By nie zapomnieć kim jestem
Natan siedział przy kuchennym stole. Na ramionach miał czarną pelerynę, a na głowie za duży cylinder kupiony na jakimś szkolnym festynie. Przed nim stały trzy kubki i mała plastikowa figurka.
— Mamo, patrz! Nauczyłem się nowej sztuczki! — krzyknął podekscytowany.
Matka krzątała się przy blacie, przygotowując śniadanie.
— Lepiej zjedz coś przed szkołą — odpowiedziała, stawiając na stole talerz z tostami i kubek kakao.
— Ale mamo, zobacz. Ta sztuczka jest naprawdę dobra!
— Najlepsza sztuczka będzie wtedy, kiedy to śniadanie zniknie ze stołu i trafi do twojego brzucha.
W tym momencie do kuchni wszedł ojciec Natana. Trzymał pod pachą złożoną gazetę. Bez słowa usiadł przy stole.
Rozłożył gazetę i powoli uniósł kubek z gorącą kawą do ust. Nie odezwał się ani słowem. Czytał.
— Zawieziesz go dziś do szkoły? Ja już jestem spóźniona.
Jack podniósł wzrok znad gazety.
— Znowu?
Przez chwilę milczał.
— Nie możesz czasem po prostu wcześniej wstać, żeby zdążyć wszystko zrobić?
Kobieta westchnęła ciężko.
— Jack, to też twój syn. Mógłbyś czasem go odwieźć.
Natan siedział cicho, obserwując ich zza kubków ustawionych na stole.
Jack spojrzał na Natana.
— Skończyłeś?
Zamilkł na chwilę.
— Jak tak, to pomóż matce. Odnieś talerz do zlewu i zacznij się szykować. Zaraz wychodzimy.
— Tato, chcesz zobaczyć moją sztuczkę? — zapytał Natan z uśmiechem.
Jack odłożył gazetę.
— Po szkole mi pokażesz. Teraz zrób to, o co cię prosiłem.
Natan wstał od stołu, wziął talerz i podszedł do zlewu.
Kiedy odkładał go do środka, mimowolnie spojrzał przez okno.
Za ogrodzeniem stał jakiś mężczyzna.
Długi szary płaszcz. Ręce schowane w kieszeniach.
Patrzył prosto na niego.
— Tato… jakiś pan patrzy na nasz dom.
Jack natychmiast podniósł się z krzesła i podszedł do okna.
Mężczyzna nadal tam stał.
Przez krótką chwilę obaj patrzyli na siebie w milczeniu.
Jack bez słowa ruszył do drzwi i wyszedł przed dom.
Ale kiedy znalazł się na ulicy, mężczyzny już nie było.
Rozejrzał się szybko.
Pusto.
Natan siedział na tylnym siedzeniu samochodu, obserwując przesuwający się za szybą widok.
Jack prowadził jedną ręką, drugą trzymając telefon przy uchu.
— Pamiętaj, od dzisiejszej prezentacji wszystko zależy. Jeśli to wypali…
Samochód powoli zatrzymał się przed szkołą.
Jack westchnął cicho i schował telefon.
— Po szkole przyjedzie po ciebie matka.
Natan skinął głową i sięgnął do klamki.
Przez chwilę Jack patrzył, jak syn otwiera drzwi.
— Pamiętaj… kocham cię.
Natan uśmiechnął się lekko.
— Ja ciebie też, tato.
Zamknął drzwi i ruszył w stronę szkoły.
Na szkolnym korytarzu panował gwar. Uczniowie mijali się w pośpiechu, rozmawiając i śmiejąc się głośno.
Natan stał przy swojej szafce, kiedy nagle poczuł mocne uderzenie w ramię.
Odwrócił się gwałtownie.
Grupka starszych chłopaków minęła go ze śmiechem.
— Uważaj, magiku! — rzucił jeden z nich.
Natan zmarszczył brwi, ale nic nie odpowiedział.
Po chwili podszedł do niego kolega z klasy.
— Ej… zobacz.
Sięgnął do jego pleców i odkleił przyczepioną kartkę.
Natan spojrzał na napis.
„KOPNIJ MNIE”.
Westchnął cicho.
— Dzięki, stary.
— Nie przejmuj się tymi idiotami.
Chłopcy ruszyli w stronę klasy.
Kiedy szli korytarzem, Natan nagle zauważył coś kątem oka.
Cień.
Znajomą sylwetkę, która szybko zniknęła za rogiem.
Natan zatrzymał się gwałtownie.
— Ej, co jest? — rzucił kolega, ale Natan już ruszył biegiem.
Skręcił za róg i niemal od razu wpadł na kogoś.
— Powoli, panie Cole.
Natan podniósł wzrok.
Dyrektor.
— Przepraszam, panie dyrektorze. Myślałem…
— Co myślałeś? — zapytał spokojnie.
Natan zawahał się.
— Już nic.
Dyrektor patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym odszedł dalej korytarzem.
Po sekundzie obok Natana pojawił się kolega.
— Co się stało? Pobiegłeś, jakbyś ducha zobaczył.
Natan spojrzał na pusty róg korytarza.
— Nic… chyba coś mi się przewidziało.
Natan jeszcze przez chwilę patrzył w pusty korytarz.
Gdzieś w oddali trzasnęły drzwi od sali. Kilku uczniów przebiegło obok nich ze śmiechem.
— Stary, serio wyglądasz blado — mruknął kolega. — Chodź, bo spóźnimy się na matmę.
Natan oderwał wzrok od rogu korytarza i powoli skinął głową.
— Tak… już idę.
Ruszyli dalej.
W klasie panował zwykły chaos. Ktoś rzucał papierową kulką, ktoś inny kłócił się o miejsce przy oknie.
Natan usiadł w swojej ławce pod ścianą i odruchowo sięgnął do plecaka.
Wyciągnął talię kart.
— Ty znowu z tym? — zaśmiał się John, siadając obok.
Natan wzruszył ramionami.
— Muszę ćwiczyć.
Zręcznie przesunął karty między palcami. Jedna z nich zniknęła mu w dłoni.
John zmrużył oczy.
— Jak ty to robisz?
Na twarzy Natana pierwszy raz od dłuższego czasu pojawił się lekki uśmiech.
— Magik nigdy nie zdradza swoich sekretów.
— Panie Cole?
Głos nauczycielki wyrwał go z zamyślenia.
— Może zechce pan w końcu schować te karty i zacząć uważać?
Natan szybko wsunął talię do plecaka.
— Przepraszam.
Na przerwie chłopcy siedzieli pod ścianą na korytarzu.
Natan bawił się kartami, próbując kolejnej sztuczki.
— Wiesz… chyba założę własny kanał na YouTube.
John spojrzał na niego z rozbawieniem.
— I co będziesz tam pokazywał?
Natan nawet nie podniósł wzroku znad kart.
— A jak myślisz, geniuszu?
John nagle szturchnął Natana łokciem.
— Hej. Uwaga na dziewiątej.
Natan spojrzał w lewo.
W ich stronę szła Shara razem z dwiema koleżankami. Przyciskała książki do piersi i szła z lekko spuszczoną głową, jakby bała się spojrzeć w jego kierunku.
Jej koleżanki coś szeptały jej do ucha, co chwilę wybuchając śmiechem.
— Stary, kiedyś będziesz musiał się w końcu odważyć i zagadać — mruknął John.
Ale Natan chyba nawet go nie słyszał.
Patrzył tylko na Sharę.
Po skończonych lekcjach Natan szedł korytarzem w stronę wyjścia.
Przy drzwiach stała grupka starszych chłopaków.
Kiedy się zbliżył, najwyższy z nich odezwał się z drwiącym uśmiechem:
— Hej, magik. Pokaż nam jakąś sztuczkę.
Natan tylko spojrzał na niego przelotnie i ruszył dalej.
— Młody, mówię do ciebie.
Natan zatrzymał się, ale się nie odwrócił.
— Nie odwracaj się, kiedy do ciebie mówię.
Chłopak zacisnął dłonie.
Już miał się odwrócić, kiedy z zewnątrz rozległ się klakson samochodu.
Przed szkołą stał samochód jego matki.
Natan spojrzał przez ramię.
— Nie dziś, Dany. Nie dziś.
Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę auta.
Dany patrzył za nim przez chwilę, po czym krzyknął:
— Uratowany przez mamusię! Dziś masz szczęście!
Wieczorem Natan siedział w swoim pokoju przed komputerem.
Migające światło monitora odbijało się w okularach stojącej obok figurki magika.
Nagle z dołu dobiegły podniesione głosy rodziców.
Natan zdjął słuchawki.
Przez chwilę siedział nieruchomo, nasłuchując.
Po cichu wyszedł z pokoju i usiadł na schodach.
— Haruję cały dzień, żeby utrzymać ten dom! — krzyknął Jack. — Mam chyba prawo odpocząć!
— A ja to niby co?! Twoja służąca?! — odpowiedziała matka Natana. — Też pracuję! Oprócz tego muszę jeszcze obsługiwać jaśnie pana!
Natan zacisnął dłonie na poręczy.
Nagle poderwał się z miejsca.
— Przestańcie już!
Rodzice momentalnie umilkli.
Natan wbiegł po schodach i zatrzasnął za sobą drzwi pokoju.
Usiadł ciężko na łóżku.
Po chwili usłyszał ciche pukanie.
— Natan… skarbie, mogę wejść?
Przez chwilę nie odpowiadał.
Siedział na łóżku ze spuszczoną głową, wpatrując się w talię kart leżącą obok komputera.
Drzwi uchyliły się powoli.
Matka weszła do środka ostrożnie, jakby bała się, że każde głośniejsze słowo znowu coś zniszczy.
— Przepraszam, że musiałeś tego słuchać — powiedziała cicho.
Natan wzruszył ramionami.
— Przyzwyczaiłem się.
Kobieta lekko zacisnęła usta.
To zabolało bardziej, niż chciała pokazać.
Usiadła obok niego na łóżku.
Przez chwilę oboje milczeli.
Z dołu nadal było słychać cicho grający telewizor.
— Wiesz… — zaczęła w końcu. — Dorośli czasem też nie wiedzą, co robią.
Natan prychnął cicho.
— To trochę słabe jak na dorosłych.
Matka uśmiechnęła się smutno.
— Tak. Masz rację.
Spojrzała na porozrzucane karty.
— I jak tam przyszły wielki magik z YouTube’a?
Na twarzy Natana pojawił się ledwo widoczny uśmiech.
— John mówi, że powinienem w końcu nagrać pierwszy film.
— A ty co o tym myślisz?
Chłopak przez chwilę obracał kartę między palcami.
— Chyba się boję, że wszyscy będą się śmiać.
Matka delikatnie stuknęła go palcem w czoło.
— Natan… ludzie zawsze będą się z czegoś śmiać. To jeszcze nie znaczy, że masz przestać robić to, co kochasz.
Chłopak spojrzał na nią.
I właśnie wtedy zadzwonił jej telefon.
Westchnęła ciężko i wyciągnęła go z kieszeni.
Uśmiech momentalnie zniknął jej z twarzy.
— Muszę odebrać.
Wstała z łóżka i zatrzymała się przy drzwiach.
— Dobranoc, skarbie.
— Dobranoc.
Drzwi zamknęły się cicho.
Natan siedział jeszcze chwilę nieruchomo.
Potem spojrzał na ekran komputera.
Na otwartej karcie YouTube’a migał pusty formularz: „Nazwa kanału”.
Natan siedział jeszcze chwilę wpatrzony w ekran monitora.
Migający napis „Nazwa kanału” odbijał się słabo w jego oczach.
Nagle jakiś trzask wyrwał go z zamyślenia.
Podskoczył lekko.
Okno otworzyło się z hukiem pod naporem silnego podmuchu wiatru.
Firanka uniosła się gwałtownie.
Natan natychmiast podszedł do okna.
I wtedy go zobaczył.
Po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna w długim szarym płaszczu.
Było zbyt ciemno, żeby dostrzec jego twarz.
Stał nieruchomo.
Patrzył prosto na niego.
Natan poczuł dziwny ciężar w żołądku.
Po chwili mężczyzna powoli się odwrócił i odszedł w stronę ciemności.
Kilka sekund później nie było po nim śladu.
Poranne światło wpadało przez okno kuchni.
Duży telewizor wiszący na ścianie cicho mruczał wiadomościami. Prezenter mówił coś o kolejnych problemach z serwerami i awarii sieci w kilku stanach.
Natan siedział przy stole z talią kart rozłożoną przed sobą.
Jack stał przy ekspresie do kawy, zaspany i jeszcze w koszuli od garnituru.
— Tato… teraz patrz uważnie.
Jack westchnął ciężko.
— Synu, jeśli znowu zniknie mi moneta, to będę zmuszony zadzwonić na policję.
Natan przewrócił oczami.
— Nie psuj klimatu.
Jack usiadł przy stole, upijając łyk kawy.
Natan przesunął dłonią nad kubkiem.
Karta zniknęła.
Po chwili wypadła Jackowi zza rękawa koszuli.
Mężczyzna spojrzał na kartę, potem na syna.
Przez moment naprawdę wyglądał na zaskoczonego.
— Okej… tego jeszcze nie widziałem.
Na twarzy Natana pojawił się szeroki uśmiech.
— Mówiłem ci, że ćwiczyłem.
Jack pokiwał głową z lekkim uznaniem.
— Powinieneś to nagrać.
Natan zmarszczył brwi.
— Co?
— No wrzucić do internetu. Ludzie oglądają teraz wszystko.
Natan spojrzał w stronę laptopa stojącego na blacie.
— Myślisz?
— Jeśli połowa internetu ogląda faceta przebranego za banana grającego na ukulele… to ty masz spore szanse.
Natan parsknął śmiechem.
W tym momencie obraz w telewizorze nagle zadrżał.
Na ekranie pojawiły się zakłócenia.
Jack spojrzał w stronę telewizora.
— Znowu coś się psuje.
Obraz wrócił po kilku sekundach.
Prezenter mówił dalej, jakby nic się nie stało.
Ale Natan nadal patrzył na ekran.
Jakby przez ułamek sekundy zobaczył tam coś jeszcze.
W tym momencie do kuchni weszła matka Natana.
Jedną ręką opierała się o framugę drzwi, drugą poprawiała but na stopie. Telefon przyciskała ramieniem do ucha.
— Zaraz wychodzę… niech Clara będzie już gotowa.
Przechodząc przez kuchnię, rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Natana.
— Dobrze, oddzwonię po drodze.
Odłożyła telefon na blat i szybko poprawiła włosy, przeglądając się w ciemnym ekranie telewizora.
— Jack, dziś też będziesz musiał zawieźć Natana do szkoły. I tak już jestem spóźniona.
Jack westchnął cicho, ale nic nie odpowiedział.
Kobieta podeszła do Natana i pocałowała go w czubek głowy.
— Śniadanie do szkoły masz w lodówce, skarbie.
Natan skinął głową.
— Okej.
— Miłego dnia.
Po chwili zniknęła za drzwiami.
W domu zrobiło się nagle dużo ciszej.
Jack spojrzał na syna, po czym położył monetę na stole.
Następnie wstał i podszedł do Natana.
— No dobra, młody. Ostatnia sztuczka przed szkołą.
Pstryknął palcami przed jego twarzą.
A potem spokojnym ruchem wyjął monetę zza ucha Natana.
Dokładnie tę samą, którą chwilę wcześniej położył na stole.
Natan momentalnie otworzył szeroko oczy.
— Tato… ale jak?!
Jack tylko uśmiechnął się pod nosem.
— Trzeba było uważać.
Odwrócił się i ruszył w stronę przedpokoju.
— Chodź, Houdini, bo się spóźnimy.
Natan zerwał się z krzesła.
— Tato! Naucz mnie tego!
Jack zaśmiał się cicho.
— Magik nigdy nie zdradza swoich sekretów.
Natan szedł szkolnym korytarzem razem z Johnem.
Wokół panował gwar. Uczniowie mijali się, śmiejąc się i rozmawiając głośno między sobą.
— Założyłem konto na YouTubie — powiedział Natan, poprawiając plecak. — Dziś wrzucę pierwszy filmik.
— No w końcu, stary. — John uśmiechnął się szeroko. — I jak nazwiesz kanał?
Natan już miał odpowiedzieć, kiedy nagle zatrzymał się w pół kroku.
Przy jednej z szafek stała Shara.
John spojrzał na niego z rozbawieniem.
— Ooo… twój ruch.
Lekko szturchnął go ramieniem.
— Kiedyś musisz się odważyć.
Natan przełknął ślinę.
Powoli ruszył w stronę dziewczyny.
Stała odwrócona do niego plecami, poprawiając książki w szafce.
— Cześć…
Głos lekko mu zadrżał.
Shara odwróciła się powoli.
— Cześć.
Natan otworzył usta, ale nagle kompletnie zabrakło mu słów.
— shara … ja…
Dziewczynka zmarszczyła lekko brwi.
— Znamy się?
Natan momentalnie poczuł, jak robi mu się gorąco.
I wtedy z końca korytarza rozległ się głośny krzyk:
— Hej, Harry Potter!
Natan odwrócił głowę.
Na drugim końcu korytarza stał Dany z grupką starszych chłopaków.
— Tym razem nikt cię nie uratuje!
Dany ruszył powoli przez korytarz, a jego koledzy od razu rozstąpili się ze śmiechem.
— Co jest, Harry Potter? — rzucił. — Dziewczyny cię stresują?
Kilku uczniów zachichotało.
Natan spuścił wzrok.
— Odczep się.
Dany podszedł bliżej.
— Ooo… mamy odwagę.
Lekko szturchnął Natana w ramię.
— Pokaż jakąś sztuczkę.
Natan próbował go ominąć, ale Dany zastąpił mu drogę.
— Powiedziałem coś śmiesznego?
Korytarz powoli cichł. Kilka osób zatrzymało się, obserwując sytuację.
Natan poczuł narastający ucisk w żołądku.
— Daj mi spokój.
Dany chwycił talię kart wystającą z kieszeni jego bluzy.
— Co to? Magiczne zaklęcia?
Szarpnął mocniej.
Karty rozsypały się po całym korytarzu.
Kilka osób wybuchło śmiechem.
Natan momentalnie rzucił się, żeby je pozbierać.
Dany parsknął.
— Patrzcie, magikowi sztuczka nie wyszła.
I wtedy stało się coś głupiego.
Natan poderwał się gwałtownie do góry.
Niechcący uderzył Dany’ego barkiem prosto w klatkę piersiową.
Chłopak cofnął się o krok.
A potem poślizgnął się na rozsypanych kartach.
Runął na plecy dokładnie na środku korytarza.
Przez sekundę zapadła cisza.
A potem ktoś wybuchnął śmiechem.
Dany momentalnie zrobił się czerwony ze wściekłości.
— Ty mały…
Natan nawet nie czekał.
Odwrócił się i pobiegł w stronę wyjścia ze szkoły.
Natan wybiegł ze szkoły, co chwilę oglądając się za siebie.
Kilka metrów dalej pędził za nim Dany razem z grupką starszych chłopaków.
— Wracaj tutaj! — krzyknął Dany. — I tak cię dorwiemy!
Natan przyspieszył.
Serce waliło mu jak oszalałe.
W pewnym momencie skręcił gwałtownie w wąską ścieżkę prowadzącą do lasu.
Gałęzie uderzały go po ramionach.
Nagle ktoś chwycił go mocno za barki.
Natan szarpnął się gwałtownie.
Przed nim stał mężczyzna w szarym płaszczu.
Ten sam, którego wcześniej widział pod domem.
Mężczyzna był roztrzęsiony.
Oddychał ciężko, jakby przebiegł wiele kilometrów.
Jego dłonie drżały.
— Niech mnie pan puści! — krzyknął Natan, próbując wyrwać się z uścisku.
Mężczyzna patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Jakby widział ducha.
Jego usta drgnęły.
— Natan…
Głos kompletnie mu się załamał.
— Proszę…
Uścisk nagle osłabł.
Natan wyrwał się i cofnął o krok.
Przez krótką chwilę patrzył na mężczyznę, kompletnie zdezorientowany.
I wtedy zza drzew dobiegły śmiechy chłopaków.
— Tam pobiegł!
Natan odwrócił się i natychmiast rzucił biegiem przed siebie.
Las stawał się coraz gęstszy.
Słyszał za sobą trzask łamanych gałęzi i odległe krzyki.
Powoli brakowało mu sił.
Oddech palił go w płucach.
Nagle jego noga zahaczyła o wystający konar.
Runął do przodu.
Uderzył głową o kamień.
Wszystko momentalnie ucichło.
Ciemność.
Natan powoli otworzył oczy.
Głowa pulsowała mu bólem.
Przez chwilę leżał nieruchomo, patrząc w korony drzew poruszane lekkim wiatrem.
Potem jęknął cicho i uniósł się na łokciach.
Dotknął dłonią czoła.
Syknął z bólu.
Kiedy odsunął rękę, na palcach zobaczył krew.
Rozejrzał się nerwowo dookoła.
Las był cichy.
Za cichy.
Nie słyszał już śmiechów Dany’ego ani trzasku łamanych gałęzi.
Jakby wszyscy nagle zniknęli.
Natan powoli wstał, lekko chwiejąc się na nogach.
Spojrzał na zegarek.
Było jeszcze wcześnie.
Ojciec pewnie nadal był w pracy.
„Dobra… po prostu wrócę do domu pieszo” — pomyślał.
Otrzepał bluzę i ruszył przed siebie między drzewami.
Natan założył kaptur na głowę.
Wiatr zrobił się chłodniejszy.
Po chwili wyjął z kieszeni telefon.
„Może zadzwonię do taty, żeby po mnie przyjechał” — pomyślał.
Odblokował ekran i już miał wybrać numer, kiedy zauważył ikonę braku zasięgu.
Zmarszczył brwi.
— Super… pewnie przez ten las.
Schował telefon z powrotem do kieszeni.
Kiedy wyszedł na ulicę, rozejrzał się dookoła.
Było dziwnie cicho.
Prawie żadnych ludzi.
Żadnych rowerów.
Żadnych dzieci.
Ale specjalnie się tym nie przejął.
Po prostu ruszył przed siebie.
Po chwili minął go samochód.
Stary model.
Natan spojrzał za nim z lekkim zdziwieniem.
— Nieźle utrzymany jak na taki zabytek…
Auto zwolniło na moment.
Kierowca przyglądał mu się przez kilka sekund, jakby coś go zaniepokoiło.
Potem odjechał dalej.
Natan wyjął z kieszeni małe etui ze słuchawkami.
Włożył je do uszu i włączył muzykę w telefonie.
Znajomy dźwięk momentalnie odciął go od dziwnej ciszy ulicy.
Kiedy mijał szkołę, zwolnił na chwilę.
Spojrzał w stronę boiska.
Było dziwnie cicho.
— Pewnie wszyscy siedzą jeszcze na lekcjach — pomyślał.
Ale coś innego przykuło jego uwagę.
Teren szkoły wyglądał… inaczej.
Czyściej.
Prawie nienaturalnie czysto.
Nie było graffiti na murze od strony parkingu.
Kosze nie były przewrócone.
Nawet ławki wyglądały jak nowe.
Natan zmarszczył brwi.
I wtedy zauważył drzewo rosnące przy ogrodzeniu.
Zatrzymał się.
— Dziwne…
Drzewo wyglądało jakby było mniejsze.
Jakby kilka lat młodsze.
Natan patrzył na nie jeszcze przez chwilę.
Potem pokręcił głową i ruszył dalej.
— Chyba naprawdę mocno uderzyłem się w głowę…
Natan poprawił kaptur i wsunął dłonie głębiej do kieszeni bluzy.
W słuchawkach cicho grała muzyka.
Minął ostatnie drzewa i zrobił krok do przodu.
But nagle zapadł się w popękany asfalt porośnięty chwastami.
Natan zmarszczył brwi.
Ścieżka rowerowa powinna być tutaj nowa.
Podniósł wzrok.
I wtedy poczuł, jak coś ściska go w żołądku.
Po drugiej stronie ulicy nie było supermarketu ze szklaną elewacją. Zamiast niego stał niski, wyblakły budynek z ogromnym czerwonym napisem:
KMART.
Parking wyglądał jak scena ze starego filmu. Same wielkie, kanciaste samochody. Chrom. Dziwne kolory. Drewniane panele na bokach niektórych aut.
Natan wyjął telefon.
Brak zasięgu.
Ani jednej kreski.
— Co jest…?
W tym samym momencie obok przejechał stary pickup.
Silnik ryknął tak głośno, że Natan aż drgnął. Z rury wydechowej buchnął gryzący dym.
Muzyka w słuchawkach nagle zaczęła przerywać.
Trzask.
Pisk.
Cisza.
Natan wyjął jedną słuchawkę z ucha.
Dopiero wtedy usłyszał miasto.
Nie było szumu nowoczesnych samochodów ani odległego huku autostrady. Tylko ciężkie silniki, klaksony i muzyka lecąca gdzieś z ulicy.
Spojrzał w bok.
Trzech chłopaków siedziało na rowerach przy chodniku. Jeden trzymał na ramieniu wielki srebrny magnetofon.
Patrzyli prosto na niego.
A dokładniej — na jego buty.
Jakby nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli.
Natan odwrócił się na pięcie. Zignorował gapiących się chłopaków. Zaczął biec.
Serce waliło mu jak oszalałe, a pot spływał po plecach. Wszystko wokół było obce, ale drogę do domu znał na pamięć. Skręcił w swoją ulicę. Dom stał na swoim miejscu, ale wyglądał... inaczej. Płot był świeżo pomalowany, a na trawniku nie było starych, wielkich drzew, które pamiętał. Za to na podjeździe stał lśniący, czerwony sedan.
Wpadł na ganek. Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy.
Ręce mu się trzęsły. Wcisnął klucz do zamka.
Nie pasował.
Spróbował mocniej. Zamek nawet nie drgnął. Klucz był za szeroki, zupełnie nowoczesny.
— No dalej, otwórz się... — syknął, szarpiąc za klamkę.
W tym momencie zamek szczęknął od środka. Drzwi uchyliły się powoli.
Natan odetchnął z ulgą.
— Mamo, nie uwierzysz, co się dzieje na mieście, telefon mi... — zaczął gwałtownie, wpychając się do środka.
Słowa uwięzły mu w gardle.
W drzwiach nie stała jego mama. A przynajmniej nie ta, którą widział rano.
Dziewczyna przed nim miała może z szesnaście lat. Była szczupła, miała na sobie wielką, dżinsową koszulę z podwiniętymi rękawami i getry w neonowym kolorze. Jej włosy były nienaturalnie puszyste, uniesione u nasady i mocno polakierowane.
Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Zatrzymała spojrzenie na jego bluzie, a potem na telefonie, który wciąż ściskał w ręce.
— Kim jesteś? — zapytała, żując gumę. — Czego chcesz?
Natan cofnął się o krok. Głos miała identyczny. Oczy też. Te same zielone tęczówki, którymi patrzyła na niego dzisiaj rano, kiedy mówiła ze sniadanie jest w lodówce Ale jej twarz nie miała ani jednej zmarszczki. Wyglądała jak z nastoletnich zdjęć, które widział w starym albumie babci.
— Mamo...? — wykrztusił, a jego głos nagle załamał się jak u małego dziecka. — Mamo, co ci się stało? Twój... twój wygląd?
Dziewczyna zmrużyła oczy. Parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała, widząc jego przerażoną twarz.
— Słuchaj… nie wiem, kim jesteś, ale chyba pomyliłeś domy.
Natan tylko patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
Dziewczyna przestała się uśmiechać.
— Ej… wszystko z tobą okej?
— To… niemożliwe…
Cofnął się powoli.
— Mamo…
— Przestań tak do mnie mówić.
Pierwszy raz zabrzmiała naprawdę nerwowo.
— Jeśli sobie ze mnie jaja robicie, to niezbyt śmieszne.
I wtedy drzwi domu obok otworzyły się z trzaskiem.
Dziewczyna odruchowo spojrzała przez ramię.
— Dobra, idź już stąd.
W tym momencie Natan usłyszał za plecami warkot słabego silnika.
Odwrócił się.
Na podjazd zajechał mały, kanciasty skuter. Kierowca zgasił silnik i zdjął z głowy wielki, plastikowy kask.
Natanowi ugięły się nogi. To był jego ojciec.
Ale nie ten facet z lekkim brzuszkiem i zakolami, który w weekendy oglądał mecze w telewizji. Ten chłopak miał może siedemnaście lat, szczupłą sylwetkę i niesamowicie bujną, ciemną czuprynę, która lekko opadała mu na czoło. Miał na sobie dżinsową kamizelkę narzuconą na t-shirt z logo jakiegoś starego zespołu rockowego.
Młody ojciec spojrzał na gank, mrużąc oczy od słońca.
— Hej, Beti! — zawołał do dziewczyny w drzwiach. — Pomóc ci w czymś? Co on od ciebie chce?
Natan otworzył usta, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Gardło miał całkowicie zaciśnięte. Patrzył to na nastoletnią matkę, to na nastoletniego ojca. Jego mózg odmawiał posłuszeństwa.
Beti spojrzała jeszcze raz na chłopca. W jej oczach nie było już złości, raczej lekkie współczucie. Wyglądał na totalnie zagubionego.
— Słuchaj... jeśli się zgubiłeś, mogę zadzwonić do twoich rodziców — zaproponowała łagodniej.
Natan powoli pokręcił głową. Nie odrywał wzroku od chłopaka przy skuterze.
— Nikogo nie ma w domu... — wykrztusił ledwo słyszalnie.
Dziewczyna westchnęła i zerknęła na zegarek — wielki, plastikowy, z elektronicznym wyświetlaczem.
— Słuchaj, naprawdę musimy już lecieć — powiedziała ciszej. — Wszystko okej?
Natan nie odpowiedział.
Patrzył tylko na chłopaka stojącego przy skuterze.
Na swojego ojca.
Młody Jack zmarszczył lekko brwi.
— Stary, dobrze się czujesz?
Natan poczuł nagle, że brakuje mu powietrza.
Cofnął się o krok.
Potem jeszcze jeden.
I nagle odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.
Beti stała na ganku, odprowadzając Natana wzrokiem. Chłopak oddalał się szybko, niemal potykając się o własne nogi.
Zeszła ze stopni i podeszła do skutera.
— Dziwny chłopak. Ciekawe, czego tak naprawdę chciał… — powiedziała, wsiadając na siedzenie za Jackiem.
Młody Jack poprawił kask i machnął ręką.
— Daj sobie spokój. To jakiś głupek. Albo uciekł z psychiatryka w sąsiednim hrabstwie.
Beti objęła go w pasie, ale wciąż patrzyła w stronę, w którą poszedł Natan.
— Może… Ale musisz przyznać, że jest w nim coś… dziwnego. Jakby skądś go znała. Te oczy.
Jack nie odpowiedział. Kopnął starter. Silnik skutera pyrknął głośno, wypluwając kolejną chmurę spalin.
Ruszyli.
Po chwili przemknęli tuż obok Natana. Chłopak szedł chodnikiem, całkowicie zdeorientowany, z jedną bezprzewodową słuchawką wciąż wiszącą w uchu. Nawet się nie odwrócił. Słyszał tylko, jak piskliwy dźwięk silnika skutera powoli cichnie na końcu ulicy.
Został sam.
Natan szedł przed siebie, zupełnie nie wiedząc, dokąd zmierza.
Nogi miał jak z waty. Obrazy nastoletnich rodziców wciąż wirowały mu pod powiekami.
Mijał kolejne domy. Wszystkie wyglądały zbyt czysto, zbyt nowo. Z trawników dobiegał warkot starych kosierek, a z otwartych okien sączyła się głośna, nieznana mu muzyka.
W końcu dotarł do obrzeży małego centrum.
Nagle jego wzrok przykuło coś jaskrawego. Przy głównej drodze, rozpięty między dwoma słupami telefonicznymi, wisiał ogromny, płócienny baner. Litery były wielkie, czerwone, namalowane grubym pędzlem.
Natan zatrzymał się. Przeczytał napis raz. Potem drugi.
W TĘ SOBOTĘ, 23 CZERWCA 1986 ROKU, ODBĘDZIE SIĘ COROCZNY FESTYN PARAFIALNY! ZAPRASZAMY OD GODZINY 12:00!
Chłopak poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. W uszach zaczęło mu szumieć, głośniej niż zepsuty sygnał w słuchawkach.
To nie mogła być prawda. Przecież jeszcze godzinę temu był rok 2016. Słuchał muzyki na telefonie. Chciał zagrać na konsoli.
Spojrzał na baner uważniej. Materiał był idealnie biały, czysty. Farba lśniła w słońcu. To nie był stary, porzucony plakat. Festyn dopiero miał się odbyć. Za kilka dni.
Natan cofnął się o krok. Serce znowu zaczęło mu walić w piersi jak szalone.
— osiemdziesiąt sześć... — szepnął sam do siebie, a jego własny głos wydał mu się obcy. — Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt szósty...
Zdał sobie sprawę, że stoi na samym środku chodnika, a z naprzeciwka idzie starsza pani w ogromnych, okrągłych okularach, pchając przed sobą metalowy wózek na zakupy. Spojrzała na niego z niepokojem.
Natan zrozumiał wszystko. Dom, młodzi rodzice, stare auta, brak zasięgu.
Naprawdę tu był.
Natan zrozumiał wszystko.
Dom.
Rodzice.
Stare samochody.
Brak zasięgu.
To nie był sen.
Nie uderzył się aż tak mocno.
Naprawdę cofnął się w czasie.
Poczuł nagły ucisk w klatce piersiowej.
— Nie… nie, nie…
Oddech momentalnie mu przyspieszył.
Spojrzał jeszcze raz na baner.
Nogi ugięły się pod nim tak mocno, że musiał oprzeć dłoń o słup telefoniczny.
— To niemożliwe…
Starsza kobieta ominęła go szybciej, ściskając mocniej uchwyt wózka.
Natan nawet tego nie zauważył.
Patrzył tylko na datę.
Rok, w którym jego rodzice byli jeszcze dzieciakami.
Natan odepchnął się od słupa.
Zaczął biec.
Zignorował palący ból w płucach i ciężki, gęsty dym z mijających go samochodów. Liczyło się tylko jedno miejsce. Las. To tam wszystko się zaczęło. Tam musiał być klucz do powrotu.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, rzucając na drogę długie, niepokojące cienie. Miasteczko powoli cichło, a niebo przybierało barwę brudnego fioletu.
Wpadł między drzewa.
Ziemia pod jego sneakerami natychmiast ustąpiła, a podeszwy ślizgały się na wilgotnych liściach i mchu. W lesie było znacznie ciemniej niż na ulicy. Gęste korony drzew odcinały resztki dziennego światła.
Natan biegł na oślep, potykając się o wystające korzenie. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miał wspomnienie strachu – uciekał przed tamtymi starszymi chłopakami, serce waliło mu tak samo jak teraz, potknął się…
Jest.
Zatrzymał się gwałtownie, aż zaszurał butami po ściółce. Przed nim leżał ten sam wielki, omszały kamień.
Natan podszedł bliżej, ciężko dysząc. Wyciągnął drżącą dłoń i dotknął chłodnego granitu. Dokładnie w tym miejscu uderzył głową. To tutaj stracił przytomność.
Uklęknął na wilgotnej ziemi. Zamknął oczy.
— No dalej… — szepnął, zaciskając pięści. — Niech to się stanie znowu. Proszę.
Czekał.
Sekundy mijały, zamieniając się w minuty. Wokół panowała głucha cisza, przerywana jedynie dalekim szumem kanciastych aut z miasteczka i krakaniem wron gdzieś wysoko w koronach drzew.
Otworzył oczy. Nic się nie zmieniło. Las wciąż był ciemny, zimny i obcy. Magiczna granica nie chciała się otworzyć. Przejście zniknęło.
Natan usiadł na ziemi, opierając się plecami o kamień. Zrobiło się naprawdę zimno. Bluza z kapturem, która w 2016 roku wystarczała na czerwcowy wieczór, tutaj wydawała się dziwnie cienka.
Zrozumiał, że nie wróci dziś do domu. Nie miał pieniędzy, którymi mógłby zapłacić w tym świecie. Nie miał nikogo. Las, który miał być ratunkiem, stawał się ciemną, groźną pułapką, a noc dopiero się zaczynała.
Opadł z sił. Odwrócił się i oparł plecami o pień grubego dębu.
Osunął się po nim powoli, aż usiadł na zimnej ziemi, podciągając kolana pod brodę.
Wyciągnął z kieszeni telefon.
Ekran rozbłysnął, rzucając blady, niebieski snop światła na jego twarz. Brak usługi.
Natan głośno przełknął ślinę. Drżącym palcem wybrał numer. Przyłożył smartfon do ucha. W słuchawce panowała absolutna, martwa cisza. Nie było nawet sygnału zajętości. Nic.
Mimo to zaczął mówić. Głos mu drżał, a w gardle czuł wielką kulę.
— Mamo…? — wyszeptał do głuchego urządzenia. — Mamo, proszę, przyjedź po mnie. Ja… ja się boję. Nie rozumiem, co się dzieje. Zabierz mnie stąd, proszę…
Wpatrywał się w czarny ekran, który po chwili zgasł. Nikt nie odpowiedział. Nikt nie miał przyjść.
Nacisnął przycisk boczny, odblokował telefon i wszedł w galerię. Przewijał palcem kolejne foldery, aż znalazł zdjęcia z ostatnich wakacji. 2015 rok. Disneyland.
Na ekranie pojawiła się jego mama. Miała zmarszczki wokół oczu, krótkie włosy i ten swój ciepły, zmęczony uśmiech, który Natan tak dobrze znał. Obok niej stał tata. Z lekkim brzuszkiem, w okularach przeciwsłonecznych, trzymając rękę na ramieniu Natana. Wyglądali normalnie. Wyglądali bezpiecznie.
Obraz przed oczami chłopaka nagle zaczął się mazać.
Poczuł, jak gorące łzy spływają mu po policzkach. Gwałtownym ruchem ręki przetarł oczy, wycierając wilgoć w rękaw bluzy. Ale łzy płynęły dalej, kapiąc prosto na szklany, zimny ekran telefonu, na którym uśmiechali się ludzie, którzy w tym świecie jeszcze nawet nie wiedzieli o jego istnieniu
Trzask.
Natan momentalnie podniósł głowę.
Gdzieś za nim pękła gałąź.
Zamarł.
Przez kilka sekund słyszał tylko własny oddech i szum liści poruszanych wiatrem.
Potem zerwał się na nogi.
Chłopak natychmiast schował telefon do kieszeni i zerwał się na równe nogi. Nie oglądał się za siebie. Ruszył pędem przed siebie, przedzierając się przez gęste zarośla. Liście smagały go po twarzy, a serce znów podeszło mu do gardła.
Wypadł z lasu prosto na pobocze drogi.
Nad miasteczkiem powoli zaczynała zapadać noc. Latarnie uliczne rozbłysły słabym, żółtym światłem, zupełnie innym niż jasne, ledowe lampy z jego czasów. W większości domów paliły się już telewizory.
Ulice opustoszały, jakby całe miasteczko schowało się na noc przed ekranami.
Natan zwolnił do szybkiego marszu, ciężko dysząc. Zimne powietrze paliło go w płucach. Gdzie miał się podziać? Przecież nie mógł spać na chodniku.
I wtedy go olśniło. Szopa.
Przypomniał sobie podwórko swoich rodziców. Na samym końcu ogrodu, tuż przy ogrodzeniu, stała stara szopa z narzędziami ogrodniczymi. W 2016 roku była już zardzewiała i zawalona gratami, ale ojciec nigdy jej nie rozebrał. Skoro dom stał na swoim miejscu, szopa też tam była. To mogło być idealne, bezpieczne miejsce na nocleg. Znał układ ogrodu na pamięć.
Skradał się tyłami domów, trzymając się cienia rzucanego przez drewniane płoty. Wokół panował spokój, zakłócany jedynie przez cykanie świerszczy i cichy szum wieczornych programów telewizyjnych uciekający przez otwarte okna sąsiadów.
W końcu dotarł na zaplecze swojej posesji.
Przeskoczył przez niski, drewniany płotek – w tych czasach nie było tu jeszcze grubych, metalowych siatek. Przykucnął w gęstej trawie. Przed nim, w mroku ogrodu, rysował się wyraźny kształt małego, drewnianego domku. Szopa stała dokładnie tam, gdzie myślał. Wyglądała o wiele nowiej niż w jego czasach, a z dachu nie odpadał jeszcze gont.
Natan rozejrzał się gwałtownie wokół. W oknach domu na piętrze paliło się światło. Zrobił głęboki wdech, podbiegł do szopy i położył dłoń na metalowej skobli drzwi
Natan wślizgnął się do środka i cicho przymknął za sobą drzwi. W szopie panowała egipska ciemność.
Wyciągnął telefon i włączył latarkę. Jasny snop światła przeciął mrok. Chłopak rozejrzał się i zmarszczył brwi. Zdziwił się, jak mało rzeczy było w środku. Pamiętał, że w jego czasach ojciec zawalił szopę starymi gratami tak, że nie dało się nawet postawić stopy. Teraz było tu zaskakująco czysto.
Pod ścianą stała lśniąca, czerwona kosiarka. Obok opierano grabie, a na małej półce stało kilka puszek z olejami silnikowymi. Na podłodze leżała sterta starych szmat i zakurzony, gruby koc.
Natan podszedł bliżej i zaczął przerzucać szmaty, żeby ułożyć sobie legowisko. Nagle jego dłoń natrafiła na coś papierowego. Odsunął materiał.
Pod spodem leżał stary komiks z Batmanem. Okładka była kolorowa, lekko zagięta na rogach. Natan nigdy nie widział tego numeru. Wyglądał na zupełnie nowy.
Usiadł na ziemi, owinął się kocem i oparł o ścianę. Świecąc sobie latarką z telefonu, zaczął powoli przeglądać kolejne strony. Słowa i rysunki powoli mazały mu się przed oczami. Zmęczenie po całym dniu pełnym szoku w końcu wygrało. Telefon wygasł, a Natan zasnął z komiksem na piersi.
Rano ze snu wyrwał go nagły, głośny dźwięk.
Ktoś szarpał za klamkę.
Natan otworzył gwałtownie oczy. Serce natychmiast skoczyło mu do gardła. Przez szpary w drewnianych deskach do środka wpadały już jasne promienie porannego słońca. Komiks zsunął się na ziemię.
Zamek ustąpił. Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
W progu stanął wysoki, postawny mężczyzna w roboczych ogrodniczkach i flanelowej koszuli. W ręku trzymał kluczyki. Spojrzenia Natana i mężczyzny spotkały się na ułamek sekundy. Nieznajomy zamarł z otwartymi ustami, kompletnie zszokowany widokiem obcego nastolatka w swojej szopie.
Natan nie czekał na pytania. Zadziałał czysty instynkt przetrwania.
Zerwał się z miejsca jak oparzony.
Mężczyzna dopiero otwierał usta, kiedy chłopak rzucił się do wyjścia. Schylił głowę, przemknął pod jego ramieniem i wybiegł na zewnątrz.
— Hej! — krzyknął tamten.
Ale Natan już pędził przez ogród.
Natan szedł powoli wzdłuż ulicy.
Nawet się nie rozglądał. Głód i pragnienie stawały się coraz silniejsze, boleśnie zaciskając mu żołądek i wysuszając gardło. Każdy krok ważył tonę.
Zobaczył drewnianą ławkę pod rozłożystym drzewem. Opadł na nią ciężko.
Drżącą dłonią wyciągnął z kieszeni telefon. To była jego jedyna kotwica. Wszedł w galerię i znowu odszukał zdjęcie uśmiechniętych rodziców z Disneylandu.
Wpatrywał się w ich twarze, a do oczu znowu napłynęły mu łzy.
— Gdzie jesteście…? — szepnął ledwo słyszalnie, dotykając palcem szklanego ekranu. — Tak bardzo chcę do domu. Mamo, tato… przepraszam. Pomóżcie mi.
Nagle obraz zniknął.
Na środku ekranu pojawiło się wielkie, czerwone powiadomienie o niskim stanie baterii. Jeden procent. A sekundę później wyświetliło się kręcące kółko i telefon całkowicie zgasł. Czarna, martwa szybka.
Natanowi zamarło serce. Zaczął nerwowo klikać przycisk z boku. Raz, drugi, trzeci.
— Nie… nie, nie rób mi tego! Proszę! — wykrztusił, a w jego głosie pojawiła się czysta panika.
Ekran pozostawał czarny. Telefon nie reagował.
Natan opuścił dłonie między kolana. W tym momencie ostatnia rzecz łącząca go z rokiem 2016 zniknęła. Został mu tylko bezużyteczny kawałek metalu i szkła w kieszeni. Natan siedział nieruchomo.
Ściskał martwy telefon tak mocno, aż pobielały mu knykcie.
Wokół toczyło się zwyczajne życie.
Gdzieś zaszczekał pies. Przejechał samochód. Ktoś kosił trawę kilka domów dalej.
A on siedział pośrodku tego wszystkiego, jakby nagle przestał należeć do świata.
Natan wciąż siedział na ławce, tępo wpatrując się w czarny ekran telefonu.
Nagle ciszę porannego miasteczka przerwał niski, buczący dźwięk syreny. Tylko jeden krótki sygnał.
Chłopak uniósł głowę. Od strony osiedla domków jednorodzinnych nadjeżdżał wielki, kanciasty radiowóz z niebiesko-czerwonym kogutem na dachu. Samochód zwolnił i zatrzymał się tuż przy krawężniku, naprzeciwko ławki.
Serce Natana zabiło mocniej. Pomyślał o mężczyźnie z szopy. O swoim dziadku, który przecież go nie znał. Zgłosił to.
Drzwi radiowozu otworzyły się z głośnym trzaskiem. Wysiadł z niego postawny policjant w ciemnoniebieskim mundurze, z ciężkim pasem, przy którym wisiała drewniana pałka i rewolwer. Na nosie miał lustrzane okulary przeciwsłoneczne, a na głowie sztywną czapkę.
Oficer podszedł niespiesznym krokiem do ławki. Przez chwilę taksaował wzrokiem dziwną, nowoczesną bluzę Natana i jego kosmiczne sneakery.
— Cześć, młody — powiedział basowym, spokojnym głosem, kładąc dłoń na pasie. — Dostaliśmy zgłoszenie o dzieciaku, który włamał się rano do szopy na narzędzia na Maple Street. Rysopis całkiem nieźle pasuje.
Natan wyprostował się, automatycznie wsuwając wyłączony telefon głęboko do kieszeni. Poczuł, jak pot oblepia mu dłonie.
Policjant zdjął okulary. Jego spojrzenie było uważne i surowe. Wyciągnął z kieszeni mały, papierowy notes i długopis.
— Jak się nazywasz i skąd jesteś? — zapytał, patrząc Natanowi prosto w oczy. — Gdzie mieszkasz? Twoi rodzice pewnie odchodzą od zmysłów.
Natan otworzył usta, ale żaden dźwięk nie chciał mu przejść przez gardło. Co miał powiedzieć? Jeśli poda swoje prawdziwe nazwisko, policjant pomyśli, że to żart, albo pojedzie prosto do domu jego „rodziców”, którzy mają teraz 16 lat.
Policjant zmarszczył lekko brwi.
— Synu… wszystko w porządku?
Natan milczał przez dłuższą chwilę. W jego głowie trwała gorączkowa walka. Fałszywe nazwisko? Adres? I tak tego nie sprawdzi. Nie ma internetu. Nie ma komputerów w autach.
Nagle chłopak odruchowo dotknął dłonią czoła. Syknął z bólu. Palce natrafiły na wielkiego, twardego guza i zaschniętą krew. Ślad po uderzeniu o leśny kamień wciąż mocno pulsował.
To była jego szansa.
— Ja... ja nie wiem — wykrztusił Natan, a w jego głosie usłyszał autentyczny strach. — Nie pamiętam.
Policjant uniósł wyżej brwi. Zrobił krok w stronę ławki i pochylił się nad chłopcem.
— Czego nie pamiętasz?
— Nic tego, co było wcześniej — Natan spojrzał na niego, celowo dotykając bolącego miejsca na czole. — Obudziłem się wczoraj w lesie. Uderzyłem się. Nie wiem, jak się nazywam. Nie wiem, skąd jestem... i jestem potwornie głodny.
W brzuchu Natana głośno zaburczało, jakby na potwierdzenie jego słów.
Mundur funkcjonariusza nagle jakby stracił swoją surowość. Policjant schował notes do kieszeni i ściągnął czapkę, przecierając czoło. Spojrzał na zakrwawionego, trzęsącego się 13-latka w dziwnych ubraniach. Zamiast groźnego włamywacza widział przed sobą poturbowane, przerażone dziecko.
— Dobra, spokojnie — powiedział łagodniejszym tonem, kładąc dłoń na ramieniu chłopca. — Wstawaj, mały. Pojedziemy na komisariat. Najpierw wezwiemy lekarza, żeby obejrzał tę głowę, a potem dostaniesz coś do jedzenia. Znajdziemy twoich rodziców, obiecuję.
Natan wstał z ławki. Nogi wciąż mu się trzęsły, ale poczuł lekką ulgę. Policjant otworzył przed nim ciężkie, blaszane drzwi pasażera wielkiego radiowozu. Zapach w środku – mieszanka taniej kawy, tapicerki i starego plastiku – był zupełnie obcy.
Chłopak wsiadł i zatrzasnął drzwi. Kupował sobie trochę czasu, ale wiedział, że na komisariacie zabawa w amnezję dopiero się zacznie.
Natan patrzył przez szybe radiowozu.
Miasteczko przesuwało się przed jego oczami, ale wyglądało zupełnie obco. Drzewa były mniejsze, drogi węższe i pełne dziur. Brakowało nowoczesnych latarni, przeszklonych witryn i równego asfaltu. Wszystko wydawało się prostsze, surowsze i boleśnie stare.
Chłopak czuł gwałtowny ucisk w klatce piersiowej. W jego głowie krążyła tylko jedna, przerażająca myśl. Co teraz będzie? Jak ma się odnaleźć w tym świecie? Nie ma tożsamości, nie ma domu, a jego rodzice sami są jeszcze dzieciakami. Jeśli nikt mu nie uwierzy, trafi do domu dziecka. Zamkną go w jakimś ponurym ośrodku z lat 80. Samotnego. Odciętego od wszystkiego.
Radiowóz zatrzymał się przed niskim budynkiem z betonu. Komisariat.
Policjant zaprowadził Natana do małego, ciasnego pokoju. W środku stało ciężkie, metalowe biurko, stara maszyna do pisania i dwa krzesła obite brązowym skajem. Pachniało tu tytoniem i tanią kawą.
— Poczekaj tu. Zaraz przyniosę ci coś do jedzenia — powiedział policjant, wskazując miejsce przy biurku.
Natan usiadł sztywno. Kiedy drzwi się zamknęły, rozejrzał się po pomieszczeniu.
Na ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia osób zaginionych. Ludzie w dziwnych fryzurach, sfotografowani starymi aparatami. Obok nich, na wielkiej pinezce, wisiała duża, papierowa mapa jego miejscowości.
Chłopak podszedł bliżej. Odszukał wzrokiem las, z którego wyszedł, a potem przesunął palcem w stronę północnych obrzeży.
Zamarł.
Ta mapa zdawała się nie pokazywać ogromnego kawałka miasteczka. Cały ten teren był po prostu pustym, zielonym obszarem oznaczonym jako nieużytek. W czasach Natana stało tam wielkie, nowoczesne osiedle domków jednorodzinnych oraz wielki market z parkingiem, na który co weekend jeździł z mamą.
Tutaj to miejsce po prostu nie istniało. Nie wybudowano go. Przez następne trzydzieści lat nikt jeszcze nie wbił tam pierwszej łopaty.
Natan cofnął się o krok, czując, jak pokój zaczyna lekko wirować. Przyszłość, którą znał, była teraz tylko pustym polem na starej, policyjnej mapie.
Drzwi ustąpiły. Policjant wszedł tyłem, przytrzymując je plecami.
W rękach trzymał metalową tacę, z której unosił się niesamowity zapach. Był tam wielki, tłusty burger zawinięty w papier oraz kubek parującej, gorącej czekolady. Mundurowy powoli podszedł do biurka i postawił tacę na blacie.
Natan spojrzał na jedzenie. Żołądek skręcił mu się z głodu. Natychmiast podszedł do stołu.
Gdy siadał na krześle, z luźnej kieszeni jego bluzy coś się wysunęło. Z głośnym, metalicznym stukotem upadło prosto na podłogę.
Telefon.
Policjant spojrzał na leżące na ziemi urządzenie. Natan zamarł. Spojrzał na policjanta. W pokoju zapadła głucha, lodowata cisza.
Wtedy policjant nachylił się i podniósł telefon. Przez chwilę przewracał go w ręku. Dotykał gładkiego, czarnego szkła i aluminiowych krawędzi. Na jego twarzy malowało się głębokie zdziwienie. W 1986 roku nikt nie produkował takich rzeczy. Wyglądało to zbyt idealnie, zbyt kosmicznie.
— A to co takiego? — spytał w końcu, mrużąc oczy i patrząc na chłopca.
Natan poczuł, jak na plecach występuje mu zimny pot. Gorączkowo szukał w głowie jakiejkolwiek wymówki.
— To... to nowa gra — powiedział łamiącym się głosem.
Wyciągnął dłoń po telefon. Chciał go natychmiast wyrwać z rąk mundurowego.
Policjant jednak cofnął dłoń. Nie dał przez chwilę telefonu Natanowi. Przyglądał się urządzeniu niesamowicie uważnie, szukając jakichś napisów, logotypów czy klapki na baterie paluszki. Nic z tego nie rozmiał. W końcu westchnął cicho i oddał mu zgubę.
Natan szybko wyrwał mu smartfon z dłoni i wbił go głęboko do kieszeni.
— Nowa gra, mówisz? — policjant podrapał się po karku, wciąż podejrzliwie patrząc na kieszeń chłopca. — Jakaś japońska nowość? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Wygląda drogo. Dobra, mniejsza z tym. Jedz, zanim wystygnie.
Natan rzucił się na jedzenie. Gryzł burgera łapczywie, ignorując kapiący sos.
Policjant usiadł naprzeciwko. Przez dłuższą chwilę przyglądał się chłopakowi w ciszy.
— Dzwoniłem w kilka miejsc — odezwał się w końcu mundurowy. — Pytałem w sąsiednich hrabstwach, czy ktoś nie poszukuje dzieciaka.
Zamilkł. Ich spojrzenia spotkały się w połowie drogi.
— Nikt nie zgłaszał zaginięcia — dodał policjant, bębniąc palcami o blat biurka.
Znowu zapadła ciężka pauza. Natan przestał przeżuwać, czując, jak jedzenie staje mu w gardle.
— Zauważyłem dziwny napis na metce z tyłu twojej bluzy — policjant zmrużył oczy, pochylając się do przodu. — Trzy litery. W.W.W. i jakieś słowo. To nazwa firmy?
Natan spojrzał na niego. Przełknął głośno wielki kęs burgera. Musiał wymyślić coś na szybko.
— Tak — wykrztusił, starając się, by jego głos brzmiał naturalnie. — Dostauto... to znaczy, rodzice kupili mi ją za granicą.
Policjant pokiwał powoli głową. Na jego twarzy pojawił się blady, kpiący uśmiech.
— Ciekawe. Nie pamiętasz, jak sam się nazywasz, ani skąd jesteś... a pamiętasz, że rodzice kupili ci bluzę za granicą?
Natan zamarł. Złapał go.
W tym samym momencie ciszę rozdarł głośny, natarczywy dzwonek telefonu stojącego na biurku. Chłopak aż podskoczył na krześle, niemal upuszczając burgera. Przestraszony wbił wzrok w aparat.
Policjant uniósł słuchawkę, nie odrywając oczu od Natana.
— Daniels — rzucił krótko do mikrofonu. Słuchał przez chwilę w milczeniu, po czym jego brwi uniosły się do góry. — Dobrze. Wpuśćcie go.
Odłożył ciężką, czarną słuchawkę na widełki. Popatrzył na przerażonego 13-latka.
Drzwi pokoju otworzyły się powoli.
W progu stanął właściciel szopy – mężczyzna około czterdziestki, wciąż w roboczych ogrodniczkach. Dziadek Natana. W tym świecie był jeszcze młodym, silnym facetem. Wszedł do pokoju i od razu skierował wzrok na chłopca.
Policjant uniósł głowę znad biurka.
— Czy to ten chłopak włamał się do pańskiej szopy? — zapytał Daniels.
Dziadek zbliżył się o krok. Przyglądał się uważnie Natanowi, jakby próbował dostrzec w jego rysach twarzy coś znajomego. Na jego twarzy nie było złości. Tylko ciekawość.
— Co robiłeś w mojej szopie? — spytał. Spokojnie. Zupełnie bez krzyku.
Natan patrzył na niego przerażony. Serce znowu podeszło mu do gardła. Bał się, że jedno złe słowo i wyląduje w areszcie.
— Chciałem tylko… — wykrztusił cicho, kurczowo ściskając papier od burgera. — Nic nie ukradłem. Przysięgam.
Policjant Daniels westchnął, wyciągnął czysty druk i spojrzał na mężczyznę.
— Czy wnosi pan oskarżenie?
Dziadek Natana przez dłuższą chwilę milczał. Patrzył cały czas na chłopca, jakby pogrążył się w myślach. Dopiero po kilku sekundach, jakby budząc się z letargu, odwrócił się do policjanta.
— Nie — powiedział pewnie. — Nie widzę konieczności. Nic nie zginęło.
Daniels uniósł brwi, ale tylko pokiwał głową i odłożył długopis.
— W takim razie podziękuję panu. Resztą sprawy już sami się zajmiemy.
Mężczyzna skinął głową. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Mężczyzna miał już wychodzić, kiedy odwrócił się jeszcze do Natana.
— Zostawiłeś to w szopie — powiedział z uśmiechem, wyciągając przed siebie pustą dłoń.
Natan zmarszczył brwi, patrząc na jego puste palce. Wtedy dziadek wykonał szybki, płynny ruch nadgarstkiem w powietrzu. Jakby znikąd, z jego rękawa wysunął się kolorowy komiks z Batmanem, idealnie lądując w jego dłoni.
To była dokładnie ta sama sztuczka z wysuwaniem przedmiotu z rękawa, którą Natan tak zawzięcie ćwiczył w 2016 roku.
Mężczyzna podszedł bliżej i podał mu zeszyt. Natan odebrał go drżącą dłonią. Dziadek skinął mu głową na pożegnanie i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą ciężkie drzwi.
Natanowi natychmiast zaszkliły się oczy. Wpatrywał się w okładkę komiksu, a łzy znowu zaczęły mu napływać do oczu. Ta mała sztuczka była jak potężny cios prosto w serce. Wszystko się zgadzało. To był jego dom, to była jego rodzina.
Policjant Daniels spojrzał na chłopca, a jego wzrok na chwilę złagodniał.
— A więc masz swój komiks. Poczekaj chwilę, zaraz przyjdę — powiedział mundurowy, wstając od biurka. Poprawił pas i wyszedł na korytarz, zostawiając Natana samego.
Natan siedział cicho, ściskając komiks na kolanach. Nie myślał o ucieczce. Był zbyt oszołomiony, zmęczony i przytłoczony tym, co przed chwilą zobaczył.
Po kilku minutach klamka głośno szczęknęła. Drzwi otworzyły się i policjant wrócił do pokoju, a tuż za nim wszedł starszy mężczyzna w białym fartuchu, z lekarską torbą w ręku i stetoskopem na szyi.
Doktor podszedł do Natana, położył torbę na biurku i delikatnie uniósł podbródek chłopca. Zaczął uważnie oglądać wielkiego guza na jego czole, dotykając palcami zaschniętej krwi. Natan syknął z bólu. Lekarz wyciągnął z kieszeni małą latarkę lekarską i poświecił mu prosto w oczy, sprawdzając reakcję źrenic.
Po chwili doktor wyprostował się, schował latarkę i spojrzał poważnie na policjanta Danielsa.
— Musimy zabrać go do szpitala. Muszą go tam dokładnie zbadać i zrobić prześwietlenie. Sądząc po tym guzie i utracie pamięci, chłopak mógł doznać poważnego wstrząśnienia mózgu.
Natan leżał nieruchomo.
To była jego pierwsza noc w latach 80. w prawdziwym łóżku. Szpitalna pościel pachniała krochmalem i środkiem dezynfekującym. Badania i prześwietlenia głowy w końcu się skończyły. Lekarze kręcili głowami nad brakiem jakichkolwiek dokumentów, ale kazali mu odpoczywać. Podejrzewali silne wstrząśnienie mózgu.
W pokoju panował półmrok. Przez wielkie okno wpadało tylko blade światło księżyca.
Nagle drzwi uchyliły się z cichym kliknięciem. Do sali weszła młoda pielęgniarka, pchając przed sobą metalowy stolik z kolacją. Miała na sobie klasyczny, biały fartuch i czepek z ciemnym paskiem – strój, który Natan znał tylko ze starych filmów.
Powoli podeszła do jego łóżka i postawiła przed nim tacę z parującą zupą i dwoma kromkami chleba.
— Cześć, podróżniku — odezwała się ciepłym, łagodnym głosem. — Jak się czujesz? Dalej nic pamiętasz?
Natan spojrzał na nią. Wciąż grał swoją rolę. Pokręcił powoli głową.
— Nic. Pustka.
Pielęgniarka usiadła na brzegu krzesła stojącego obok łóżka. Poprawiła mu poduszkę, bacznie przyglądając się jego zmęczonej twarzy.
— Policja wciąż szuka twoich rodziców, ale w bazie nikogo nie ma. Nie możemy na ciebie mówić „bezimienny”. Musimy ci coś wpisać w kartę pacjenta.
Natan milczał. Bał się cokolwiek powiedzieć.
— Skoro nie pamiętasz swojego imienia... — kobieta uśmiechnęła się lekko, opierając podbródek na dłoni. — Może wybierzemy coś na teraz? Co myślisz o imieniu Chris? Albo... Tommy? Znałam kiedyś jednego Tommy'ego, był bardzo odważny. Pasuje do ciebie.
Natan przełknął ślinę. Spojrzał na komiks z Batmanem, który dziadek przyniósł mu z szopy, a który teraz leżał na szafce nocnej. Na okładce widniało nazwisko twórcy albo jakiejś postaci. Albo pomyślał o swoim ulubionym bohaterze.
— Tommy... — powtórzył cicho
To imię zabrzmiało obco. Jakby należało do kogoś innego.
Ale Natan został trzydzieści lat dalej
Pielęgniarka pokiwała zadowolona głową.
— Dobrze, Tommy. Zjedz kolację i postaraj się zasnąć. Jutro pomyślimy, co z tobą zrobić.
Jasne, letnie słońce wdarło się przez szpitalne żaluzje, budząc Natana.
Klamka głośno szczęknęła. Do sali weszła Sarah Jenkins, pchając stolik ze śniadaniem. Miała na sobie świeży, wykrochmalony czepek. Uśmiechnęła się do niego tak ciepło, że chłopak poczuł lekki skurcz w gardle. Przypominała mu mamę.
— Dzień dobry, Tommy — powiedziała, stawiając przed nim talerz z tostami i szklankę soku. — Jak ci się spało na nowym łóżku?
— Dobrze, dziękuję... pani Sarah — odpowiedział, wciąż ucząc się swojego nowego imienia.
Zaraz za pielęgniarką do pokoju wszedł ten sam lekarz. Trzymał w ręku tekturową podkładkę z dokumentami. Poprawił okulary i spojrzał na chłopca.
No, młody człowieku. Guz na czole wygląda już trochę lepiej, ale musimy być pewni, że w środku wszystko gra — lekarz podszedł bliżej i zaczął wpisywać coś do karty. — Dzisiaj po południu zabierzemy cię na badanie tomografem komputerowym. Sprawdzimy, czy nie ma tam żadnego obrzęku po tym uderzeniu o kamień.
Lekarz zamilkł na chwilę, patrząc na Natana z lekką troską.
— To wielka, głośna maszyna, przypomina wielki tunel. Nie ma się czego bać, ale wiesz w ogóle, jak to wygląda? Żebyś się nie przestraszył.
Natan, żując kawałek tosta, skinął głową zupełnie odruchowo.
— Tak, wiem. Widziałem to na YouTubie.
W pokoju zapadła nagła, absolutna cisza.
Lekarz opuścił podkładkę z papierami. Spojrzał na Natana znad okularów, mrużąc oczy. Sarah Jenkins też zamarła z termosem w ręku, marszcząc brwi.
— Na czym? — spytał lekarz, wyraźnie zdezorientowany. — Na... jutu-bie? Co to jest? Jakaś nowa niemiecka książka medyczna? Czy film?
Natan w tym samym momencie zamarł z otwartymi ustami. Krew odpłynęła mu z twarzy. Zdał sobie sprawę, co właśnie palnął.
— Ja... ja nie wiem — wykrztusił szybko, wbijając wzrok w talerz. — To... to mi się chyba tylko tak powiedziało. Może to coś z tego, co zapomniałem.
Lekarz wymienił szybkie, zaniepokojone spojrzenie z Sarah.
— To fascynujące... — mruknął doktor, zapisując coś gwałtownie w notesie. — Wygląda na to, że amnezja wywołuje u ciebie dziwne konfabulacje i neologizmy. Twój mózg próbuje sam łatać dziury w pamięci losowymi słowami. Dobrze, odpoczywaj, Tommy. Widzimy się po południu na badaniu.
Kiedy lekarz wyszedł, Sarah podeszła bliżej łóżka. Spojrzała na Natana z głębokim współczuciem, kładąc dłoń na jego ramieniu.
— Wszystko będzie dobrze, Tommy. Twój mózg po prostu musi odpocząć — szepnęła ciepło.
Natan wyszedł do szpitalnego parku.
Usiadł na drewnianej ławce, pod rozłożystym drzewem. Wcześniej, na korytarzu oddziału dziecięcego, znalazł kilka czystych kartek i parę kolorowych mazaków. Chciał zająć czymś myśli.
Położył papier na kolanach i zaczął rysować. Szybkie, pewne linie tworzyły płaski, prostokątny kształt ze składanym ekranem.
W pewnym momencie do ławki podeszła mała dziewczynka w luźnej sukience i wielkich spinkach we włosach. Usiadła tuż obok. Zaczęła przyglądać się temu, co robi.
— Cześć. Jak się nazywasz? — spytała dziewczynka.
Natan nie odpowiedział od razu. Rysował dalej, nawet nie patrząc w jej stronę. Dopiero po dłuższej chwili rzucił krótko:
— Tommy.
Dziewczynka wyciągnęła mocno szyję, żeby lepiej przyjrzeć się rysunkowi.
— Co rysujesz?
— Laptop — odpowiedział Natan, cieniując klawiaturę na papierze.
Dziewczynka zmarszczyła brwi. Była kompletnie zszokowana.
— A co to takiego... lap... top?
Natan w końcu oderwał wzrok od kartki i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Każdy wie, co to laptop.
— Ja nie wiem. Powiesz mi? — poprosiła, mrugając dużymi oczami.
Natan milczał. Odwrócił się z powrotem do swojego rysunku, ignorując ją.
Dziewczynka czekała chwilę, ale gdy nie doczekała się odpowiedzi, jej twarz spoważniała.
— Może nie wiem, co to ten laptop... — powiedziała cicho, po czym dodała rezolutnie: — Ale wiem, dlaczego tu jesteś.
Natan spojrzał na dziewczynkę, potwornie poirytowany.
— Mama mówiła, że są tu ludzie, którzy mają popsute głowy — ciągnęła bezlitośnie. — I ty chyba też taką masz.
Natan poczuł, jak krew uderza mu do policzków. Natychmiast zerwał się z ławki. Kartka papieru z rysunkiem laptopa zsunęła się na ziemię i wylądowała w trawie.
— Sama masz popsutą głowę! — wrzasnął, a w jego głosie mieszał się gniew ze łzami.
Po czym odwrócił się na pięcie i szybko pobiegł w stronę szpitalnego oddziału.
— Poczekaj! Przepraszam! — krzyknęła za nim dziewczynka, ale Natan już tego nie usłyszał. Wpadł przez ciężkie, szklane drzwi prosto do budynku.
Na korytarzu Sarah zobaczyła, jak Natan biegnie całkowicie roztrzęsiony.
Wystawiła ręce i złapała go mocno za ramiona, zatrzymując w miejscu.
— Gdzie tak biegniesz, młody człowieku? — zapytała ze zmartwieniem w głosie.
Natan zaczął się szarpać. Chciał się za wszelką cenę uwolnić.
— Zostaw mnie! — wrzasnął na cały korytarz, po czym wyrwał się z jej uścisku i wbiegł prosto do swojej sali.
Sarah ruszyła za nim. Cicho otworzyła drzwi.
Zastała go siedzącego na łóżku. Natan miał podkurczone nogi, a kolana przyciągnął ciasno do samej twarzy, próbując schować przed całym światem łzy, które płynęły mu po policzkach. Kobieta podeszła powoli i usiadła na brzegu materaca, tuż obok niego.
— Powiesz mi, co się stało? — spytała spokojnie, kładąc dłoń na jego plecach.
Natan drgnął, ale nie odsunął się. Ukrył twarz w ramionach, a jego głos był stłumiony i przepełniony żalem.
— Nikt mnie nie rozumie... Chcę do mamy. Chcę pograć na komputerze... żyć jak dawniej.
Sarah zamarła na chwilę. Była głęboko zdziwiona, jakich słów on używa. Komputer? Dla niej komputer to były wielkie, skomplikowane maszyny w laboratoriach NASA albo biurach wielkich korporacji, a nie coś, na czym dzieci grają w domach.
Mimo to nie dopytywała. Widziała, że chłopak cierpi zbyt mocno.
— Pamiętasz, gdzie jest twoja mama? — spytała cicho, gładząc go po ramieniu. — Pamiętasz, gdzie mieszkasz?
Natan milczał. Wbił wzrok w ścianę.
Wiedział doskonale, gdzie mieszka jego mama. Mieszkała kilka ulic dalej, w wielkim domu z zielonym ogrodem. Tylko że teraz miała szesnaście lat, natapirowane włosy, piła Diet Coke z puszek w starym stylu i właśnie przygotowywała się do kółka teatralnego w szkole.
Po południu Natan został przewieziony na badanie.
Maszyna była gigantyczna. Zajmowała całe, osobne pomieszczenie, w którym huczały potężne szafy komputerowe. Chłopak musiał położyć się na wąskim łóżku, które powoli wsunęło go do wnętrza wielkiego, białego tunelu. Urządzenie hałasowało potwornie, wydając z siebie rytmiczne, metaliczne stukanie.
Natan leżał nieruchomo, zaciskając zęby. Kiedy badanie w końcu dobiegło końca, łóżko wysunęło się z powrotem. Lekarz podszedł do niego, trzymając w ręku gruby plik papierów i wielką szpulę z taśmą magnetyczną.
— No i po wszystkim, Tommy — powiedział doktor, poprawiając fartuch. — Teraz musimy poczekać. Komputer musi przetworzyć dane, a potem wywołamy klisze w ciemni. Wyniki będą jutro rano.
Natan usiadł na łóżku, wciąż lekko oszołomiony hałasem. Westchnął ciężko.
— A nie może mi pan zgrać tego badania na płytę? Albo na pendrive’a? — rzucił zmęczonym głosem. — Byłoby szybciej.
W gabinecie zapadła lodowata cisza.
Lekarz zamarł z taśmą szpulową w rękach. Spojrzał na Natana, mrużąc oczy z wyraźnym niepokojem. Sarah Jenkins, która stała pod ścianą, gwałtownie zacisnęła dłonie na fartuchu.
— Na co…? — spytał cicho doktor. — Na płytę? Muzyczną? Chłopcze, o czym ty mówisz? Co to jest... pen-drajw?
Natan natychmiast ugryzł się w język. Krew odpłynęła mu z twarzy. Kolejna wpadka.
— Ja... nieważne. Nic takiego — bąknął, spuszczając głowę.
Pół godziny później Natan czekał w swojej sali, a lekarz wezwał Sarah na korytarz. Stała przed nim, nerwowo splatając palce.
— Martwię się o niego, Sarah — powiedział cicho doktor, kręcąc głową. — Najpierw ten cały YouTube, teraz jakieś płyty, zgrzyty i pendrajwy. To nie są zwykłe dziury w pamięci. Obawiam się, że to może być wczesny objaw schizofrenii. Ten uraz głowy mógł coś aktywować.
Sarah zbladła.
— Schizofrenia? — szepnęła.
— Tak. Jego mózg tworzy spójny, fikcyjny świat pełen dziwnych, technologicznych słów. Nie możemy trzymać go na zwykłym oddziale. Jutro rano powiadomię opiekę społeczną i szeryfa. Musimy przewieźć go do szpitala psychiatrycznego na pełną obserwację.
Sarah poczuła skurcz w żołądku. Szpital psychiatryczny w 1986 roku był dla 13-latka wyrokiem.
— Proszę pana... niech pan się jeszcze wstrzyma — wykrztusiła nagle, robiąc krok w jego stronę.
Lekarz uniósł brwi, głęboko zaskoczony.
— Wstrzymał? Sarah, ten chłopiec potrzebuje specjalistycznej opieki zamkniętej. Dlaczego miałbym czekać?
Sarah zaczęła się lekko jąkać. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy, ale nie spuściła wzroku.
— Bo... bo wie pan... po stracie męża... mój dom jest taki pusty. I cichy. — Przełknęła głośno ślinę, zbierając całą swoją odwagę. — Ten chłopiec... on jest taki zagubiony, ale ma dobre serce. Mógłby wnieść nieco życia do mojego domu. Ja... mogłabym się nim zająć. Przyjąć go pod swój dach. Zamiast zamykać go w tamtym strasznym miejscu.
Lekarz popatrzył na nią w absolutnym milczeniu, kompletnie zszokowany jej propozycją.
— Sarah, doceniam twoje wielkie serce — powiedział spokojnie, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Ale ten chłopiec potrzebuje silnych leków i całodobowej obserwacji specjalistów. W szpitalu psychiatrycznym w stolicy stanu mają odpowiedni oddział dla młodzieży. Tam pomogą mu najlepiej.
Sarah zacisnęła mocno dłonie. Wiedziała, jak wyglądają te oddziały. Przełknęła ślinę, walcząc z łzami.
— Proszę pana... jeśli zamkniecie go tam od razu, on całkowicie się w sobie zamknie. Przerazi się.
Doktor zmarszczył brwi, słuchając jej z uwagą.
— On reaguje spokojnie tylko przy mnie — ciągnęła gwałtownie Sarah, robiąc krok w jego stronę. — Przyjmuje ode mnie jedzenie. Rozmawia ze mną. Wie pan...
Mogłabym dać mu bezpieczne miejsce. Choćby na chwilę. Proszę, dajcie mi dwa dni. Zanim powiadomi pan opiekę społeczną. Spróbuję do niego dotrzeć. Jeśli pod moim nadzorem nie zrobi żadnych postępów, sama pomogę wam go przewieźć.
Lekarz milczał przez dłuższą chwilę. Spojrzał przez szybę w drzwiach do sali Natana. Chłopak siedział bezbronnie na łóżku.
Doktor westchnął ciężko. Zdjął okulary i przetarł zmęczone oczy.
— Dobrze, Sarah. Dwa dni — ustąpił w końcu lekarz. — Wypiszę go pod twoją tymczasową opiekę, ale na sztywnych warunkach. Żadnych gwałtownych zmian.
Codziennie rano meldujesz się ze mną telefonicznie. Jeśli zauważysz jakikolwiek atak agresji lub nasilenie tych dziwnych opowieści, natychmiast wracacie do szpitala. Zrozumiano?
— Tak. Dziękuję panu — szepnęła Sarah, czując, jak ogromny ciężar spada jej z piersi.
Chwilę później Sarah cicho weszła do sali. Natan uniósł głowę. W jego oczach wciąż malował się strach po badaniu tomografem.
Kobieta podeszła powoli i usiadła na krześle obok łóżka.
— Tommy... musimy poważnie porozmawiać — zaczęła łagodnie, splatając palce na kolanach. — Lekarz bardzo martwi się o twoją głowę. Przez te słowa, których używasz...
Chcą cię jutro zabrać do specjalnego szpitala dla dzieci z problemami psychicznymi.
Natanowi zamarło serce.
— Nie... proszę, nie. Ja nie jestem wariat — wykrztusił przerażony, a jego głos znowu się załamał.
— Wiem, Tommy. Ja ci wierzę — przerwała mu szybko Sarah, patrząc na niego z głębokim współczuciem. — Dlatego wywalczyłam dla nas szansę. Lekarz zgodził się, żebyś poszedł ze mną. Do mojego domu. Na dwa dni. Będziesz musiał być bardzo grzeczny i odpoczywać. Chcesz tego? Chcesz spróbować zamieszkać ze mną, zamiast jechać do tamtego szpitala?
Natan patrzył na nią przez łzy. Skinął głową tak mocno, jak tylko potrafił.
Sarah kazała Natanowi poczekać przed głównymi drzwiami szpitala.
— Stój tutaj, Tommy. Pójdę po samochód i podjadę pod same schody — powiedziała ciepło, po czym ruszyła w stronę parkingu.
Natan został sam. Ściskał komiks z Batmanem pod pachą i patrzył na podjeżdżające, stare auta.
Wtedy w szklanych drzwiach szpitala pojawiło się odbicie. To była ta sama mała dziewczynka z parku. Ta w luźnej sukience i z wielkimi spinkami we włosach. Szła powoli, rozglądając się wokół.
Natan spojrzał na nią. Tym razem się nie zirytował. Wręcz przeciwnie – na jego twarzy pojawił się blady, lekki uśmiech.
— Hej — odezwał się cicho. — Wcześniej nie powiedziałaś mi, jak masz na imię.
Dziewczynka zatrzymała się. Spojrzała na niego, a jej duże oczy rozbłysły. Odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem.
— Jestem Monika.
— Ładnie — odpowiedział Natan, wciąż ucząc się rozmawiać z ludźmi z tej epoki.
Monika przechyliła głowę na bok, przyglądając się jego czołu, na którym guz był już znacznie mniejszy.
— To... już naprawili ci głowę? — spytała z dziecięcą, czystą ciekawością.
Natan wypuścił cicho powietrze z płuc. Spojrzał na bezchmurne niebo nad miasteczkiem z 1986 roku.
— Chyba tak — odpowiedział cicho.
W tym samym momencie ciężkie drzwi szpitala otworzyły się z hukiem. Wybiegła przez nie wysoka, zdenerwowana kobieta. Matka dziewczynki.
— Monika! Gdzie ty znowu uciekasz? Idziemy! — zawołała gwałtownie, chwytając małą mocno za rękę i ciągnąc w stronę chodnika.
Natan stał nieruchomo i patrzył za nią. Monika, prowadzona przez matkę, stawiała szybkie kroki, ale w pewnym momencie odwróciła się jeszcze przez ramię. Spojrzała prosto na niego i uśmiechnęła się szeroko, machając mu wolną dłonią.
Przed schody szpitala z głośnym mruknięciem silnika podjechał ogromny, kanciasty samochód kombi. Jego boki były w całości oklejone ciemną folią imitującą drewno.
Drzwi od strony pasażera otworzyły się z ciężkim, metalicznym trzaskiem.
— Wskakuj, Tommy — zawołała Sarah z uśmiechem, wychylając się przez wielką kanapę pasażera.
Natan wsiadł do środka. Wnętrze auta pachniało starą skają i mocną, waniliową choinką zapachową. Usiadł na miękkim, szerokim fotelu, który przypominał domową kanapę. Zamknął ciężkie drzwi i odruchowo zaczął szukać wzrokiem pasów bezpieczeństwa.
Sarah w tym czasie wrzuciła bieg i położyła dłoń na kierownicy. Nie sięgnęła po pas.
Natan zmarszczył brwi. Spojrzał na nią z wyraźnym zdziwieniem.
— Dlaczego pani nie zapina pasów? — spytał zupełnie bezwiednie. — Mój tata zawsze powtarzał, że bezpieczeństwo jest przede wszystkim.
W tym samym momencie chłopak zamarł. Kolejna gafa. Ugryzł się w język, ale było już za późno.
Sarah gwałtownie nacisnęła hamulec, aż auto lekko zanurkowało. Odwróciła się w jego stronę, a jej oczy rozszerzyły się z nagłej nadziei.
— Pamiętasz tatę? — spytała gwałtownie, chwytając go za ramię. — Tommy, przypomniałeś sobie coś?
Natan poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Musiał to szybko odkręcić.
— Ja... po prostu tak mi się przypomniało — bąknął, wbijając wzrok w deskę rozdzielczą. — To jedno zdanie. Nic więcej.
Sarah patrzyła na niego jeszcze przez dłuższą chwilę. W jej spojrzeniu mieszała się troska z lekkim niedowierzaniem. W końcu westchnęła cicho, puściła hamulec i samochód powoli ruszył naprzód.
Natan odetchnął z ulgą i oparł głowę o szybę. Obserwował miasto. Jak bardzo się zmieniło. Niektóre budynki i skrzyżowania były dokładnie takie same, jakie znał z 2016 roku. Innych miejsc w ogóle nie poznawał. Zamiast nowoczesnych szklanych wieżowców stały tu niskie, ceglane domy.
Nagle jego wzrok przykuła grupa dzieciaków na chodniku. Niektóre jeździły na wrotkach, inne na małych, kanciastych rowerach typu bmx. Prawie wszyscy mieli na głowach dziwne, cienkie słuchawki z pomarańczową gąbką. Kable od nich biegły prosto do wielkich, prostokątnych urządzeń przypiętych do pasków od spodni. Wyglądało to jak plastikowe, toporne klocki.
Natan patrzył na to z fascynacją,
Sarah wyciągnęła rękę w stronę deski rozdzielczej i przekręciła wielkie, plastikowe pokrętło.
Z głośników samochodowych najpierw dobiegł głośny szum fal radiowych, a zaraz po nim ze starego odtwarzacza popłynął charakterystyczny, czysty dźwięk syntezatora. A potem głęboki, męski głos zaczął śpiewać: „Oh I, I just died in your arms tonight...”
Natan drgnął. Odwrócił głowę od szyby.
Znał ten kawałek. Słyszał go dziesiątki razy w radiu w 2016 roku. Miał go zapisanego na jednej ze swoich playlist na telefonie. To był jeden z tych starych hitów, które po prostu każdy kojarzył.
Chłopak poczuł, jak mięśnie mu lekko odpuszczają. Zupełnie odruchowo zaczął cicho stukać palcem o skórzaną kanapę w rytm perkusji. Przez jedną krótką sekundę poczuł się bezpiecznie. Muzyka była taka sama.
Piosenka się skończyła, a z głośnika odezwał się energiczny głos radiowego DJ-a:
— To był najnowszy, gorący hit tego lata od Cutting Crew! Zostaje z nami na pierwszym miejscu listy przebojów! A teraz czas na wiadomości z kraju...
Natan zamarł. Palec zatrzymał się na obiciu fotela.
Najnowszy hit”.
Dla niego to była stara piosenka z ubiegłego wieku. Dla ludzi z 2016 roku to była ramota. A tutaj, w tym samochodzie, ten utwór miał zaledwie kilka tygodni. Ludzie dopiero co kupowali go na kasetach magnetofonowych w sklepach.
Rzeczywistość uderzyła go z podwójną siłą. Muzyka, która miała go pocieszyć, stała się kolejnym dowodem na to, jak potwornie daleko od domu się znalazł.
Sarah zerknęła na niego z ciepłym uśmiechem, skręcając w kolejną, cichą uliczkę.
— Lubisz Cutting Crew, Tommy? Często to teraz puszczają w radiu.
Natan przełknął ślinę. Pokrył twarz dłonią, żeby Sarah nie zauważyła, jak znowu szklą mu się oczy.
— Tak... — wychrypiał cicho. — Bardzo ładna piosenka.
Samochód skręcił na podjazd.
Natan wysiadł z auta. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo i po prostu patrzył na dom. Budynek wydawał się cichy i nieco opuszczony.
Sarah podeszła do niego od tyłu i delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnęła się ciepło.
— Chodźmy do środka — powiedziała, po czym nie czekając na niego, ruszyła w kierunku drzwi wejściowych.
Natan stał w miejscu jeszcze przez ułamek sekundy, po czym ruszył za nią.
Natan podszedł bliżej półek. Jego uwagę przykuła mała, drewniana ramka. Stało w niej zdjęcie uśmiechniętego mężczyzny z wąsem. Natan wyciągnął rękę i wziął je do dłoni.
W tej samej chwili obok niego pojawiła się Sarah. Przez moment patrzyła w milczeniu na chłopca trzymającego ramkę.
— To mój mąż — wyprzedziła jego pytanie.
— Gdzie jest teraz? — spytał Natan, nie odrywając oczu od czarno-białej fotografii.
— W zeszłym roku umarł na raka.
Natan powoli uniósł głowę i spojrzał na Sarah. Poczuł nagłe ukłucie współczucia.
— Pewnie za nim tęsknisz...
Sarah podeszła jeszcze bliżej. Delikatnie odebrała zdjęcie z rąk chłopca i odstawiła je z powrotem na stałe miejsce między książkami.
— Bardzo mi go brakuje — powiedziała cicho, wciąż wpatrując się w twarz męża.
W pokoju zapadła krótka, pełna powagi cisza. Po chwili kobieta odwróciła się do Natana z lekkim, nieco wymuszonym uśmiechem.
— Chcesz lemoniady?
— Z chęcią — odpowiedział.
Kiedy Sarah poszła do kuchni, a zza ściany dobiegł dźwięk otwieranej lodówki, Natan rozejrzał się po salonie. Jego wzrok natychmiast przykuł stary, beżowy telefon stojący na niewielkim stoliku w kącie.
Podszedł tam powoli. Delikatnie podniósł ciężką, plastikową słuchawkę. Przyłożył ją do ucha, słysząc w środku ciągły, głośny sygnał centrali. Wolną dłonią zaczął z bliska przyglądać się kwadratowym przyciskom oznaczonym dużymi numerami. Bez ekranu. Bez listy kontaktów. Kolejny relikt przeszłości, który dla ludzi w 1986 roku był jedynym oknem na świat.
Natan pamiętał numer do matki na pamięć. Wpisywał go setki razy.
Zaczął szybko, nerwowo naciskać twarde, plastikowe przyciski na telefonie. Jeden po drugim. Cyfry z przyszłości.
Przyłożył ciężką słuchawkę do ucha. Usłyszał głośny, mechaniczny dźwięk wybierania tonowego. A potem zapadła krótka cisza.
Nagle w słuchawce odezwał się potrójny, piskliwy sygnał, a po nim suchy, automatyczny głos nagranej kobiety:
— Przykro nam, wybrane połączenie nie może być zrealizowane... Nie ma takiego numeru.
Natan poczuł, jak gardło mu się zaciska.
— Mama… — powiedział bardzo cicho, niemal bezgłośnie, wciąż trzymając słuchawkę przy uchu.
W tym momencie do pokoju weszła Sarah. Niosła w rękach dwie szklanki. Słyszała to jedno słowo. Widziała, co robi Natan. Zatrzymała się w progu i stała tak przez ułamek sekundy, przyglądając mu się z głębokim smutkiem w oczach.
Po chwili głośno odchrząknęła i weszła głębiej do salonu.
Natan drgnął. Widząc Sarah, natychmiast, pospiesznie odłożył słuchawkę na widełki, aż głośno stuknęła. Czuł, jak policzki mu płoną.
— Chcesz do kogoś zadzwonić? — spytała łagodnie, podając Natanowi zimną szklankę z napojem.
— Nie... nie, ja tak tylko... — bąknął, ruszając nerwowo palcami i patrząc w podłogę.
— Oczywiście — Sarah uśmiechnęła się ciepło, udając, że wierzy w jego wymówkę. Nie chciała go bardziej stresować. — Jak chcesz, to pokożę ci twój pokój.
Sarah weszła pierwsza do pokoju i od razu podeszła do okna, otwierając je szeroko. Do środka wpadło świeże, letnie powietrze.
— To był gabinet Harry'ego — powiedziała, odwracając się do chłopca. — Na razie musi wystarczyć.
Natan stał w progu, kurczowo trzymając w rękach szklankę z lemoniadą. Rozglądał się po pokoju.
W kącie stał stary tapczan obity szorstką, grubą tapicerką w brązowo-zieloną kratę — taką, jaką Natan widział czasem na starych zdjęciach w domach pradziadków. Pod oknem wznosiło się ciężkie, drewniane biurko. Na jego blacie stała mechaniczna maszyna do pisania z powciskanymi, metalowymi ramionami, a obok leżało kilka czystych, pożółkłych kartek. Obok maszyny stał kubek pełen starych długopisów oraz niewielki, prostokątny magnetofon dyktafonowy, służący raczej do nagrywania głosu niż do słuchania muzyki. Wszystko pachniało kurzem, starym papierem i tytoniem.
— Łazienkę masz w korytarzu po lewej — kontynuowała Sarah, poprawiając narzutę na tapczanie. — Jak się rozgościsz, to zejdź na dół. Zrobię kolację.
Natan uniósł głowę i uśmiechnął się delikatnie. Poczuł, że ta kobieta naprawdę chce dla niego jak najlepiej.
— W porządku.
— To świetnie. Zostawię cię teraz samego — powiedziała Sarah, po czym ciepło skinęła mu głową i wyszła, cicho przymykając za sobą drzwi.
Natan został sam. W obcym pokoju, w obcym roku.
Powoli podszedł do biurka.
Jego wzrok przykuł mały, prostokątny magnetofon. Urządzenie było kanciaste, zrobione z twardego, szarego plastiku, z rzędem wielkich przycisków na górze. Odstawił szklankę z lemoniadą na zakurzony blat. Przez chwilę wahał się, trzymając palec nad panelem.
W końcu nacisnął szeroki przycisk z napisem PLAY.
Klawisz ustąpił z głośnym, plastikowym kliknięciem. Wewnątrz obudowy z cichym szumem ruszyły małe kółka zębate, przewijając minikasetę. Po ułamku sekundy z małego głośniczka wydobył się niski, lekko zachrypnięty głos mężczyzny, podszyty wyraźnym trzaskiem taśmy magnetycznej:
— To pięćset czterdziesty trzeci dzień... Sarah się...
Natan aż drgnął. Wystraszony nagłym głosem zmarłego Harry'ego, gwałtownie uderzył dłonią w przycisk STOP.
Mechanizm strzelił głośno i w pokoju znowu zapadła cisza. Chłopak momentalnie obejrzał się za siebie, w stronę zamkniętych drzwi. Serce waliło mu mocniej. Bał się i spodziewał, że Sarah mogła to usłyszeć na dole. Ale na korytarzu było cicho.
Odetchnął głęboko. Spojrzał na stary tapczan w kratę. Podszedł do niego powoli i położył się ciężko, bezsilnie wpatrując się w sufit.
Włożył rękę do kieszeni bluzy i wyciągnął swój telefon. Urządzenie, które jeszcze wczoraj było jego całym światem, oknem na internet i kontaktem z bliskimi, teraz było tylko zimnym, ciężkim i zupełnie bezużytecznym kawałkiem szkła. Ekran pozostawał całkowicie ciemny, odbijając jedynie blady zarys sufitu.
Natan desperacko, raz za razem, wciskał kciukiem boczny klawisz włączenia. Dociskał go z całych sił, mając nadzieję na cud. Liczył, że na wyświetlaczu pojawi się chociaż podświetlone logo.
Telefon nie reagował. Smartfon z 2016 roku był w tym pokoju tak samo martwy, jak człowiek, do którego należał magnetofon na biurku.
Chłopak wypuścił z głośnym westchnieniem powietrze, położył telefon na piersi i zamknął oczy. Z dołu zaczął powoli docierać do niego zapach smażonej kolacji.
Po jakimś czasie Natan zszedł na dół.
W salonie było jasno i przytulnie. Sarah krzątała się przy stole, stawiając na nim talerze z parującym jedzeniem. W kącie pokoju działał włączony telewizor skrzyniowy. Na ekranie migały jaskrawe barwy, a z głośnika dobiegał charakterystyczny, puszysty głos gadającego kosmity — leciał tam właśnie zwiastun nowego serialu „Alf”, który miał wejść jesienią na ekrany.
Natan usiadł cicho przy stole, bezwiednie patrząc w stronę migającego kineskopu.
Sarah postawiła przed nim miskę i usiadła naprzeciwko.
— Jutro kupimy ci jakieś ciuchy — powiedziała łagodnie, podając mu sztućce. — No, w tych swoich wyglądasz dosyć dziwnie.
Natan zaczął jeść. Nie podnosił głowy, tępo wpatrując się w swój talerz. Od czasu do czasu cicho stukał widelcem o porcelanę, pogrążony we własnych myślach.
Sarah przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu. W jej oczach nie było nachalności, tylko głęboki, matczyny spokój.
— Jutro zostaniesz tu sam, Tommy — odezwała się cicho, starając się, by jej głos brzmiał jak najmniej groźnie. — Ja muszę wracać do pracy w szpitalu.
Natan dalej milczał. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc po prostu przeżuwał kolejny kęs.
Sarah uśmiechnęła się lekko i oparła dłonie o stół, próbując nieco rozchmurzyć ponurego chłopca.
— Nie martw się, dom jest bezpieczny. Nikt cię tu nie będzie niepokoił. W lodówce zostawię ci mnóstwo jedzenia. A jeśli będziesz się nudził... — wskazała głową na szafkę pod telewizorem. — W tamtej szufladzie mam całą stertę gier planszowych i starych komiksów po moim bratanku. Możesz tam zaglądać, ile tylko chcesz. Wszystko jest dla ciebie.
Natan uniósł na chwilę wzrok. Spojrzał na jej ciepłą, życzliwą twarz, a potem z powrotem na talerz.
— Dziękuję — odpowiedział cicho.
Rano Sarah wyszła wcześnie do pracy. Natan został w domu zupełnie sam.
Snuł się bez celu po cichych pokojach. W końcu zszedł na dół do salonu. Podszedł do telewizora i otworzył szufladę, o której mówiła kobieta. Przejrzał zakurzone pudełka z grami planszowymi. Przerzucił kilka starych komiksów. Nic nie potrafiło zająć jego myśli.
Nagle z zewnątrz, od strony ulicy, dobiegł znajomy, terkoczący dźwięk słabego silnika.
Natan zamarł. Szybko podszedł do okna i wyjrzał przez żaluzje.
Na chodniku, tuż przed płotem domu Sarah, stał ten sam mały, kanciasty skuter. Obok niego stali oni. Jego młodzi rodzice. Jack i Beti. Rozmawiali o czymś, żywo gestykulując.
Natan patrzył na nich przez szklaną szybę. I wtedy coś się stało. Na jedną krótką sekundę obraz przed jego oczami się zmienił. Nie widział nastolatków. Zobaczył mamę i tatę z 2016 roku – dokładnie takich, jakich pamiętał. Ciepłych, dorosłych, uśmiechniętych.
Serce uderzyło mu o żebra. Instynkt był silniejszy od rozumu.
Natan odwrócił się i pędem ruszył w stronę wyjścia. Szarpnął za klamkę i gwałtownie wybiegł na zewnątrz, prosto w jaskrawe, letnie słońce.
Wizja zniknęła. Przed płotem znowu stała dwójka zwykłych szesnastolatków z lat 80.
Jack i Beti odwrócili głowy na dźwięk trzaskających drzwi. Młody ojciec zmrużył oczy, poprawiając na ramieniu dżinsową kamizelkę. Od razu poznał chłopaka w dziwnych butach, który wczoraj kręcił się pod domem Beti .
— O, cześć! — zawołał Jack, a na jego nastoletniej twarzy pojawił się szeroki, przyjacielski uśmiech. — Widzę, że trafiłeś do domu pani Jenkins.
Natan stanął jak wryty na środku trawnika. Nie potrafił wykrztusić ani jednego słowa. Patrzył na nich z zapartym tchem, zaciskając dłonie w pięści.
Młodzi rodzice wymienili między sobą rozbawione spojrzenia. Beti uśmiechnęła się do niego łagodnie.
— Powodzenia, mały! — rzuciła ciepło.
Jack założył na głowę plastikowy kask, usiadł na skuterze i odpalił silnik. Beti wskoczyła tuż za niego, obejmując go w pasie. Pomachali Natanowi na pożegnanie, po czym z głośnym warkotem ruszyli przed siebie, zostawiając za sobą małą chmurę spalin.
Natan został sam. Stał na trawniku w pełnym słońcu i patrzył za nimi. Nie ruszył się z miejsca nawet wtedy, gdy skuter już dawno zniknął za rogiem ulicy, a dźwięk silnika całkowicie ucichł.
W tym samym czasie na szpitalnym korytarzu panował poranny ruch.
Sarah Jenkins szła szybkim krokiem, poprawiając wykrochmalony czepek na głowie. Niosła w rękach stertę czystych dokumentów. Nagle zza rogu wyłonił się ten sam lekarz. Trzymał w ręku kubek z kawą i grubą teczkę.
Gdy tylko ją zauważył, natychmiast zwolnił i skinął głową.
— Dzień dobry, Sarah — powiedział, zatrzymując się tuż obok niej. Spojrzał na nią uważnie znad okularów. — Jak tam nasz pacjent? Jak spędził pierwszą noc poza oddziałem?
Sarah zatrzymała się, mocniej ściskając papiery w dłoniach.
— Dobrze, panie doktorze. Zjadł kolację i przespał spokojnie całą noc.
Lekarz upił łyk kawy, mrużąc oczy.
— A jak jego głowa? Czy miał znowu jakieś napady tych dziwnych słów? tych dziwnych wyobrażeniach
Sarah przypomniała sobie, jak Natan jeszcze wczoraj wieczorem, siedząc przy stole podczas kolacji, tępo wpatrywał się w telewizor i prawie w ogóle się nie odzywał. Był taki bezbronny i cichy.
— Nie — odpowiedziała spokojnie, patrząc lekarzowi prosto w oczy. — Ani jednego słowa. Był bardzo spokojny. Wygląda na to, że ten świat, który stworzył jego mózg, powoli zaczyna blaknąć. Potrzebuje po prostu domowego zacisza.
Doktor pokiwał powoli głową, wyraźnie uspokojony tą wiadomością. Otworzył teczkę i zapisał coś szybko w karcie.
— To świetna informacja, Sarah. Wygląda na to, że twoja decyzja była słuszna. Wstrzymam się jeszcze z powiadomieniem opieki społecznej i tamtego szpitala. Ale pamiętaj o naszej umowie. Obserwuj go uważnie. Jeśli te dziwne opowieści wrócą, natychmiast mi o tym powiesz.
— Oczywiście, panie doktorze — odpowiedziała Sarah, czując ulgę, że udało jej się zyskać dla chłopca kolejny dzień.
Sarah wróciła do domu późnym popołudniem.
Gdy tylko weszła do salonu i odłożyła torebkę, od razu skierowała wzrok na chłopca. Usiadła zmęczona na krześle
-jak spędziłeś dzien -spytala zdejmując buty
— Zwiedzałem dom, oglądałem telewizję — odpowiedział krótko Natan.
Kobieta skinęła zadowolona głową, po czym wstała i poszła na górę. Po chwili wróciła, niosąc w rękach kilka ubrań starannie ułożonych w kostkę. Podeszła do stołu i wręczyła je Natanowi.
— To są ubrania mojego bratanka — powiedziała, dając je chłopakowi. — Mieszka teraz w Arizonie. Poza tym jest już o wiele starszy od ciebie, więc na niego od dawna nie pasują. A na ciebie powinny być w sam raz.
Natan odebrał od niej miękką stertę materiału. Na wierzchu leżała zwykła, bawełniana koszulka i para klasycznych, prostych dżinsów.
— Dziękuję — odpowiedział cicho.
Sarah spojrzała jeszcze raz na jego nowoczesną, grubą bluzę i kosmiczne sneakery, które wciąż miał na nogach.
— Poza tym muszę uprać te twoje rzeczy — dodała spokojnym, ale stanowczym tonem. — I naprawdę lepiej, żebyś nie chodził w nich po ulicy. Za bardzo zwracasz na siebie uwagę, Tommy.
Natan spojrzał na paczkę ubrań w swoich dłoniach, a potem na Sarah.
— Dobrze. Pójdę do siebie się przebrać.
Natan stał w swoim pokoju na górze.
Wyciągnął telefon z kieszeni starej bluzy. Patrzył na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu, po czym delikatnie, z nostalgią pogładził palcem czarną, szklaną taflę ekranu. W końcu otworzył szufladę biurka Harry'ego i ostrożnie odłożył tam urządzenie. Zamknął ją cicho.
Zdjął bluzę z 2016 roku, nowoczesne spodnie i buty. Zaczął wkładać ubrania bratanka Sarah. Naciągnął zwykłą, bawełnianą koszulkę i dżinsy, które okazały się trochę luźne w pasie. Na samym końcu włożył proste, materiałowe trampki.
Podszedł do lustra wiszącego na ścianie i przyjrzał się sobie. W szklanym odbiciu zobaczył chłopca, który w końcu wyglądał dokładnie tak, jakby urodził się w tych czasach. Zniknął nowoczesny nastolatek. Został Tommy.
Natan odwrócił się i zszedł na dół.
Sarah krzątała się w kuchni. Nagle odwróciła się w jego stronę, trzymając w rękach głębokie talerze.
— Na kolację... — zaczęła głośno, ale nagle zamilkła na ułamek sekundy.
Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Na jej twarzy pojawił się szeroki, niesamowicie ciepły uśmiech.
— No, teraz wyglądasz jak typowy nastolatek! — powiedziała z dumą w głosie. — Usiądź do stołu, zaraz podam coś do jedzenia.
Kiedy siedzieli już przy stole, Sarah przez dłuższą chwilę przyglądała się Natanowi zza swojej szklanki. W pokoju panował przyjemny spokój.
— Wiesz, Tommy... wzięłam w szpitalu kilka dni wolnego — odezwała się łagodnie. — Będziemy mogli pobyć razem i trochę lepiej się poznać. I wpadłam na pewien pomysł. Jutro wybierzemy się na wspólną wycieczkę po mieście. Przejdziemy się po okolicy, może uda ci się dzięki temu coś przypomnieć.
Natan uniósł głowę. Spojrzał na tę dobrą kobietę i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuł, że kąciki jego ust same unoszą się do góry. Uśmiechnął się do Sarah szczerze i lekko.
— Fajnie.
Następnego poranka słońce świeciło jeszcze mocniej.
Natan zszedł na dół, ubrany w luźne dżinsy i jasną koszulę bratanka Sarah. Na nogach miał proste, białe trampki. Po dawnym strachu i łzach nie było już śladu. Poczuł, że dzisiaj chce po prostu odpocząć od tego całego myślenia.
Sarah stała przy blacie w kuchni, pakując do materiałowej torby kanapki. Gdy usłyszała jego kroki, odwróciła się i spojrzała na niego z zaciekawieniem.
Natan zatrzymał się w progu kuchni. Uniósł dłonie do góry, napiął mięśnie i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— No i jak, pani Jenkins? — rzucił wesoło. — Może być? Czy wyglądam zbyt dziwnie?
Sarah zamarła na ułamek sekundy, po czym parsknęła głośnym, szczerym śmiechem.
— Wyglądasz idealnie, Tommy! — zawołała, machając ręką. — Chodź, jedz szybko śniadanie i ruszamy.
Chwilę później wyszli z domu. Miasteczko tętniło życiem w pełni letniego dnia. Szli głównym chodnikiem, a Natan po raz pierwszy nie patrzył na wszystko z przerażeniem.
Nagle minęli salon fryzjerski. Właśnie wychodziła z niego kobieta z fryzurą tak wielką, natapirowaną i polakierowaną, że wyglądała jak wielka, sztywna chmura.
Natan zatrzymał się na chwilę, a na jego twarzy pojawił się szeroki, rozbawiony uśmiech. Szturchnął Sarah lekko łokciem w bok i wskazał głową na kobietę.
— Widziała pani to? — parsknął śmiechem, starając się mówić szeptem. — Co jej się stało z tymi włosami? Jakby jej piorun strzelił w głowę!
Sarah znowu się roześmiała, zakrywając usta dłonią i ciągnąc go za rękę dalej.
— Cii, Tommy! Usłyszy cię! W tym roku wszystkie dziewczyny tak noszą. To bardzo modne!
Po kilkunastu minutach dotarli do miejskiego centrum handlowego.
Kiedy Natan przeszedł przez wielkie szklane drzwi, poczuł, że wkracza w zupełnie nowy, nieznany świat. Wokół lśniły jaskrawe, kolorowe neony. Na środku pasażu szumiała wielka fontanna, wokół której na ławkach siedziały grupy nastolatków w jeansowych kurtkach. Zewsząd dobiegały śmiechy i głośne rozmowy.
Sarah zaprowadziła go do wielkiego sklepu muzycznego. Natan stanął jak wryty w progu.
Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się rzędy drewnianych regałów. Na górnych półkach dumnie prężyły się wielkie, kwadratowe okładki płyt winylowych. Niżej, w specjalnych przegródkach, poukładane były tysiące małych, plastikowych pudełek z kasetami magnetofonowymi. Na ścianach wisiały wielkie plakaty zespołów rockowych, których nazwisk Natan nawet nie potrafił przeczytać.
Chłopak podszedł bliżej i zaczął delikatnie przesuwać palcami po grzbietach kaset. Czuł niesamowitą ekscytację.
Sarah podeszła do niego, stając tuż obok. Przyglądała się, z jaką fascynacją ogląda te wszystkie albumy.
— Tommy... — odezwała się cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Może pamiętasz... Chodziłeś kiedyś z mamą do takich sklepów muzycznych? Kupowaliście razem jakieś kasety?
Natan na chwilę zamarł. Przypomniał sobie mamę, ale w jego czasach muzyki słuchało się tylko z telefonu, klikało się w ekran. Nigdy nie kupił fizycznej kasety. Spojrzał na Sarah i potrząsnął powoli głową.
— Nie... nie pamiętam. Ale to miejsce jest niesamowite.
Sarah uśmiechnęła się łagodnie.
— W takim razie chodźmy dalej.
Chodzili tak po galerii natan z fascynacja obserwowal witryny sklepowe, ludzi .Kiedy wychodzili ze sklepu muzycznego, Natan nagle usłyszał dziwne, głośne dźwięki dochodzące z głębi korytarza. Było to rytmiczne, elektroniczne pikanie, wybuchy i kosmiczna muzyka.
Skręcili za róg i Natan znowu otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Przed nimi znajdował się wielki salon z grami (arcade).
W środku panował mrok, rozświetlany jedynie przez migające, kolorowe ekrany wielkich, drewnianych automatów stojących gęsto pod ścianami. Nastolatki namiętnie grały w gry, wciskając wielkie przyciski i szarpiąc za plastikowe dżojstiki. Wszędzie było słychać brzęk wrzucanych do maszyn monet i okrzyki radości albo zawodu. Natan stał w przejściu, patrząc na to wszystko z zapartym tchem.
Sarah zauważyła, jak Natanowi błyszczą oczy na widok migających ekranów. Zaśmiała się cicho i włożyła rękę do kieszeni spodni. Po chwili wyciągnęła dłoń, na której brzęczało kilka srebrnych ćwierćdolarówek.
— Masz, Tommy — powiedziała, wpychając mu monety do ręki. — Spróbuj zagrać. Zobacz, czy coś ci to przypomni.
Natan spojrzał na błyszczące krążki, a potem na stojący najbliżej automat. Na górze pysznił się wielki, neonowy napis: PAC-MAN.
Podszedł do maszyny. Wrzucił monetę w wąską, metalową szczelinę. Automat wydał z siebie głośny, radosny dźwięk, a na wypukłym ekranie pojawił się napis: PLAYER 1.
Natan położył dłoń na czarnym dżojstiku. Jako gracz z 2016 roku, przyzwyczajony do superszybkich gier akcji, miał niesamowity refleks. Dla niego ta kultowa gra z lat 80. była prosta w zasadach, ale wymagała idealnego wyczucia.
Zaczął uciekać żółtym stworkiem przed kolorowymi duszkami. Robił to z taką lekkością i prędkością, że plastikowy dżojstik aż strzelał pod jego palcami.
Po kilku minutach wokół automatu zaczęli gromadzić się inni nastolatki. Odwracali się od swoich maszyn, słysząc serię dźwięków oznaczających kolejne rekordowe poziomy. Dwóch chłopaków w jeansowych kamizelkach z otwartymi ustami patrzyło na to, jak Natan bez problemu omija zagrożenia i zdobywa tysiące punktów.
— Stary, skąd ty się urwałeś? — rzucił jeden z nich, gapiąc się na ekran. — Nikt w tym mieście nie przeszedł jeszcze tego etapu!
Natan nawet na sekundę nie oderwał wzroku od kineskopu. Na jego twarzy malował się potężny, skupiony uśmiech. Czuł się genialnie. W tym mrocznym, głośnym salonie gier, otoczony nieznanymi dzieciakami, po raz pierwszy poczuł, że ma nad czymś pełną kontrolę.
Gdy na ekranie w końcu pojawił się wielki napis GAME OVER, na samej górze tabeli rozbłysło miejsce na wpisanie nowego rekordu dnia.
Natan odwrócił się do Sarah. Oboje zaczęli się głośno śmiać. Kobieta klaskała w dłonie, niesamowicie dumna z jego sukcesu.
Jeden z chłopaków w dżinsowej kamizelce pokręcił z niedowierzaniem głową.
— Stary, gdzie ty się tak nauczyłeś grać? — spytał, patrząc na najwyższy wynik na ekranie. — Przecież ty znasz wszystkie ukryte ścieżki.
Natan odwrócił się od automatu i wzruszył ramionami. Zupełnie zapomniał, w którym jest roku.
— No jak to gdzie? — rzucił z lekkim uśmiechem. — Przecież to klasyk. Ta gra jest dobra dla małych dzieci.
Nastolatki zmarszczyły brwi, patrząc na niego jak na wariata. Dla nich Pac-Man był najpopularniejszą maszyną w całym salonie, a nie zabawką dla niemowlaków. Sarah szybko złapała Natana za ramię, czując, że chłopak znowu zaczyna mówić dziwne rzeczy.
— Chodźmy już, Tommy — powiedziała łagodnie, mrugając do zgromadzonych chłopaków. — Musimy jeszcze zrobić zakupy.
Wyszli z galerii i zaczęli iść spokojnym spacerem w stronę domu. Letnie popołudnie było ciepłe. Cienie drzew kładły się długimi pasami na spękanym asfalcie chodnika. Natan szedł w milczeniu, kopiąc mały kamyk. W głowie wciąż dudnił mu głos z nocnego nagrania w gabinecie.
W końcu odważył się przerwać ciszę.
— Pani Sarah? — odezwał się cicho, nie podnosząc wzroku.
Sarah spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko. — Tommy… może zaczniesz mówić mi po prostu ciociu? To brzmi dużo milej.
— Okej… ciociu. — uśmiechnął się lekko Natan.
-ciociu...
Jaki... jaki był Harry? — spytał, a serce zabiło mu odrobinę mocniej. — Ten pokój, w którym śpię... tam jest mnóstwo jego rzeczy. Maszyna do pisania, ten mały magnetofon...
Sarah zatrzymała się na ułamek sekundy. Natan zauważył, że jej twarz natychmiast spoważniała, ale zaraz na jej usta wrócił ten sam, ciepły i nieco smutny uśmiech. Spojrzała na chłopca z dużą delikatnością.
— Harry był wspaniałym człowiekiem, Tommy — powiedziała cicho, ruszając powoli dalej. — Był dziennikarzem w naszej lokalnej gazecie. Uwielbiał pisać. Dlatego na biurku wciąż stoi ta maszyna. Zawsze powtarzał, że słowa mają wielką moc. I bardzo kochał to miasto.
Natan pokiwał głową. Przypomniał sobie zachrypnięty, zmęczony głos z kaset. Teraz, gdy szedł obok Sarah, wszystko zaczynało układać się w spójną całość. Ta kobieta straciła kogoś, kto był dla niej całym światem.
Sarah westchnęła cicho, patrząc na czubki swoich butów.
— Pod koniec, kiedy choroba odebrała mu już siły i nie mógł pisać na maszynie, zaczął używać tego małego magnetofonu, który widziałeś na biurku. Nagrywał na kasety swoje myśli, wspomnienia, a czasem po prostu opowiadał o tym, jak minął mu dzień. Mówił, że dopóki jego głos jest na taśmie, dopóty cząstka jego świata wciąż żyje.
Natan słuchał jej z zapartym tchem. Przypomniał sobie szum przewijanej minikasety z poprzedniej nocy.
— Kiedy odszedł, nie potrafiłam schować tych kaset do pudeł — kontynuowała Sarah, a jej głos stał się na moment bardzo kruchy. — Zostawiłam wszystko dokładnie tak, jak to zostawił. Czasami, kiedy w domu robi się zbyt cicho, po prostu wchodzę do gabinetu i patrzę na te taśmy. Świadomość, że tam są, daje mi spokój.
Kiedy wrócili do domu, w salonie panował już wieczorny chłód. Natan od razu poszedł na górę do swojego pokoju.
Podszedł do biurka i zatrzymał wzrok na magnetofonie. Obok urządzenia, w małym drewnianym stojaku, poukładane były kasety, które nagrał Harry. Każda z nich miała staranny, odręczny podpis z datą. Tuż obok, w samym kącie szuflady, Natan dostrzegł coś jeszcze.
Trzy czyste, fabrycznie zafoliowane minikasety. Harry musiał przygotować je do kolejnych nagrań, których już nie zdążył zrobić.
Chłopak wyciągnął jedną z nich. Delikatnie rozerwał przezroczystą folię i otworzył plastikowe pudełko. Włożył taśmę do kieszeni magnetofonu i zatrzasnął klapkę. Metaliczny klik przeciął ciszę gabinetu.
Natan wyciągnął palec i położył go na jaskrawoczerwonym przycisku REC.
Wahał się. Serce biło mu szybciej, a dłoń lekko drżała. Bał się wypowiedzieć te słowa na głos. Jakby nazwanie prawdy mogło sprawić, że utknie tu na zawsze. W końcu wziął głęboki oddech i mocno docisnął klawisz.
Przycisk ustąpił z głośnym trzaskiem. Czerwona dioda rozbłysła słabym światłem. Taśma ruszyła z cichym, jednostajnym szumem.
Natan przez dłuższą chwilę milczał. Patrzył na kręcące się wewnątrz małe zębatki. Nie wiedział, od czego zacząć. Gardło miał całkowicie suche. Przełknął ślinę, przybliżył się do małego mikrofonu w obudowie i w końcu się odezwał:
— Nazywam się Natan Cole… Urodziłem się w dwa tysiące trzecim roku. Mam trzynaście lat.
Zamilkł na sekundę, zbierając myśli. Jego stłumiony głos brzmiał w pustym pokoju dziwnie obco.
— Nagrywam to, bo… bo prąd w moim telefonie padł. Ekran jest czarny. Boję się, że jeśli nie będę tego mówił na głos, to zacznę zapominać. Zapomnę, jak wygląda mój świat. Dzisiaj jest czerwiec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, ale ja pochodzę z roku dwa tysiące szesnastego. Moja mama ma na imię Beti, a tata Jack. Dzisiaj widziałem ich na ulicy. Są nastolatkami. Jeżdżą na skuterze i nawet mnie nie znają.
Łza spłynęła mu po policzku, ale Natan nawet jej nie otarł. Mówił dalej, patrząc na obracającą się taśmę.
— Mieszkam u kobiety, która ma na imię Sarah. Jest bardzo miła. Kazała mi mówić do siebie „ciociu”. Dała mi ubrania i jedzenie. Wszyscy tutaj myślą, że mam na imię Tommy i że straciłem pamięć po uderzeniu w głowę. Muszę grać tę rolę, żeby nie zamknęli mnie w szpitalu dla wariatów. Ale nie jestem Tommym. Jestem Natan. I muszę znaleźć sposób, żeby wrócić do domu.
Nacisnął STOP. Maszyna głośno strzeliła, odcinając szum. Pierwszy wpis w jego dzienniku został zapisany na magnetycznej taśmie.
Wszystko skończyło się pod koniec sierpnia, tuż przy kuchennym stole.
Sarah postawiła przed nim szklankę mleka i spojrzała na niego z powagą, wygładzając dłonią obrus.
— Tommy, rozmawiałam z dyrektorem. Od przyszłego tygodnia idziesz do szkoły. Wszystko już załatwione.
Natanowi aż opadły ręce. Odsunął od siebie talerz, czując nagłą falę buntu.
— Do szkoły? Przecież… przecież ja nie mam nawet dokumentów!
— Opieka społeczna wydała tymczasowe zaświadczenie — odpowiedziała spokojnie Sarah, uśmiechając się pocieszająco. — Nie możesz opuszczać lekcji, młody człowieku. Edukacja to podstawa.
Natan tylko westchnął ciężko i oparł podbródek na dłoni. Miał głęboką nadzieję, że skoro jakimś cudem cofnął się w czasie o trzydzieści lat, to przynajmniej ten jeden, cholerny obowiązek go ominie. Los okazał się jednak bezlitosny. Szkoła dopadła go nawet w 1986 roku.
Tydzień później stał przed budynkiem szkoły.
Znał ten gmach doskonale. W 2016 roku przychodził tu codziennie. Ale teraz… wszystko wyglądało inaczej.
Natan zamarł na schodach, gapiąc się na elewację. Cegły były jasne, czyste, zupełnie pozbawione wielkich, kolorowych graffiti, które w jego czasach pokrywały całe tyły budynku. Nie było tu kamer monitoringu nad drzwiami ani nowoczesnych, plastikowych koszy na śmieci. Wszystko wydawało się prostsze. Surowsze.
Przed wejściem kłębił się tłum uczniów. Chłopaki w szerokich katanach jeansowych, dziewczyny z natapirowanymi grzywkami i wielkimi, plastikowymi kolczykami. Wszyscy głośno krzyczeli i śmiali się, czekając na otwarcie drzwi. Natan stał wśród nich, czując się niesamowicie obco.
Nagle jego wzrok przykuł boczny dziedziniec, gdzie znajdowało się wejście do pomieszczenia gospodarczego. Przy wielkim, metalowym kontenerze stał woźny.
W 2016 roku pan Henderson był zgarbionym, wiecznie narzekającym staruszkiem z siwą brodą, który odliczał dni do emerytury i ciągle krzyczał na dzieciaki. Tutaj, przed Natanem, stał ten sam facet. Tylko że miał może z trzydzieści pięć lat. Był postawny, miał gęste, ciemne wąsy, mnóstwo siły i energicznie wrzucał worki ze śmieciami, gwiżdżąc pod nosem jakiś radiowy hit.
Natan patrzył na niego jak na ducha. Woźny w pewnym momencie poczuł na sobie jego wzrok. Odwrócił się, otarł pot z czoła i mrugnął do chłopca z uśmiechem.
— Cześć, młody! Ruchy, ruchy, bo spóźnisz się na pierwszy dzwonek! — zawołał mocnym, młodym głosem.
Dokładnie w tym momencie nad ich głowami rozległ się głośny, świdrujący dźwięk tradycyjnego, metalowego dzwonka. Wielkie drzwi wejściowe otworzyły się, a fala nastolatków ruszyła do wnętrza budynku.
Natan przełknął ślinę,ścisnął mocniej ramiączka swojego plecaka i powoli ruszył za nimi, przekraczając próg szkoły z 1986 roku.
Natan wszedł do sali.
Chwilę stał w samych drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu. Dzieciaki głośno rozmawiały i śmiały się. Niektórzy siedzieli bezpośrednio na blatach szkolnych ławek, machając nogami i żywo gestykulując. W głębi klasy ktoś rzucił w kolegę zwiniętą kulką papieru, co wywołało salwę śmiechu. Panował kompletny, przedlekcyjny chaos.
Nagle ktoś wchodzący dynamicznie do sali szturchnął Natana mocno w ramię. Chłopak aż postąpił krok w przód. Spojrzał na tę osobę, lekko zaskoczony.
Tamten chłopak zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. Miał na sobie luźną koszulę w kratę i szeroki uśmiech na twarzy.
— Cześć, jesteś tu nowy? — zapytał głośno, przekrzykując hałas panujący w klasie.
Natan zerknął na niego nieśmiało. Poprawił ramiączko plecaka.
— Tak... jakby — odpowiedział cicho.
— Jestem James, ale mów mi Jim — powiedział chłopak, wyciągając otwartą dłoń w stronę Natana.
Natan podał mu rękę.
— Jestem Na... — zatrzymał się gwałtownie na ułamek sekundy, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. — Tommy.
Jim spojrzał na niego, lekko zdziwiony tym nagłym wahaniem, ale zaraz znowu się uśmiechnął.
— Jak chcesz, to możesz siedzieć razem ze mną — zaproponował.
W tym samym momencie do sali wszedł nauczyciel, pan Grant. Miał na sobie sztruksową, brązową marynarkę z zamszowymi łatami na łokciach i duże, kwadratowe okulary w grubej oprawie. W ręku trzymał ciężki, papierowy dziennik, którym głośno uderzył o blat biurka.
— No dobra, spokój! — zawołał nauczyciel, a w klasie natychmiast ustały rozmowy. Dzieciaki zaczęły szybko siadać na swoich miejscach. — Chciałbym wam przedstawić nowego ucznia w naszej klasie — powiedział pan Grant, wskazując dłonią bezpośrednio na Natana.
Chłopak poczuł, jak kilkadziesiąt par oczu nagle wbija się w niego z ciekawością. Krew uderzyła mu do policzków. Powoli wstał ze swojego krzesła.
— Przedstawisz się klasie? — poprosił nauczyciel.
Natan chwile milczał. W pokoju zapadła absolutna cisza, słyszał tylko bicie własnego serca. Przełknął głośno ślinę, popatrzył na Jima, a potem na tablicę.
— Nazyw...am się Tommy Jenkins — wykrztusił w końcu.
— Dobrze, możesz usiąść — powiedział nauczyciel.
Natan usiadł powoli w ławce obok Jima. Wciąż czuł, jak palą go policzki. James nachylił się w jego stronę i lekko szturchnął go w ramię.
— Uważaj na Granta, jest trochę… — wyszeptał szeptem chłopak, ale nie dokończył, bo nauczyciel gwałtownie odwrócił się w ich stronę.
Pan Grant wstał zza biurka, podszedł do zielonej tablicy i wziął w dłoń kawałek białej kredy. Zaczął pisać, głośno i wyraźnie mówiąc to, co przelewa na tablicę:
— Konflikty zbrojne USA od końca drugiej wojny światowej aż do teraz.
Położył kredę na półeczce, otrzepał dłonie z pyłu i odwrócił się przodem do klasy. Przejechał surowym wzrokiem po uczniach.
— Ktoś chętny?
W sali zapadła głucha cisza. Natan spojrzał na tablicę. Ten temat miał doskonale opanowany w swojej szkole w 2016 roku. Nieśmiało uniósł rękę do góry.
— O, i proszę! Nowy uczeń chce się podzielić z nami swoją wiedzą — pan Grant uśmiechnął się lekko pod wąsem i wskazał na niego otwartą dłonią. — Proszę bardzo, Tommy. Słuchamy.
Natan wstał powoli. Rozejrzał się po sali, wziął głęboki oddech i zaczął mówić pewnym głosem:
— Najpierw w latach pięćdziesiątych był konflikt z Koreą. Potem w sześćdziesiątych Wietnam. Potem w dziewięćdziesiątym wojna w Zatoce Perskiej, a potem w dwa tysiące pierwszym wojna w Afga...
— Zaraz, zaraz, Tommy! Co ty bredzisz? — przerwał mu nagle nauczyciel, a jego twarz wykrzywiła się w całkowitym osłupieniu.
Ta gigantyczna gafa wywołała natychmiastowe salwy głośnego śmiechu w całej klasie. Dzieciaki zaczęły pokazywać na niego palcami, a Jim tylko schował twarz w dłoniach. Natan zamarł z otwartymi ustami, czując, jak zimny pot oblewa mu plecy. Znowu to zrobił. Zapomniał, że dla tych ludzi rok 1990 i 2001 to odległa, niewyobrażalna przyszłość.
— Uznam to za żart. Chciałeś po prostu uchodzić w nowej klasie za żartownisia — pan Grant na chwilę zamilkł, nie spuszczając surowego wzroku z Natana. — Jesteś nowy, więc nie dam ci dzisiaj złej oceny. Ale pamiętaj, że w tej szkole odpowiada się poważnie na pytania nauczyciela, a nie żartuje. Usiądź.
Natan usiadł powoli i od razu spuścił głowę, gapiąc się w blat biurka. Serce wciąż tłukło mu się w piersi.
James nachylił się gwałtownie w jego stronę.
— Ty naprawdę to powiedziałeś na lekcji Granta…? — szepnął z niedowierzaniem chłopak, a w jego oczach błysnął podziw. — Stary, jestem pod ogromnym wrażeniem.
Na przerwie James położył dłoń na ramieniu Natana.
— Stary, te wojny w dziewięćdziesiątym czy dwa tysiące pierwszym... Totalny odlot! — spytał James, mrużąc oczy z podziwem. — Jak ty na to w ogóle wpadłeś?
W tym samym momencie za plecami Natana rozległy się głośne śmiechy kilku innych osób z klasy.
— Patrzcie, idzie nasz jasnowidz! — krzyknął jeden z nich, popychając kolegę łokciem. — Hej, Tommy! Może przewidzisz nam, kto w tym roku zwycięży w rozgrywkach baseballu, co?
Grupka chłopców minęła go, głośno rżąc i parodiując ruchy wróżbity. Natan poczuł, jak zaciskają mu się szczęki.
James tylko machnął ręką i pociągnął go w stronę wyjścia z korytarza.
— Nie przejmuj się tymi głąbami — powiedział głośno, żeby tamci usłyszeli. — Chodź na boisko. Pokieruję cię i pokażę ci coś.
Chłopcy ruszyli szybkim krokiem w kierunku podwórka, zostawiając za sobą hałaśliwy, szkolny korytarz.
Kiedy weszli na boisko, Natan zamarł na chwilę.
Dobrze znał to miejsce. W jego czasach drewniane deski na ławkach wokół boiska były powyrywane, odsłaniając jedynie surowe, betonowe klocki. Cały szkolny budynek z tyłu pokrywały warstwy jaskrawego, kolorowego graffiti. Tutaj wszystko wyglądało jak nowe. Ławki były całe, świeżo pomalowane, a na ceglanych ścianach nie było ani jednego śladu po sprayu.
Gdzieś dalej, na trybunach, siedziała grupka starszych uczniów. Naprzeciwko nich stał ogromny, srebrny magnetofon, z którego na cały regulator leciała piosenka „Out of Touch”.
metaliczny głos wokalisty odbijał się echem po pustym boisku
James spojrzał na Natana z ukosa.
— Chodź, co tak stoisz, Tommy? — ponaglił go.
Chłopcy ruszyli szybkim krokiem na same tyły boiska, pod osłonę wysokiej siatki. Kiedy tam dotarli, James rozejrzał się ostrożnie dookoła, upewniając się, że żaden nauczyciel ich nie widzi.
— Zobacz, co zwędziłem staremu — wyszeptał z błyskiem w oku, wyciągając z kieszeni spodni pogniecioną paczkę papierosów.
Natan natychmiast skrzywił się i cofnął o krok. Przypomniał sobie, co spotkało męża Sarah.
— Nie chcę. Od tego można dostać raka — odpowiedział krótko, bez zastanowienia.
James spojrzał na niego z całkowitym zdziwieniem, powoli chowając paczkę.
— Stary... ty naprawdę jesteś dziwny.
W tym samym momencie Natan zauważył przechodzącą przez środek boiska Monikę. Szła wesoło w towarzystwie kilku koleżanek z klasy.
— Poczekaj chwilę — powiedział Natan.
Zanim James zdążył o cokolwiek zapytać, Natan odwrócił się na pięcie i podbiegł w stronę dziewczyny, zostawiając zdziwionego kolegę z tyłu.
— Hej, cześć! — zawołał, zatrzymując się przed nią.
Monika spojrzała w jego kierunku, a na jej twarzy natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.
— Cześć! Ty też chodzisz do tej szkoły?
— Jak widzisz — odpowiedział Natan, rozkładając ręce i wskazując na swoje dżinsy.
— Fajnie.
W tym momencie między nimi nastała nagła, krótka cisza. Dziewczyny obok Moniki momentalnie zaczęły chichotać i szturchać się łokciami. Jedna z nich szepnęła coś drugiej prosto do ucha, po czym wszystkie spojrzały na Natana z rozbawieniem.
Monika spuściła wzrok, poprawiając spinkę we włosach.
— Wiesz, muszę lecieć na lekcję — odezwała się w końcu, znowu patrząc mu w oczy. — Ale teraz będziemy się częściej widywać.
Natan tylko pokiwał z aprobatą głową. Monika uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, po czym odwróciła się i odeszła szybkim krokiem w stronę wejścia do budynku.
Natan stał przez chwilę, patrząc za nią. W tym samym momencie podszedł do niego James. Poklepał go mocno po plecach i pokręcił z podziwem głową.
— No, stary... Nie dość, że jasnowidz, to jeszcze od razu podrywa najlepsze dziewczyny w tej szkole!
Natan wrócił do domu późnym popołudniem.
Gdy tylko przekroczył próg, z kuchni od razu dobiegł go przyjemny zapach pieczonego kurczaka. Sarah stała przy blacie, wycierając dłonie w kuchenną ściereczkę. Gdy usłyszała trzask drzwi, odwróciła się z ożywieniem. Jej oczy błyszczały z nieskrywanej ciekawości.
— No i jak, Tommy? — zapytała ciepło, podchodząc bliżej. — Jak minął twój pierwszy dzień w szkole? Nikt cię nie dokuczał?
Natan ściągnął plecak i postawił go przy szafce. Na jego twarzy pojawił się lekki, uspokajający uśmiech. Celowo postanowił pominąć całą wpadkę z datami wojen na lekcji pana Granta. Nie chciał, żeby Sarah znowu zaczęła się martwić i myśleć o szpitalu psychiatrycznym.
— Było naprawdę w porządku, ciociu — odpowiedział, idąc do stołu. — Poznałem takiego jednego chłopaka, ma na imię James, ale wszyscy mówią na niego Jim. Usiadłem z nim w ławce. To całkiem spoko kumpel.
Sarah odetchnęła z wyraźną ulgą, a na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
— To cudownie, Tommy! Tak bardzo się cieszę. Wiedziałam, że sobie poradzisz. A nauczyciele? Szkoła? Wszystko w porządku?
— Tak, wszystko okej. Szkoła jest całkiem ładna.
Sarah uniosła brwi z rozbawieniem, nakładając jedzenie na jego talerz.
— Widzisz? Mówiłam ci, że to małe miasteczko i szybko znajdziesz przyjaciół. Siadaj i jedz, musisz być potwornie głodny po tylu emocjach.
Natan usiadł przy stole i chwycił za widelec. Czuł ogromną ulgę, że ta rozmowa poszła tak gładko. Bezpieczna przystań u cioci Sarah znowu dała mu chwilę wytchnienia od ciężaru jego tajemnicy.
Po kolacji Natan wszedł na górę do swojego pokoju.
W ciągu tych kilku miesięcy gabinet Harry’ego przeszedł małą przemianę. Sarah bardzo się starała, żeby poczuł się tu jak w domu. Na ścianie wisiał teraz wielki, kolorowy plakat z filmu Powrót do przyszłości, który ciocia kupiła mu w miasteczku. Obok starej maszyny do pisania stał szklany słoik z gumami do żucia, a na łóżku leżała dodatkowa, miękka poduszka. Mimo to, pokój wciąż pachniał kurzem i starym papierem.
Natan usiadł przy ciężkim biurku. Otworzył szufladę i spojrzał na stojak z kasetami.
Obok taśm zmarłego dziennikarza leżały już cztery inne minikasety. Na każdej z nich Natan starannie napisał mazakiem: DZIENNIK NATANA.
Wyciągnął piątą taśmę, włożył ją do kieszeni reporterskiego magnetofonu i zatrzasnął klapkę. Bez wahania nacisnął czerwony przycisk REC. Urządzenie głośno kliknęło, a wewnątrz obudowy z cichym, znajomym szumem ruszyły małe kółka zębate.
Natan przysunął się bliżej mikrofonu i zaczął mówić ściszonym głosem:
— Cześć. Dzisiaj jest pierwsza połowa września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. To był mój pierwszy dzień w tutejszej szkole. Budynek wygląda prawie tak samo jak w moich czasach, tylko jest czystszy. Bez tych wszystkich graffiti. I wyobraź sobie... spotkałem pana Hendersona, naszego szkolnego woźnego. Tylko że tutaj ma może z trzydzieści pięć lat i gęste, ciemne wąsy. Dziwnie się na niego patrzyło, wiedząc, że w dwa tysiące szesnastym będzie zrzędliwym staruszkiem na emeryturze.
Chłopak westchnął ciężko i przetarł dłonią twarz, przypominając sobie lekcję historii.
— No i zaliczyłem dzisiaj potężną wpadkę. Pan Grant zapytał o konflikty zbrojne USA. Zgłosiłem się i pod wpływem emocji zacząłem mówić o wojnie w Zatoce Perskiej z dziewięćdziesiątego roku i o Afganistanie po dwa tysiące pierwszym. Cała klasa zaczęła się ze mnie śmiać. Nauczyciel uznał to za głupi żart, a dzieciaki na przerwie nazwały mnie „jasnowidzem”. Muszę bardziej uważać. Moja wiedza z przyszłości może mnie tutaj łatwo zgubić.
Natan uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie boiska i popatrzył w stronę okna.
— Ale poznałem też Jima. Siedzę z nim w ławce i wydaje się naprawdę w porządku. No i znowu widziałem Monikę. Chodzi do tej samej szkoły. Podbiegłem do niej na boisku, a Jim zaczął się ze mnie śmiać, że podrywam najlepsze dziewczyny. Poczułem się wtedy strasznie głupio. Ale fajnie było znowu z nią pogadać. Ona… ona jest naprawdę bardzo miła. Ma taki fajny uśmiech. Cieszę się, że będziemy się teraz częściej widywać na korytarzu.
Natan zamilkł na chwilę, patrząc na obracającą się w mroku taśmę. Głos z kaset powoli stawał się jego jedyną prawdziwą bezpieczną przestrzenią.
— Tęsknię za tobą, mamo. Tęsknię za tobą, tato. Kończę na dziś.
Docisnął przycisk STOP. Mechanizm głośno strzelił, odcinając jednostajny szum. Natan wyciągnął kasetę, odłożył ją na miejsce do szuflady i wyłączył biurkową lampkę, pozwalając, by noc z 1986 roku w pełni ogarnęła jego pokój.
Następnego dnia w szkole Natan szedł wolno korytarzem, lawirując między szafkami. Nagle jego wzrok przykuła grupka starszych uczniów.
Wśród nich stała Beti. Kilku chłopaków głośno się śmiało, a jeden z nich, wysoki i barczysty, nagle bezczelnie spróbował objąć ją ramieniem. Dziewczyna wyraźnie próbowała się odsunąć, krzywiąc się z niesmakiem.
Natan poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Instynkt przetrwania całkowicie wyłączył mu logiczne myślenie. Podbiegł tam gwałtownie i wrzasnął na cały regulator:
— Zostaw ją, głąbie!
Na korytarzu w ułamku sekundy zapadła głucha cisza. Wszyscy wokół obrócili się w ich stronę. Starszy chłopak zamarł, opuścił rękę i powoli odwrócił się do Natana. Dopiero teraz 13-latek zorientował się, jak wielki i groźny jest jego przeciwnik. Dotarło do niego, że ta akcja może go kosztować potężne pobicie. Spojrzał na napięte mięśnie starszego ucznia i szybko dodał o wiele cichszym głosem:
— ...jeśli możesz.
— Coś ty powiedział, smarku? — warknął tamten. Zrobił krok w przód, błyskawicznie chwycił Natana za kołnierz koszulki i uniósł go lekko do góry.
— Brad, zostaw go! — z drugiego końca korytarza rozległ się nagle mocny, pewny głos.
Natan zerknął w bok. W ich stronę szybkim krokiem szedł Jack. Miał zaciśnięte pięści i groźne spojrzenie.
Brad nie puścił koszulki Natana. Odwrócił tylko lekko głowę.
— Słyszałeś, co ten smark do mnie powiedział, Jack?
— A ty słyszałeś, co ja powiedziałem? — odparł chłodno młody ojciec, stając tuż przed nim ramię w ramię z Beti.
Sytuacja była krytyczna, ale w tym samym momencie na korytarzu pojawił się jeden z nauczycieli. Zaczął iść w ich stronę, machając głośno rękami.
— Co tu się dzieje?! Co to za zbiegowisko!
Brad natychmiast puścił koszulkę Natana, aż chłopak gwałtownie opadł na trampki. Starszy łobuz wygładził dłonią swoją kurtkę i rzucił w stronę nauczyciela z niewinnym uśmiechem:
— Nic, panie profesorze. Rozmawiamy tylko.
— No, już, rozejść się do klas! — nakazał pedagog.
Po chwili wokół nich znowu wrócił normalny szkolny gwar, trzaśnięcia szafek i śmiechy. Uczniowie ruszyli na lekcje. Brad poprawił plecak, pochylił się nad Natanem i syknął mu prosto w twarz:
— A z tobą to ja jeszcze nie skończyłem, smarku.
Odszedł szybkim krokiem, rzucając Jackowi wściekłe spojrzenie.
Natan stał na środku korytarza, wciąż ciężko oddychając i poprawiając naciągnięty dekolt koszulki. Wtedy podeszła do niego Beti.
— Dziękuję — powiedziała cicho, patrzyła na niego z wyraźnym podziwem. — Jesteś bardzo odważny.
— Dzięki, młody, że się za nią wstawiłeś — dodał Jack, kładąc mu na moment dłoń na ramieniu i uśmiechając się z uznaniem.
Zanim Jack odszedł razem z Beti, spojrzał jeszcze raz na Natana.
— Czekaj, młody. Masz coś na koszuli — powiedział Jack.
Wyciągnął rękę i wykonał szybki, płynny ruch nadgarstkiem tuż przed twarzą Natana. Jakby znikąd, z jego pustej dłoni wysunęła się błyszcząca, srebrna ćwierćdolarówka. Dokładnie taka sama sztuczka, jaką wczoraj zrobił dziadek z komiksem.
Jack z uśmiechem wcisnął monetę w dłoń oszołomionego chłopca.
— Trzymaj się, Tommy. Równy z ciebie gość — dodał, po czym odwrócił się, objął Beti ramieniem i oboje odeszli w głąb korytarza.
Natan patrzył na zimną monetę w swojej garści, czując, jak łzy znowu napływają mu do oczu.
W tym momencie zza szafek wyskoczył Jim. Podbiegł gwałtownie i położył dłoń na ramieniu Natana, prawie nim potrząsając.
— Łał, stary! Postawiłeś się Bradowi? — zawołał z przejęciem w głosie, szeroko otwierając oczy. — Teraz radzę ci poważnie uważać na tyły. Chodź, bo spóźnimy się na lekcję.
Jim pociągnął go za rękaw w stronę klasy, a Natan szedł za nim automatycznie, wciąż zaciskając palce na monecie od taty.
Trzask.
Klapka magnetofonu zamknęła się z głośnym kliknięciem. Natan – a raczej Tommy, bo tak od czterech lat nazywał go cały świat – docisnął czerwony przycisk REC.
W małym oknie gabinetu Harry'ego odbijała się twarz siedemnastolatka. Przez te cztery lata bardzo urósł. Szybko mężniał, na jego brodzie pojawił się pierwszy zarost, a głos całkowicie zmatowiał i obniżył się. Słońce roku 1990 powoli chowało się za horyzontem, rzucając długie cienie na biurko zawalone starymi kasetami.
Chłopak przybliżył się do mikrofonu. Westchnął głęboko.
— Dzisiaj jest dwudziesty czwarty maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku — zaczął mówić niskim, spokojnym głosem. — Minęły już cztery lata. Cztery lata, odkąd… odkąd tu utknąłem.
Zamilkł na chwilę, bębniąc palcami o blat. Wokół kręciły się małe zębatki taśmy.
— Nagrywam to, bo zaczynam się potwornie bać. Rok dwa tysiące szesnasty… on się zaciera. Codziennie rano budzę się i próbuję przypomnieć sobie szczegóły. I z każdym miesiącem jest coraz trudniej. Pamiętam, że miałem smartfon, ale zapomniałem już, jak brzmiał dźwięk dzwonka. Pamiętam, że tata miał czarnego SUV-a, ale nie pamiętam już numerów rejestracyjnych. Internet, YouTube, Netflix… to wszystko staje się tylko pustymi słowami. Czasami mam wrażenie, że to nie była prawda. Że mój tamten świat był tylko jakimś dziwnym, dziecięcym snem, który sobie wymyśliłem po uderzeniu głową w lesie.
Przełknął ślinę. Spojrzał na leżący obok magnetofonu zardzewiały, martwy telefon z przeszłości.
— Przez te wszystkie lata próbowałem analizować, jak to się stało. Dlaczego akurat ja? Dlaczego ten kamień w lesie? Czym więcej o tym myślę, tym więcej pojawia się pytań, na które nie ma żadnej odpowiedzi. Fizyka? Magia? Nie wiem. Utknąłem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym jako trzynastolatek, a teraz mam siedemnaście lat. Moje stare życie powoli znika, a ja… ja staję się kimś zupełnie innym.
W tym momencie z dołu, przez nieszczelne drewniane drzwi, dobiegł głośny, ciepły głos:
— Tommy! Schodź już na dół! Zaraz zamykają sklepy, musimy jechać po te zakupy!
Natan drgnął. Spojrzał w stronę drzwi, a na jego ustach pojawił się blady, niezwykle łagodny uśmiech. Spojrzał z powrotem na mały mikrofon w obudowie i dokończył znacznie szybciej, ściszonym głosem:
— To była moja ciocia Sarah. Muszę już kończyć, obiecałem jej, że pójdę z nią dzisiaj na te zakupy do centrum. Wiele jej zawdzięczam. Naprawdę mnóstwo. Gdyby nie ona, pewnie zamknęliby mnie w jakimś psychiatryku albo państwowym sierocińcu. Uratowała mnie. Stała się moją prawdziwą rodziną, nawet jeśli w głębi duszy wciąż wiem, kim jestem... Na razie.
Mocno docisnął przycisk STOP. Mechanizm głośno, metalicznie strzelił, odcinając szum taśmy. Natan wyciągnął kasetę ze stojaka, schował ją głęboko do szuflady obok kilkunastu innych nagrań i energicznym krokiem ruszył w stronę schodów.
Kilka dni później Natan zaczął znowu intensywnie zastanawiać się nad tym, jak właściwie znalazł się w przeszłości. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Postanowił przeanalizować każdy, nawet najmniejszy krok, który wykonał tamtego dnia w 2016 roku.
Siedział przy biurku Harry'ego, tępo wpatrując się w ścianę.
Zamykał oczy i odtwarzał to sekunda po sekundzie. Pamiętał bójkę w szkole. Pamiętał Dany’ego i jego kolesi, którzy gnali za nim przez podwórko, krzycząc i obiecując mu łomot. Pamiętał swój szalony bieg w stronę lasu. A potem to dziwne, nagłe szarpnięcie.
Tuż przed linią drzew wyrósł przed nim ten starszy, zdezorientowany mężczyzna. Chwycił go mocno za ramię. Coś mówił. Jego głos był zachrypnięty, pełen desperacji, ale Natan był wtedy zbyt przerażony, by słuchać. Wyrwał się mu, wbiegł między drzewa, potknął o korzeń i uderzył głową o ten przeklęty kamień.
Natan otworzył oczy i gwałtownie wyprostował się na krześle.
„Przecież to nie był pierwszy raz” — pomyślał, a po plecach przeszedł mu lodowaty dreszcz.
Zaczął nerwowo bębnić palcami o blat biurka, łącząc fakty, których jako trzynastolatek nie rozumiał. Widział tego faceta wcześniej. Dokładnie dwa razy. Raz stał bez ruchu po drugiej stronie ulicy, tępo wpatrując się w okna jego domu w 2016 roku. Kiedy indziej Natanowi wydawało się, że widzi ten sam ponury profil na szkolnym korytarzu, ukryty w tłumie uczniów.
Ten człowiek go śledził. Obserwował każdy jego ruch na długo przed tym, zanim doszło do wypadku w lesie.
„Kim on, do cholery, był?” — szepnął Natan, masując pulsujące skronie.
Zrozumiał, że siedzenie w pokoju nic mu nie da. Musiał zacząć szukać jakichkolwiek informacji o ludziach, którzy pojawiali się w tym mieście znikąd. Pierwszym logicznym krokiem była miejska biblioteka – jedyne miejsce w 1990 roku, gdzie mógł przejrzeć stare archiwa, rejestry mieszkańców albo wycinki z gazet.
Natan wahał się tylko przez ułamek sekundy. Biblioteka mogła poczekać.
Trzask.
Ciężkie, blaszane drzwi samochodu zamknęły się z głośnym hukiem. Jim natychmiast wrzucił bieg i z impetem ruszył z kopyta. Przez otwarte szyby wpadał zimny, wieczorny wiatr, mieszając się z ostrym zapachem papierosów i spalonej benzyny.
Z głośników, z potężnym basowym tąpnięciem, popłynął kultowy, dziki riff gitarowy. Thunderstruck od AC/DC.
Jim oszalał. Zaczął bębnić dłońmi w kierownicę i wrzeszczał tekst piosenki razem z radiem, śmiejąc się od ucha do ucha. Natan oparł głowę o ramę okna. Patrzył na znikające w mroku, nocne światła małego miasteczka. W jego piersi coś w końcu puściło.
„Muszę też po prostu żyć” — pomyślał, zamykając oczy. Nie mógł bez przerwy być detektywem z przyszłości. Miał siedemnaście lat. Chciał być dzieciakiem.
Godzinę później siedzieli na polanie za miastem.
Ogień strzelał wysoko, rzucając pomarańczowe iskry prosto w czarne, usiane gwiazdami niebo. Wokół ogniska siedziało kilkunastu chłopaków ze szkoły. Pili ciepłe piwo z puszek, śmiali się i przekrzykiwali nawzajem. Natan siedział na starym pniu, trzymając w dłoni chłodny napój. Słuchał trzaskającego drewna i czuł się… po prostu szczęśliwy. Pierwszy raz od bardzo dawna.
Nagle Billy, jeden z kumpli Jima, dorzucił grubą gałąź do ognia i uniósł głowę, patrząc w gwiazdy.
— Ej, chłopaki, zastanawialiście się kiedyś, jak to wszystko będzie wyglądać w nowym stuleciu? — rzucił z ożywieniem. — Za jakieś dwadzieścia lat? Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w dwa tysiące dziesiątym będziemy już latać cholernymi, latającymi samochodami! Jak w kinie!
Wszyscy wokół zaczęli głośno potakiwać, snując wizje o laserach i bazach na Marsie. Jim szturchnął Natana łokciem w bok, śmiejąc się głośno.
Natan uśmiechnął się lekko. Ale w środku znowu poczuł to znajome, chłodne ukłucie. Ta chwila subtelnie przypomniała mu bolesną prawdę. On nie należał do tego świata.
Patrzył na rozmarzone twarze kolegów i wiedział to, czego oni nie mogli wiedzieć. Wiedział, że w dwa tysiące dziesiątym roku nikt nie będzie latał samochodami. Ludzie będą gapić się w małe, dotykowe ekrany w swoich kieszeniach, pisać wiadomości na Twitterze i kłócić się w internecie.
Nie odezwał się. Nie chciał niszczyć im zabawy ani znowu wyjść na wariata. Upił łyk z puszki i patrzył w płomienie, będąc jedynym człowiekiem na tej polanie, który znał rozczarowującą prawdę o przyszłości.
Kiedy reszta chłopaków wciąż kłóciła się o bazy na Marsie i laserowe pistolety, Jim odsunął się od ognia. Przesiadł się na pień tuż obok Natana.
Upił łyk piwa, bacznie przyglądając się profilowi swojego przyjaciela. Trzaskający płomień rzucał cienie na ich twarze.
— Ej, Tommy — odezwał się cicho Jim, szturchając go lekko łokciem, by nie zwracać uwagi innych. — Co ty znowu taki zamyślony?
Natan drgnął. Szybko zmył z twarzy ten smutny uśmiech i spojrzał na kumpla.
— Nic, stary. Wszystko okej.
— Gówno prawda — Jim pokręcił powoli głową. Zapalił papierosa, a dym natychmiast uciekł w stronę nocnego nieba. — Znam cię nie od dziś. Masz tę swoją zawieszkę. Tę samą, którą miałeś w siódmej klasie na lekcji u Granta. O czym myślisz, kiedy tak patrzysz na ogień?
Natan milczał. Obracał w dłoniach chłodną puszkę. Przez jedną sekundę miał potworną ochotę wykrzyczeć mu całą prawdę. Powiedzieć, skąd naprawdę zna te wszystkie daty i dlaczego wie, że auta nigdy nie polecą. Ale nie mógł.
— Po prostu... zastanawiam się, co przyniesie przyszłość — bąknął wymijająco Natan, wbijając wzrok w żarzące się węgle.
Jim wypuścił dym przez nos i nagle wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Poklepał go mocno po ramieniu.
— Przyszłość? Stary, ty za dużo myślisz o głupotach, zamiast brać z życia to, co jest teraz! Przyszłość to my, laski, imprezy i ta bryka, którą odziedziczyłem po starym. Olej te latające samochody. Lepiej powiedz, kiedy w końcu zagadasz do Moniki? Słyszałem, że w tym tygodniu siedzi w bibliotece po lekcjach. Ty ciągle o niej wspominasz, a dalej nic. Rusz tyłek, Tommy!
Natan poczuł, jak na jego twarz wraca prawdziwy, ciepły uśmiech. Głos Jima wyrwał go z ponurych rozważań o podróżach w czasie.
— Dobra, dobra... pomyślę o tym — odpowiedział, szturchając Jima w odpowiedzi.
— Nie myśl, tylko działaj! — zawołał głośno Jim, wstając z pnia i wracając do reszty krzyczących chłopaków.
Natan został na chwilę sam w cieniu drzew. Spojrzał na gwiazdy nad rokiem 1990. Jim miał rację w jednym – musiał w końcu zacząć działać. Jutro po lekcjach na pewno pójdzie do tej biblioteki.
Następnego dnia po lekcjach Natan poszedł do biblioteki.
Gdy tylko pchnął ciężkie, drewniane drzwi, uderzył go znajomy zapach starego papieru i kurzu. W środku panowała absolutna, niemal nabożna cisza. Słyszał tylko własne kroki na wytartym parkiecie.
Skręcił w pierwszą alejkę między wysokimi regałami. I natychmiast zamarł.
Kilka metrów dalej, tyłem do niego, stała Monika. Miała na sobie luźny, jasny sweter. Jej długie włosy były spięte szylkretową klamrą, a kilka kosmyków opadało jej na kark. W rękach trzymała gruby słownik, szukając dla niego miejsca na górnej półce. Wyglądała przepięknie.
Natan poczuł, jak żołądek zawiązuje mu się w ciasny supeł. Słowa Jima z wczorajszego ogniska natychmiast zadudniły mu w uszach: „Rusz tyłek, Tommy! Nie myśl, tylko działaj!”.
Natan chciał działać. Naprawdę chciał podnieść rękę, pomachać jej, podejść i powiedzieć cokolwiek. Ale nagle poczuł całkowity paraliż. Strach przed tym, że palnie coś głupiego, że wyjdzie na idiotę albo że ona po prostu go spławi, okazał się silniejszy. Brakowało mu odwagi.
Gwałtownie cofnął się o krok, próbując schować się za ścianą książek. Chciał jej za wszelką cenę uniknąć, dopóki ten paraliżujący wstyd nie minie. Przytulił plecy do regału, ciężko oddychając.
Nie wiedział jednak, że Monika usłyszała szelest jego jeansowej kurtki.
Dziewczyna odwróciła lekko głowę i kątem oka zauważyła jego ucieczkę. Znała go od lat. Wiedziała doskonale, jak bardzo potrafi być zamyślony i wycofany. Na jej ustach pojawił się ledwo widoczny, niezwykle subtelny uśmiech. Nie odwróciła się całkowicie. Nie zawołała go, żeby go bardziej nie zawstydzać. Włożyła słownik na półkę i powoli ruszyła w głąb korytarza, udając, że niczego nie zauważyła.
Natan odczekał chwilę, po czym ostrożnie wyjrzał zza książek. Alejka była pusta. Odetchnął z ulgą, choć jednocześnie poczuł potężne rozczarowanie samym sobą. Przetarł dłonią twarz, podszedł do stolika z archiwalnymi gazetami i usiadł, starając się skupić na swoim śledztwie, choć jego serce wciąż biło jak szalone przez dziewczynę z jasnymi włosami.
Natan siedział przy stole, bezmyślnie przewracając pożółkłe strony kronik miejskich.
Wokół niego piętrzyły się grube tomy. Przejrzał roczniki z ostatnich dwudziestu lat. Godzina za godziną. Strona za stroną. I nic. Kompletnie nic.
W gazetach pisano o lokalnych meczach, suszy, otwarciu nowego sklepu Kmart albo o ucieczkach nastolatków z domów. Nie było tam ani jednego słowa o dziwnych anomaliach. Żadnych ludzi pojawiających się znikąd. Żadnych podobnych przypadków, które mogłyby naprowadzić go na ślad tamtego faceta z 2016 roku.
Natan oparł głowę na dłoniach, czując narastającą bezsilność i potworne zmęczenie. Śledztwo od samego początku stało w martwym punkcie.
Zamknął wielką księgę z głośnym, głuchym tąpnięciem. Pył uniósł się w powietrze, wirując w smugach popołudniowego słońca. Natan westchnął ciężko i wstał od stołu. Musiał stąd wyjść.
Wsunął czysty notes do kieszeni jeansowej kurtki i rozejrzał się ostrożnie po sali. Przede wszystkim musiał wyjść tak, aby znowu nie natknąć się na Monikę. Świadomość, że dziewczyna kręci się gdzieś między regałami, sprawiała, że serce znowu podchodziło mu do gardła.
Skradał się cicho wzdłuż bocznej ściany biblioteki, trzymając się cienia wysokich szaf katalogowych. Gdy mijał ostatnią alejkę, rzucił szybkie, nerwowe spojrzenie w stronę lady. Było czysto. Monika musiała być zajęta układaniem książek w innej części budynku.
Natan przyspieszył kroku, pchnął wielkie, szklane drzwi wejściowe i niemal wypadł na zewnątrz, prosto na zalany słońcem chodnik. Dopiero tam odetchnął pełną piersią, czując, jak opuszcza go paraliżujące napięcie.
Nie zdążył przejść nawet dwudziestu metrów.
Zza rogu z głośnym rykiem silnika wypadł stary samochód Jima. Auto zahamowało gwałtownie tuż przy krawężniku, aż opony pisnęły na rozgrzanym asfalcie. Jim natychmiast wychylił się przez otwarte okno pasażera, zdejmując z nosa ciemne okulary.
— I jak, Romeo?! — wrzasnął z szerokim uśmiechem, bębniąc palcami o dach samochodu. — Widziałem, jak wychodzisz! Gadaliście? Umówiłeś się z nią? Dawaj, wsiadaj i opowiadaj wszystko!
Natan westchnął ciężko. Otworzył ciężkie, metalowe drzwi i wsiadł na miękką kanapę pasażera. W samochodzie wciąż pachniało papierosami Jima i tanią choinką zapachową.
— Nie — bąknął Natan, wbijając wzrok w deskę rozdzielczą. — Nawet do niej nie podszedłem.
Jim zamarł z ręką na dźwigni zmiany biegów. Popatrzył na niego z całkowitym niedowierzaniem, po czym głośno klepnął się dłonią w czoło.
— Stary... ty sobie stroisz żarty? — Jim pokręcił głową, zrezygnowany. — Przecież widziałem, jak tam wchodzisz! Byłeś tam ponad dwie godziny! Co ty, do cholery, tam robiłeś? Czytałeś encyklopedię?
Natan milczał. Przełożył notes w kieszeni kurtki. Nie mógł mu powiedzieć, że przez dwie godziny bezskutecznie szukał w starych kronikach śladów faceta, który go porwał z 2016 roku.
— Po prostu... brakowało mi odwa... — zaczął cicho Natan, ale Jim natychmiast mu przerwał, gwałtownie ruszając z miejsca.
— Dobra, koniec tego! — zawołał Jim, mocniej chwytając kierownicę. — Jutro po lekcjach jadę tam z tobą. Osobiście dopilnuję, żebyś do niej podszedł. Choćbym miał cię tam wepchnąć siłą. Nie pozwolę, żeby mój najlepszy kumpel zmarnował taką szansę przez zwykłego cykora!
Natan uśmiechnął się pod nosem, patrząc na profil swojego zaufanego przyjaciela. Choć śledztwo znowu utknęło w martwym punkcie, to determinacja Jima na moment rozgoniła jego czarne chmury.
Późnym wieczorem w pokoju Harry'ego panowała absolutna, mroczna cisza. Jedynym źródłem światła był słaby blask biurkowej lampki.
Natan włożył taśmę do magnetofonu i docisnął czerwony przycisk. Maszyna głośno kliknęła. Wewnątrz obudowy z cichym, znajomym szumem ruszyły kółka zębate. Chłopak przysunął się blisko do mikrofonu.
— Kaseta numer sto czternaście — zaczął mówić niskim, stłumionym głosem. — Dzisiaj znowu byłem w bibliotece. Próbowałem cokolwiek zrozumieć. Znaleźć jakąś przyczynę tego przeskoku w czasie. Przejrzałem wszystko. Od starych gazet archiwalnych po poważne publikacje naukowe. I nic. Zupełna pustka. Żadnego śladu.
Zamilkł na dłuższą chwilę. W mroku pokoju słychać było tylko monotonny szum przewijającej się taśmy.
— Widziałem tam Monikę — ciągnął cicho, a jego głos stał się na moment cieplejszy. — Układała książki na półkach. Jim na okrągło powtarza, żebym do niej podszedł, żebym w końcu zagadał. Ale dzisiaj… po prostu uciekłem. Schowałem się za regałami i wyszedłem tak, żeby mnie nie zauważyła. Przeraża mnie to. Boję się odrzucenia. Boję się, że zrobię z siebie idiotę.
Natan oparł czoło na drżącej dłoni, wpatrując się w zardzewiałą obudowę swojego wyłączonego smartfona.
— Ale najbardziej przeraża mnie coś innego. Ja już sam nie wiem, kim jestem. Jestem Natan Cole. Netflix, YouTube, smartfon… Czy to w ogóle ma jeszcze jakieś znaczenie? Czy to wszystko było prawdą? Coraz bardziej tracę samego siebie w tym świecie. Zapominam. Moje stare życie ucieka mi z głowy jak przez sito. Mama... tata... Chociaż mogę was teraz zobaczyć na ulicy tego miasteczka, to tak bardzo chciałbym zobaczyć tamtych was. Wasze prawdziwe twarze z przyszłości. Mamo, twój dawny uśmiech. Tato, twój żart... twoją sztuczkę. Ja już… ja już nawet zapomniałem o tym, jak sam uczyłem się tych wszystkich sztuczek. Moje własne ręce zrobiły się sztywne. Staję się Tommym Jenkinsem. I nie potrafię tego zatrzymać.
Głos mu się załamał. Natan gwałtownie wyciągnął rękę i uderzył w przycisk STOP.
Mechanizm głośno, metalicznie strzelił, natychmiast odcinając szum. W pokoju znowu zapadła lodowata, ciężka cisza roku 1990. Chłopak schował twarz w dłoniach, a obok magnetofonu, w słabym świetle lampki, leżała zamknięta w plastiku kaseta numer 114. kolejna cząstka jego znikającej tożsamości.
Dwa dni później.
Słońce już dawno zaszło, a ulice miasteczka powoli pustoszały. Natan wracał do domu, idąc skrótem przez mały, miejski park. Latarnie rzucały słabe, żółte kręgi światła na opustoszałe alejki. Wokół panowała absolutna, kojąca cisza. Nie było tu Jima, nie było wścibskich dzieciaków ze szkoły.
Nagle na zakręcie alejki, tuż pod rozłożystym dębem, zobaczył samotną sylwetkę.
Monika.
Szła powoli, niosąc na ramieniu materiałową torbę. Wracała z późnej zmiany w bibliotece. Ciepły, wieczorny wiatr rozwiewał jej jasne włosy. Natan odruchowo zwolnił. Żołądek znowu skręcił mu się w supeł, a serce zaczęło głośno tłuc o żebra.
Chciał znowu uciec. Skręcić w ciemną alejkę. Schować się.
Ale w tym samym momencie Monika uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Ucieczka była już niemożliwa. Dziewczyna zatrzymała się, a na jej twarzy natychmiast pojawił się ten sam, ciepły, niezwykle łagodny uśmiech, który Natan pamiętał z korytarza szpitalnego.
— Cześć, Tommy — odezwała się pierwsza. Jej głos w ciszy parku brzmiał niesamowicie spokojnie.
— Ty też tak późno wracasz do domu?
Natan przełknął głośno ślinę. Zacisnął dłonie w kieszeniach kurtki. Spojrzał na jej zielone oczy. Wokół nich nie było nikogo, kto mógłby się zaśmiać. Ta pustka i brak świadków dodały mu nagle tej jednej, brakującej sekundy odwagi.
Zrobił krok naprzód.
— Cześć, Monika — odpowiedział, a jego nastoletni, niski głos nawet drgnął. — Tak... wracam od Jima. A ty z biblioteki?
— Tak, dzisiaj pakowaliśmy stare podręczniki — westchnęła lekko, poprawiając torbę na ramieniu. Zrobiła dwa kroki w jego stronę. — Widziałam cię przedwczoraj. Między regałami ze słownikami. Dlaczego tak szybko uciekłeś? Nawet się nie przywitałeś.
Natan poczuł, jak policzki momentalnie mu płoną. Spuścił na sekundę wzrok, kopiąc czubkiem trampka mały kamyk na alejce.
— Ja... po prostu... — zaczął gwałtownie, szukając w głowie jakiejś wymówki, ale ostatecznie postanowił powiedzieć cząstkę prawdy.
— Byłem trochę zawstydzony. Jim ciągle ze mnie żartuje, a ja... brakowało mi odwagi, żeby po prostu podejść i zagadać.
Monika patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu. Po chwili parsknęła cichym, niesamowicie uroczym śmiechem.
— Jim to głąb, Tommy. Nie powinieneś go słuchać — powiedziała łagodnie, stając tuż obok niego. Ruszyła wolno przed siebie, dając mu niemy znak, by poszedł razem z nią.
— I nie masz się czego wstydzić. Przecież znamy się nie od dziś.
Natan zrównał z nią krok. Szli ramię w ramię przez pusty, cichy park. Całe napięcie, które paraliżowało go przez ostatnie dni, nagle całkowicie zniknęło, rozpływając się w majowym powietrzu roku 1990. Pierwszy krok został zrobiony. Na neutralnym gruncie, bez ludzi, wszystko okazało się o wiele prostsze.
Szli powoli, w blasku zapalających się latarń. Wieczór był ciepły, a cienie drzew kładły się długimi pasami na chodniku.
Monika poprawiła torbę na ramieniu i spojrzała na boczny profil Natana.
— Tommy… — zaczęła nagle, a jej głos stał się odrobinę poważniejszy. — Wszyscy w miasteczku wiedzą, że mieszkasz u pani Jenkins. Ale… ty nigdy nie mówisz o swoich prawdziwych rodzicach. Gdzie oni są? Pamiętasz ich w ogóle?
Natan zamarł na ułamek sekundy. Stopa prawie potknęła się o krawężnik. Poczuł, jak w piersi gwałtownie zamiera mu oddech. Ta skrywana rana nagle otworzyła się z podwójną siłą.
Co miał jej powiedzieć? Że jego rodzice mieszkają zaledwie kilka ulic dalej? Że jego ojciec to ten chłopak, który w zeszłym roku skończył tutejsze liceum, a matka wciąż przygotowuje się do matury?
— Ja… — wykrztusił cicho, wbijając wzrok w spękany asfalt. — Nie ma ich tutaj. Są… bardzo daleko stąd. Czasami mam wrażenie, że w ogóle ich nie było. Że zostali tylko w mojej głowie.
Monika zatrzymała się na chwilę, patrząc na niego z głębokim współczuciem. Zauważyła, jak bardzo spiął ramiona.
— Przepraszam, Tommy. Nie chciałam… — szepnęła łagodnie, kładąc mu na moment dłoń na przedramieniu. — Nie musisz o tym mówić.
Natan pokiwał powoli głową, biorąc głęboki wdech, by opanować drżenie głosu. Żeby zmienić ten potwornie trudny temat, wskazał głową na majaczące w mroku domy.
— Ciocia Sarah bardzo mi pomaga. Dała mi pokój na górze. Ten, który należał do wujka Harry'ego.
Oczy Moniki natychmiast rozbłysły zrozumieniem. Ruszyli wolno dalej.
— O, wujek Harry… Pamiętam go — odezwała się, a na jej twarz wrócił ciepły uśmiech. — Przychodził do biblioteki niemal w każdy czwartek. Przeszukiwał stare archiwa do swoich artykułów w gazecie. Zawsze przynosił nam, dzieciakom, słodkie cukierki miętowe. Był taki… głośny i wesoły. Zawsze miał przy sobie ten swój mały, szary magnetofon.
Natan uśmiechnął się pod nosem. Wizja wesołego Harry’ego z kaset, którego on poznał dopiero jako schorowanego, odchodzącego człowieka z taśm magnetofonowych, była niezwykła.
— Tak, magnetofon wciąż stoi na biurku — powiedział cicho. — Zostawił po sobie mnóstwo kaset.
— Tęsknisz za nim? — spytała cicho, gdy skręcali w jej ulicę.
— Nie zdążyłem go poznać na żywo — odpowiedział szczerze Natan. — Ale dzięki tym kasetom… mam wrażenie, jakby wciąż tam był. Jakby uczył mnie, jak przetrwać w tym domu.
Monika zatrzymała się przed niskim, drewnianym płotkiem małego, białego domku. Nad gankiem paliło się słabe, żółte światło. Odwróciła się przodem do Natana, trzymając dłonie na pasku swojej torby.
— To mój dom — powiedziała cicho, patrząc mu prosto w oczy. — Dziękuję, że mnie odprowadziłeś, Tommy. Naprawdę miło mi się z tobą rozmawiało.
Natan poczuł, jak całe napięcie z niego opada, ustępując miejsca
niesamowitemu, ciepłemu spokojowi.
— Mi też, Monika. Do zobaczenia w szkole.
— Do zobaczenia — odpowiedziała.
Uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, po czym otworzyła furtkę i szybkim krokiem weszła na ganek. Natan stał pod płotem, dopóki ciężkie, drewniane drzwi nie zamknęły się za nią z cichym kliknięciem. Dopiero wtedy odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu cioci Sarah, czując, że ten wieczór roku 1990 zmienił w nim absolutnie wszystko.
Następnego dnia od samego rana Jim nie dawał mu spokoju.
Dopadł go przy szkolnych szafkach, tuż przed pierwszym dzwonkiem. Trzasnął metalowymi drzwiczkami, poprawił swoją luźną, rozpiętą koszulę i niemal wbił palec w pierś Natana. W jego oczach płonęła czysta, nastoletnia ekscytacja.
— No i co, Tommy?! — wyszeptał głośno, rozglądając się z ożywieniem po korytarzu. — Widziałem cię rano! Masz jakąś inną gębę. Gadaj mi tu szybko, co się stało po tym, jak wysadziłem cię pod biblioteką! Zrobiłeś to, o czym rozmawialiśmy przy ogniu?
Natan spróbował go ominąć, ale Jim zablokował mu drogę ramieniem, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Dla niego nie liczyły się lekcje
– liczyły się dziewczyny, dobra zabawa i sukces kumpla.
Natan wypuścił cicho powietrze z płuc. Nie potrafił ukryć lekkiego rumieńca.
— No dobra... — zaczął cicho, opierając się o szafkę.
— Spotkałem ją w parku. Wracała z biblioteki.
— I?! — Jim niemal podskoczył z wrażenia, głośno klaszcząc w dłonie.
— Uciekłeś jak ostatnio?
— Nie — Natan uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie tamtego cichego spaceru. — Odprowadziłem ją pod sam dom. Rozmawialiśmy przez całą drogę. O szkole, o bibliotece... o wujku Harrym. Było naprawdę super.
Jim zamarł na ułamek sekundy, po czym z całej siły rypnął Natana otwartą dłonią w plecy, aż chłopakowi poleciały książki.
— Ha! Wiedziałem! — wrzasnął Jim na cały korytarz, ignorując karcące spojrzenie przechodzącego obok nauczyciela.
— Mój człowiek! Mówiłem ci, żebyś przestał tyle rozmyślać i zaczął w końcu żyć! Dziewczyny, muzyka, wolność – to się liczy, stary! Skoro odprowadziłeś ją pod drzwi, to połowa sukcesu za tobą. W ten weekend robimy kolejny wypad moją bryką. I tym razem zabierasz ze sobą Monikę, nie przyjmuję żadnej odmowy!
W tym samym momencie głośny, metalowy dzwonek przerwał jego tyradę. Jim złapał swój plecak, mrugnął do Natana z błyskiem w oku i ruszył pędem w stronę klasy, gwiżdżąc pod nosem riff z kawałka AC/DC.
Natan schylił się, żeby podnieść z podłogi upuszczony zeszyt. Czuł, jak bije od niego niesamowita, młoda energia Jima. W tym zwariowanym świecie roku 1990, pełnym starych aut i głośnej muzyki, ten chłopak był dla niego najlepszym dowodem na to, że mimo wszystko warto po prostu cieszyć się chwilą.
W piątek po południu dom cioci Sarah był całkowicie cichy.
Natan stał w salonie, tępo wpatrując się w beżowy aparat stacjonarny na stoliku. Przez te wszystkie lata rzadko z niego korzystał. Teraz jego dłoń lekko drżała, gdy trzymał w palcach mały skrawek papieru z numerem Moniki, który rano przepisał ze szkolnej książki adresowej.
„Nie myśl, tylko działaj” — słowa Jima znowu krążyły mu po głowie.
Natan wziął głęboki oddech i podniósł ciężką słuchawkę. Wcisnął twarde, kwadratowe przyciski. Jeden po drugim. Tym razem centrala nie wydała komunikatu o błędzie. W słuchawce rozległ się długi, przerywany sygnał.
Każde piknięcie brzmiało jak uderzenie młota. Serce tłukło mu się w piersi. Chciał odłożyć słuchawkę. Chciał zrezygnować.
Nagle sygnał urwał się ze głośnym kliknięciem.
— Halo? — z głośnika dobiegł jej ciepły, znajomy głos.
Natan poczuł, jak gardło całkowicie mu wysycha. Chrząknął cicho, żeby opanować drżenie.
— Cześć, Monika. Z tej strony... z tej strony Tommy.
Po drugiej stronie zapadła ułamkowa pauza, a potem Natan usłyszał, jak dziewczyna delikatnie się uśmiecha.
— O, cześć, Tommy! Miło, że dzwonisz. Co tam?
— Słuchaj... — Natan ścisnął mocniej plastikową obudowę. — Pomyślałem... to znaczy, Jim i paru chłopaków organizują jutro, w sobotę, taki wypad za miasto. Jego starym samochodem. I... zastanawiałem się, czy nie zechciałabyś też się wybrać? Razem z nami?
W słuchawce na sekundę zapadła cisza. Natan poczuł lodowaty strach. Pomyślał, że zaraz usłyszy odmowę, że wymyśli jakiś powód, żeby nie jechać. Bał się tej śmieszności, o której pisał w swoim dzienniku.
— Wypad bryką Jima? — odezwała się w końcu Monika, a w jej głosie słychać było wyraźne rozbawienie. — Mam nadzieję, że po drodze nie odpadną nam koła. Ale... wiesz co? Bardzo chętnie, Tommy. O której jutro startujecie?
Natan odetchnął tak głęboko, jakby przed chwilą wypłynął na powierzchnię wody. Cały stres momentalnie z niego opadł.
— Jim chce ruszyć około pierwszej po południu. Podjedziemy po ciebie.
— Świetnie. Będę czekać przed domem. Do zobaczenia, Tommy.
— Do zobaczenia — odpowiedział cicho.
Odłożył słuchawkę na widełki. Przez dłuższą chwilę stał nad stolikiem, gapiąc się na telefon. Na jego twarzy pojawił się szeroki, dumny z samego siebie uśmiech. Zrobił to. Sam. Bez pomocy Jima. Pokonał strach przed odrzuceniem.
W sobotę punktualnie o pierwszej po południu ciszę na ulicy rozdarł głośny, charakterystyczny ryk silnika.
Natan wybiegł z domu, machając na pożegnanie cioci Sarah. Na podjeździe stał już wielki, kanciasty wóz Jima, lśniący w czerwcowym słońcu. Z otwartych okien bębniła energiczna, młodzieńcza muzyka, a Jim rytmicznie uderzał dłonią w kierownicę, szeroko się uśmiechając.
Natan wskoczył na przednie siedzenie, zatrzaskując ciężkie, blaszane drzwi.
— No i jak, Romeo?! — wrzasnął Jim, gwałtownie wrzucając bieg. — Gotowy na podbój świata? Melduję, że misja „Monika” oficjalnie rozpoczęta!
Auto ruszyło z kopyta, piszcząc oponami na asfalcie. Natan śmiał się głośno, czując, jak ogarnia go czysta, nastoletnia beztroska. Pędzili przez miasteczko, mijając znajome ulice, aż w końcu skręcili w cichą aleję, gdzie stał mały, biały domek z drewnianym płotkiem.
Jim zwolnił i zatrzymał się tuż przy krawężniku.
Monika już tam była. Stała przed furtką, ubrana w jasne, jeansowe ogrodniczki i białą koszulkę. Letni wiatr delikatnie bawił się jej jasnymi włosami. Na widok nadjeżdżającego samochodu pomachała im wesoło ręką i natychmiast ruszyła w stronę auta.
Jim wyłączył na chwilę głośną muzykę, nachylił się przez ramię Natana i otworzył tylne drzwi.
— Wskakuj, Moni! — zawołał wesoło. — Witamy na pokładzie linii lotniczych Jima! Gwarantujemy, że koła nie odpadną... przynajmniej przez najbliższą godzinę!
Monika zaśmiała się uroczo, wsiadając na tylną kanapę i poprawiając torbę.
— Cześć, Jim! Cześć, Tommy! — odezwała się ciepło, a jej zielone oczy natychmiast spotkały się w lusterku ze spojrzeniem Natana.
Natan odwrócił się na fotelu, opierając ramię o oparcie. Poczuł, jak serce bije mu szybciej, ale tym razem nie był to strach – to była czysta, nastoletnia radość.
— Cześć, Monika. Fajnie, że jedziesz z nami — powiedział ze szczerym uśmiechem.
Jim wyszczerzył zęby, zerknął na nich obu w lusterku, po czym znowu podkręcił radio i z impetem nacisnął gaz. Samochód gwałtownie ruszył naprzód, wyjeżdżając z miasteczka w stronę słonecznych, zielonych wzgórz. Kolejny dzień w roku 1990 właśnie stawał się dla Natana najwspanialszą chwilą w życiu.
Zanim jednak wyjechali za miasto, Jim skręcił w sąsiednią dzielnicę. Przy krawężniku, tuż obok wielkiego dębu, czekała dziewczyna. Miała na sobie wzorzystą spódnicę i kolorową opaskę we włosach. Na widok ryczącego wozu Jima szeroko się uśmiechnęła.
Samochód zatrzymał się, a dziewczyna wskoczyła na tylną kanapę, od razu rzucając się Jimowi na szyję i witając wesoło z Moniką. Auto znowu ruszyło z kopyta. Teraz, w czwórkę, pędzili w stronę obrzeży miasteczka.
Po kilkunastu minutach Jim zwolnił i zaparkował przed małym, prowincjonalnym sklepem spożywczym. Zgasił silnik, obrócił się na fotelu i spojrzał na Natana i Monikę z szelmowskim uśmiechem.
— Dobra, ekipa. Wychodzimy po jakieś zapasy — oznajmił Jim, puszczając oko do Natana. — Zostawię was na chwilę, gołąbeczki. Tylko nie róbcie mi tu żadnych głupot!
Zanim Natan zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Jim i jego dziewczyna wyskoczyli z wozu, trzaskając głośno drzwiami.
Natan i Monika zostali sami. W samochodzie nagle zapadła głęboka, krępująca cisza. Słychać było tylko tykanie stygnącego silnika pod maską. Natan bębnił palcami o kolano, nagle znowu czując lekki powrót nieśmiałości.
Monika poprawiła się na siedzeniu i oparła dłonie o oparcie fotela Natana.
— Jim to potworny pajac... ale naprawdę go lubię — odezwała się w końcu z cichym rozbawieniem, przerywając ciszę.
Natan odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się szczerze. Całe napięcie momentalnie z niego opadło.
— Tak... to prawda. Ale to mój najlepszy przyjaciel. Zawsze można na niego liczyć.
W tym samym momencie drzwi sklepu otworzyły się z głośnym brzękiem dzwonka. Ze środka wyłonił się Jim, a tuż za nim jego dziewczyna. Jim był uśmiechnięty od ucha do ucha. Szedł dumnym krokiem, unosząc wysoko w górę ręce, w których mocno ściskał kartonowe zgrzewki puszek z piwem.
Dopadł do samochodu, wrzucił zakupy przez okno i wrzasnął na cały regulator:
— Czas zacząć imprezę! Wszyscy na pokład, jedziemy nad jezioro!
Wskoczył za kółko, silnik znowu głośno ryknął, a koła zabuksowały na szutrowym parkingu. Natan, Monika i dziewczyna Jima wybuchnęli głośnym śmiechem. Samochód z impetem wjechał na leśną drogę, pędząc prosto w stronę lśniącej w słońcu tafli pobliskiego jeziora.
Nad jeziorem było cudownie. Grała muzyka, z głośników auta płynęły rockowe hity, a wokół ogniska niosły się radosne śmiechy i zapach pieczonych kiełbasek.
Po jakimś czasie Natan oddalił się na chwilę od reszty. Potrzebował ciszy. Poszedł w stronę pobliskiej, starej ławki stojącej nad samym brzegiem wody. Jim został ze swoją dziewczyną przy ognisku, kompletnie pochłonięty rozmową.
Monika zauważyła jednak, że Natan siedzi sam. Odłączyła się od grupy i podeszła do niego cicho, siadając tuż obok na drewnianej ławce. Spojrzała na jego zamyśloną twarz.
— Tęsknię za czymś — powiedział Natan po dłuższej chwili, bezwiednie dłubiąc palcami w spękanej korze drewna.
— Za czym? A może za kim? — spytała łagodnie Monika.
— Za czymś... i za rodzicami.
— Co się stało, Tommy?
Natan westchnął ciężko, patrząc na falującą, ciemną taflę jeziora.
— I tak byś nie zrozumiała.
— Spróbuj. Może jednak — poprosiła, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Natan poczuł, jak gardło mu się zaciska. Ciężar tajemnicy znowu stał się nie do zniesienia.
— Wybacz, ale nie... przepraszam.
Wstał gwałtownie z ławki i ruszył powoli przed siebie, idąc polną drogą wzdłuż brzegu.
— Poczekaj, Tommy! — zawołała za nim.
Natychmiast wstała i podbiegła do Natana, zrównując z nim krok. Złapała go delikatnie za rękę, zmuszając, by się zatrzymał.
— Może nie zrozumiem. Nie musisz mi nic mówić. Powiesz, jak będziesz gotów — popatrzyła mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu była absolutna szczerość. — Ale teraz chcę być blisko ciebie.
Natan przez dłuższą chwilę patrzył na nią w milczeniu. Cały ból i samotność na moment odpuściły.
— Ok — szepnął.
Natan zbliżył się i delikatnie objął Monikę. Przez moment stali tak w uścisku, po czym powoli poszli dalej polną drogą, ramię w ramię.
— Wiesz... — odezwał się nagle Natan, patrząc na korony drzew. — Jak czuje się człowiek, który w jednej sekundzie traci wszystko, co miał? Rodziców, przyjaciół, całe życie... Jak ten człowiek się czuje? Co przeżywa?
Monika spojrzała na niego z głębokim przejęciem.
— A ty wiesz?
Natan milczał. Na jego usta wpłynął blady, smutny uśmiech, a z oczu momentalnie poleciały mu gorące łzy.
Monika spostrzegła to natychmiast. Przystanęła na środku drogi, mocno wtuliła się w niego i przytuliła Natana z całych sił. Nic nie mówiła. Nie zadawała pytań. Po prostu była przy nim.
W tym samym momencie na drogę wybiegł Jim. Chciał ich zawołać, ale gdy dostrzegł tę scenę – zapłakanego kumpla i tulącą go dziewczynę – przystanął na chwilę. Wokół panował wieczorny spokój. Jim pokiwał powoli głową z pełnym, dojrzałym zrozumieniem. Uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym cicho odwrócił się na pięcie i wrócił do swojej dziewczyny, zostawiając Natana i Monikę samych w mroku polnej drogi.
Późnym wieczorem pokój Harry'ego tonął w całkowitej ciemności. Natan siedział przy biurku. Jedynym punktem światła była mała czerwona dioda magnetofonu, która paliła się w mroku jak mały węgielek.
Wewnątrz maszyny z cichym szumem obracała się taśma. Natan pochylił się nisko nad mikrofonem. Głos miał zachrypnięty, zmęczony.
— Kaseta numer sto szesnaście — zaczął bardzo cicho. — Dzisiaj… dzisiaj wróciliśmy znad jeziora. Byliśmy tam z Jimem, jego dziewczyną i Moniką.
Zamilkł na chwilę. Słychać było tylko jego ciężki oddech i monotonny, magnetyczny szum.
— Stałem tam z nią na polnej drodze. Pękłem. Po prostu zacząłem płakać, a ona… ona mnie przytuliła. Nic nie mówiła. Po prostu była przy mnie. Zapytałem ją, czy wie, jak to jest, kiedy w jednej sekundzie traci się wszystko. Rodziców. Przyjaciół. Całe życie. Zapytała, czy ja to wiem. Nie odpowiedziałem. Skłamałem swoim milczeniem.
Natan zacisnął mocno pięści w ciemności, aż zatrzeszczały mu stawy.
— Tak bardzo chciałem powiedzieć jej prawdę. Wykrzyczeć to. Powiedzieć, że nie nazywam się Tommy Jenkins. Że pochodzę z dwa tysiące szesnastego roku. Że jestem Natan Cole. Ale nie mogłem. Przeraziłem się. Przeraziło mnie, co by o mnie pomyślała. Uznałaby mnie za wariata. Przestraszyłaby się i uciekła. Musiałem to utopić w sobie.
Przełknął głośno ślinę, a do oczu znowu napłynęły mu łzy.
— Ale jedno jest pewne. Po tym wypadzie… zbliżyliśmy się do siebie. Niesamowicie bardzo. Kiedy mnie trzymała, ten cały cholerny ciężar na jedną sekundę stał się lżejszy. Ona jest jedyną rzeczą w tym świecie, która trzyma mnie jeszcze przy życiu. Jedyną rzeczą, która sprawia, że ten obcy rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty nie wydaje się taki straszny. Kończę, bo słyszę kroki cioci Sarah na korytarzu. Na razie.
Trzask.
Natan uderzył w przycisk STOP. Czerwona dioda zgasła, pogrążając pokój w absolutnym mroku.
Rok dwu tysięczny przyniósł nowy wiek, ale dla Natana nic się nie zmieniło. Miał już dwadzieścia siedem lat.
Siedział na strychu swojego nowego domu, wpatrując się w ścianę, na której wisiała wielka, szczegółowa mapa hrabstwa, gęsto pokreślona czerwonym markerem. Obok, na drewnianych półkach, stały już trzy duże pudła wypełnione kasetami magnetofonowymi. Jego dziennikami. Przez ostatnie dziesięć lat Natan nie dowiedział się absolutnie niczego.
Zmarnował tysiące godzin. Przeanalizował każdy możliwy artykuł, każdy rejestr zaginionych i policyjne kroniki z ostatnich trzydziestu lat. Szukał jakiegokolwiek śladu po facecie, który śledził go w 2016 roku. Bezskutecznie. Archiwa milczały. Anomalia w lesie była jednorazowa, a tajemniczy mężczyzna pozostawał nieuchwytnym duchem. Z czasem ta paląca frustracja zamieniła się w chłodną, codzienną obsesję, przed którą uciekał tylko w jedno miejsce – do pracy.
Natan zatrzasnął szufladę biurka, w której leżał stary, zardzewiały smartfon z 2016 roku. Zszedł na dół, wziął kluczyki do samochodu i wyszedł z domu.
Pracował jako informatyk w lokalnym serwisie sprzętu komputerowego. Dla ludzi w roku dwu tysięcznym, którzy dopiero uczyli się obsługi raczkującego internetu i systemu Windows,
komputery były czarną magią. Dla Natana, chłopca z XXI wieku, była to banalna codzienność. Ta praca pozwalała mu zarobić na życie i dawała bezpieczną odskocznię od wiecznego myślenia o przeskoku w czasie .
Wsiadł do auta i pojechał prosto do miejskiej biblioteki.
Gdy przekroczył próg, uderzył go ten sam, niezmienny zapach starego papieru. Za główną ladą siedziała Monika. Była już jego żoną. Dorosła, piękna kobieta o mądrym, spokojnym spojrzeniu. Została w tej bibliotece na stałe, z pasji do książek. Gdy tylko usłyszała brzęk dzwonka, uniosła głowę i na jej twarzy natychmiast pojawił się ten sam, ciepły uśmiech, który Natan poznał dziesięć lat temu w parku.
— Cześć, Tommy — odezwała się łagodnie, odkładając katalog kartkowy. — Przywiozłeś mi obiad, czy znowu przyszedłeś szukać czegoś w starych rocznikach?
Natan podszedł do lady, opierając się o drewniany blat. Spojrzał w jej zielone oczy. Ona wciąż nie wiedziała, kim naprawdę jest jej mąż. Widziała tylko jego zamyślenie i ukryty smutek, z którym walczył każdego dnia.
— Ani jedno, ani drugie — odpowiedział łagodnie, poprawiając kołnierz koszuli. — Przyjechałem ci przypomnieć, że dzisiaj wieczorem idziemy na kolację do Jima i jego żony. Musimy wyjechać prosto po twojej pracy.
Monika głośno klasnęła w dłonie, a jej twarz natychmiast rozpromieniała.
— O rany, zupełnie zapomniałam! Całe szczęście, że o tym pomyślałeś. Jim dzwonił wczoraj do biblioteki i mówił, że kupił nowego grilla na taras.
Kilka godzin później podjechali pod dom Jima.
To była wielka, nowoczesna willa na nowym osiedlu, otoczona idealnie przystrzyżonym trawnikiem. Jim w ciągu tych dziesięciu lat zmienił się w prawdziwego rekina biznesu. Założył firmę handlową, dorobił się sporych pieniędzy, nosił drogie garnitury, ale w głębi duszy wciąż pozostał tym samym, szalonym dzieciakiem z kanciastym autem i radiem nastawionym na cały regulator.
Gdy tylko usłyszał trzask zamykanych drzwi ich samochodu, natychmiast wybiegł na ganek. Miał na sobie luźną koszulkę Polo i wielki fartuch kuchenny z napisem „Szef kuchni”. Wyglądał komicznie, ale na jego twarzy malował się ten sam, szeroki uśmiech od ucha do ucha.
— No wreszcie! — wrzasnął Jim, rozkładając szeroko ramiona i ruszając w ich stronę. — Myślałem, że ten twój serwis komputerowy znowu eksplodował, Tommy! Cześć, Moni! Wyglądasz zjawiskowo. Wchodźcie szybko, piwo już się chłodzi, a moja żona zrobiła ten swój słynny sernik!
Z głębi domu wybiegła jego żona – ta sama dziewczyna, którą kiedyś zabrali starym wozem nad jezioro, teraz elegancka, dorosła kobieta. Przytuliła Monikę na powitanie.
Natan poczuł, jak całe napięcie z ostatnich dni całkowicie z niego opada. Wieczór był ciepły, na tarasie cicho grała muzyka z nowoczesnego odtwarzacza płyt CD, a z wielkiego grilla unosił się niesamowity zapach jedzenia.
Siedzieli przy dużym, ogrodowym stole, jedząc, pijąc i głośno się śmiejąc. Jim gestykulował gwałtownie, opowiadając o swoich nowych planach biznesowych na rok dwu tysięczny i o tym, jak kupił telefon komórkowy wielkości cegły, z którego może dzwonić prosto ze swojego samochodu.
Natan patrzył na Monikę, która śmiała się z żartów Jima, a potem na samego Jima, który właśnie udawał, że jego widelec to rakieta kosmiczna. Przez tę jedną, długą chwilę Natan poczuł czyste, niczym niezmącone szczęście. Miał dwadzieścia siedem lat, wspaniałych przyjaciół i piękną żonę u boku. Nowy wiek dopiero się zaczynał, a on w końcu potrafił po prostu cieszyć się tym, co miał tu i teraz.
Kiedy Monika i Susan poszły do kuchni, żeby przynieść obiecany sernik, na tarasie zapadła męska, swobodna atmosfera. Jim dopijał piwo, opierając się o barierke i patrząc na dogasający żar w grillu.
Nagle odwrócił się do Natana, a jego twarz spoważniała w ten specyficzny, rzadki dla niego sposób. Na ustach pojawił się jednak dumny, szeroki uśmiech.
— Słuchaj, Tommy… Muszę ci o czymś powiedzieć. Dziewczyny jeszcze nie chcą zapeszać, ale… Susan jest w ciąży. Będziemy mieli dziecko.
Natan natychmiast uniósł głowę, a jego twarz rozpromieniała. podszedł bliżej i mocno uścisnął dłoń przyjaciela.
— Stary! Moje gratulacje! To niesamowita wiadomość!
— Dzięki — Jim mocno klepnął go w ramię, a w jego oczach błysnęły autentyczne łzy radości. — Jeśli to będzie chłopak, postanowiłem, że nazwie go po moim zmarłym ojcu. Będzie miał na imię Dany. Dany Miller.
W tym samym ułamku sekundy świat wokół Natana całkowicie się zatrzymał.
Muzyka na tarasie nagle ucichła. Powietrze stało się lodowate. Natan poczuł, jak krew momentalnie odpływa mu z twarzy, a żołądek zawiązuje się w potężny, bolesny węzeł. W głowie, niczym potężny wybuch, eksplodowało jedno, zatarte wspomnienie z 2016 roku.
Szkolne podwórko. Krzyki. Gwałtowny bieg w stronę lasu. I ten chłopak, który biegł na samym przedzie, wrzeszcząc, że go dopadnie. Dany Miller.
Natan patrzył na Jima z szeroko otwartymi oczami. Jego mózg gorączkowo łączył kropki, których nigdy wcześniej nawet nie brał pod uwagę. 2016 rok. Nastolatek, który go gonił i doprowadził do upadku w lesie, miał szesnaście lat. Urodził się… dokładnie teraz. W roku dwu tysięcznym.
To był syn Jima. Syn jego najlepszego przyjaciela.
— Tommy? Wszystko w porządku? — głos Jima nagle wyrwał go z odrętwienia. Przyjaciel patrzył na niego z wyraźnym zaniepokojeniem, widząc, jak Natan kurczowo trzyma się krawędzi stołu, a z jego dłoni niemal wypada szklanka. — Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
Natan przełknął ślinę. Gardło miał całkowicie zaciśnięte, a w skroniach dudnił mu potężny puls. Spojrzał na roześmianego Jima, który nie miał pojęcia o tragedii, jaka rozegra się za szesnaście lat.
— Tak… tak, wszystko okej — wykrztusił z trudem Natan, zmuszając się do bladego, nienaturalnego uśmiechu. — Po prostu… niesamowicie się cieszę, stary. Dany Miller. To… to bardzo ładne imię.
W tym momencie z kuchni wyszły dziewczyny, niosąc talerze z ciastem. Rozmowa wróciła do normy, ale dla Natana ten wieczór przestał być radosny. Siedział przy stole, mechanicznie przeżuwając jedzenie, a w jego głowie powoli, po raz pierwszy w życiu, zaczynał rodzić się straszliwy, przerażający plan. Pętla czasu właśnie zyskała swój początek.
Gdy tylko wrócili do domu, Natan nawet nie ściągnął butów. Rzucił kluczyki na szafkę w przedpokoju i ignorując zdziwione spojrzenie Moniki, ruszył pędem na górę.
Wbiegł po skrzypiących schodach na samą górę, szarpnął za ukryte drzwiczki i wszedł na strych. W ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu pachniało starym drewnem. Natan nie włączył światła. Drżącą dłonią odszukał na biurku gruby, czarny marker.
Podszedł do wielkiej mapy hrabstwa wiszącej na ścianie. Jego oddech był szybki, urywany.
Przycisnął marker do papieru. Wielkimi, koślawymi literami tuż obok zaznaczonego czerwoną pętlą roku dwu tysięcznego napisał: DANY MILLER.
Docisnął marker tak mocno, że końcówka przebiła papier, zostawiając czarny ślad na drewnianej ścianie. Cofnął się o krok, ciężko dysząc. Patrzył na to nazwisko w mroku. Wszystko zaczęło się układać w jedną, przerażającą całość. Szkolny łobuz, który w 2016 roku doprowadzi do jego upadku w lesie, właśnie rósł w brzuchu żony jego najlepszego przyjaciela.
Natan opadł ciężko na krzesło. Cały się trząsł. Wyciągnął z pudełka czystą kasetę, wcisnął ją do magnetofonu i uderzył w przycisk REC. Czerwona dioda rozbłysła, rzucając blady, krwawy refleks na jego twarz.
Pochylił się nad mikrofonem, a jego głos był stłumiony, pełen czystego przerażenia:
— Kaseta... nie wiem nawet, który to numer. Dzisiaj jest maj dwu tysięcznego roku. Byliśmy na kolacji u Jima. On... on mi powiedział, że Susan jest w ciąży. Jeśli urodzi się chłopak, dadzą mu na imię Dany. Dany Miller.
Natan zamilkł. W ciszy strychu słychać było tylko szaleńcze bicie jego serca i cichy, monotonny szum taśmy.
— Słyszysz to, Natan? — szepnął do mikrofonu, zwracając się do samego siebie. — To syn Jima. Syn mojego najlepszego kumpla z tych czasów. To on w dwa tysiące szesnastym roku będzie mnie gonił za szkołą. To przez niego wbiegnę do lasu i uderzę głową o tamten kamień. Pętla... pętla właśnie się zaczyna. Przez czternaście lat szukałem przyczyn, szukałem tamtego starszego faceta, a klucz do wszystkiego narodzi się za kilka miesięcy w tutejszym szpitalu.
Łza spłynęła mu po policzku, kapiąc na blat biurka. Natan zbliżył usta do samego mikrofonu.
— Nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie wiem, jak mam na to pozwolić. Patrzę na Jima, który cieszy się, że będzie ojcem, i czuję, jak pęka mi serce. Muszę ich obserwować. Muszę pilnować tego dzieciaka. Zostało mi szesnaście lat do dnia, w którym moje stare życie znowu się wydarzy. Muszę przerwać tę pętlę. Muszę uratować samego siebie.
Gwałtownie nacisnął STOP. Maszyna głośno, metalicznie strzeliła. Czerwona dioda zgasła, pogrążając strych w całkowitej, lodowatej ciemności nowego stulecia.
Kiedy otworzył klapę w podłodze i zszedł po schodach, w domu panowała cisza. W salonie paliła się tylko mała lampka stojąca na komodzie. Monika siedziała na kanapie, trzymając w dłoniach kubek z herbatą. Nie czytała książki. Czekała na niego.Gdy usłyszała jego kroki, uniosła głowę. W jej zielonych oczach malował się głęboki, podszyty lękiem niepokój.— Tommy… — odezwała się cicho, odkładając kubek na stolik. — Co się stało? U Jima nagle zbladłeś, a po powrocie uciekłeś na strych bez słowa. Przerażasz mnie ostatnio.Natan zatrzymał się na środku salonu. Spojrzał na swoją żonę – kobietę, która kochała go bezgranicznie, choć tak naprawdę znała tylko człowieka z mglistą przeszłością, którego przygarnęła lokalna pielęgniarka. Poczuł potworne wyrzuty sumienia. Chciał paść przed nią na kolana i wykrzyczeć prawdę: „Nie nazywam się Tommy Jenkins! Mam trzynaście lat i pochodzę z dwa tysiące szesnastego roku, a syn naszego przyjaciela zniszczy mi życie!”.Zamiast tego zmusił swoje mięśnie twarzy do smutnego, zmęczonego uśmiechu. Podszedł do kanapy i usiadł obok niej, biorąc jej zimne dłonie w swoje.— Przepraszam cię, kochanie — skłamał gładko, a ten fałsz palił go w gardle. — Po prostu… ta wiadomość o dziecku Jima. Wywołała we mnie masę wspomnień. Wiesz, że nie mam nikogo z własnej rodziny. Sarah zmarła, a ja… poczułem nagle, jak ten czas ucieka. Pomyślałem o odpowiedzialności, o przyszłości. To mnie trochę przerosło.
Monika westchnęła z ulgą. Przytuliła się do jego ramienia, gładząc go po plecach.
— Głuptas z ciebie — szepnęła. — Będziesz cudownym wujkiem. Jim już zapowiedział, że zostaniesz ojcem chrzestnym.
Na te słowa żołądek Natana ponownie skręcił się w supeł. Ojciec chrzestny. Miał trzymać do chrztu chłopca, który szesnaście lat później wygoni go do lasu na potępienie.
Trzy dni później
Natan siedział w swoim serwisie komputerowym. Wokół panował artystyczny nieład — rozkręcone obudowy starych pecetów, ciężkie, kineskopowe monitory i kłębowiska szarych kabli. Dla zwykłych ludzi rok dwu tysięczny był technologiczną czarną magią, ale dla Natana, informatyka z przyszłości, te prymitywne maszyny nie miały żadnych tajemnic. Naprawiał je mechanicznie, z autopilotem, podczas gdy jego myśli krążyły wokół jednego, mrocznego celu.
W tym momencie do warsztatu wszedł pan Conor, właściciel serwisu.
— Tommy, telefon do ciebie — rzucił od progu.
Natan natychmiast przerwał pracę. Wyparł z dłoni śrubokręt i udał się do gabinetu szefa. Podszedł do biurka, na którym leżała już odłożona, czarna słuchawka aparatu stacjonarnego.
— Słucham, Jenkins — odezwał się spokojnie.
W ułamku sekundy słuchawka, którą trzymał, wypadła mu z bezwładnej dłoni i z głuchym stukotem uderzyła o blat. Natan zalał się zimnym potem. Drugą ręką musiał oprzeć się o biurko, bo nogi nagle ugięły się pod jego ciężarem.
— Coś się stało? — zapytał zaniepokojony Conor, podnosząc się z krzesła.
Natan milczał przez długą chwilę, walcząc o oddech. W końcu spojrzał na szefa pustym wzrokiem.
— Moja ciotka... osoba, której zawdzięczam absolutnie wszystko, nie żyje.
Conor natychmiast podszedł bliżej.
— Jeśli jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić...
— Nie... nie, dziękuję — przerwał mu cicho Natan. — Chciałbym po prostu już wyjść.
— Oczywiście. Weź kilka dni wolnego, o nic się nie martw.
— Dziękuję panu.
Natan wybiegł z pracy, wsiadł do samochodu i jak oszalały pojechał prosto pod dom Sarah. Gdy parkował na podjeździe, zastał tam ponury widok. Sanitariusze właśnie wytaczali z budynku nosze,
kierując się w stronę zaparkowanej karetki. Było na nich ciało jego ciotki.
Natan podbiegł do wózka, tamując im drogę.
— Chwileczkę! Pozwólcie na moment — wykrztusił błagalnym głosem.
Sanitariusze zatrzymali się. Natan drżącą dłonią delikatnie odchylił białe prześcieradło, które zakrywało głowę kobiety. Spojrzał na jej twarz. Wyglądała tak, jakby tylko mocno zasnęła. Była nienaturalnie spokojna.
— Dziękuję ci, ciociu... — szepnął, a pierwsze, gorące łzy bezwiednie poleciały mu z oczu. — Dziękuję za wszystko.
Pokiwał głową z niedowierzaniem. Sanitariusz z powrotem naciągnął prześcieradło na twarz zmarłej, po czym sprawnym ruchem wprowadzili wózek do wnętrza karetki. Drzwi trzasnęły, a pojazd powoli ruszył przed siebie.
Natan stał na podjeździe jak sparaliżowany, odprowadzając auto wzrokiem. Po chwili poczuł na ramionach znajomy, ciepły dotyk. To była Monika. Podeszła cicho i mocno go objęła.
— Nie cierpiała, Tommy... To był nagły wylew do mózgu — szepnęła mu do ucha, próbując dodać otuchy.
Natan powoli wyjął chusteczkę z kieszeni płaszcza i drżącą dłonią wytarł mokre oczy.
Natan schował chusteczkę z powrotem do kieszeni. Dźwięk oddalającej się syreny powoli cichł, zostawiając w uszach Natana tylko szum wiatru w koronach przydrożnych drzew.
Monika mocniej wtuliła się w jego bok, próbując przekazać mu choć trochę ciepła.
Natan pokiwał głową, ale nie potrafił wykrztusić ani słowa. W jego głowie panował kompletny chaos. Sarah Jenkins była kobietą, która uratowała mu życie, gdy jako przerażony trzynastolatek z XXI wieku błąkał się po obcym dla siebie świecie w 1986 roku. To ona dała mu nazwisko, dach nad głową i miłość, której tak bardzo wtedy potrzebował. Teraz, w roku dwu tysięcznym, stracił ostatnią kotwicę łączącą go z tamtym bezpiecznym okresem dorastania.
— Wejdźmy do środka — zaproponowała cicho Monika, gładząc go po ramieniu. — Trzeba zabezpieczyć dom, wyłączyć urządzenia. Policja zostawiła mi klucze.
Natan skinął głową. Ruszyli w stronę ganku. Każdy krok po drewnianych stopniach wydawał się Natanowi nienaturalnie ciężki. Kiedy przekroczyli próg, uderzył go ten sam, doskonale znany zapach: lawenda, stare książki i syrop medyczny, który Sarah zawsze trzymała w szafce. Wszystko wyglądało tak, jakby właścicielka wyszła tylko na chwilę do ogrodu. Na stoliku obok fotela wciąż leżała niedokończona robótka na drutach i okulary do czytania.
Monika poszła w stronę kuchni, żeby sprawdzić okna, a Natan jak urzeczony podszedł do kominka. Nad nim wisiało ich wspólne zdjęcie sprzed lat – młoda jeszcze Sarah i on, nastoletni, zagubiony Tommy z lekko wymuszonym uśmiechem na twarzy.
Nagle poczuł, jak ogarnia go lodowaty, paraliżujący strach. Pętla czasu zaciskała się coraz mocniej. Wszystko, co stałe i bezpieczne w jego życiu, właśnie znikało. Sarah nie żyła. Kilka dni temu dowiedział się o ciąży Susan. Świat wokół niego drastycznie się zmieniał, bezlitośnie spychając go w stronę roku 2016.
— Tommy? — z kuchni dobiegł łagodny głos Moniki.
— Chodź tutaj na chwilę, proszę.
Natan oderwał wzrok od zdjęcia, wziął głęboki oddech, by opanować drżenie rąk, i ruszył w stronę kuchni. Musiał być silny. Dla Moniki, dla pamięci Sarah... i dla planu, który teraz, w obliczu tej tragedii, stał się jedynym sensem jego egzystencji. Musiał przetrwać te szesnaście lat. Dla samego siebie.
Natan ruszył za Moniką do jasnej, pachnącej ziołami kuchni. Jego żona stała przy dębowym stole, na którym leżały poukładane dokumenty Sarah.
— Tommy, spójrz na to — powiedziała cicho, podając mu małe, metalowe pudełko. — Znalazłam to w szufladzie z obrusami. Pomyślałam, że to powinno trafić do ciebie.
Natan wziął pudełko do ręki i uniósł wieczko. W środku leżało kilka fabrycznie nowych, nigdy nierozpakowanych kaset magnetofonowych Maxell oraz mała, czarna kostka czyszcząca do głowic. Na samym dnie leżała też zapasowa bateria do starego dyktafonu Harry'ego.
— Sarah chyba trzymała to dla ciebie — dodała Monika z ciepłym uśmiechem. — Wiedziała, jak bardzo polubiłeś ten stary magnetofon po Harrym i jak dużo czasu spędzasz , nagrywając swoje przemyślenia. Zawsze mówiła, że to twoja terapia na tę nieszczęsną amnezję z dzieciństwa.
Natan poczuł, jak gardło mu się zaciska. Spojrzał na czyste kasetki. Sarah do końca życia była przekonana, że jej przybrany syn po prostu radzi sobie z traumą z przeszłości i uderzeniem w głowę, które przeżył jako trzynastolatek w 1986 roku. Nie miała pojęcia, że na tych taśmach, począwszy od pierwszej, Natan drżącym głosem powtarzał: „Nazywam się Natan Cole. Jestem z dwa tysiące szesnastego roku. Nagrywam to, żeby nie zapomnieć, kim jestem...”.
— Dziękuję, Moni — wykrztusił cicho Natan, zamykając pudełko.
— To... bardzo dla mnie ważne.
Monika przytuliła się do niego, a Natan mocno ścisnął metalowe pudełko w dłoni. Zrozumiał, że te czyste kasety od Sarah to zapas na kolejne lata. Zapas na czas, który musiał nadejść. Sarah odeszła, zabierając swoją dobroć do grobu, a on został na świecie z żoną, przyjacielem Jimem i czystymi taśmami, które musiał zapełnić przez następne szesnaście lat.
Kilka miesięcy później zapach lawendy w domu Sarah był już tylko wspomnieniem, a strych Natana powoli zapełniał się kolejnymi taśmami. Nadszedł wrzesień roku dwutysięcznego.Natan stał przed wielką, szklaną szybą oddziału noworodków w miejskim szpitalu. Tym samym, w którym kiedyś pracowała Sarah.Obok niego stał Jim. Był całkowicie nieprzytomny ze szczęścia. Włosy miał w nieładzie, luźną koszulę pogniecioną po spędzonej w szpitalu nocy, a na jego twarzy malował się największy uśmiech, jaki Natan kiedykolwiek u niego widział. Jim uderzył dłonią w szklaną szybę, wskazując palcem jedno z małych, plastikowych łóżeczek.
— Zobacz go, Tommy... — szepnął Jim, a jego głos po raz pierwszy w życiu drżał ze wzruszenia.
— Zobacz na mojego syna. Tam leży. Mały Dany Miller.Natan podszedł o krok bliżej. Oparł czoło o chłodne szkło.W plastikowym łóżeczku, owinięty w błękitny kocyk, leżał noworodek. Był malutki. Miał czerwoną skórę, zaciśnięte piąstki i spał spokojnie, co chwilę marszcząc nosek. Wyglądał tak bezbronnie. Tak czysto.Natan poczuł, jak w jego piersi zamiera całe powietrze. Żołądek skręcił się w bolesny, znany już supeł.Patrzył na to dziecko i nie widział niemowlaka. Jego mózg, z bolesną dokładnością, nakładał na ten widok obraz z 2016 roku. Widział szesnastoletniego, agresywnego nastolatka. Słyszał jego wściekły krzyk za szkolnymi szafkami. Widział te same pięści, tylko większe, gotowe wymierzyć mu sprawiedliwość na szkolnym podwórku.
— Jest idealny, stary — zmusił się do odpowiedzi Natan, a jego własny głos wydał mu się przerażająco obcy.
Jim odwrócił się do niego i mocno, z całej siły uścisnął jego ramię.
— Pamiętaj o naszej umowie, Tommy. Jesteś jego ojcem chrzestnym. Masz go nauczyć tych wszystkich sztuczek z monetami, które sam potrafisz. Masz go pilnować.
Natan spojrzał na Jima, a potem z powrotem na małego Dany'ego.
— Będę go pilnował, Jim — odpowiedział cicho Natan, a w głębi duszy te słowa brzmiały jak wyrok.
— Będę go pilnował przez cały czas. Obiecuję ci to.
Późnym wieczorem na strych nie docierały żadne dźwięki z dołu. Monika już spała.Natan siedział przy biurku tępo wpatrując się w nazwisko „DANY MILLER”, które kilka miesięcy temu wyrył czarnym markerem na mapie. Obok leżało małe, metalowe pudełko z czystymi kasetami od zmarłej Sarah.Włożył nową taśmę do magnetofonu. Wcisnął jaskrawoczerwony przycisk REC. Cichy, monotonny szum przewijanej taśmy natychmiast wypełnił mrok pomieszczenia. Natan przysunął się blisko do małego mikrofonu.— Kaseta numer sto dwadzieścia dwa — zaczął mówić niskim, niezwykle skupionym głosem. — Dzisiaj rano narodził się Dany Miller. Widziałem go. Stałem przed szklaną szybą w szpitalu i patrzyłem na tego małego, bezbronnego dzieciaka w błękitnym kocyku. Jim pękał z dumy. Przypomniał mi, że mam być jego ojcem chrzestnym.Natan zamilkł na chwilę. Przełknął głośno ślinę, a w świetle małej lampki na jego twarzy pojawił się dziwny, zdeterminowany wyraz.— Kiedy na niego patrzyłem, najpierw poczułem potworny strach. Ale potem… potem zrozumiałem coś bardzo ważnego. Przede mną jest mnóstwo pracy. Przez najbliższe szesnaście lat będę najbliżej niego, jak to tylko możliwe. Jestem jego ojcem chrzestnym. Mam na niego wpływ. Jeśli uda mi się odpowiednio ukształtować tego chłopca… jeśli nauczę go empatii, dobra i sprawię, że
nigdy nie stanie się szkolnym łobuzem… to być może wszystko się zmieni.
Zbliżył usta jeszcze bliżej obudowy, a jego głos przeszedł w głęboki, pełen nadziei szept.
— Jeśli Dany Miller dorośnie jako dobry człowiek, w dwa tysiące szesnastym roku nie zacznie tamtej bójki za szkołą. Nie będzie mnie gonił. Nie wbiegnę przerażony do lasu i nie uderzę głową o omszały kamień. Jeśli doprowadzę do tego, że tamto wydarzenie nigdy się nie wydarzy… może czas w końcu się odwróci? Może pętla pęknie, a młody Natan Cole nigdy nie przeżyje tego koszmaru i zostanie bezpieczny w swoich czasach? Muszę spróbować. To moja jedyna szansa na ratunek. Muszę wychować swojego własnego wroga na dobrego człowieka.
Trzask.
Natan uderzył mocno w przycisk STOP. Czerwona dioda zgasła. Wyciągnął kasetę z magnetofonu i starannie podpisał ją na bocznej etykiecie: KASETA 122. PLAN.
Nadszedł rok dwa tysiące szósty. Dany miał już sześć lat.Jim rozkręcił swój biznes na tak wielką skalę, że musiał pilnie wyjechać z Susan na kilka dni w interesach do innego stanu. Nie wyobrażał sobie zostawić syna z nikim innym. Dany trafił pod opiekę swojego chrzestnego.Popołudnie było ciepłe i słoneczne. Natan i Monika szli wolno parkową alejką, trzymając małego Dany'ego za ręce. Chłopiec był wesoły, co chwilę podskakiwał i z ożywieniem opowiadał o sztuczce z monetą, którą wujek Tommy pokazał mu wczoraj wieczorem. Natan patrzył na niego z góry i czuł cichą dumę. Chłopak rósł na grzecznego, wrażliwego dzieciaka. Plan z kasety numer 122 działał.Nagle Natan zatrzymał się na środku chodnika. Jakby uderzył w niewidzialną ścianę.Z naprzeciwka, zza zakrętu alejki, wyłoniła się trójka ludzi.To byli Jack i Beti. Byli już dojrzałymi, dorosłymi ludźmi po trzydziestce. Szli wolno, rozmawiając i śmiejąc się do siebie. Nie zwracali uwagi na mijanych przechodniów.
.Ale to nie widok rodziców sprawił, że Natanowi całkowicie zabrakło powietrza w płucach.Jack trzymał na rękach małego, może trzyletniego chłopca w jasnej czapeczce z daszkiem. Maluch wiercił się, głośno śmiał i łapał ojca za nos, a Jack tarmosił go czule po włosach.Natan patrzył na to dziecko i poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
To był on. Mały Natan Cole. Własne dzieciństwo, które pamiętał tylko z mglistych opowieści i wyblakłych zdjęć z Disneylandu, teraz działo się prosto przed jego oczami. Trzydziestotrzyletni dorosły facet patrzył na samego siebie jako trzylatka, bezpiecznego w silnych ramionach swojego taty.W tym jednym ułamku sekundy coś w Natanie pękło. Cała logiczna konstrukcja, którą budował przez lata, runęła z hukiem.Zrozumiał przerażającą prawdę. Czasu nie da się oszukać. Przyszłości nie da się zmienić. Jeśli uda mu się wychować Dany'ego na dobrego człowieka i do bójki w 2016 roku nigdy nie dojdzie... to ten mały, śmiejący się chłopiec na rękach Jacka nigdy nie wbiegnie do lasu. Nigdy nie zapadnie się pod ziemię. Nigdy nie trafi do roku 1986. Nigdy nie spotka cioci Sarah, nie pozna Jima i... nigdy nie ożeni się z Moniką, która stała teraz tuż obok niego, trzymając go za ramię.Wychowując Dany'ego na dobrego człowieka, Natan Cole dosłownie wymazywał z istnienia Tommy'ego Jenkinsa. Wymazywał całe swoje obecne życie.
— Tommy? Wszystko w porządku? — Monika spojrzała na niego z gwałtownym niepokojem, czując, jak jego dłoń momentalnie zrobiła się lodowata.Natan nie odpowiedział. Patrzył tylko ze łzami w oczach na oddalającą się trójkę, dopóki jego ojciec, matka i on sam z przeszłości nie zniknęli za gęstymi krzewami parkowej alejki. Mały Dany szarpnął go za rękaw kurtki, prosząc o kolejną sztuczkę, ale Natan po raz pierwszy w życiu nie potrafił zmusić się do uśmiechu.
Wieczorem Jim odebrał Dany'ego.Dom znowu utonął w ciszy. Natan siedział w salonie na kanapie, tępo wpatrując się w wyłączony ekran telewizora. W jego głowie wciąż kręcił się ten sam kadr z parku: Jack trzymający na rękach małego, śmiejącego się Natana.Monika weszła do pokoju, niosąc dwa kubki ciepłej herbaty. Postawiła jeden przed nim, po czym usiadła obok, podwijając nogi. Spojrzała na jego chłodny, zacięty profil.
— Tommy… — zaczęła cicho, kładąc mu dłoń na kolanie.
— Od tamtej chwili w parku nie powiedziałeś ani jednego słowa. Co się dzieje? Kiedy patrzyłeś na tamtą rodzinę… na tego małego chłopca… twoje oczy były zupełnie puste. Przestraszyłam się.Natan drgnął. Delikatnie, ale zdecydowanie zdjął jej rękę ze swojego kolana. Wstał z kanapy i podszedł do okna, opierając czoło o zimną szybę. Każda sekunda bliskości z nią paliła go teraz poczuciem winy.
— Nic, Monika. Jestem po prostu zmęczony — skłamał chłodno, nie odwracając się w jej stronę.Monika zamarła. To był pierwszy raz, kiedy nie nazwał jej „kochanie”. Pierwszy raz, kiedy tak fizycznie odepchnął jej dotyk.
— Tommy, proszę cię… nie zamykaj się znowu na strychu — w jej głosie pojawiły się pierwsze, ciche łzy.
— Kocham cię, ale mam wrażenie, że z każdym rokiem uciekasz mi w jakieś ciemne miejsce, do którego nie mam dostępu. Rozmawiaj ze mną.
Natan zacisnął dłonie w kieszeniach. Patrzył na swoje odbicie w szybie. Chciał się odwrócić, przytulić ją i przeprosić. Ale przed oczami stał mu ten mały trzylatek na rękach ojca. Jeśli nie pozwoli Dany'emu stać się łobuzem, ta mała wersja jego samego nigdy nie trafi do 1986 roku. Monika nigdy by go nie poznała. Kochał ją tak mocno, że ta miłość stawała się jego przekleństwem.
— Muszę iść na górę. Muszę odpocząć — rzucił krótko.
Nawet na nią nie spojrzał. Wyszedł z salonu, zostawiając ją samą z dwoma parującymi kubkami herbaty. Szedł po schodach, a każdy stopień wydawał się głośno odliczać początek coraz większego rozwarcia Natana .
Niedługo potem Jim urządził małe, weekendowe spotkanie w swoim ogrodzie. Znowu grała muzyka, a z grilla unosił się dym, ale dla Natana to popołudnie było katorgą. Siedział przy stole, zatopiony we własnych, mrocznych myślach.W pewnym momencie do stolika podbiegł mały Dany. W rączce trzymał pogniecioną monetę ćwierćdolarową.
— Wujku Tommy! Pobaw się zemną! — zawołał wesoło chłopiec, szarpiąc Natana za rękaw jeansowej kurtki.
— Pokaż mi znowu tę sztuczkę z monetą! No, proszę!-Natan był całkowicie zamyślony. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, zupełnie nie reagując na głos dziecka. Dany szarpnął za rękaw mocniej.Jim, który siedział naprzeciwko, uniósł głowę i machnął ręką przed twarzą przyjaciela.
— Tommy, obudź się! — zawołał z uśmiechem Jim.
— Dany do ciebie mówi.-Natan drgnął. Powoli odwrócił głowę w stronę stojącego obok sześciolatka. W jego oczach nie było złości — była tylko lodowata, pusta obojętność.
— Nie mam teraz nastroju, Dany — powiedział cicho Natan, a jego głos był całkowicie pozbawiony jakichkolwiek ciepłych uczuć.
— Idź pobaw się gdzie indziej.Usta małego Dany'ego natychmiast ułożyły się w smutną podkówkę. Chłopiec schował monetę do kieszeni i powoli, ze spuszczoną głową, zaczął odchodzić w stronę domu.Jim, widząc to, natychmiast spoważniał. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a w oczach pojawiło się głębokie zaniepokojenie i irytacja. Oparł dłonie o blat stołu
— Tommy... co się z tobą, do cholery, dzieje? — spytał cicho, ale twardo Jim.Natan spojrzał na swojego najlepszego przyjaciela. Przez dłuższą chwilę milczał, a w jego piersi znowu zacisnął się potężny supeł winy.
— Nic... — wykrztusił w końcu, odsuwając gwałtownie krzesło.
— Nic się nie dzieje. Dajcie mi wszyscy spokój.-Wstał od stołu, nawet nie patrząc na Jima. Odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł z ogrodu, zostawiając przyjaciela w całkowitym osłupieniu. Kątem oka zauważył tylko Monikę, która stała w drzwiach tarasowych i patrzyła na niego z rosnącym lękiem i bezradnością.
Droga powrotna do domu była koszmarem.W samochodzie panowała absolutna, ciężka cisza, przerywana jedynie niskim mruknięciem silnika i szumem opon na asfalcie. Natan trzymał obie dłonie na kierownicy, kurczowo zaciskając palce na plastiku. Patrzył prosto przed siebie, na znikające w mroku linie na drodze.Monika siedziała na fotelu pasażera, skulona pod swoją kurtką. Przez całą drogę nie odwróciła głowy w stronę szyby. Patrzyła tylko na niego, a w świetle mijanych latarni na jej policzkach lśniły ślady po łzach.W końcu nie wytrzymała. Ta cisza zaczynała ją dusić.
— Tommy... co się z tobą dzieje? — zapytała cicho, a jej głos drżał od skrywanych emocji.Natan nie odpowiedział. Nawet nie mrugnął. Jego twarz przypominała kamienną maskę.Monika odwróciła się całkowicie w jego stronę, splatając palce na kolanach. Wzięła głęboki, drżący oddech.— Kocham cię bardziej niż kogokolwiek na świecie, Tommy — powiedziała, a z jej oczu znowu popłynęły gorące łzy.
— Ale od pewnego czasu mam wrażenie, że mieszkam z cieniem człowieka. Nie wiem już, do kogo mówię...Te słowa uderzyły Natana prosto w serce, niczym potężny cios. Poczuł, jak w gardle rośnie mu ogromna kula żalu. Chciał natychmiast zjechać na pobocze, zgasić silnik, mocno ją przytulić i płakać razem z nią. Chciał jej powiedzieć o roku 2016, o małym Natanie, którego widział w parku, o straszliwym paradoksie, który niszczył mu głowę.Ale nie mógł. Milczenie było jego jedyną obroną. Jeśli pętla czasu miała się dopełnić, musiał pozwolić temu cieniowi przejąć kontrolę.
Samochód skręcił na ich podjazd i zatrzymał się przed domem. Natan zgasił reflektory. W kabinie zapadł gęsty, nocny mrok. Natan wciąż patrzył przed siebie, nie puszczając kierownicy.
— Przepraszam... — wykrztusił w końcu cicho, a jego głos był całkowicie matowy.
Monika patrzyła na niego jeszcze przez sekundę z bolesną bezradnością, po czym gwałtownie otworzyła drzwi, wysiadła i szybkim krokiem ruszyła w stronę ganku, zostawiając go samego w ciemnym, milczącym aucie.
Cztery lata później, w roku dwa tysiące dziesiątym, Natan stracił pracę.Nie było awantury. Pan Conor po prostu wezwał go do swojego gabinetu, tego samego, w którym dziesięć lat temu odebrał telefon o śmierci Sarah. Szef patrzył na niego ze smutkiem i zmęczeniem. Tommy od miesięcy zawalał kolejne zlecenia. Przychodził spóźniony, nie odzywał się do klientów, a w jego oczach paliło się coś niepokojącego. Był duchem. Cieniem, który bezmyślnie przekładał kable.— Przykro mi, Tommy — powiedział cicho Conor, kładąc dłoń na biurku. — Nie mogę dłużej trzymać kogoś, kogo tu fizycznie nie ma. Odpocznie od tego.Natan tylko skinął głową. Nie kłócił się. Spakował swoje narzędzia do małego pudełka i po prostu wyszedł.Nie szukał nowego zajęcia. Nie musiał. Zaczął żyć z resztek tego, co zostało mu ze spadku po cioci Sarah. Dom był spłacony, a skromne oszczędności na koncie pozwalały mu opłacić rachunki i kupić najtańsze jedzenie. Ta finansowa niezależność stała się jednak jego ostateczną zgubą. Nie musiał już wychodzić do ludzi. Nie musiał udawać, że jest częścią tego świata.
Wokół niego zaciskała się całkowita, lodowata samotność.Monika wyprowadziła się rok wcześniej. Nie wytrzymała życia w wiecznym, głuchym milczeniu, z człowiekiem, który patrzył na nią, jakby była duchem z przeszłości. Zostali w przyjacielskich kontaktach, czasem dzwoniła z biblioteki zapytać, czy jadł, ale w jej głosie nie było już miłości – był tylko głęboki, rozdzierający żal.Jim również przestał się do niego odzywać. Po tym, jak Natan kilkukrotnie ostentacyjnie zignorował Dany'ego na ulicy, ich wielka przyjaźń z czasów szkolnych po prostu umarła. Jim nie potrafił wybaczyć Tommy'emu tego, jak traktuje jego syna.Natan został sam. Wszystko, co zbudował przez ostatnie dwadzieścia cztery lata w tej epoce – żonę, przyjaciela, pozycję w miasteczku – stracił w imię jednej, potężnej obsesji. Każdy grosz ze spadku Sarah wydawał na nowe baterie do magnetofonu, taśmy magnetofonowe i kolejne mapy. Żył z resztek starego świata, odliczając ostatnie sześć lat do momentu, w którym pętla czasu miała zamknąć się na jego szyi.
W całym domu panowała głucha, martwa cisza. Natan siedział na strychu w samym środku nocy. Pokój oświetlała jedynie mała dioda magnetofonu, rzucając krwawy, wąski snop światła na jego zmęczoną, postarzałą twarz.Wewnątrz maszyny z cichym, metalicznym szumem ruszyły kółka zębate. Taśma zaczęła się przewijać. Natan pochylił się nisko nad mikrofonem, a jego głos był nienaturalnie cichy, zachrypnięty.— Kaseta numer... — zaczął i nagle gwałtownie zamilkł.Zatrzymał się w połowie zdania. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się pustym wzrokiem w kręcące się zębatki plastiku. Próbował policzyć. Próbował przypomnieć sobie ostatni wpis. Sto trzydzieści? Sto czterdzieści? Wszystko zlało mu się w jedną, wielką, ciemną plamę.— Nieważne... zapomniałem, który to numer — szepnął, a w jego głosie pojawiła się bolesna, bezradna rezygnacja . — Straciłem rachubę. Wszystko straciłem.Wziął głęboki, świszczący oddech. Ciężar samotności w tym pustym pomieszczeniu wydawał się ważyć tonę.
— Dzisiaj wyrzucili mnie z pracy. Nie potrafiłem już tam siedzieć. Nie potrafiłem udawać, że obchodzą mnie te ich prymitywne komputery z roku dwa tysiące dziesiątego. Conor dał mi wolne... na zawsze. Żyję z resztek tego, co zostawiła mi ciocia Sarah. Kupuję za to taśmy, baterie i jedzenie. Przynajmniej nie muszę już wychodzić do ludzi. Nie muszę nikogo udawać.
Zacisnął drżące palce na krawędzi biurka. Spojrzał na zakurzone mapy wiszące na ścianie.
— Monika odeszła. Nie dziwię się jej. Miała rację, mówiąc, że żyje z cieniem. Jim przestał się do mnie odzywać. Przeklina moje imię, bo nie potrafiłem zmusić się do miłości wobec jego syna. Zostałem zupełnie sam. W imię tej przeklętej tajemnicy spaliłem każdy most. Zniszczyłem wszystko, co miałem w tym świecie.
Zbliżył usta do samego mikrofonu, a jego oddech stał się szybki, urywany.
— Robię to wszystko, bo wiem, że zegar tyka. Zostało mi tylko sześć lat. Sześć lat do dnia, w którym młody Natan Cole wbiegnie do lasu. Patrzę na Dany'ego z daleka. Ma już dziesięć lat. Zaczyna się zmieniać. Widzę w jego oczach tę samą złość, którą pamiętam z przyszłości. Mój plan... mój plan z wychowaniem go na dobrego człowieka legł w gruzach w tym samym momencie, w którym zobaczyłem małego siebie na rękach taty. Nie mogę go zmienić. Jeśli go zmienię, wymażę swoje obecne życie. Wymażę Monikę. Muszę pozwolić mu stać się potworem. Muszę pozwolić, żeby ta historia się dopełniła. Nawet jeśli cena za to jest piekielna.
Trzask.
Natan gwałtownie uderzył w przycisk STOP. Czerwona dioda zgasła. Natan wyciągnął kasetę z magnetofonu i położył ją na blacie w ciemności. Nie podpisał jej. Nie miał już siły szukać mazaka.
Natan zaczął żyć jak duch.Pusty dom po cioci Sarah służył mu już tylko jako miejsce do spania i nagrywania kaset. Przez całe dnie nie było go w środku. Wychodził wczesnym rankiem, zakładał ciemny płaszcz, naciągał głęboko na oczy czapkę z daszkiem i wtapiał się w cienie małego miasteczka.Miał teraz tylko jeden cel. Obserwować małego Natana.W roku dwa tysiące dziesiątym jego młodsza wersja miała siedem lat. Chłopiec właśnie zaczął chodzić do szkoły podstawowej. Dorosły Natan godzinami potrafił stać po drugiej stronie ulicy, ukryty za szerokim pniem rozłożystego dębu, tępo wpatrując się w okna swojego dawnego domu.Serce waliło mu mocniej za każdym razem, gdy drzwi frontowe się otwierały.Widział Jacka. Widział Beti. Jego rodzice byli teraz zmęczonymi, ale szczęśliwymi ludźmi wokół czterdziestki. Czasami Jack wnosił do domu ciężkie zakupy, a Beti biegała po ogrodzie, wołając syna na obiad. A potem pojawiał się on. Mały, siedmioletni Natan Cole. Ruchliwy dzieciak w za dużych dżinsach, który kopał piłkę na trawniku i głośno się śmiał.
Dorosły Natan patrzył na samego siebie z odległości kilkudziesięciu metrów i czuł, jak gardło mu się zaciska.
Miał potworną, szaleńczą ochotę wybiec z cienia. Przebiec przez jezdnię, przeskoczyć przez ten cholerny płot, paść przed rodzicami na kolana i wykrzyczeć kim jest. Chciał przytulić mamę. Chciał usłyszeć kiepski żart taty. Chciał złapać małego siebie za ramiona i ostrzec przed wszystkim, co ma nadejść.
Ale stał nieruchomo. Wbijał dłonie głęboko w kieszenie płaszcza, aż paznokcie wbijały mu się w skórę.
Wiedział, że nie może się ujawnić. Jeśli to zrobi, zniszczy całą chronologię. Przerażeni rodzice wezwaliby policję, uznając go za niebezpiecznego stalkera. Poza tym... pętla musiała się zamknąć. Musiał pozwolić temu małemu chłopcu dorastać w nieświadomości, aż nadejdzie rok dwa tysiące szesnasty.
Kiedy wieczorem rodzina gasła światła w oknach, Natan odwracał się na pięcie i powoli, samotnie wracał do swojego pustego domu. Szedł przez ciemne ulice roku dwa tysiące dziesiątego, będąc jedynym człowiekiem na świecie, który pilnował własnego dzieciństwa z ukrycia.
Minęły kolejne cztery lata. Nadszedł rok dwa tysiące czternasty.Jedenastoletni Natan wracał sam ze szkoły, idąc poboczem cichej, podmiejskiej drogi. Kopał czubkiem buta mały kamyk. Dorosły, czterdziestoletni Natan szedł kilkadziesiąt metrów za nim, ukryty w cieniu gęstych żywopłotów. Obserwował każdy krok chłopca.Nagle wydarzyło się kilka rzeczy naraz.Zza zakrętu, z potężnym rykiem silnika i pisk opon, wypadł rozpędzony, stary samochód dostawczy. Kierowca najwyraźniej stracił panowanie nad kierownicą. Wielka, blaszana maska auta z impetem zaczęła zjeżdżać prosto na pobocze. Dokładnie w miejsce, w którym stał niczego nieświadomy, odwrócony tyłem jedenastolatek.Młody Natan nawet się nie obejrzał. Nie miał szans.Dorosły Natan nie myślał ani sekundy. Zadziałał czysty, pierwotny instynkt. Ruszył z miejsca jak oparzony, rzucając się do szaleńczego sprintu. W ułamku sekundy dopadł do chłopca, chwycił go mocno w pasie i z całej siły runął z nim w głąb zielonego trawnika.
Huk.
Rozpędzony dostawczak z impetem ściął metalowy znak drogowy dokładnie tam, gdzie przed chwilą stało dziecko, po czym z głośnym zgrzytem blach zatrzymał się na pobliskim drzewie. W powietrzu uniósł się gęsty dym i zapach spalonej gumy.
Obaj leżeli w gęstej trawie. Mały Natan oddychał ciężko, zszokowany i przerażony. Spojrzał w górę, prosto w twarz mężczyzny, który na nim leżał i właśnie uratował mu życie.
W tym samym ułamku sekundy dorosły Natan poczuł, jak prąd przeszywa mu całe ciało. Spojrzał w swoje własne, dziecięce oczy i nagle zalała go fala potężnego wspomnienia. Przypomniał sobie. Jako jedenastolatek pamiętał ten wypadek. Pamiętał ten cholerny samochód i pamiętał, że z rąk śmierci wyrwał go wtedy jakiś obcy, silny facet w ciemnym płaszczu. To wspomnienie zawsze było w jego głowie. Dopiero teraz zrozumiał, że tym facetem był on sam.
— Wszystko w porządku, mały? — wykrztusił dorosły Natan, a jego głos całkowicie się załamał.
W tym momencie od strony domów nadbiegł Jack. Ojciec usłyszał huk uderzenia i pędem ruszył na pomoc. Był blady z przerażenia. Dopadł do trawnika i natychmiast porwał syna w ramiona, mocno go tuląc.
— Natan! Natan, żyjesz?! Boże jedyny... — wykrztusił Jack, sprawdzając, czy chłopiec nie jest ranny. Dopiero po chwili uniósł głowę i spojrzał na leżącego obok mężczyznę w płaszczu. W jego oczach malowała się ogromna, autentyczna wdzięczność. — Panie... pan mu uratował życie. Ja... nawet nie wiem, jak mam panu dziękować...
Jack zaczął podnosić się z kolan, wyciągając rękę w jego stronę, by pomóc mu wstać.
Dorosły Natan zamarł. Spojrzał na twarz swojego taty. Serce rozrywało mu się z bólu, ale rozsądek natychmiast przejął kontrolę. Nie mógł z nim rozmawiać. Nie mógł pozwolić, by Jack przyjrzał się jego twarzy z bliska.
Gwałtownym ruchem naciągnął głęboko na oczy czapkę z daszkiem, zasłaniając całe czoło. Zerwał się z trawnika, odepchnął wyciągniętą dłoń ojca i bez jednego słowa rzucił się do gwałtownej ucieczki. Pobiegł pędem w stronę pobliskich krzaków, zostawiając za sobą zszokowanego Jacka i małego samego siebie, który wciąż gapił się w mrok zarośli z wielką czerwoną futbolówką w pamięci.
Natan wpadł do domu jak burza, z głośnym hukiem zatrzaskując za sobą drzwi frontowe. Nie ściągając płaszcza, potykając się o własne buty, pędem wbiegł po schodach na strych.Jego oddech był szybki, rwany, pełen panicznego przerażenia. Dopadł do biurka, drżącą dłonią rozerwał folię z kolejnej czystej kasety od cioci Sarah i wcisnął ją do magnetofonu. Uderzył w jaskrawoczerwony przycisk REC z taką siłą, że plastik głośno zatrzeszczał.Pochylił się nisko nad mikrofonem, niemal dotykając go ustami. Jego głos był zachrypnięty, przesiąknięty czystym szaleństwem i łzami.— Kaseta... nieważne która. Dzisiaj jest... rok dwa tysiące czternasty — wykrztusił, walcząc o każdą cząstkę powietrza. — Przed chwilą... przed chwilą uratowałem samego siebie. Małego Natana. Omal nie przejechał go samochód dostawczy na poboczu. Rzuciłem się na niego. Wyciągnąłem go spod kół.Zamilkł na sekundę, zaciskając dłonie na głowie, jakby próbował powstrzymać eksplodujące myśli. W mroku strychu słychać było tylko szaleńczy szum taśmy.
— I wtedy... kiedy na nim leżałem i patrzyłem w jego oczy... przypomniałem sobie. Ja pamiętałem ten wypadek! Jako jedenastolatek przeżyłem to! Pamiętałem faceta w ciemnym płaszczu, który wyciągnął mnie z trawy i uciekł przed moim tatą. Przez trzydzieści lat... przez trzydzieści pieprzonych lat szukałem w archiwach, w starych gazetach, w kronikach... Szukałem tajemniczego mężczyzny, który mnie śledził i który mógł być odpowiedzialny za mój przeskok w czasie... Myślałem, że to jakiś klucz, anomalia, naukowiec... A to byłem ja. To byłem ja przez cały czas!
Głos Natana przeszedł w przerażający, bolesny szept. Oparł czoło o zimny blat biurka.
— To zmienia wszystko. Kompletnie wszystko. Skoro to ja byłem tamtym facetem, to znaczy, że pętla jest nienaruszalna. Sam ją tworzę. Ale... nagle dotarło do mnie coś strasznego. Coś, o czym nigdy wcześniej nie pomyślałem. Może... może moim prawdziwym przeznaczeniem było zginąć tam dzisiaj? Na tamtym poboczu, w wieku jedenastu lat? Może ten dostawczak miał mnie zabić, a mój przeskok do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego śmego roku to tylko jakiś błąd w matrycy czasu, bo oszukałem śmierć? Przez to, że tam byłem i siebie uratowałem, pozwoliłem temu małemu chłopcu żyć dalej. Żyć, żeby za dwa lata Dany Miller wygonił go do lasu na potępienie...
Natan uniósł głowę, a w świetle małej diody jego oczy zabłysły desperacją.
— Muszę coś z tym zrobić. Nie mogę pozwolić, żeby ten dzieciak przeszedł przez to samo piekło, co ja. Nie mogę pozwolić, żeby stracił rodziców, dom i stał się takim samym wrakiem, jakim ja jestem teraz. Skoro sam stworzyłem tę pętlę, muszę znaleźć sposób, żeby ją rozerwać. Za dwa lata nadejdzie dzień przeskoku. Muszę się przygotować. Muszę zatrzymać samego siebie, zanim młody Natan wbiegnie między te cholerne drzewa.
Trzask.
Uderzył w przycisk STOP. Czerwona dioda zgasła, odcinając szum i grzebiąc strych w głuchej, lodowatej ciemności roku 2014.
Nadszedł rok dwa tysiące szesnasty. Czerwiec.
Dla całego świata to był zwyczajny, ciepły poranek. Dla czterdziestotrzyletniego Natana to był najważniejszy dzień w życiu. Dzień ostatecznego odliczania. Przez trzydzieści lat nosił w pamięci tę konkretną datę i tę konkretną godzinę.
Wstał, zanim wzeszło słońce. Wycofał się ze swojego pustego domu. Założył ten sam ciemny płaszcz. Naciągnął głęboko na oczy czapkę z daszkiem. Szedł pustymi ulicami, a chłodne, poranne powietrze drażniło mu gardło. Serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe.
Stanął na chodniku po drugiej stronie ulicy. Dokładnie naprzeciwko swojego dawnego domu.
Ukrył się w cieniu szerokiego pnia drzewa. Wokół panowała absolutna, poranna cisza. Patrzył na znajomy gmach, na zielony ogród, w którym kiedyś sam kopał piłkę. Wiedział, co dzieje się w środku sekunda po sekundzie.
. Ręce miał schowane głęboko w kieszeniach szarego płaszcza. Kapelusz naciągnął mocno na czoło, żeby nikt nie dostrzegł jego dojrzałej, poznaczonej bruzdami twarzy.
Przez czyste, kuchenne okno widział wszystko z przerażającą dokładnością. To było jak ponowne przeżywanie snu, który nosił w pamięci od trzydziestu lat.
Z tej odległości widział małego siebie. Trzynastoletni dzieciak siedział przy stole w czarnej pelerynie i za dużym cylindrze, gwałtownie gestykulując. Dorosły Natan pamiętał tamten moment — pamiętał, jak bardzo chciał wtedy zaimponować mamie nową sztuczką z kubkami. Widział Beti, która krzątała się przy blacie, podając tosty i kakao. Była taka młoda. Taka żywa. W piersi dorosłego mężczyzny coś gwałtownie pękło.
Po chwili w oknie pojawiła się sylwetka Jacka. Usiadł przy stole, otworzył gazetę i uniósł kubek z kawą.
Dorosły Natan nie słyszał słów przez podwójną szybę, ale doskonale znał każdy dialog. Widział po gwałtownych ruchach Beti i zaciętej minie Jacka, że właśnie się sprzeczają. Pamiętał ten bolesny moment, gdy jako dziecko siedział cicho między nimi, obserwując ich zza ustawionych kubków.
Jack złożył gazetę i spojrzał na małego Natana. Chłopiec wstał, zdjął cylinder, wziął talerz i ruszył w stronę zlewu.
Dorosły Natan przestał oddychać. Palce w kieszeniach płaszcza zacisnęły się w pięści. Nadszedł ten moment.
Mały Natan odłożył talerz i mimowolnie spojrzał przez okno. Prosto na drugą stronę ulicy.
Ich spojrzenia się spotkały. Trzynastolatek i czterdziestotrzyletni mężczyzna. Przeszłość i przyszłość. Dorosły Natan nie drgnął. Nie uciekł. Patrzył na samego siebie z dzieciństwa z niesamowitym, rozdzierającym smutkiem. Widział, jak mały Natan tężeje z przerażenia i rzuca krótkie słowo w stronę ojca.
W oknie natychmiast pojawił się Jack. Stanął ramię w ramię z synem, mrużąc oczy i patrząc prosto na człowieka w szarym płaszczu. Przez tę jedną, krótką chwilę dorosły Natan patrzył w oczy swojego taty. Chciał tam stać w nieskończoność. Chciał, żeby Jack go rozpoznał.
Ale ojciec gwałtownie odwrócił się od szyby. Natan wiedział, co to oznacza. Jack biegł właśnie do drzwi frontowych.
Czterdziestotrzyletni Natan natychmiast zerwał się z miejsca. Ruszył szybkim, panicznym krokiem wzdłuż płotu, skręcając w boczną, zarośniętą alejkę. Kiedy sekundę później Jack z głośnym hukiem otworzył drzwi wejściowe i wypadł na sam środek pustej ulicy — po człowieku w szarym płaszczu nie było już ani śladu. Ulica była całkowicie pusta.
Natan wycofał się w głąb bocznej alejki, ciężko oddychając. Słyszał w oddali, jak jego ojciec zatrzaskuje drzwi i wraca do domu. Wiedział, że nie może pod żadnym pozorem dopuścić do bezpośredniej konfrontacji z Jackiem. Sam zresztą nie wiedział, dlaczego w ogóle udał się tego ranka pod dom małego Natana. Może to nie była jego decyzja. Może pętla przeznaczenia po prostu musiała się dokonać, a niewidzialne tryby czasu same pchnęły go na tamten chodnik.
Czterdziestotrzyletni Natan wrócił do swojego pustego, ponurego domu. Zdjął szary płaszcz i usiadł ciężko przy stole kuchennym, ukrywając twarz w dłoniach.
Nagle ciszę w salonie przerwał głośny, ostry dźwięk dzwonka nowoczesnego telefonu komórkowego, który leżał na blacie.
Natan drgnął. Spojrzał na migający wyświetlacz. Na ekranie świeciło się imię: Monika.
Wyciągnął rękę i odebrał połączenie, przykładając aparat do ucha. Jego głos był matowy, zmęczony.
— Halo?
— Tommy? Cześć — z głośnika dobiegł jej znajomy, ciepły głos. Brzmiała w nim wyraźna, podszyta troską nuta niepokoju. — Wszystko u ciebie w porządku? Nie odzywałeś się od kilku dni. Trochę się niepokoję, bo twój głos brzmiał ostatnio tak dziwnie. Wszystko okej?
Natan zamknął oczy. Słuchanie głosu kobiety, z którą kiedyś dzielił całe życie, a która teraz była dla niego tylko głosem wsłuchawce, rozrywało go od środka.
— Tak, Monika... Wszystko w porządku — skłamał cicho. — Po prostu miałem sporo na głowie. Dużo rzeczy do przemyślenia.
— Tommy, znam cię — westchnęła ciężko po drugiej stronie linii. — Wiem, kiedy znowu zamykasz się w sobie i uciekasz w ten swój świat. Martwię się o ciebie. Obiecaj mi, że chociaż dbasz o siebie i normalnie jesz.
Natan spojrzał w stronę sufitu, za którym kryły się setki nagranych przez lata kaset.
— Dbam, Monika. Wszystko jest w porządku. Dziękuję, że zadzwoniłaś.
— Dobrze. Gdybyś czegokolwiek potrzebował, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Pa, Tommy.
— Pa — odpowiedział cicho.
Rozłączył się i położył telefon z powrotem na stole. W pokoju znowu zapadła lodowata, martwa cisza czerwcowego poranka.
Natan siedział samotnie na strychu. Wąskie promienie słońca wpadały przez zakurzone okno, przecinając pomieszczenie złotymi smugami światła.
Przed nim leżała otwarta kaseta.
Jedna z pierwszych.
Kaseta numer jeden.
Przez chwilę tylko patrzył na wyblakłą etykietę. Potem drżącą dłonią wsunął ją do magnetofonu i nacisnął PLAY.
Mechanizm zaskrzypiał.
Po kilku sekundach ze starego głośnika rozległ się dziecięcy głos.
— Nazywam się Natan Cole. Mam trzynaście lat. Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty...
Natan zamknął oczy.
Słyszał samego siebie sprzed trzydziestu lat.
Przerażonego.
Samotnego.
Zagubionego.
— Nagrywam to, żeby nie zapomnieć, kim jestem...
Głos trzynastoletniego chłopca lekko się załamał.
— Boję się.
Natan gwałtownie zatrzymał taśmę.
Trzask.
Na strychu zapadła cisza.
Mężczyzna siedział nieruchomo.
Przez długą chwilę patrzył na ścianę pełną map, dat i notatek.
Potem jego wzrok padł na stare zdjęcie.
Monika.
Zdjęcie było zniszczone. Lekko wyblakłe od czasu.
Ostrożnie wziął je do ręki.
Pamiętał dzień, kiedy zostało zrobione.
Pamiętał jej śmiech.
Pamiętał wspólne wieczory.
Pamiętał życie, które sam zniszczył.
Powoli opadł na krzesło.
— Po co? — wyszeptał.
Jego głos odbił się od ścian pustego strychu.
— Po co to wszystko było?
Spojrzał na stos kaset.
Setki godzin nagrań.
Dziesiątki lat.
Całe życie.
— Straciłem Sarah.
Łza spłynęła mu po policzku.
— Straciłem Jima.
Drugą dłonią ścisnął fotografię.
— Straciłem Monikę.
Głos całkowicie mu się załamał.
— A teraz mam jeszcze pozwolić temu dzieciakowi przeżyć dokładnie to samo?
Wstał tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się z hukiem.
Oddech miał szybki.
Nierówny.
Przypomniał sobie chłopca siedzącego przy śniadaniu.
Przypomniał sobie własny strach.
Przypomniał sobie las.
Kamień.
Ból.
Samotność.
Trzydzieści lat życia ukradzione jednemu dziecku.
— Nie.
Pokręcił głową.
Raz.
Drugi.
Coraz mocniej.
— Nie.
Podszedł do mapy.
Spojrzał na datę.
Dzisiejszą datę.
Datę, której bał się przez całe życie.
Nagle zrozumiał, że nie obchodzi go już pętla.
Nie obchodzi go paradoks.
Nie obchodzi go czas.
Bo jeśli ceną za uratowanie własnego życia miałoby być świadome patrzenie, jak trzynastoletni chłopiec idzie na własną zagładę...
to nie chciał już płacić tej ceny.
Zacisnął pięści.
— Muszę coś zrobić.
Spojrzał w stronę okna.
W jego oczach po raz pierwszy od wielu lat pojawiło się coś więcej niż rezygnacja.
Nadzieja.
Desperacka.
Być może bezsensowna.
Ale prawdziwa.
— Muszę ostrzec Natana.
I wtedy chwycił płaszcz. Ruszył do szkoły, gotów po raz pierwszy otwarcie sprzeciwić się historii, która prowadziła go przez całe życie.
Czterdziestotrzyletni Natan wszedł do budynku szkoły, wtapiając się w tłum uczniów zalewający korytarze podczas przerwy. Naciągnął kapelusz głębiej na czoło i zatrzymał się przy rzędzie metalowych szafek.
Serce waliło mu tak mocno, że słyszał własny puls.
Po trzydziestu latach był tutaj.
W miejscu, w którym wszystko miało się zacząć.
Przesuwał wzrokiem po twarzach uczniów.
I wtedy go zobaczył.
Mały Natan.
Trzynastolatek szedł korytarzem z podręcznikiem pod pachą, rozmawiając z kolegą. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętał.
Natan poczuł ścisk w gardle.
To był ostatni moment.
Ostatnia szansa.
Zrobił krok naprzód.
Potem drugi.
Chłopak nagle podniósł głowę.
Ich spojrzenia się spotkały.
Trzynastolatek zamarł.
W jego oczach pojawiło się natychmiastowe rozpoznanie.
Nie twarzy.
Płaszcza.
Kapelusza.
Sylwetki.
Dokładnie tej samej, którą widział dwa lata wcześniej po wypadku.
Dokładnie tej samej, którą rano zobaczył pod swoim domem.
— To on... — szepnął młody Natan.
I ruszył biegiem przez korytarz.
Dorosły Natan poczuł nagły przypływ nadziei.
Wyciągnął rękę.
Jeszcze kilka kroków.
Jeszcze sekunda.
Jeszcze chwila.
— Natan! — wyrwało mu się.
I wtedy świat zatrzymał się po raz kolejny.
W jego głowie nagle rozbłysło wspomnienie.
Nie nowe.
Stare.
Bardzo stare.
Przypomniał sobie siebie siedzącego wieczorem na łóżku.
Miał trzynaście lat.
Opowiadał rodzicom o tajemniczym mężczyźnie w szarym płaszczu.
Przypomniał sobie własne obsesyjne pytania.
Przypomniał sobie, jak przez lata zastanawiał się, kim był ten człowiek.
Przypomniał sobie, że nigdy nie udało mu się z nim porozmawiać.
Nigdy.
Natan zatrzymał się gwałtownie.
Krew odpłynęła mu z twarzy.
Jeśli teraz do niego podejdzie...
Jeśli naprawdę z nim porozmawia...
To wspomnienie nie będzie mogło istnieć.
A przecież istniało.
Pamiętał je.
Pamiętał każdy szczegół.
Pamiętał tę frustrację.
Pamiętał tę zagadkę.
Pamiętał ten dzień.
To oznaczało tylko jedno.
Już wiedział, jak to się skończy.
Nie dlatego, że przewidział przyszłość.
Dlatego, że pamiętał przeszłość.
Pętla już się zamknęła.
Od trzydziestu lat nosił jej dowód we własnej głowie.
Młody Natan był coraz bliżej.
Kilka metrów.
Potem dwa.
Potem jeden.
W oczach chłopca płonęła ciekawość.
— Proszę pana! — zawołał.
Dorosły Natan patrzył na niego ze łzami w oczach.
Tak bardzo chciał powiedzieć prawdę.
Powiedzieć wszystko.
Ostrzec go.
Przytulić.
Powiedzieć mu, że przetrwa.
Że będzie bolało.
Ale przetrwa.
Zamiast tego cofnął się o krok.
Potem drugi.
— Nie... — wyszeptał.
Młody Natan zwolnił.
— Proszę pana?
Natan poczuł, że zaraz się załamie.
Pętla już znała wynik tej rozmowy.
Bo tej rozmowy nigdy nie było.
Odwrócił się gwałtownie.
I odszedł.
Nie dlatego, że się bał.
Nie dlatego, że ktoś go zauważył.
Odszedł dlatego, że po raz pierwszy naprawdę uwierzył, że przeszłości nie da się uratować.
Za jego plecami młody Natan stał jeszcze przez chwilę pośrodku szkolnego korytarza, patrząc za oddalającą się sylwetką człowieka w szarym płaszczu.
A potem dzwonek oznajmił koniec przerwy.
Natan wrócił do domu późnym popołudniem.
Zamknął za sobą drzwi i przez dłuższą chwilę stał nieruchomo w ciemnym przedpokoju. W domu panowała ta sama cisza, która od lat witała go po powrocie. Nie było głosu Moniki dobiegającego z kuchni. Nie było śmiechu Jima. Nie było nawet stukotu maszyny do pisania Sarah.
Tylko cisza.
Powoli zdjął płaszcz i rzucił go na podłogę.
Nie podniósł go.
Wszedł po schodach na strych.
Każdy stopień skrzypiał znajomo.
Kiedy otworzył drzwi, uderzył go zapach starego papieru, kurzu i magnetycznej taśmy. Pomieszczenie wyglądało jak grobowiec jego własnego życia.
Na półkach piętrzyły się setki kaset.
Na ścianach wisiały pożółkłe mapy.
Na biurku Harry'ego leżały dziesiątki notatek zapisanych jego własnym charakterem pisma.
Trzydzieści lat.
Trzydzieści lat życia zamknięte w jednym pokoju.
Natan ciężko opadł na krzesło.
Zakrył twarz dłońmi.
Szkoła była jego ostatnią szansą.
Miał podejść do chłopca.
Miał go ostrzec.
Miał powiedzieć mu prawdę.
A kiedy w końcu stanął kilka kroków od własnego dzieciństwa...
nie potrafił.
Tak jak zawsze.
Tak jak przez całe życie.
Drżącą ręką sięgnął do pierwszego pudła.
Wyciągnął przypadkową kasetę.
Wsunął ją do magnetofonu.
Klik.
Przez chwilę słychać było jedynie szum.
Potem rozległ się młodszy głos.
— Kaseta numer sto dwadzieścia dwa...
Natan zamarł.
Pamiętał ten dzień.
Narodziny Dany'ego.
— Jeśli uda mi się odpowiednio ukształtować tego chłopca... może wszystko się zmieni.
Natan zamknął oczy.
W tamtym głosie była nadzieja.
Prawdziwa nadzieja.
Coś, czego już nie pamiętał.
Trzask.
Wyłączył nagranie.
Wsunął następną kasetę.
Szum.
— Monika odeszła. Nie dziwię się jej...
Jego własny głos brzmiał obco.
Zmęczony.
Pusty.
— Muszę pozwolić, żeby historia się dopełniła.
Trzask.
Kolejna kaseta.
Szum.
— To byłem ja. To ja uratowałem samego siebie.
Kolejna.
— Muszę znaleźć sposób, żeby zatrzymać tę pętlę.
Kolejna.
— Nie mogę już tak żyć...
Natan wyłączył magnetofon.
Zapadła cisza.
Siedział bez ruchu.
Patrzył na dziesiątki pudełek ustawionych pod ścianą.
W każdym znajdował się fragment jego życia.
Lata samotności.
Lata strachu.
Lata poświęcone jednemu celowi.
Nagle ogarnęła go przerażająca myśl.
A jeśli wszystko to było na darmo?
Jeśli przez trzydzieści lat niszczył siebie dla czegoś, czego nigdy nie dało się zmienić?
Jeśli Monika odeszła na próżno?
Jeśli Sarah umarła, nigdy nie poznając prawdy?
Jeśli Jim znienawidził go bez powodu?
Poczuł, jak gardło zaciska mu się boleśnie.
Wstał gwałtownie.
Krzesło przewróciło się z hukiem.
— Nie! — wyrzucił z siebie.
Jego głos odbił się od ścian pustego strychu.
— Nie...
Oddychał ciężko.
Nerwowo.
Jak człowiek tonący.
Spojrzał na mapę wiszącą nad biurkiem.
Na czerwone linie.
Daty.
Nazwiska.
Miejsce oznaczone grubym czarnym markerem.
Las.
Nagle zrozumiał.
Jeszcze nie przegrał.
Jeszcze została jedna możliwość.
Jedna.
Ostatnia.
Powoli podszedł do mapy.
Dotknął palcem miejsca, w którym trzydzieści lat temu skończyło się jego dzieciństwo.
— Jutro... — wyszeptał.
Jego głos drżał.
— Jutro cię zatrzymam.
Przed oczami zobaczył siebie.
Trzynastoletniego.
Przerażonego.
Uciekającego między drzewa.
— Nie pozwolę ci tam wejść.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy w jego oczach pojawiło się coś więcej niż rozpacz.
Nie była to nadzieja.
Nadzieja umarła dawno temu.
To była desperacja człowieka, który nie ma już nic do stracenia.
— Choćbym miał cię siłą odciągnąć od tego lasu...
Zacisnął pięści.
— Jutro to zakończę.
Tej nocy nie położył się spać.
Siedział przy oknie strychu aż do świtu.
Patrzył, jak ciemność powoli ustępuje miejsca bladym promieniom poranka.
I odliczał.
Ostatnie godziny swojego życia takim, jakie znał.
Od samego rana czterdziestotrzyletni Natan stał ukryty na skraju lasu.
Czas dłużył się niemiłosiernie. Każda minuta ważyła tonę. Zimny wiatr smagał jego twarz, a on chodził nerwowo między drzewami, kurczowo zaciskając dłonie w kieszeniach szarego płaszcza. Układał w głowie słowa. Ćwiczył każdą sylabę. Powtarzał na głos ten jeden, najważniejszy komunikat, który miał zaraz uratować jego życie: „Uciekaj, ale nie do lasu! Kazda inna droga, tylko nie tutaj!”. Był zdeterminowany. Wiedział, co musi zrobić.
Nagle popołudniową ciszę rozdarł głośny, odległy dzwonek szkolny. Serce Natana gwałtownie podeszło do gardła. Odliczanie dobiegło końca.
Kilka minut później zza węgła budynku szkolnego wybiegł on. Trzynastoletni Natan. Pędził na oślep, ściskając pod pachą plecak, a za jego plecami słychać było wściekłe krzyki Dany'ego Millera i jego kolesi. Młody chłopak biegł prosto w stronę linii drzew. Dokładnie tak, jak trzydzieści lat temu.
Dorosły Natan poczuł, jak paraliżuje go potężna fala adrenaliny. Wybiegł z gęstwiny. Dopadł do uciekającego dzieciaka i gwałtownie, z całej siły złapał go za ramiona, zagradzając mu drogę między drzewa.
I w tym samym ułamku sekundy wszystko, co tak starannie planował przez całą noc, całkowicie obróciło się w pył.
Czterdziestotrzyletni Natan był potwornie roztrzęsiony. Oddychał ciężko, spazmatycznie, jakby to on sam przebiegł przed chwilą wiele kilometrów. Jego dłonie na dziecięcych ramionach drżały tak mocno, że aż stukały o materiał kurtki.
— Niech mnie pan puści! — krzyknął przerażony Natan, szarpiąc się i próbując za wszelką cenę wyrwać się z tego żelaznego uścisku.
Dorosły Natan patrzył na niego szeroko otwartymi, zalanymi łzami oczami. Patrzył na swoją własną, trzynastoletnią twarz. To było silniejsze od niego. Widok samego siebie z przeszłości, czystego, niemającego pojęcia o koszmarze kolejnych trzydziestu lat, całkowicie go zdruzgotał. Poczuł się, jakby widział ducha.
Gardło mu się całkowicie zacisnęło. Cała ułożona w głowie formułka o zmianie drogi zniknęła. Szczęka mu drżała, a usta zdołały drgnąć tylko w jednym, przepełnionym rozpaczą słowie.
— Natan…
Głos kompletnie mu się załamał. Nie potrafił wykrztusić nic więcej. Cały ból, całe trzydzieści lat samotności, straty Moniki, Jima i Sarah skurczyły się do tego jednego, błagalnego szeptu:
— Proszę…
Uścisk dorosłego mężczyzny nagle, bezwiednie osłabł. Paraliżujący strach przed dopełnieniem pętli odebrał mu resztki sił.
Trzynastoletni Natan natychmiast to wykorzystał. Wyrwał się gwałtownie z jego rąk i cofnął o krok na trawie. Przez jedną, krótką chwilę patrzył na trzęsącego się, płaczącego faceta w szarym płaszczu, kompletnie zdezorientowany. Nie rozumiał, kim jest ten człowiek i dlaczego zna jego imię. Słysząc jednak zbliżające się kroki Dany'ego Millera, dzieciak nie czekał ani sekundy dłużej. Odwrócił się i pędem wbiegł prosto między gęste, ciemne drzewa. Prosto na korzeń. Prosto na omszały kamień.
Dorosły Natan opuścił bezsilnie ręce. Historia właśnie zatoczyła koło. Nie zmienił niczego.
Młody Natan zniknął między drzewami.
Przez krótką chwilę czterdziestotrzyletni Natan stał nieruchomo na skraju lasu. Patrzył w miejsce, gdzie jeszcze sekundę wcześniej widział własną dziecięcą sylwetkę.
Nie pobiegł za nim.
Nie krzyknął.
Nie próbował już niczego zmieniać.
Wiedział.
Po prostu wiedział.
Stało się.
Pętla właśnie się zamknęła.
W oddali rozległ się tupot butów.
Kilka sekund później zza krzaków wypadł Dany Miller wraz z dwoma kolegami.
— Gdzie on jest?! — krzyknął jeden z chłopaków.
— Wbiegł tutaj! — odpowiedział drugi.
Dany zatrzymał się gwałtownie.
Dopiero teraz zauważył stojącego przed nim mężczyznę.
Zmarszczył brwi.
— Wujek Tommy?
Natan powoli odwrócił głowę.
Dany aż zamilkł.
Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.
Twarz miał bladą jak papier.
Oczy czerwone.
Ramiona opuszczone.
Wyglądał jak człowiek, któremu właśnie zawalił się cały świat.
— Wujku...? — powtórzył niepewnie.
Przez dłuższą chwilę Natan nic nie mówił.
Patrzył tylko na chłopaka.
Na syna Jima.
Na dziecko, które kiedyś nosił na rękach.
Którego uczył sztuczek z monetami.
Któremu kupował lody po niedzielnych spacerach.
Nagle przypomniał sobie szpital.
Szybę oddziału noworodków.
Drobne niemowlę zawinięte w błękitny kocyk.
„Mały Dany Miller.”
Poczuł bolesny ucisk w piersi.
Bo stojący przed nim nastolatek nie wyglądał jak potwór.
Wyglądał jak przestraszony chłopak.
Tylko tyle.
I aż tyle.
— Wujku Tommy, wszystko w porządku?
Natan zaśmiał się krótko.
Był to okropny dźwięk.
Suchy.
Pusty.
Pozbawiony jakiejkolwiek radości.
— Nie — odpowiedział cicho.
Dany spojrzał na kolegów, kompletnie zdezorientowany.
— Co się stało?
Natan zamknął oczy.
Przez trzydzieści lat szukał winnego.
Najpierw był nim Dany.
Potem czas.
Potem on sam.
A teraz nie miał już siły szukać kogokolwiek.
— Nic — wyszeptał.
— Ale...
— Nic, Dany.
Po raz pierwszy od wielu lat wymówił jego imię bez gniewu.
Bez nienawiści.
Bez strachu.
Tylko ze zmęczeniem.
Natan zrobił chwiejny krok do przodu.
— Twój ojciec był moim najlepszym przyjacielem.
Dany zamrugał zaskoczony.
— Wiem.
— Był lepszym człowiekiem ode mnie.
Głos zadrżał mu niebezpiecznie.
— O wiele lepszym.
Chłopak patrzył na niego coraz bardziej zaniepokojony.
— Wujku Tommy...
— Jeśli kiedyś go zobaczysz...
Urwał.
Przecież Jim żył.
Mieszkał kilka ulic dalej.
A jednak w głowie Natana brzmiało to tak, jakby mówił o kimś dawno utraconym.
— Nieważne.
Opuścił wzrok.
Nagle poczuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa.
Osunął się ciężko na kolana.
Wilgotna trawa zamoczyła nogawki spodni.
Dany odruchowo zrobił krok w jego stronę.
— Wujku!
— Nie.
Natan uniósł drżącą dłoń.
— Idź.
— Ale...
— Idź.
W jego głosie nie było już siły.
Tylko pustka.
Chłopcy stali jeszcze przez chwilę niezdecydowani.
W końcu Dany odwrócił się.
— Chodźcie.
Ruszyli między drzewa.
Natan został sam.
Klęczał nieruchomo na skraju lasu.
Nie płakał.
Łzy skończyły mu się wiele lat temu.
Patrzył tylko w ciemność między pniami.
Gdzieś tam, głęboko w lesie, trzynastoletni Natan Cole właśnie kończył swoje dzieciństwo.
A czterdziestotrzyletni Natan po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że nie przegrał dzisiaj.
Przegrał już dawno temu.
W chwili, gdy uwierzył, że można wygrać z czasem.
Natan wszedł do domu, a zatrzaśnięte z głośnym hukiem drzwi frontowe aż zatrzęsły się w futrynie. Furia i rozpacz, które dotąd dusił w sobie, nagle eksplodowały z niszczycielską siłą.
Pętla zatoczyła koło. Trzydzieści lat poszukiwań, walki i samotności złożyło się na tę jedną, ostateczną porażkę.
Wbiegł na strych i zaczął wszystko demolować. Łapał za ciężkie pudła pełne nagranych przez lata kaset i z furią rzucał nimi o ściany. Plastikowe pudełka pękały z głośnym trzaskiem, a kilometry czarnej, magnetycznej taśmy rozwijały się i plątały na podłodze, grzebiąc w pyle jego całe dotychczasowe życie. Szarpnął za wiszące na ścianach mapy, rozrywając je na strzępy. Zrzucał z biurka Harry'ego notatki, książki i lampkę, która z brzękiem rozbiła się w ciemności. Niszczył wszystko, co przypominało mu o jego trzydziestoletniej obsesji.
Gdy w pokoju nie zostało już nic do rozbicia, szał nagle zgasł, ustępując miejsca totalnemu, fizycznemu wycieńczeniu. Natan osunął się ciężko na podłogę w samym środku tego gruzowiska.
Siedział w mroku, ciężko oddychając, a wokół niego leżały szczątki jego własnej historii.
Nagle jego wzrok przyciągnęło coś, co leżało w kurzu, tuż obok przewróconego krzesła. To było stare, pogniecione zdjęcie, które wypadło z rozbitej ramki.
Natan wyciągnął drżącą rękę i podniósł kawałek papieru.
Z fotografii patrzył na niego trzynastoletni chłopiec z lekko wymuszonym, ale czystym uśmiechem. Młody Natan Cole z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. A tuż obok niego, obejmując go ciepło za ramię, stała Sarah Jenkins. Była uśmiechnięta, promienna, pełna tej samej bezgranicznej dobroci, którą witała go każdego dnia w swoim domu.
Zdjęcie drżało w jego dłoniach.
Sarah uśmiechała się do niego tak samo jak trzydzieści lat wcześniej.
Tak samo jak wtedy, gdy po raz pierwszy otworzyła drzwi swojego domu i zobaczyła przerażonego chłopca w brudnych ubraniach.
Tak samo jak wtedy, gdy uczyła go prowadzić samochód.
Tak samo jak wtedy, gdy wręczyła mu klucze do domu.
Natan zamknął oczy.
— Przepraszam... — wyszeptał.
Nie wiedział nawet, do kogo mówi.
Do Sarah.
Do Moniki.
Do Jima.
A może do samego siebie.
Powoli odwrócił fotografię.
Na odwrocie widniało wyblakłe pismo Sarah.
"Dla mojego Tommy'ego. Cokolwiek się wydarzy, pamiętaj, że jesteś częścią tej rodziny."
Natan poczuł, jak coś łamie się w nim po raz ostatni.
Bo nagle zrozumiał rzecz, której przez trzydzieści lat nie chciał przyjąć do wiadomości.
Przegrał.
Nie dziś.
Nie pod lasem.
Nie wtedy, gdy zobaczył małego siebie.
Przegrał już dawno temu.
W chwili, gdy całe swoje życie podporządkował jednemu dniu.
Próbując uratować trzynastoletniego Natana Cole'a, pozwolił umrzeć Tommy'emu Jenkinsowi.
Powoli rozejrzał się po strychu.
Nie było już map.
Nie było planów.
Nie było przyszłości.
Był tylko pusty dom.
I czterdziestotrzyletni mężczyzna, który od dawna nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, po co ma żyć dalej.
Zdjęcie wysunęło mu się z dłoni.
Opadło bezgłośnie na podłogę.
Natan długo patrzył w ciemność.
A kiedy w końcu podniósł wzrok, w jego twarzy nie było już gniewu.
Nie było rozpaczy.
Nie było nawet łez.
Był tylko spokój.
Ten najgorszy rodzaj spokoju.
Taki, który pojawia się wtedy, gdy człowiek przestaje szukać jakiegokolwiek wyjścia.
To wydarzyło się późnym wieczorem.
Monika siedziała w swoim cichym mieszkaniu, gdy nagle ciszę przerwał ostry, natarczywy dzwonek telefonu. Podniosła słuchawkę. Głos po drugiej stronie należał do oficera policji. Słuchała go w absolutnym odrętwieniu, czując, jak krew zamarza jej w żyłach. Poinformowali ją, że Tommy Jenkins nie żyje. Powiesił się na strychu swojego domu.
Dwa tygodnie później było już po wszystkim. Pogrzeb się odbył. Na cmentarzu zjawiło się zaledwie kilka osób, w tym załamany, milczący Jim, który do końca nie potrafił zrozumieć, co stało się z jego najlepszym przyjacielem z dzieciństwa.
Dopiero po pogrzebie Monika znalazła w sobie siłę, by pójść do jego pustego domu. Musiała uporządkować rzeczy.
Przekroczyła próg i powoli weszła po skrzypiących schodach na samą górę. Otworzyła klapę i weszła na strych. Gdy tylko rozejrzała się po pomieszczeniu, z jej piersi wyrwał się cichy, zduszony szloch.
Wokół panował kompletny, przerażający bałagan. Grobowiec jego tajemnicy. Zdemolowane biurko, potargane na strzępy mapy, porozbijane meble. Cała podłoga była usiana pękniętymi, plastikowymi pudełkami i kilometrami splątanej, czarnej taśmy magnetycznej.
Monika zrobiła chwiejny krok do przodu, brodząc w pyłku jego zniszczonej historii. Nagle jej wzrok przyciągnęła jedna, mała rzecz leżąca tuż obok ocalałego z demolki dyktafonu Harry'ego.
To była plastikowa kaseta. Na bocznej etykiecie widniał wyryty grubym mazakiem, lekko wyblakły napis: NR 1.
Drżącą dłonią podniosła taśmę z podłogi. Otarła z niej kurz. Otworzyła kieszeń starego magnetofonu, wsunęła kasetę do środka i zatrzasnęła klapkę. Z głośnym, plastikowym kliknięciem docisnęła szeroki przycisk PLAY.
W ciszy pustego strychu najpierw rozległ się głośny, monotonny szum starej taśmy magnetycznej. Monika czekała, ciężko oddychając.
A potem z małego głośniczka popłynął głos. Nie był to głos czterdziestolatka, którego kochała. To był głos przerażonego, zmęczonego trzynastoletniego chłopca:
— Nazywam się Natan
Cole… Urodziłem się w dwa tysiące trzecim roku. Mam trzynaście lat. Teraz jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty.... Nagrywam to, by nie zapomnieć, kim jestem...
Monika siedziała nieruchomo pośród rozrzuconych kaset.
Łzy spływały po jej policzkach.
Nagle zrozumiała jedynie tyle, że przez wszystkie te lata kochała człowieka, którego tak naprawdę nigdy nie znała.
Taśma kręciła się dalej.
A odpowiedzi, których szukała przez ostatnie lata, leżały rozrzucone wokół niej w setkach plastikowych pudełek.
Komentarze (1)
Omajgad, czy autor zeskanował książkę?😳
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania