Byłem ja żywym trupem (Marzycielka - wyzwanie dla Chrisa)
Drżącymi dłońmi próbuję otworzyć puszkę z jakąś konserwą. W końcu dobieram się do zawartości i pochłaniam łapczywie, jakby to miał być mój jedyny posiłek przez następny tydzień. Nie smakuje mi, ale jem, muszę jeść. Kończę ten obrzydliwy posiłek, wstaję i podchodzę do okna. Coś przykuwa moją uwagę, jakaś postać idąca równolegle ze mną. Oczywiście, moje odbicie w odrapanym lustrze. Brudna, nieogolona twarz, potargane włosy, zapadnięte oczy. Przecieram maskę, na której odmalowuje się ułudna determinacja, dłonią, z nadzieją, że gdy znów spojrzę w błyszczącą powierzchnię to ujrzę kogoś innego. Niestety marzenie się nie spełniło. Znowu. Jakiś szmer wzmaga moją czujność. Mam bardzo wyczulony słuch, kwestia dostosowania. Stałem się jak dzika zwierzyna, adaptująca się w brutalnym świecie. Podbiegam do okna, z pomiędzy desek, którymi zabiłem okna, spoglądam na ulicę. Cisza. Serce zaczyna bić coraz szybciej. Po ciele rozchodzi się nieprzyjemny dreszcz, oddech lekko przyspiesza. Niespokojne spojrzenie obserwuje każdy szczegół na placu przed domem. Nic, najmniejszego ruchu.
- Wiem, że tu jesteście – szeptam sam do siebie.
Nienawidzę tego uczucia. Palącego wrażenia, nie, pewności, że oni tu gdzieś są. Nie widzę ich, nie słyszę, jeszcze, ale są. Wiem to, czuję, każdą komórką ciała. Płonąca gotowość do obrony połączona z chłodem skuwającym mroźnym strachem moją duszę. Ręka powoli sięga do pasa, gdzie przymocowany mam długi nóż. Dotyk zimnej stali uspokaja rozdygotane nerwy, oddech staje się normalny. I wtedy słyszę dźwięk otwieranych drzwi, odwracam się gwałtownie, ale jest już za późno. Żywy trup wtargnął do mojej, bezpiecznej kryjówki. Spleśniałe łachmany ledwo się trzymają na wychudzonym, zgniłym ciele. Pokryty ropiejącymi ranami, zaschniętą krwią i szczątkami własnej skóry zbliża się do mnie w śmiercionośnym spacerze. Wyciąga poczerniałe ręce z połamanymi, oblanymi szkarłatem, palcami. Twarz, przeżarta przez śmierć, ledwo się trzyma, ohydne zęby, w coraz szerzej otwieranej paszczy, odsłaniają szary jęzor. Puste spojrzenie wlepione we mnie zwiastuje zgon, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Ryk, tego snującego się horroru, niesie się po całym domu. Trzymam w dłoni długi nóż, a ciężar ciała przenoszę lekko do tyłu.
- Chodź, jeszcze troszkę – zachęcam bestię.
Bezmyślne zwłoki podchodzą i wtedy z całej siły kopię w spróchniałe kolano. Dźwięk łamanej kości jest jak muzyka dla mych uszu. Trup się chwieje, po czy przewraca. Wiem, że to go nie zatrzyma, dlatego szybko do niego doskakuję i wbijam mu nóż prosto w oko. Stal przechodzi przez rozmiękłe tkanki i utyka w drewnie paneli. Rękojeść dotyka szarego oczodołu. Zimny, jak czasem ich nazywam, drga w konwulsjach, a po chwili nieruchomieje. Zapieram się o jego śmierdzące ciało i wyrywam z jego czaszki swoją, cenną broń. Krew i resztki mózgu trysnęły oznajmiając ostateczne zwycięstwo.
- Nienawidzę…
Czuję ciężar na plecach. Strach wypełnił moje wnętrze. Taki głupi błąd. Nie byłem czujny i teraz muszę walczyć z drugim w bezpośrednim starciu. Szarpię się jak oszalały próbując zrzucić ohydztwo z pleców, ale bezskutecznie. Nagle, pomiędzy dźwiękami moich spazmatycznych oddechów, słyszę krzyk kobiety.
- Lili! – krzyczę przerażony.
Strach i determinacja dodają mi sił. Wstaję i rzucam się plecami na ścianę. Przeciwnik zacharczał i wypuścił mnie z objęć. Odwracam się i kopię go w twarz, która rozlatuje się od siły uderzenia. Tak samo obrzydliwy, tak samo zgniły, tak samo martwy. Na szczęście nie upuściłem noża, dlatego go unoszę w ostatecznym ciosie i wtedy kolejny łapie mnie za rękę. Odwracam się i kopię przeciwnika w rozpadającą się klatkę piersiową. Zgnilec wylatuje przez drzwi i wpada na drewniana balustradę, która pod jego ciężarem pęka. Trup spada piętro niżej, a kawałki drewna przykrywają jego ścierwo.
Odwracam się, by upewnić się czy kopnięty w twarz nie wstał. Już stoi i z wyrwaną, dyndającą tylko na paru ścięgnach, szczęką idzie w moją stronę. Unoszę nóż by zadać ostateczny cios, ale cisze znów rozrywa krzyk kobiety. Przecinam gardło nadchodzącego i kopem posyłam go pod ścianę. Nie myślę o tym, że to mogło go nie zabić, teraz najważniejsza jest kobieta.
Lili! – mój krzyk jest pełen panicznego strachu.
Zbiegam po schodach, wpadam do salonu, widzę ją. Stoi zalana łzami, trzęsąc się z przerażenia.
- Już jestem, spokojnie, już jestem – szeptam.
- Nie! – krzyczy odsuwając się ode mnie.
- Lili, to ja! – i wtedy patrzę na swoje ręce.
Cały we krwi i brudzie, wyglądam potwornie.
- Spokojnie Lili, nie bój się, już po wszystkim.
Nie słucha mnie, osuwa się na ziemię, płacząc tak rozdzierająco, że serce mi pęka. Nagle otwierają się drzwi i wpada przez nie dwóch martwych. Moja reakcja jest niewystarczająca, przecinam jednemu ramię, a ich cielska już mnie przygniatają. Upadamy na ziemię, a moja broń toczy się pod meble.
- Nie! – krzyczę w potwornym strachu.
Trzymam jednego za twarz, by tylko nie zatopił we mnie swojej zgnilizny. Walczę zaciekle o każdy centymetr wolności, o każdą sekundę życia.
- Przestań walczyć… - szept kobiety sprawia, że moją duszę wypełnia smutek i niedowierzanie, tak palące, jak gorąca smoła.
Zamieram, nie wiem, co robić dalej, jak walczyć, to był moment, na który czekały trupy. Czuję jak spróchniałe zęby wgryzają mi się w szyję. Szkarłat, smak życia, ciepły strumień wylewa się na podłogę. Krztuszę się ostatnimi chwilami swej egzystencji i naglę czuję przyjemna ociężałość, za którą nadchodzi wyczekiwana ciemność.
Umarłem? To już koniec? Słyszę głosy, to chyba zmarli idą na moje powitanie, ale co mówią? Co oni mówią? Próbuję się skupić na słowach, ale są takie niewyraźne.
- Cholera… Jasn… Boli… Psychol piep…
Ciemność pochłania mnie całkowicie, już żadne słowa do mnie nie docierają. Cisza mnie otula i zabiera do własnego świata.
Ratownik trzyma się za krwawiące ramię i patrzy na nieprzytomnego mężczyznę, po czym zerka na swojego kolegę. Ten, spocony, ciężko dysząc, wyciąga długą igłę z szyi leżącego.
Lili otoczywszy kolana ramionami zanosi się rozdzierającym płaczem. Niedaleko niej, przy schodach, wśród kawałków drewna leży kobieta, matka pozbawionego świadomości, a jej puste spojrzenie obserwuje rozpaczającą. Na piętrze, w kałuży krwi, leży szwagier mężczyzny, a pod ścianą siedzi jego młodszy brat, trzyma się za szyję i bezskutecznie próbuje zatamować krwotok. Krztusi się własną krwią, a jego oddech staje się coraz słabszy.
Kobieta w salonie zaczyna do siebie szeptać.
- A mówił, że te leki podziałają, mówił, że podziałają…
Komentarze (7)
Zostawiam 5 : )
Całość była interesująca. Wielki plus za świetną końcówkę. 5 :)
Bardzo to było ciekawe. Końcówka świetna 5 :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania