilkunastu kroków. Powietrze między nimi drżało, gęste od upału. W wymarłym miasteczku zapadła głucha cisza. Brum poczuł w ustach żelazisty posmak krwi. Stali naprzeciwko siebie z dłońmi zawieszonymi tuż nad bronią, mierząc się wzrokiem i czekając na pierwszy, surowy dźwięk gongu.

 

Serce uderzyło raz. Potem drugi. Czas stanął w miejscu. Obaj mężczyźni tkwili w absolutnym bezruchu. Pustynne słońce paliło w twarz, a Brum czuł, jak gęste strużki potu spływają mu spod ronda kapelusza, piekąc w oczy. Przełknął ślinę, ale wyschnięte gardło odmówiło posłuszeństwa. Tymczasem tajemniczy facet w krwistoczerwonej koszuli stał naprzeciw niego z tak kompletną obojętnością, jakby całe to widowisko w ogóle go nie dotyczyło. Bił od niego jedynie chłodny spokój i wyczuwalny zapach starego, mocnego tytoniu.

 

Wokół nich zaczął gęstnieć tłum osadników. Wahadłowe drzwi saloonu skrzypiały raz po raz, gdy żądni rozrywki goście wychodzili na trzeszczący taras, chcąc z bezpiecznej odległości zobaczyć zapowiadany pojedynek.

 

I nagle ciszę rozdarło pierwsze, ciężkie uderzenie żelaza. Młot miejskiego zegara uderzył w gong, wybijając pełną godzinę.

 

BAM... BAM... BAM...

 

Brum szarpnął za broń.

Nie zdążył nawet musnąć spustów. Nieznajomy poruszył się z prędkością, która wręcz bolała w oczy. Jego dłoń tylko mignęła nad pasem – runiczne ostrze wysunęło się z pochwy zaledwie na szerokość palca.

 

Powietrze między nimi pękło z głuchym hukiem. Skompresowana fala wiatru uderzyła Bruma prosto w klatkę piersiową. Impet poderwał go z ziemi i cisnął nim kilka metrów w tył.

 

Rymnął plecami w rdzawy żwir, wzbijając chmurę pyłu. Przez sekundę leżał bez ruchu, próbując wtłoczyć powietrze do ściśniętych płuc. Żebra rwały żywym ogniem, ale serce wciąż biło.

 

Zamiast strachu przyszła jednak czysta, gówniarzerska wściekłość. Wciąż leżąc w pyle, Brum uniósł obie dłonie i bez namysłu pociągnął za spusty.

 

TRACH! TRACH!

 

Rewolwery rzygnęły żywym, tłustym płomieniem. Dwa ogniste pociski z ryczeniem rozdarły mrok, zostawiając w powietrzu dławiący smród siarki i ozonu. Pędziły prosto na faceta w czerwonej koszuli. Ten nawet nie drgnął. Gdy ogień miał już stopić mu twarz, kule nagle zgasły. Syknęły cicho i zniknęły, jakby rozbiły się o niewidzialny, gęsty mur.

 

Brum zdążył tylko szeroko otworzyć usta. Chciał zerwać się z ziemi, podparł się już nawet na łokciach, ale wtedy nadeszła kontra. Kolejny niewidzialny bicz wiatru grzmotnął go prosto w żołądek.

 

Chłopak zwinął się w kłębek, tracąc resztki tchu. Zanim zdążył zacisnąć zęby, na suchy piach trysnęła jasna, szkarłatna krew.

 

Na drodze zaległa głucha cisza. Nikt na tarasie saloonu nawet nie splunął. Gówniarz z ognistymi spluwami, który jeszcze przed chwilą zgrywał bohatera, teraz po prostu leżał w rdzawym pyle i walczył o każdy oddech. Osadnicy gapili się na to bez słowa, próbując pojąć, jak niewidzialny taran rzucił chłopakiem na odległość kilku metrów.

 

Nieznajomy puścił rękojeść. Magiczne ostrze z suchym kliknięciem wskoczyło na swoje miejsce w pochwie. Mężczyzna podszedł niespiesznie, zatrzymał się nad Brumem i zasłonił mu słońce. Przez dłuższą chwilę lustrował wzrokiem zwijającego się w kurzu chłopaka, po czym wyciągnął do niego rękę w skórzanej rękawicy. Bez drwiny, ale i bez zbędnej czułości.

 

– Całkiem nieźle, mały – odezwał się. Głos miał niski, wyprany z wcześniejszej groźby. – Max.

 

Brum kurczowo trzymał się za brzuch, czując, jak pod palcami pulsuje mu tępy, rozrywający ból. Spojrzał na podaną dłoń, potem na zoraną życiem twarz mężczyzny. Kowbojska duma paliła go w tym momencie mocniej niż potłuczone żebra, ale zdołał przełamać opór.

Chwycił szorstką rękawicę Maxa i pozwolił się podnieść.

 

– Brum... – wycharczał, spluwając na piach rdzawą śliną. – Brum Butterfly.

Max zacisnął palce na jego przegubie i jednym szarpnięciem postawił go na nogi. Brum zachwiał się, splunął krwią i zaczął gorączkowo otrzepywać spodnie z pyłu. Poprawił kapelusz, starając się nie syknąć z bólu, gdy Max klepnął go w obolałe ramię.

 

– Chodź – rzucił starszy kowboj, a pod wąsem mignął mu cień uśmiechu. – Stawiam.

 

Ruszyli w stronę tarasu. Tłum na ulicy wciąż stał jak wryty. Gapiom odebrało mowę – gapili się tępo na piaszczysty trakt, próbując pojąć, jakim cudem ten dzieciak jeszcze żyje i dlaczego facet w czerwonej koszuli nie odstrzelił mu łba. Wahadłowe drzwi skrzypnęły i obaj rewolwerowcy zniknęli w dusznej sali.

 

Usiedli w kącie, przy tym samym stoliku, gdzie Max siedział wcześniej. Wokół było pusto. Kurz miarowo opadał na zniszczone blaty, tańcząc w gęstym od dymu powietrzu. Max obejrzał się przez ramię i wrzasnął w stronę tarasu, gdzie wciąż sterczały sylwetki osadników:

 

– Barman! Dwa razy whisky!

Chropowaty głos starszego kowboja podziałał jak uderzenie bata. Siwy barman zamrugał nerwowo, otrząsnął się i pospiesznie pokiwał głową.

 

– Już... już podaję – wykrztusił, niemal potykając się w drodze za ladę.

To przełamało paraliż. Ludzie powoli zaczęli wracać na swoje miejsca, a rozstrojone pianino w tle znów wydało kilka fałszywych dźwięków. Rozmowy ruszyły, choć były cichsze niż zwykle. Każdy w saloonie co chwilę zerkał ukradkiem na ich stolik. Ze strachem, ale i z szacunkiem.

 

Barman polał bursztynowy płyn. Ostry, dymny zapach alkoholu rozszedł się w powietrzu. Mężczyzna podszedł z drżącymi rękami i postawił szkło na spękanym drewnie.

 

– Wasze zamówienie – mruknął szorstko, po czym natychmiast się wycofał.

 

Mrucząc pod nosem, barman zmierzył Bruma wzrokiem pełnym starej nienawiści. Młody rewolwerowiec natychmiast to wyłapał. Krew w nim zakipiała – zaparł się butami o podłogę, gotów zerwać się z krzesła i roznieść ten lokal, ale Max był szybszy. Złapał chłopaka za obolałe ramię i jednym, twardym szarpnięciem wbił go z powrotem w siedzisko.

 

– Miej w sobie trochę pokory, mały – warknął starszy kowboj, a jego wzrok zrobił się lodowaty. – Na tym szlaku tylko ona utrzyma twoje kości w jednym kawałku. Siedź na tyłku.

Brum, choć wciąż zszokowany siłą Maxa, odpuścił. Opadł ciężko na drewno, próbując ratować resztki dumy.

 

– Ale to on zaczął – fuknął, krzyżując ręce na piersi i uciekając wzrokiem w kąt.

 

Barman ostentacyjnie zignorował gówniarza. Odwrócił się na pięcie, odszedł za ladę i zaczął wycierać ręce w brudną ściereczkę. Max odprowadził go wzrokiem, po czym pochylił się nad stołem, blisko Bruma.

 

– Masz w ogóle pojęcie, szczylu, kim jest ten człowiek? – zapytał cicho.

 

– Jakiś stary barman – burknął

chłopak, wzruszając ramionami.

Max westchnął ciężko i pokręcił głową. Spod ronda kapelusza błysnęły zmęczone oczy.

 

– To nie jest zwykły barman, tylko żywa legenda tego zniszczonego świata – wycedził szeptem. – Słyszałeś kiedyś na nizinach o Piotrusiu „Muszce”?

 

Brum nagle znieruchomiał. Kieliszek zawisł mu tuż przed ustami. Spojrzał na Maxa, mrużąc oczy, a w głowie zaczęły mu się układać dawne opowieści o rewolwerowcach i ich potężnych artefaktach. Wszystko nagle wskoczyło na swoje miejsce. Źrenice chłopaka szybko się rozszerzyły.

 

– To... To jest ten Piotruś „Muszka”? – wykrztusił. Łyk whisky podszedł mu do gardła, paląc żywym ogniem. – Przecież na świecie mówią, że zdechł lata temu!

 

Max upił mały, miarowy łyk ze swojej szklanki, po czym odstawił ją na spękany blat.

 

– Żyje – mruknął starszy kowboj. – Ale jego duma i cała siła przepadły w dniu, w którym stracił swój artefakt.

 

– Artefakt? – powtórzył zaintrygowany Brum, mimowolnie nachylając się nad stołem. – Co się z nim stało?

 

Max nie odpowiedział od razu. Przeniósł wzrok na siwego starca, który w głębi sali, w absolutnym milczeniu, metodycznie polerował szkło szorstką szmatą.

 

– Piotruś nosił na szyi czarną, jedwabną muszkę – zaczął cicho Max. – Stąd ksywa. To gówno było źródłem jego mocy. Lata temu, kiedy był u szczytu sławy, przyjechał do tego miasteczka. Pił i bawił się w tym saloonie do samego świtu. A rano obudził się z kacem i gołą szyją. Ktoś mu to bezczelnie ściągnął, kiedy spał urżnięty w trupa.

 

Brum słuchał z otwartymi ustami, całkowicie zapominając o rozbitym brzuchu. Głos Maxa stapiał się z szumem pustynnego wiatru za oknem.

 

– Razem z tym jedwabiem zniknęła jego duma i wola walki. Bez artefaktu stał się nikim. Zwykłym, kruchym śmiertelnikiem, którego to pustkowie mogło zjeść na śniadanie. Nie miał już siły walczyć, więc schował się za tym starym kontuarem. Pozwolił, żeby na nizinach opowiadali legendy o jego krwawej śmierci. Dla świata umarł jako bohater. A w rzeczywistości został tu jako pusty cień.

 

Brum odłożył szklankę, aż szkło głośno stuknęło o blat.

 

– Jak to: po prostu mu to ukradli? – wyrzucił z siebie chłopak, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nie bali się, że ich odnajdzie i wyrżnie w pień?

 

Max spojrzał mu drapieżnie prosto w oczy, a jego twarz stężała jeszcze bardziej.

 

Zapach siarki powoli ustępował miejsca woni rozgrzanego, starego drewna.

 

– Słuchaj mnie teraz uważnie, mały – zaczął Max, cedząc słowa przez zęby.

– Na tym szlaku rządzi jedna zasada: żyj albo zdychaj. Ludzie posuną się do każdego świństwa, żeby zdobyć przewagę. Sam nosisz przy pasie coś, co kusi. Gwarantuję ci, że połowa tej sali poderżnęłaby ci gardło we śnie, żeby tylko odpiąć te kabury z twoich bioder. Los Piotrusia to dowód, że musisz pilnować własnego cienia.

 

Brum poczuł, jak skóra cierpnie mu na karku. Zerknął nerwowo w dół, na skórzane pasy, po czym powoli pokiwał głową. Słowa starszego kowboja w końcu przebiły się przez jego gówniarzerską pychę.

 

Max uznał, że chłopak zrozumiał. Rozluźnił ramiona, oparł się o trzeszczące krzesło i zastukał dnem szklanki o blat.

 

– No dobrze, dzieciaku... A ciebie co właściwie sprowadza w te nędzne strony?

 

Brum uniósł wzrok, wdzięczny za zmianę tematu.

 

– W sumie nic konkretnego – machnął lekceważąco dłonią. – To zaplute miasteczko to tylko krótki postój.

Chcę złapać oddech i otrzepać płaszcz z kurzu. Moim celem jest Angolia.

 

Max uniósł gęste brwi. W jego oczach, dotąd zmęczonych, błysnęło nagłe zaciekawienie.

 

– Angolia... – powtórzył bardzo powoli, jakby badał ten dźwięk na języku. – Hmmm...

 

– Tak. Słyszałeś o niej? – zapytał Brum, wpatrując się w niego z nadzieją.

 

Max zmrużył oczy i potarł szorstki podbródek, patrząc w dno swojej szklanki.

 

– Słyszałem – mruknął. – Podobno to największa ludzka osada, jaką tu zbudowano. Ludzie na traktach gadają, że mają tam własnych władców, uzbrojoną straż i surowe zasady. Dziwne miejsce. I cholernie niebezpieczne.

 

Brum uśmiechnął się pod nosem, wyczuwając okazję, by w końcu pokazać, że coś wie.

 

– Właśnie tak – przytaknął z pewnością w głosie. – Prawdziwa forteca. Wielka i potężna.

Max pochylił się nad stołem. Spod ronda kapelusza błysnęły jego bystre oczy.

 

– A co cię tam właściwie ciągnie, Brum? Po co dzieciak z tak gorącymi zabawkami u pasa pcha się prosto w paszczę lwa?

 

Młody rewolwerowiec wyprostował się na krześle. Na jego spoconą twarz wrócił ten sam gówniarzerski uśmiech, który miał na drodze przed pojedynkiem.

 

– Chaos i zamęt – oznajmił bez ogródek, zniżając głos. – Chcę być najsłynniejszym bandytą, jakiego widział ten świat. Jeśli narobię tam dymu, od razu trafię na szczyt listy poszukiwanych. Moje plakaty będą wisieć na każdym rogu. W końcu całe to zapomniane przez boga pustkowie dowie się, kim jestem.

 

Max wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę w absolutnej ciszy. Brum był już pewien, że zaimponował starszemu kowbojowi swoją bezwzględnością. Nagle twarz Maxa drgnęła. Wojownik parsknął pod nosem, a sekundę później wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem. Rozbawiło go to tak mocno, że aż uderzył dłonią w blat, szklanki podskoczyły, a w kącikach jego oczu pojawiły się łzy.

 

– Ty? Chcesz być bezwzględnym bandytą? – rzucił Max między kolejnymi salwami śmiechu, odchylając się na krześle i łapiąc za brzuch.

 

W końcu otarł rękawem policzek, a jego rozbawione spojrzenie momentalnie stwardniało.

 

– Chłopcze, czy ty w ogóle masz pojęcie, z kim rozmawiasz?

Brumowi natychmiast zrzedła mina. Poczuł, jak po raz kolejny tego dnia grunt ucieka mu spod nóg.

 

Max uspokoił oddech, oparł łokcie o drewniany blat i spojrzał na nastolatka z surową powagą. W powietrzu znów zapachniało starym tytoniem.

 

– Nazywam się Max Maximus – oznajmił cicho, a jego chropowaty głos brzmiał jak wyrok. – Słyszałeś o kimś takim na nizinach?

 

Brum zmrużył oczy, a w jego głowie od razu zaczęło kołatać to nazwisko. Wywołało mroczne wspomnienia opowieści, które ze strachem szeptano przy dogasających ogniskach na traktach. Wielkie plany nastolatka prysły w ułamku sekundy, a twarz gwałtownie mu pobladła.

 

– Max Maximus... – powtórzył z wysiłkiem, przełykając ślinę w wyschniętym gardle. – Ten... Ten legendarny łowca głów? Kat renegatów? To naprawdę ty?

Max uśmiechnął się szeroko, wyraźnie rozbawiony nagłym przerażeniem chłopaka.

 

– Dokładnie tak, mały. To ja – przytaknął, po czym uniósł szklankę. Westchnął szorstko i dodał: – Choć w sumie... dzisiaj to już nie do końca prawda.

 

Brum zamrugał nerwowo, wciąż kurczowo trzymając się krawędzi krzesła. Bał się, że starszy kowboj zaraz wyciągnie żelazne kajdany i skuje go na miejscu.

 

– Jak to: „już nie”? – zapytał cicho, nie spuszczając wzroku z rąk łowcy głów.

Max do pił whisky do dna, odstawił puste szkło na blat i machnął lekceważąco dłonią.

 

– Odszedłem na emeryturę.

– Przestałem uganiać się za szumowinami po tym rozżarzonym piachu. Na stare lata szukam już tylko świętego spokoju.

 

Brum przechylił szklankę, dopił resztkę whisky i odstawił szkło na blat. Spojrzał na siedzącego naprzeciwko mężczyznę, a w jego oczach znów błysnęła ta sama narwana iskra.

 

– Mówisz, że jesteś na emeryturze... – zaczął, opierając się o stół. – A może po prostu szukasz nowego zajęcia, staruchu?

 

Max przeniósł na niego wzrok. Nie przerwał mu, nie wyśmiał bezczelności. Po prostu siedział w milczeniu i słuchał, mrużąc oczy pod rondem kapelusza. Brum uznał to za dobry znak i postanowił pójść za ciosem.

 

– Max... A może wybrałbyś się ze mną do Angolii? – rzucił bez owijania w bawełnę. – Sam mówiłeś, że to ciekawe miejsce. Co masz do stracenia na tym pustkowiu?

 

W saloonie na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko miarowym piskiem szmaty, którą Piotruś tarł szkło za ladą. Max bębnił palcami w skórzanej rękawicy o stary dąb. Głuchy, matowy dźwięk odmierzał sekundy. Starszy kowboj wyraźnie nad czymś rozmyślał. Pustynia potrafiła być cholernie nudna dla kogoś, kto całe życie spędził we krwi i walce. Spojrzał na młodego, potem na ukryte pod blatem spluwy, aż w końcu pod wąsem mignął mu lekki uśmiech.

 

– W sumie... nigdy tam nie byłem – przyznał spokojnie, poprawiając kapelusz. – Mogę się z tobą zabrać, mały. Przynajmniej dopilnuję, żebyś z tą swoją pychą nie zdechł w pierwszym lepszym rowie.

 

Brumowi od razu gęba rozjaśniła się w uśmiechu. Nie czekając ani chwili, wyciągnął dłoń nad stołem.

 

– To od teraz jesteśmy wspólnikami – oznajmił dumnie.

 

Max spojrzał na jego dłoń, pokręcił głową z szorstkim rozbawieniem i uścisnął ją mocno, po męsku. W tym jednym uścisku, bez zbędnych słów, przypieczętowali układ.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania