Poprzednie częściCórka mroku

Córka mroku 2

Rozdział 2

Kuźnia zemsty

Wnętrze Katedry Cieni ociekało chłodem, który nie miał nic wspólnego z pogodą na zewnątrz. To był chłód magii i śmierci. Wanora wpadła do środka, a jej stopy ledwo dotykały gładkiego jak tafla lodu granitu.

W centralnym punkcie, na ołtarzu z czarnego obsydianu, leżał Dreydal. Wokół niego, niczym krąg posągów, stała Loża Dwudziestu. Ich twarze, zazwyczaj nieprzeniknione, wykrzywiał teraz grymas odrazy. W powietrzu unosił się zapach, którego wampiry nienawidziły najbardziej: swąd palonego ciała i słodkawa woń srebra wgryzającego się w tkankę.

– Ojcze! – krzyk Wanory odbił się od wysokiego sklepienia.

Chciała do niego podbiec, ale dwóch starszych wampirów zablokowało jej drogę, krzyżując przed nią ceremonialne włócznie.

– Nie zbliżaj się, Wanoro – warknął Malakor, najstarszy z Loży. – Srebrny pył wciąż paruje z jego ran. Jeśli cię dotknie, twoja ludzka krew zagotuje się w żyłach.

Wanora wyszczerzyła kły, a jej oczy pociemniały, stając się dwiema czarnymi dziurami.

– Precz, staruchu! – syknęła, ale zatrzymała się.

Spojrzała na ojca. Dreydal, potężny mag i król, wyglądał teraz jak cień samego siebie. Jego pierś była poorana głębokimi, czarnymi bruzdami, które pulsowały nienaturalnym, metalicznym światłem. Srebro zabójców było „żywe” – przeklęte tak, by nieustannie rozrywało komórki, nie pozwalając im na regenerację.

Dreydal uniósł powiekę. Jego wzrok, mętny i pełen bólu, spoczął na córce.

– Wanoro... – jego głos brzmiał jak tarcie kamienia o kamień. – Zdrada... to nie była bitwa... to była rzeźnia. Bunhold... on nie zdołał...

– Ciii, ojcze. Spalimy ich wszystkich. Przysięgam ci to – szepnęła, czując, jak w jej wnętrzu pęka ostatnia bariera współczucia dla świata ludzi.

Dreydal chwycił ją za rękę. Poczuła pieczenie srebra, ale nie cofnęła dłoni.

– Słuchaj mnie... – mag wykrztusił ostatkiem sił. – Muszę wejść w sen... Loża mnie zamknie... Ale ty... ty musisz ich przyjąć. Ogień i woda... oni tu przyjdą... Eldiole...

– Eldiole? Ta ludzka dziewka? – Wanora zmrużyła oczy. – Przez jej ojca i jego błędy leżysz tutaj!

– Nie... to nie Viltus... to Biały Pan... on użył Ragnara... – Dreydal zaczął kasłać czarną mazią. – Lożo! Wykonać... teraz!

Członkowie rady unieśli dłonie. Powietrze nad ołtarzem zaczęło gęstnieć, tworząc powłokę czarnego szkła, która powoli zaczęła oblewać ciało króla. To była hibernacja – jedyny sposób, by zatrzymać działanie srebra, zanim dotrze do serca.

Wanora patrzyła, jak jej ojciec znika pod ciemną taflą, stając się żywym pomnikiem w sercu zamku. Gdy ostatnia szczelina w szkle się zamknęła, w Katedrze zapadła cisza tak absolutna, że słychać było jedynie uderzenia serca Wanory.

Odwróciła się do Loży. Jej twarz nie wyrażała już strachu. Była na niej tylko lodowata, wampirza determinacja.

– Słyszeliście go – powiedziała, a jej głos stał się nienaturalnie spokojny. – Przygotujcie się. Jeśli „ogień i woda” tu idą, to niech wiedzą, że Łza Potępionych nie jest już schronieniem. Jest kuźnią zemsty.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania