Cień

Burmistrz miasta, czcigodny i zasłużony Jan Walenty Mrozowski, wydał specjalny komunikat, w którym stanowczo nakazywał, aby mieszkańcy po godzinie dziewiętnastej wieczorem zaniechali ożywczych spacerów, spotkań z przyjaciółmi oraz rodziną czy też niczym nieuargumentowanych przechadzek po ulicach i parku miejskim. Swój apel, jak wyjaśnił, spisał na wyraźne polecenie osób mających wiarygodne podejrzenia co do niebezpieczeństwa, z jakim wiązać miało się opuszczenie domostw i mieszkań po wskazanej godzinie. Ludzie z początku niechętnie podchodzili do zaleceń. Policja miała pełne ręce roboty, wyłapując co bardziej niesubordynowanych obywateli. Doprowadzała ich na komisariaty, gdzie noc spędzali w zimnych celach. Szczególnie komisariat na ulicy Lawendowej wyglądał nocami jak schadzka grupy młodych literatów awangardy – ludzi wszelkich klas społecznych zebranych w jednym miejscu.

– Niech ich diabli wezmą! Sam burmistrz nie może przekonać tej hordy – żalił się komendant z Lawendowej doradcy Mrozowskiego.

Mężczyzna niegrzeszący aparycją, raczej chudy i nierosły z wyraźnymi zakolami, słuchał uważnie wszelkich skarg, spisywał je nawet w małym podręcznym kajeciku. Ale cóż poza tym, skoro potem wyrywał ów karteczki i wrzucał do pierwszego lepszego śmietnika na ulicy. A jak szczerze zapewniał komendanta o swych godnych intencjach.

– Proszę zachować spokój i wykonywać obowiązki. Burmistrz dostaje na bieżąco raporty z działań.

– My nawet nie wiemy, dlaczego mamy ich aresztować? O co do diaska chodzi z tą godziną dziewiętnastą?

Doradca na to pytanie spochmurniał, schował notes i wbił wzrok w twarz komendanta.

– Nie wasz interes w tym, ani nasz, żeby cokolwiek wam zdradzić.

– Kiedy gdybym wiedział, może…

– Basta! – wrzasnął tamten i z miejsca opuścił komisariat.

***

Około godziny osiemnastej, gdy niebo przygasło zupełnie i pierwsze gwiazdy w oddali migały punkcikami na czerniejącym sklepieniu, komendant wyszedł z domu swego na trawnik przed nim, po czym zapaliwszy fajkę, zaczął rozmyślać. Patrzył tępo w okna budynku naprzeciwko, gdzie mieszkało małżeństwo z pożyciem starym jak świat i frapował się bardzo, że tajemnica godziny dziewiętnastej wciąż pozostaje dla niego nieodgadniona. Uważał, że burmistrz nie szanuje swoich wyborców, a szczególnie ludzi służby, takich jak komendanci. Oni to przecież zawiadują ludźmi, aby ci dbali o bezpieczeństwo na ulicach.

– Hektorze, co cię trapi? – zapytała małżonka, przez otwarte okno kuchenne.

– Rozmyślam o pracy.

– Wiesz, że niedługo godzina dziewiętnasta. Wracaj do domu prędko.

Mężczyzna zbył swą małżonkę gestem dłoni. Słyszał za plecami dźwięk zamykanego okna, a potem lekki chrzęst zamka. Niedoczekanie jego, pomyślał i raźnym krokiem wyległ na ulicę, a potem w świetle latarni ruszył przed siebie.

 

Patrole policyjne w okolicy znały dobrze komendanta z posterunku na Lawendowej, to też, zamiast wypytywać, służbiści kłaniali się jedynie, wracając do swoich zajęć. Nikt nawet nie przystanął, aby wylegitymować mężczyznę. Ten zaś wykorzystywał to w pełnej okazałości, idąc ulicami głównymi, unikając wąskich uliczek między starymi kamienicami i podwórkami mieszczańskiej biedoty.

Gdy odszedł do ratusza, przysiadł na ławeczce i począł czekać. Niedaleko stacjonował patrol trzech policjantów. Chodzili w grupie od rogu ulicy do rogu i rozmawiali ze sobą. Ostatniego delikwenta skontrolowali kwadrans przed dziewiętnastą, zaś gdy do owianej tajemnicą godziny pozostało minut ledwie pięć, patrol począł czym prędzej maszerować ku bramie prowadzącej na podwórko za kamienicami. Ostatni z nich zamknął furtę na klucz i dołączył do reszty. Miasto tak oto opustoszało zupełnie, stając się oazą duchów i czort wie jeszcze czego.

Minuta. Komendant zaczął odliczać. Czuł, że serce wali niczym młot kowalski, ciało przeszywa dreszcz zgrozy, po czole spływa jedna kropla potu, za nią kolejne i kolejne. Wieczór był zimny, ostre powietrze dotkliwie biczowało nos i policzki. Mężczyzna odliczał dalej, a gdy doszedł do ostatniej sekundy przed godziną zero – zamarł w milczącym niepokoju.

Teraz należało się rozejrzeć. Choć w głowie myśli wędrowały ku ucieczce, komendant postanowił nie tchórzyć. Z natury był człowiekiem upartym i w relacjach czasami trudnym. Tylko łysina wyraźna burzyła obraz twardego niczym kamienny monument mężczyzny w wieku średnim. Dodawała kolorytu i nutki śmieszności w całym patetycznym obrazie jakby wyjętym z opowiadań o najznamienitszych bohaterach wojennych.

Coś zaszumiało ponad głową komendanta. Nie był to bynajmniej wiatr, ani ptak. Wyglądało, że jakieś licho prześlizgnęło się tam niczym gumowy nietoperz na lince w filmowym straszaku. Komendant z miejsca stanął na równe nogi. Odruch był automatyczny tak, jak dobycie pałki z pasa.

– Kogo tam niesie? – zapytał, ale odpowiedź nie przyszła, jakby sobie tego życzył.

Kilkanaście kroków na południowy zachód znajdował się zakład szklarski starego Jeremiego. Jeremi był już zniedołężniały i fach przekazał swemu wnukowi. Obok budynku, w którym mieścił się ów zakład stała jakaś postać. Nieruchomy, czarny jak nocne niebo cień w cylindrze i długiej jesionce. Bez ruchu obserwował komendanta, który zbliżał się do niego powoli, próbując nie tracić zdrowego rozsądku.

– Ktoś ty? Już po dziewiętnastej?

– A jednak obaj tu jesteśmy – odezwał się tamten, a komendant na te słowa zamarł w pozycji, jakby uświadomił sobie, że wdepnął w końskie łajno.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

– Nie zamierzałem odpowiadać, drogi panie. Wieczór chłodny, może przejdźmy w jakieś ustronne miejsce i tam wymieńmy spostrzeżenia.

– Nie sądzę, żeby to było konieczne.

Wokoło wiatr rozdmuchał gnijące na ulicach liście wiekowych kasztanów i dębów. Poderwał je niczym zasłonę natury i osłonił nieznajomego. Komendant zmrużył oczy i zasłonił twarz ramieniem. Wicher dął coraz mocniej, ale w końcu zelżał i umilkł zupełnie. Po tym fakcie postać czarna jak noc znikła. Komendant ostrożnie podszedł do miejsca, gdzie stał nieznajomy. Ze zdumieniem odkrył tam strzępek szaty, jakby podszewkę. Sprawdził kieszonkowy zegarek. W świetle latarni wskazywał, że minął kwadrans po dziewiętnastej.

Wrócił na ławkę i zasiadł ponownie. Postanowił, że wytrwa tam do dwudziestej, a potem przeniesie się do parku miejskiego.

***

Burmistrz otrzymał informacje kilka minut po ósmej rano. Przybył z nimi jego doradca, chudzielec z zakolami. Wyrecytował wszystko suchy sprawozdawczym tonem.

– To komendant z posterunku na ulicy Lawendowej. Mieliśmy z nim wcześniej problemy.

– Ach tak? Jakie?

– Próbował otrzymać informacje o… sam pan wie czym.

Burmistrz pokiwał głową.

– Tak, rozumiem. W jakim stanie go znaleziono.

– Wyglądał naprawdę potwornie. Miał wydłubane oczy i ślady duszenia na szyi.

– Czy mamy pewność, że to sprawka Cienia?

– Stuprocentową. Ten konował złamał zakaz. Sam się o to prosił.

Burmistrz wstał od biurka i podszedł do okna, z którego rozciągał się widok na plac przed ratuszem.

– Miał rodzinę?

– Żona, dwójka dzieci, jedno zmarło w zeszłym roku.

– Musimy uciszyć ich roszczenia. Będą dociekać.

– W jaki sposób to uczynić?

Burmistrz Mrozowski spojrzał na doradcę cynicznym wzrokiem. Splótł dłonie za plecami i zrobił dwa kroki w kierunku łysiejącego chudzielca.

– Zatrzymać i wypuścić do parku po dziewiętnastej. Tylko dyskretnie. Cień załatwi resztę.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Bettina 07.03.2023
    Aleks99
  • Bettina 07.03.2023
    Dałam twój utwór do przeczytania rzeczoznawcy.
  • Aleks99 07.03.2023
    Okej, a w jakim celu? Będzie wyceniał jego wartość?
  • Bettina 07.03.2023
    On nie wartościuje tylko powiedział - poezja to jakaś jest
  • Aleks99 07.03.2023
    Cóż, nie wiem nawet jak się do tego odnieść, wiec napiszę tylko, fajnie i dziękuję za komentarze :)
  • Bettina 07.03.2023
    Wyrecytował wszystko suchy sprawozdawczym tonem.

    – To komendant z posterunku na ulicy Lawendowej. Mieliśmy z nim wcześniej problemy

    M.
  • Domi51 08.03.2023
    Fajnie, że piszesz prozę, i to naprawdę nieźle, z nutką grozy :) masz ode mnie 5, pozdrawiam ;)
  • Aleks99 08.03.2023
    dziękuję :)
  • Z przyjemnością pragnę zaprosić do Bitwy, bo warto rozwijać wyobraźnię i dzielić się z innymi słowem. Myślę, że czas obudzić w sobie zachetę na opowiedzenie historii o kimś, kto nie jest człowiekiem, ale tak jak my myśli i ma serce, i pragnie żyć, potrzebuje przyjaźni, zrozumienia i miłości. Tak po prostu!
    Bohaterem naszych wyzwań ma być ktoś ze świata fauny. Może będzie to niebanalna opowieść, albo bajka, fantasy, albo prawdziwe zasłyszane zdarzenie, zadziwiające oryginalnością i zarazem chwytające czytelnika za serce.

    Gorąco zapraszam i liczę na zainteresowanie. Piszemy do końca marca, do północy. Liczę na ciebie!

    Literkowa
  • maciekzolnowski 08.04.2023
    Święte!
  • maciekzolnowski 08.04.2023
    "gdzie mieszkało małżeństwo z pożyciem starym jak świat" - o, fajne to, zabawne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania