Ćwiczenia z eskapizmu
Olga ma w zwyczaju krzyczeć do powracających żurawi, a te na moment łamią klucze i układają na niebie jej imię. Rtęciowy blask spoza chmur oświetla nam drogę. Dzięki żurawiom na moment stajemy się podróżnikami z powieści Wellsa. Ostatnimi ludźmi, którzy dotarli do miejsca, gdzie oprócz nas i żurawi nikogo nie ma. Najlepiej widać to jesienią i wiosną, gdy nasza podróż staje się krótką notką o tym, co jest, i kilku rzeczach, których nie ma. Otwieram zaciśniętą pięść, by odkryć w niej drogi i rozstaje.
Nad ranem mamy ten sam sen — niestety żadne z nas go nie pamięta. Budzi nas kolejny pierwszy dzień wiosny. Ile już było tych pierwszych dni? Przestałem liczyć święta. Witanie i żegnanie lata, noc świętojańska, pierwsza jesienna pełnia, zimowy a zaraz później wiosenny sabat. Właściwie każdego dnia mamy bankiet. Czcimy dni kawą i dymem papierosów palonych na schodach kotłowni. Pijemy wino i strugamy fajki, lufki i pipki z wiśniowego drewna. Gdy znika czas, stapiamy się z krajobrazem.
Jeszcze przez chwilę jesteśmy razem. Olga znika w odmętach, a ja zamykam oczy, żeby dokończyć naszą podróż. Po drugiej stronie oddaję się spokojowi, ocean niesie do bezpiecznych portów. Za falochronem słychać, jak szumi wiosna. Wraz z nią jestem gotów na niekończący się letni sztorm. Gdy o tym myślę, czuję się, jakbym wymyślił świat i postanowił w nim zamieszkać. C’est la vie — wybieram przestrzenie, których nie ma. Wzorem żurawi łamię klucz. Wszystkie drzwi są otwarte.
Komentarze (2)
"Nad ranem mamy ten sam sen — niestety żadne z nas go nie pamięta." - Ulubione zdanie.
Fajne rzeczy ostatnio znajduję na tym opowi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania