Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Cztery tańce Sofonisby, cz. 1

Taniec pierwszy - godowy

 

1

 

Wąski sierp odrodzonego księżyca schował się za nadciągającymi znad morza chmurami, szum fal mieszał się z szeptem poruszanych podmuchami wiatru liści. Położona na nadmorskim cyplu świątynia sprawiała wrażenie opustoszałej i pogrążonej w ciemnościach, rozpraszanych jedynie wątłymi płomykami lamp oliwnych, skąpo oświetlających wejście do wewnętrznych pomieszczeń. Ta pustka i cisza mogły okazać się złudzeniem, odpowiadały jednak jej planom i nadziejom. Lektykę oraz przydzieloną przez ojca eskortę pozostawiła przed bramą świętego okręgu. Wielka Matka, Wszechpotężna Tanit, Władczyni Niebios, Morza i Ziemi, nie życzyła sobie oglądać mężczyzn w tym najświętszym z najświętszych przybytków, zwłaszcza owej szczególnej nocy odrodzenia księżyca. Prawdę mówiąc, niezbyt chętnie widziano tu również większość kobiet. Przekupki, praczki, kucharki czy inne dziewki z ludu miały dość kaplic w Mieście, gdzie mogły błagać Wielką Matkę o dobrego męża, narodziny syna, bogactwo, zdrowie czy czego tam jeszcze pragnęły. Tutaj Boska Tanit przychylała ucha tylko prośbom wysoko urodzonych. Ale ona należała przecież do tych urodzonych najwyżej. Arcykapłanka nie ośmieliła się odmówić prawa odprawienia osobistej modlitwy córce Hazdrubala Giskonidy, głowie jednego z rządzących Miastem rodów. Zwłaszcza tej nocy, gdy szczęśliwie cykl księżyca zbiegł się z jej własnym i Wielka Matka powinna wysłuchać próśb takiej błagalnicy ze szczególną życzliwością. A prosić miała o rzeczy wielkie, pomyślność i zwycięstwo wyruszającego na wojnę ojca. Wojnę trwającą już od sześciu lat i niezwykle ważną dla przyszłości Miasta. Te argumenty przekonały surowego zazwyczaj Hazdrubala, by zezwolił córce na nocną wyprawę. Przemierzała więc teraz porośnięty gęsto drzewami święty okręg tylko w towarzystwie wiernej Hafisy, żywiąc też jednak własne nadzieje, nie związane z losami ojca, wojny czy Miasta.

Tymczasem nic się jednak nie wydarzyło, lekko rozczarowana przekroczyła próg budynku, przeszła słabo oświetlonym korytarzem, docierając do przedsionka przybytku. Czekała tu już sama arcykapłanka, niezwykły zaszczyt, zrozumiały jednak wobec wpływów ojca oraz opłacony hojną ofiarą. Zgodnie z wymogami dobrego wychowania, zachowując milczenie, pokłoniła się głęboko przed starszą kobietą.

- Witaj, córko. Witaj w imieniu Wielkiej Matki, której pragniesz przedłożyć swoje prośby.

- Tego właśnie pragnę, za twoim przyzwoleniem, dostojna.

- Boska Tanit z pewnością życzliwie wysłucha szczerych i pokornych błagań. Twoja niewolnica musi jednak zostać tutaj.

- Oczywiście.

- Chodźmy więc, ofiara została już przygotowana.

Najświętszy przybytek uderzał skromnością i prostotą, różniąc się bardzo od przeznaczonych dla ludu świątyń i kaplic w Mieście. Surowy, przekraczający dwukrotnie wzrost przeciętnego wyznawcy posąg bogini, pozbawiony niemal ozdób poza umieszczoną na głowie Tanit koroną Władczyni Niebios, Morza i Ziemi, kamienny stół-ołtarz, kilka lamp oliwnych. I zgodnie z obietnicą arcykapłanki, dobrze utuczona, najbielsza gęś bez jednego, naznaczonego jakąkolwiek skazą pióra. Ojciec przekazał przecież na jej prośbę bogatą ofiarę, na którą poświęciła własną biżuterię. Arcykapłanka wydostała nie stawiającą oporu, oszołomioną zapewne jakimś środkiem gęś z wiklinowej klatki, wydobytym z fałd szaty nożem w kształcie sierpa o srebrnym ostrzu poderżnęła z wprawą gardło ptaka i obficie rozlała krew na ołtarzu, intonując zarazem hymn pochwalny ku czci Boskiej Tanit, patronki Miasta. Odrobina krwi, zgodnie z pradawnym zwyczajem, zbryzgała szaty błagalnicy. Ostatecznie, ona sama również oddawała akurat własną, miesięczną krew.

- Zostawiam cię samą, córko. Bogini okaże ci swą łaskę.

- Dziękuje, dostojna.

Stojąc z uniesionymi w górę ramionami, również zaintonowała hymn pochwalny, krótszy jednak, po którym przeszła do wyrażenia właściwej prośby.

- Najpotężniejsza, Najwspanialsza i Najłaskawsza z Bogiń, wysłuchaj błagań swej niegodnej służki i niewolnicy. Proszę nie tylko dla siebie, proszę dla ojca, całego Twego ludu i Miasta, którym władasz. Spraw, by ojciec wrócił z wojny jako zwycięzca, by Miasto pokonało wrogów, by trwało nadal przez stulecia, wierne i posłuszne Twej woli. - Kontynuowała wyuczoną wcześniej litanię, wypowiadając słowa wyraźnie i powoli. Taka modlitwa jak najbardziej przystawała córce wyruszającego przeciwko groźnemu nieprzyjacielowi Hazdrubala Giskonidy. Kto wie, czy tylko bogini słuchała jej słów? - Otocz opieką tych, którzy pójdą, by walczyć w obronie Twego Miasta. Otocz opieką tych, których kocham. - Na koniec pozwoliła sobie na wyrażenie najprawdziwszych i najbardziej osobistych pragnień. - Otocz opieką i pozwól, bym mogła radować się ich szczęściem oraz miłością.

W przedsionku nie zastała już arcykapłanki, dopełniwszy przypisanych jej obowiązków, udała się zapewne na spoczynek. Skinęła dłonią na Hafisę, nurtujące od chwili przybycia do świętego okręgu pytanie ośmieliła się zadać dopiero wówczas, gdy obydwie opuściły budynek świątyni.

- Czy na pewno zrozumiał moją wiadomość? I czy ty czegoś nie przekręciłaś?

- Na pewno, pani.

- W takim razie chodźmy, bez pośpiechu.

Stawiając kroki z umyślną powolnością, ruszyły ścieżką wśród drzew. Pomimo tego, że wytężała słuch i wzrok, jednak ją zaskoczył. Nie przypadkiem uchodził za wyśmienitego myśliwego. Nawet nieskory do pochwał ojciec wyraził raz czy drugi takie zdanie. Wedle powszechnej opinii, którą całym sercem podzielała, miał też wiele innych zalet. I oto, gdy widząc nieodległą już bramę traciła niemal nadzieję, nagle wysunął się spośród drzew. Nie wiedząc nawet jakim sposobem, znalazła się w jego ramionach, poczuła silny uścisk, ostry, męski zapach jego konia, wargi wpijające się w usta. Odpowiedziała z ochotą.

- Jednak przyszedłeś, Masynisso.

- Jakże mógłbym nie przybyć, księżniczko?

- To ty jesteś prawdziwym księciem, ja tylko córką kupca.

- Kupca potężniejszego niż wielu królów, kupca, którego przodkowie od wieków władają tym miastem i całym krajem. - Czyżby usłyszała ślad niechęci w głosie? - Zresztą dla mnie zawsze byłabyś księżniczką, nawet jako córka poganiacza osłów, nawet jako żebraczka.

- Może wtedy byłoby nam łatwiej. Łatwiej, niż teraz.

- Bogowie uczynili nas tym, kim jesteśmy. Ale dali nam też naszą miłość, Sofonisbo.

Na to nie szukała już odpowiedzi innej niż ponowny, długi i gorący pocałunek. Pocałunek, który okazał się może zbyt długi i zbyt namiętny. Tym razem to on dał się zaskoczyć, pomimo talentów urodzonego myśliwego i wojownika. Oboje dali się zaskoczyć.

- Brać tego psa!

Władczy głos stojącego w bramie ojca z łatwością przedarł się przez szum morza i wiatru. Zza jego pleców, jak również zza pobliskich drzew, wyłoniło się kilkunastu zbrojnych. Niektórzy dzierżyli łuki z wycelowanymi strzałami. Masynissa nie próbował stawiać oporu, może w obawie przed możliwym zranieniem ukochanej. Pochwycono go i zaciągnięto do wejścia, pozostał jednak wewnątrz zakazanego, świętego okręgu. Znając ojca wiedziała, że wszelkie błagania, płacz czy darcie paznokciami szat albo nawet skóry na twarzy, nie zrobią na nim żadnego wrażenia. Stała więc w miejscu, czując uścisk ramion Hafisy.

- Za to, że ośmieliłeś się podnieść wzrok na córkę najszlachetniejszej kartagińskiej krwi, córkę Hazdrubala Giskonidy, czeka cię śmierć, pustynny kundlu.

- Za to, że ośmielił się wtargnąć do świętego okręgu Wielkiej Matki, powinien zostać ukrzyżowany. - Słowom arystokraty zawtórowała arcykapłanka, która szybkim krokiem nadeszła od strony świątyni.

Sofonisba trwała jak ogłuszona w niesłabnącym, niosącym pociechę uścisku Hafisy. Czy jednak naprawdę niosącym pociechę?

- Skąd wiedzieli? Co ci obiecali za zdradę?

- Wybacz, pani. Jestem tylko niewolnicą. Śledzono mnie i schwytano, gdy przekazałam już wiadomość. Pokazano narzędzia tortur. Jestem tylko niewolnicą i twój ojciec może zrobić ze mną, co zechce. Ukrzyżowanie byłoby łaską wobec tego, czym mi zagroził. Wybacz, jeśli potrafisz.

Nieszczęsna Hafisa rozpłakała się, sama szukając pociechy w uścisku, którym obejmowała swoją panią. A więc tak się to wszystko skończy, niezwykła miłość, którą niespodziewanie zesłała im Wielka Matka, gdy ujrzeli się przed kilkoma miesiącami podczas jakiejś uroczystości w Mieście. Kilka miesięcy szukania ukradkowych spojrzeń, wymiany ostrożnych, ale ważnych dla obojga wyznań, przenoszonych zresztą przez zdradziecką Hafisę, a teraz pierwszego, rzeczywistego spotkania. Spotkania, na które odważyła się wobec perspektywy odjazdu ukochanego na wojnę. Boska Tanit nie wysłuchała ostatniej, najważniejszej prośby. Niech odrzuci również pozostałe, niech ojciec przegra, niech przyjdą już owi budzący grozę Rzymianie i zniszczą Kartaginę!

 

2

 

- I cóż, córko. Nie płaczesz, nie rozdzierasz szat, nie błagasz o litość?

- A czy kiedykolwiek takową okazałeś, mnie czy komuś innemu?

- W takim razie ten pustynny kundel zginie. Zginie ukrzyżowany, jak zasługują na to wszystkie nędzne psy, synowie szakala i hieny.

- Możesz mnie zabić, ale nie śmiej obrażać ani mnie, ani mojego ojca. Jestem synem króla!

- Króla garści piasku, stada brudnych owiec i bandy śmierdzących pastuchów!

- Króla setek dzielnych wojowników oraz tysięcznych stad niedościgłych koni, szybszych od wiatru!

- Króla, którego wygnano z jego ziem, który ukrywa się na pustyni, niczym szczur ścigany przez lisa.

- Przeklęty Syfaks zajął część naszych pastwisk, pełzając u waszych stóp niczym padalec i korzystając z waszej pomocy, ale ojciec zachował dość wojowników, by wziąć odwet. Ten dzień nadejdzie, przysięgam na wszystkich bogów!

- Tymczasem błaga o rozejm i korzy się przed Miastem, a ciebie przysłał jako zakładnika, gwaranta dobrej woli oraz szczerych zamiarów. Jak gdyby szczury z pustyni kiedykolwiek potrafiły dotrzymać danego słowa. Czego dałeś właśnie piękny przykład, podnosząc wzrok na moją córkę i to w świątyni Wielkiej Matki.

- Ojcze, to ja jestem winna, to ja...

- Milcz, nieszczęsna. Tobą zajmę się później, gdy już skończę z tym tutaj.

- Jak powiedziałeś, jestem zakładnikiem i gwarantem rozejmu z moim ojcem, królem Gają. Jeżeli skażesz mnie na śmierć albo sprawisz, że zniknę bez śladu, pokój przerodzi się w nową wojnę. Co na to Miasto, co na to wasza Rada i sufeci?

- To już nie twój kłopot.

- Nie możecie pozwolić sobie na kolejną wojnę pod samymi murami w chwili, gdy rozprawa z Rzymem nie idzie zbyt dobrze.

- Przeciwnie, wielki Hannibal od lat gromi za morzem kolejne armie Rzymian i wkrótce zdobędzie ich miasto.

- Nie zdobył przez sześć lat, wątpliwe, by uczynił to akurat teraz. Rzymianie wystawiają wciąż nowe wojska i przechodzą do ataku, straciliście już połowę Hiszpanii, na Sycylii oblegają Syrakuzy, którym od dwóch lat nie potraficie przyjść z pomocą.

- Ruszam właśnie z nową armią do Hiszpanii i zamierzam odzyskać ten kraj. Dwaj rzymscy wodzowie, którzy tam dowodzą, znajdą to, na co zasługują. Znajdą własną śmierć.

- Do tego daleka droga, tymczasem odzyskali Sagunt, od którego zaczęła się cała ta wojna i prą dalej na południe. Jeżeli nadal będziecie odnosić takie zwycięstwa, wkrótce ujrzycie ich w hiszpańskiej Nowej Kartaginie, a może nawet tutaj, w starej – waszej stolicy.

Słuchała tej rozmowy zaskoczona i oszołomiona. Nie tyle przytaczanymi przez ojca oraz Masynissę imionami czy szczegółami na temat wydarzeń wojny, znała je dobrze. W domu Hazdrubala Giskonidy często mówiono o takich sprawach, a ona bywała przy tym obecna i milcząc wprawdzie, potrafiła wyciągać wnioski. Po pierwszych, oszałamiających zwycięstwach Hannibala wojna istotnie nie szła najlepiej. Ojciec żywił poważne obawy przed nadchodzącą kampanią i dlatego pozwolił córce na nocne modlitwy w świątyni. Dziwiła się, że tu i teraz, wobec schwytanego i zdanego na jego łaskę Masynissy, wdał się w podobną dyskusję. Przerzucał się argumentami na temat sposobu prowadzenia i przebiegu wojny, zamiast szybko wydać wyrok i zakończyć sprawę. Tak zwykle czynił, nie okazując nigdy litości. Czyżby... Dziewczynie przyszła do głowy nagła myśl, sprowokowana niezwykłym zachowaniem Hazdrubala. Jeżeli ma rację, to jest jeszcze jakaś szansa. Trzeba sprawić, by ten pomysł w naturalny sposób pojawił się w ich rozmowie, by żaden nie stracił twarzy w razie wysunięcia i odrzucenia propozycji...

- Ojcze, przybyłam tutaj, by błagać Wielką Matkę o twoje zwycięstwo, o zwycięstwo i pomyślność Miasta.

- Przyszłaś tutaj, próbując mnie oszukać, by spotkać się potajemnie z tym synem pustyni.

- Przyznaję, ojcze, taką również miałam nadzieję. To ja prosiłam o to spotkanie. Ale i on miał przecież wyruszyć na wojnę w twojej armii, błagałam więc Boską Tanit o pomyślność także i dla niego. Błagałam o zwycięstwo dla nas wszystkich, dla całego Miasta.

- Jedyny sposób, w jaki obecnie przysłuży się bogini i Miastu, to śmierć na krzyżu jako ofiara oraz odkupienie świętokradztwa.

- Czy nie znajdziesz innej możliwości odkupienia tej winy, która przede wszystkim mnie przecież obciąża?

- Może bym i znalazł... Miasto istotnie znajduje się w wielkiej potrzebie... A co ty o tym myślisz, synu pustyni?

- Jestem wojownikiem i przyznaję, wolałbym spotkać śmierć w bitwie, niż na na krzyżu.

- A więc wolałbyś walczyć z Rzymianami? Może po to tylko, by zdradzić mnie przy pierwszej okazji?

- Daję słowo księcia.

- Księcia, którego przodkowie i krewni z upodobaniem mordują się wzajemnie od pokoleń.

- Nie zdradziłbym na pewno... Gdybyś dał mi, panie, nadzieję...

- Komu miałbym ją dać? Wojownikowi z pustyni?

- Synowi króla i przyszłemu władcy Numidów.

- Udowodnij więc, że aż tyle znaczysz.

- Gdy wezwę moich towarzyszy, stanie za mną więcej niż setka wojowników. Na koniach śmigłych niczym wiatr, wojowników, którzy nie lękają się niczego. Rzymianie nie spotkali jeszcze takich w bitwie.

- Potrzebuję pięciu setek.

- Dostaniesz ich, panie.

- Uczyń tak, a udowodnisz, że jesteś księciem, może nawet przyszłym królem. Komuś takiemu, mógłbym obiecać córkę.

- Zbiorę ich, nim księżyc dwa razy powróci.

A więc nie myliła się! Udało się ocalić życie Masynissy, a nawet uzyskać coś więcej, o wiele więcej. Ojciec sprzeda ją za pięciuset konnych? Dlaczego nie, skoro ona sama tego pragnie. Lepiej to, niż zostać wydaną za kogoś obcego w zamian za uprawną ziemię, gaje oliwne czy sztaby srebra. I nie będzie to nawet żaden dyshonor, nieraz już tak w dziejach Miasta bywało.

- Trzymam cię za słowo, książę.

- Zawarliśmy umowę, szlachetny panie. Nie zawiedziesz się.

- Na to liczę. Złożymy teraz wspólną przysięgę, przysięgę przed obliczem Boskiej Tanit. Mamy tu akurat Jej świątynię i samą arcykapłankę.

- Szlachetny panie, mężczyznom nie wolno, zwłaszcza tej nocy...

- Dostojna, to sprawa wielkiej wagi, sprawa zwycięstwa i przyszłości Miasta. Nie stoję tu tylko jako głowa rodu Giskonidów, stoję jako wybrany przez lud i Radę dowódca armii ruszającej na ważną wojnę. To sprawa państwowa. Bogini z pewnością to zrozumie i udzieli błogosławieństwa złożonej przed Jej ołtarzem przysiędze.

- Wielka Matka zawsze sprzyja swemu ludowi i Miastu, jednakże...

- Złożę bogatą ofiarę.

- Ofiara ze srebra i kadzidła może nie wystarczyć, szlachetny panie. Tanit to surowa Pani...

- Dobrze więc, złożymy również ofiarę według dawnego obyczaju przodków. Mamy tu nawet kogoś bardzo odpowiedniego do tej roli. Wszystkie przysięgi najsilniej spaja krew.

- Jak sobie życzysz, panie. Wielka Matka spojrzy łaskawie na twoją przysięgę i twoją ofiarę. Ale z mężczyzn pójdziecie tylko wy dwaj, ty i książę. Jako ofiarnicy.

- Nie traćmy czasu.

Ojciec odprawił zbrojnych, skinął na Masynissę i wyrwał wciąż łkającą Hafisę z ramion Sofonisby. Oszołomiona służka nie stawiała początkowo oporu, dopiero przekraczając zakazany dla niej uprzednio próg najświętszego przybytku zdała sobie sprawę, co ją czeka.

- Pani, litości! - Usiłowała upaść do stóp Sofonisby, która postępowała w ślad za pozostałymi. Zakaz arcykapłanki jej przecież nie obejmował. - Zawsze byłaś dla mnie dobra. Zdradziłam cię, ale oni mnie zmusili! Zmusili!

Hazdrubal z łatwością obezwładnił i utrzymał niewolnicę w silnym uścisku. Masynissa nie uczynił żadnego ruchu, Sofonisba również stała w milczeniu. Ojciec popchnął nieszczęsną Hafisę ku ołtarzowi, arcykapłanka raz jeszcze dobyła srebrzystego noża.

- Pani, łaski...

Z poderżniętego gardła młodej niewolnicy krew popłynęła znacznie obficiej niż podczas ofiary złożonej z gęsi, obryzgując kamienny stół, posąg bogini, a także wszystkich obecnych. Kilka kropel dosięgło również szaty Sofonisby. Wzdrygnęła się mimowolnie. Znała starodawne obyczaje przodków, nie uczestniczyła jednak dotąd w podobnej ceremonii tak bezpośrednio i w tak małej odległości.

„Nic nie mogłam zrobić. Ojciec nigdy nie ustępuje w takich sprawach. Nic nie mogłam zrobić.”

Hazdrubal puścił bezwładne ciało Hafisy, które opadło na ołtarz. Zanurzył dłonie w strumieniu wciąż płynącej krwi. Uniósł ociekające czerwienią ramiona ku posągowi bogini.

- Wielka Matko, przysięgam przed Twym obliczem, przysięgam na krew własną i mojego rodu, że wydam moją córkę Sofonisbę za księcia Numidów Masynissę, jeżeli ten przyprowadzi pięciuset jeźdźców na wojnę z Rzymem i dobrze sprawi się pod moim dowództwem.

„Zdradziła mnie, zdradziła nas oboje. Ukrzyżowanie byłoby dla niej łaską, tak powiedziała. To mimo wszystko lżejsza śmierć, niż na krzyżu.”

Przyszła teraz kolej na księcia. Krew nadal płynęła, chociaż mniej już obficie.

- Boska Tanit. Przysięgam przed Twym obliczem na krew własną i mojego rodu, że przyprowadzę pięciuset jeźdźców na wojnę z Rzymem i będę walczył ze wszystkich sił, najlepiej jak potrafię, pod rozkazami szlachetnego Hazdrubala Giskonidy, w zamian za co wyda on za mnie swoją córkę, Sofonisbę. Wielka Matko, kocham ją i nigdy nie opuszczę, ani nikomu nie oddam.

„A więc dokonało się. Takich przysiąg nie da się już w żaden sposób cofnąć bez klątwy bogini. Poślubię Masynissę, poślubię Masynissę! Czy jednak zawarte pod takim znakiem małżeństwo przyniesie nam szczęście? Czy przyniesie szczęście i pomyślność Miastu? Okaż swą łaskę, Wielka Matko!”

 

3

 

- Prosiłaś o rozmowę, córko. Czyżbyś chciała błagać o wybaczenie za swoje zachowanie?

Prywatny gabinet ojca, urządzony w sposób prosty i funkcjonalny, nie olśniewał bogactwem ani przepychem. Zupełnie inaczej niż sale biesiadne, w których przyjmowano gości.

- Mam pewną prośbę, ale to może później. Dlaczego zabiłeś Hafisę?

- A co miałem z nią zrobić? Chciałabyś nadal zatrzymać ją w swojej służbie?

- Nie wiem, chyba nie. Ale mogłeś ją po prostu sprzedać albo odesłać.

- Wiedziała zbyt dużo. Co innego, wydać córkę za pustynnego księcia w zamian za jego jeźdźców, to godne szlachetnego męża poświęcenie dla Miasta, co innego przyznać, że ta córka już wcześniej potajemnie się z nim spotykała. Nie zaszkodzi też, gdy ów Masynissa przekona się na własne oczy, że z Hazdrubalem Giskonidą nigdy nie ma żartów. Ty zresztą również. A teraz czekam na twoje usprawiedliwienia.

- Nie widzę powodu, by akurat ciebie prosić o wybaczenie, ojcze.

- Posuwasz się za daleko, Sofonisbo! Jeżeli nie zamierzasz błagać o wyrozumiałość, nie zajmuj mojego cennego czasu. Przygotowuję się do wyruszenia z armią i mam mnóstwo obowiązków. A tu muszę jeszcze poskramiać własną córkę. Wyjdź i czekaj na moją decyzję w sprawie stosownej kary.

- Poświęciłeś jednak swój jakże cenny czas, ojcze, by osobiście zorganizować tę zasadzkę w świątyni. A może wszystko to również wiązało się z przygotowaniami do wojny?

- Jak śmiesz!

- Skoro dzięki zdradzie Hafisy, dobrowolnej czy wymuszonej, wiedziałeś o wszystkim już wcześniej, to dlaczego pozwoliłeś mi udać się nocą do świątyni? Czyż od samego początku nie chodziło ci o tych pięciuset wojowników, których chciałbyś widzieć w swojej armii? A schwytanie Masynissy w takiej sytuacji dało ci pretekst, by ich zażądać. A także gorliwej służby samego księcia. Od samego początku zamierzałeś sprzedać mnie w zamian za kilka setek numidyjskiej jazdy.

- Nie opowiadaj tylko, że taka myśl jest ci przykrą. Sama pomogłaś w negocjacjach, bardzo zręcznie, muszę przyznać. Płynie w tobie krew pokoleń kupców. W pewnym sensie, mógłbym być z ciebie dumny.

- Tylko że ty, ojcze, stałeś się teraz generałem i potrzebujesz wojowników.

- Biorę ich zewsząd, skąd tylko mogę. Miasto w istocie znajduje się w wielkiej potrzebie, Rzymianie to bardzo groźni wrogowie. A Masynissa mówił prawdę, Numidowie to szakale z pustyni, ale nigdzie nie znajdziesz lepszych jeźdźców. Tak, potrzebuję ich, potrzebuję ich gorliwej służby, potrzebuję Masynissy. I dostanę to wszystko, za taką czy inną cenę, większą lub mniejszą.

- To ja mam być zapłatą.

- Jak już to sobie wyjaśniliśmy, odegrasz tę rolę bez szczególnej przykrości. Dla chwały Miasta, oczywiście.

- Skoro tak dobrze się rozumiemy, ojcze, mogę teraz wyrazić moją prośbę.

- Mów więc.

- Chciałabym ponownie spotkać się z księciem Masynissą. W jak najkrótszym czasie, zanim wyruszy na pustynię, by zbierać obiecanych wojowników.

- To niemożliwe, co ty sobie wyobrażasz?

- Skoro ja, kobieta, potrafiłam przejrzeć twoje zamysły, ojcze, to czy sądzisz, że książę również nie dojdzie do podobnych wniosków? Do myśli, że celowo zwabiłeś go w zastawioną pułapkę, w której stałam się przynętą?

- Jeśli nawet, co z tego?

- A to, że wcale tak nie było. I nie chcę, nie chcę, by tak o mnie myślał.

- To, co o tobie myśli, nie ma większego znaczenia. Byle dotrzymał przysięgi.

- Ta przysięga niewiele będzie dla niego znaczyła, jeżeli uzna, że oszukałam go i zdradziłam. Na twoje polecenie, ojcze. I znajdzie łatwy sposób, by wziąć pomstę. Wiesz dobrze, że okazji mu nie zabraknie.

- Tak, mógłby zdradzić mnie Rzymianom w Hiszpanii.

- Nie zrobi tego wtedy, jeżeli nadal będzie pragnął naszego małżeństwa. Ja też tego pragnę, nie przeczę. I dlatego nie jest mi obojętne, jakie ma o mnie zdanie. Tobie też nie powinno, ojcze.

- Jest nie do pomyślenia, by córka Hazdrubala Giskonidy spotykała się potajemnie z jakimś tam księciem z pustyni. To dlatego zginęła Hafisa.

- I dlatego nie chcę spotykać się z Masynissą potajemnie. Spotkam się za twoją zgodą, ojcze. Zaprosisz go do naszego domu na ucztę.

- Co takiego? Miałbym podejmować tego pustynnego psa?

- Za tego pustynnego psa chcesz wydać własną córkę. I potrzebujesz jego jeźdźców. Zaprosisz księcia na ucztę i nakażesz, by twoja posłuszna córka zabawiła was tańcem, który wykonam na twoje życzenie.

- Ty chyba oszalałaś.

- Czyż pięciuset jeźdźców w twojej armii, szybkich niczym wiatr, nie jest wartych jednego tańca?

- Na jaja Melkarta, kogo ja wychowałem we własnym domu?

- Kogoś, kto uczył się od znakomitych nauczycieli. I to nie tylko gramatyków, filozofów czy tancmistrzów, których opłacałeś. Miałam jeszcze jednego nauczyciela, najlepszego ze wszystkich.

- Dobrze, niech będzie, jak chcesz. Potrzebuję tego przeklętego Numidy i jego wojowników.

- W takim razie, zgodzisz się na jeszcze jedną prośbę swojej pokornej i posłusznej córki.

- Jakąż to?

- Masynissa zostanie tu na noc. A ja odwiedzę księcia w jego komnacie. Nie musisz o niczym wiedzieć, ale nie będziesz przeszkadzał.

- Co ty sobie wyobrażasz? Miałbym zgodzić się na taką hańbę?

- Nazywasz hańbą skosztowanie towaru, który oferujesz? Albo wypłacenie zadatku za towar, który bardzo pragniesz kupić?

- Ale jeżeli to wyjdzie na jaw...

- Nie wyjdzie, ojcze. A ja obiecuję, że po tej nocy Masynissa przyprowadzi swoich jeźdźców szybciej i w większej liczbie, niż mógłbyś się spodziewać. A w Hiszpanii rzuci do twych stóp setki głów Rzymian. Na chwałę Miasta.

- Na chwałę Miasta, skoro nie może być inaczej.

 

4

 

A jednak się odważyła. Pomimo wygranej bitwy z ojcem, nie miała takiej pewności, gdy zaczynała się uczta. Jak ją przyjmie? Czy w ogóle zechce z nią rozmawiać? Jeżeli rzeczywiście domyślił się wszystkiego... Serce tłukło się niespokojnie, gdy spoglądała na przypominającą pustynnego sokoła postać księcia. Ostre rysy twarzy, przeszywający wzrok, szczupła sylwetka. Przyciągałby spojrzenia nawet wówczas, gdyby nie był jedynym gościem podczas tej prywatnej uczty. O dziwo, wybrał na tę okazję nie odzienie dzikiego nomady, czego w jakiś mglisty sposób oczekiwała, lecz bogaty strój arystokraty. Członka elity Miasta, udającego się z wizytą do równego sobie możnowładcy. Prowadzili z ojcem ostrożną, niezobowiązującą rozmowę. Oczywiście, gdy tylko pozwoliły na to wymogi dobrego wychowania, pojawiły się w niej kwestie dotyczące wojny, wyprawy do Hiszpanii, czynionych przygotowań, roli samego Masynissy oraz jego jeźdźców. Nie brała udziału w tej dyskusji, byłoby to naruszenie dobrego tonu, nawet gdyby zdołała teraz wypowiedzieć do niego choćby jedno sensowne zdanie, ale przysłuchiwała się uważnie. Ojciec i ukochany zgodzili się, że numidyjscy jeźdźcy najbardziej przydadzą się w działaniach zwiadowczych oraz wojnie szarpanej. Mieli przenikać na tyły Rzymian i siać tam spustoszenie. Nie nadawali się do szarżowania w bitwie na szyki ciężkiej piechoty legionowej, za to atakowanie konwojów z zaopatrzeniem, przejmowanie kurierów, rozbijanie podjazdów, urządzanie zasadzek, ciągłe niepokojenie wroga - to był ich żywioł. Słuchała tego z ulgą, liczyła, że unikając większych bitew, Masynissa będzie bezpieczniejszy. Dopiero później, o wiele później, miała się przekonać, że na wojnie wyglądało to dokładnie odwrotnie.

Tymczasem niepokoiła się głównie o własny występ. Wiedziała, że potrafi tańczyć, że posiadła sztukę rozpalania męskich serc. Miała ku temu wszelkie niezbędne zalety, hojnie ofiarowane przez Wielką Matkę. Ćwiczyła też od dawna, a w ostatnich dniach szczególnie intensywnie. Ale serce i tak zamierało z obawy...

Wreszcie, gdy słudzy po raz kolejny napełnili kielichy najlepszym winem – ona oczywiście nie piła - ojciec klasnął w dłonie i wypowiedział umówione słowa.

- A teraz, książę, odłóżmy może nużące i przykre sprawy wojny. Za twoim przyzwoleniem, moja córka, Sofonisba, umili nam czas tańcem.

W tej decydującej chwili opuściło ją całe napięcie. Jeszcze niedawno obawiała się, że nie zdoła ruszyć się z miejsca, teraz powstała pełnym gracji ruchem.

- Jak rozkażesz, ojcze. – Skłoniła się głęboko obydwu półleżącym w biesiadnych lożach mężczyznom.

Gestem dłoni przyzwała akompaniującą na flecie służkę, czekającą dotąd za progiem komnaty. Nie była to wprawiona w tej sztuce Hafisa, do której melodii zdążyła się przyzwyczaić, ale zakupiona pospiesznie nowa niewolnica również potrafiła grać na flecie. Kilka dni ćwiczeń będzie musiało wystarczyć dla harmonijnego połączenia muzyki oraz ruchów ciała. Wraz z pierwszymi taktami zrzuciła obszerną, ciężką szatę, która osłaniała dotąd strój świątynnej tancerki. Na pierwszy rzut oka skromny, w rzeczywistości zmysłowy, wręcz wyuzdany. Dołożyła wielu starań, by osiągnąć ten efekt. Delikatne, prześwitujące tu i tam materie, uczynione w odpowiednich miejscach rozcięcia luźnych fragmentów, w innych przeciwnie, płótno ściśle przylegające do ud, brzucha, bioder... Kruczoczarne włosy, które zamierzała rozpuścić w trakcie tańca, usuwając podtrzymujące długie loki zapinki. Do tego pracochłonny makijaż, na którego wykonanie poświęciła mnóstwo czasu, oddając się w ręce dobrze wyszkolonych niewolnic, bogata, złota biżuteria, znakomicie prezentująca się w zestawieniu z lekko śniadą skórą. Wrażenia dopełniały panujący w komnacie półmrok oraz intensywny zapach perfum, sprowadzanych z niegdysiejszej, odległaj ojczyzny na wschodnim wybrzeżu morza wewnętrznego. I muzyka... Niepotrzebnie się obawiała. Gdy już podchwyciła rytm, wszystko poszło gładko. Zatraciła się w tym tańcu, stopiła w jedno z melodią fletu. Wykonując zmysłowe ruchy dłońmi, biodrami, głową, całym wreszcie ciałem, pamiętając, by miał okazję poczuć muśnięcia jej szaty, a potem również włosów, by owionął go zapach perfum, by krew uderzyła do głowy bardziej nawet niż najlepsze wino z piwnic gospodarza, spoglądała początkowo w jego twarz. Z radością dostrzegła błysk oczu, gwałtowne uniesienia torsu, gdy brał kolejne, przyspieszone oddechy, szybkie opróżnianie kielicha. Potem, ku własnemu zdziwieniu, a nadeszło ono później, gdy rozpamiętywała ową scenę, przestała zwracać uwagę na jego reakcje. Liczył się tylko taniec, muzyka i płynne ruchy prowadzonego rytmem melodii ciała. I może dlatego wszystko udało się znakomicie, o wiele lepiej, niż gdyby zamartwiała się precyzyjnym i doskonałym wykonywaniem wszystkich, starannie wyćwiczonych figur.

Wyszła z transu dopiero po wybrzmieniu ostatniego taktu.

- Mam nadzieję, ojcze, że zadowolił cię mój taniec.

Ponownie pochyliła się w ukłonie, słowa kierując ku ojcu, ale rzucone spod rzęs spojrzenie ku temu, dla którego naprawdę zatańczyła. Dostrzegła to, czego pragnęła. Podziw i pożądanie.

- Doskonale, moja córko. Masz prawdziwy talent do tańca, ucieszyłaś nasze oczy i serca. Czyż nie przyznasz mi racji, książę?

- W rzeczy samej, szlachetny panie. Twoja córka to klejnot wyjątkowej urody, pod każdym względem.

Oczywiście, nie wypadało, by komplementował ją bezpośrednio, ale i tak oblała się rumieńcem, szczęśliwie ukrytym przez panujący półmrok, a może uznanym za skutek rozgrzania tańcem. Bo prawdę mówiąc, rozgrzała się istotnie, co dotyczyło nie tylko ciała, lecz i ducha.

- Taniec trochę mnie zmęczył, ojcze. Za twoim pozwoleniem, chciałabym udać się teraz do moich komnat.

- Jak sobie życzysz, córko. - Odprawił ją uprzejmym ruchem ręki. - A my, książę, wypijemy jeszcze po kielichu i zapewne też udamy się na spoczynek. Nie wypada, byśmy wrócili do przyziemnych spraw wojny i polityki, skoro uraczyliśmy się takim pokazem sztuki.

To również zostało wcześniej umówione. I oto stała teraz w opustoszałym, pogrążonym niemal w mroku skrzydle pałacu, przed drzwiami najlepszej komnaty gościnnej. Drzwiami jego komnaty. Nie zmieniła szat, gdyby nie taniec, chyba nie ośmieliłaby się na takie szaleństwo. Pamiętała jednak, co dostrzegła w oczach księcia. I chciała ujrzeć to ponownie.

 

5

 

Nie takiego powitania się spodziewała. Gdy uchyliła cicho drzwi i ostrożnie wsunęła się do pogrążonej w ciemnościach komnaty, gdy uczyniła kilka kroków, posłyszała nagle odgłos zatrzaskiwanego zamka, poczuła silny, wcale nie zmysłowy uścisk krępującego ręce ramienia, a przede wszystkim zimny dotyk żelaza na szyi.

- Nawet nie drgnij – wyszeptał wprost do ucha.

- Masynisso, to ja...

- Widzę i czuję, musiałbym być ślepy i głuchy, by wziąć cię za któregoś z pachołków gospodarza. A także pozbawiony wszystkich innych zmysłów. Co tu jednak robisz?

- Przyszłam do ciebie... - odpowiedziała bezradnie. - A kogo się spodziewałeś?

- Nasłanego przez Hazdrubala mordercy. – Ostrze nadal wpijało się w szyję.

- Aż tak nie ufasz mojemu ojcu?

- Nie ufam żadnemu Punijczykowi. Nikt im nie ufa.

- Mnie również, Masynisso?

- A co mam myśleć po tej zdradzie w świątyni? Zwabiłaś mnie w zasadzkę, udając miłość i śląc płomienne przesłania.

- To nie ja, nic o tym nie wiedziałam. Przysięgam.

- Hazdrubal dobrze to zaplanował, a ja dałem się złapać jak głupiec.

- Nie miałam nic wspólnego z tą zasadzką.

- Ojciec kazał ci odegrać wyuczoną rolę, by dostać moich jeźdźców.

- Nie zależy mi na twoich jeźdźcach, zależy mi na tobie. Owszem, ojciec wykorzystał sytuację, lecz bez mojej wiedzy.

- Po co tu przyszłaś? Przysłał cię Hazdrubal? Po tym, gdy polecił odurzyć mnie zmysłowym tańcem?

- Nie, sama chciałam tu przyjść. I bardzo pragnęłam dla ciebie zatańczyć. To ja uprosiłam ojca, wymogłam ma nim, by zorganizował tę ucztę.

- Nie wiem, czy można ci wierzyć. - Ostrze odrobinę drgnęło, czyżby ręka i kierujący nią umysł straciły nieco pewności? - Po co tu przyszłaś, po co to wszystko? Hazdrubal i tak dostał już moich wojowników. Książę Masynissa nie cofa słowa, nawet danego Punijczykowi.

- A w jakim celu ty przyjąłeś zaproszenie i nawet zostałeś na noc, skoro uważasz mnie, mego ojca oraz wszystkich Punijczyków za wrogów? I obawiałeś się nasłanych morderców?

- Nie uważam cię za wroga, Sofonisbo – szepnął równie bezradnie. - I dobrze wiesz, dlaczego przyjąłem zaproszenie. Wiedziałem, że to głupie, ale pragnąłem cię ujrzeć.

- Mam nadzieję, że zobaczyłeś więcej, niż na to liczyłeś...

- O tak, o wiele, wiele więcej. Dla takiego widoku gotowy jestem narazić się na otrucie czy spotkanie ze skrytobójcą.

- Ja również pragnęłam cię ujrzeć, a nawet więcej niż ujrzeć... Dla takiej chwili gotowa jestem narazić się na spotkanie z ostrzem twego sztyletu...

- Wybacz. Ciebie nie uważam za wroga, nigdy...

Odsunął żelazo i odrzucił gdzieś na podłogę. Nie uwolnił jednak jej rąk, przeciwnie wzmocnił uścisk uwolnionym od oręża ramieniem.

- Sofonisbo...

Przerwała mu pocałunkiem. Trwali tak przez całą wieczność, a przynajmniej tak jej się wydawało. Oddawała uścisk ramion z równą namiętnością, chociaż z mniejszą niż u wprawnego wojownika siłą. Nie miało to w tej chwili większego znaczenia.

- Chodź – wyszeptała, gdy oderwali wargi, by zaczerpnąć tchu. - Chodź wreszcie.

Pociągnęła go w stronę łoża, nie stawiał zresztą żadnego oporu. Nadal objęci, opadli na posłanie. On był już półnagi, w końcu udał się na nocny spoczynek. Wtuliła głowę w jego tors, wchłaniała zapach. Czynił to samo z jej rozpuszczonymi włosami. Sięgnęła ku ostatniej przeszkodzie, osłaniającej lędźwie przepasce. Zręczne palce przydały się, jak nigdy dotąd. On miał większe kłopoty z wyszukaną, zmysłową szatą tancerki. Wbrew pozorom, jej nakładanie oraz zdejmowanie były czynnościami dość skomplikowanymi i czasochłonnymi. Pomogła z ochotą, przez głowę przemknęła myśl, że może dzięki temu nie rozerwie materii na strzępy, a ona zdoła wykorzystać ją w drodze powrotnej do swoich komnat. A zresztą, ojciec nie będzie się wtrącał, niech więc demony porwą te przeklęte szmaty. Przesunął głowę niżej, poczuła pocałunki na obnażonych piersiach. Zrewanżowała się, ujmując nabrzmiałą męskość, zadziwiająco twardą i sztywną. Nigdy dotąd nie miała okazji uczynić tego z kimkolwiek, ale służki często opowiadały o swoich doświadczeniach w tej materii. Nieszczęsna Hafisa również. Odegnała okropne wspomnienie, w czym pomogły ruchy jego palców, z wprawą odnajdujące i dotykające szczególnych punktów jej ciała. Owszem, dotykała się tam już dawniej, instruowana i wspomagana przez osobiste niewolnice. Było to przyjemne, nawet bardzo przyjemne, wrażenia okazały się jednak nieporównywalne z obecnymi. Po prostu, czuła wszystko w sposób o wiele bardziej intensywny, palce okazywały się bardziej szorstkie, ramiona mocarne, zapach silny i ostry. Nawet uścisk zębów na stwardniałych sutkach potrafił sprawić w tej chwili rozkosz pomieszaną z odrobiną ekscytującego bólu. Poczuła w swym wnętrzu wilgotne ciepło. Nadal ściskała dawno już sztywne przyrodzenie ukochanego, pamiętając, by przesuwać dłonią w górę i w dół. Nagle ujął jej dłoń własną i wyrwał fallusa. Rozrzuciła ramiona, które zebrał nad głową i wolną ręką przycisnął do posłania, drugą rozwarł jej szczególne miejsce. Po chwili poczuła tam coś więcej niż palce, sztywną, pulsującą, palącą gorącem obecność. Pchnął zdecydowanie, raz drugi, trzeci. Nie potrafiła powstrzymać cichego okrzyku bólu. O tym też jej opowiadano, chociaż w tej chwili zdążyła zapomnieć o ostrzeżeniach. Znieruchomiał, może zaskoczony, może zaniepokojony.

- Sofonisbo, ukochana...

- Dalej, nie przestawaj...

Nie bacząc już na nic, wbijał się raz za razem, nie napotykając więcej oporu. Nie potrafiła wyrwać się z uścisku, zresztą wcale tego nie chciała. Cierpienie, które nadal po części odczuwała, w przedziwny sposób mieszało się z przyjemnością. Jęczała, starając się nie wydawać głośnych okrzyków. Wywoływanych bardziej bólem czy ekstazą? Sama już nie wiedziała, nie miało to znaczenia. Nagle, bez ostrzeżenia, sztywny uprzednio gość czy też intruz zaczął pulsować intensywniej niż dotąd, o wiele intensywniej. Wypełniał ją gorącym żarem, dodając nową porcję wilgoci do jej własnej. Okazało się to doznaniem najsilniejszym ze wszystkich. Niestety, trwało tak krótko, o wiele za krótko... Muszą powtórzyć, koniecznie powtórzyć, przy pierwszej okazji, może nawet jeszcze tej nocy, skoro potrafiła wszystko tak zręcznie urządzić. Członek stopniowo wiotczał, jeszcze chwila i wysunął się z gościnnego wnętrza. Upojenie powoli opadało.

Wtuliła głowę w jego ramię, chłonęła jego dotyk, jego zapach, jego bliskość. Gdzieś tam w dole tliło się ognisko bólu. Wiedziała już, że to zesłany przez Wielką Matkę los wszystkich kobiet, które pierwszy raz przyjmują mężczyznę. To przejdzie...

- Sofonisbo...

- Tak, ukochany?

- Ty nigdy dotąd... Wybacz, nie wiedziałem...

- Ale ja wiedziałam.

- Zrobiłbym to może delikatniej. Jestem jednak wojownikiem i bywają chwile... Dla ciebie, dla ciebie jednej, powinienem był zrobić to inaczej...

- Ja również nie jestem bez winy, mój książę. Przygotowałam tę ucztę, ten taniec i ten wieczór nie bez powodu...

- Przygotowałaś? Czy twój ojciec wie?

- Nie będę obrażała kłamstwem twego rozumu, ukochany. Wie, ale nie będzie się wtrącał. To mój warunek posłuszeństwa wobec jego planów.

- Ale dlaczego?

- Sam powiedziałeś, że Hazdrubal dostał już to, czego chciał. Nie musiał dawać w zamian niczego więcej. Ale ja nie dostałam. A chciałam dostać, chciałam dostać o wiele, wiele więcej. Właśnie to, co mi ofiarowałeś.

- Poświęciłaś swoje dziewictwo... Słyszałem, że szlachetnie urodzone damy z Miasta oddają je tylko samej Wielkiej Tanit.

- Chciałam ci udowodnić... Chciałam, byś uwierzył... byś nie miał wątpliwości...

- Wierzę...

- Pomimo tego, że jestem zdradziecką Punijką? Córką podstępnego ojca i okrutnego Miasta, którego nienawidzisz?

- Ciebie nie potrafię znienawidzić, nigdy.

- Jestem tym kim jestem, córką swego ludu i swego Miasta.

- Dla ciebie, dla ciebie jednej, przyprowadzę jeźdźców z pustyni, więcej nawet, niż obiecałem. I będę walczył dla Hazdrubala, Rzymianie zadrżą jeszcze, słysząc imię Masynissy oraz okrzyk bojowy Numidów. Będę walczył dla miasta, które od pokoleń gnębi mój lud i wszystkie inne dookoła.

- Nigdy cię nie zdradzę, mój książę, mój królu.

- Będziesz królową Numidów, moją królową, pierwszą i jedyną. Nigdy cię nie opuszczę, ani nie oddam nikomu, ludziom, demonom, nawet samym bogom. Przysięgam to na krew, twoją krew, którą przelałem moim oszczepem.

- Tę krew oddałam z ochotą. I oddam za ciebie ponownie, jeżeli zażądają tego bogowie, a ty tak postanowisz.

- Ani bogowie, ani ludzie nie mogą być tak okrutni.

Zamknęła mu usta pocałunkiem.

 

Koniec pierwszego tańca

Następne częściCztery tańce Sofonisby, cz. 2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Sufjen 10 miesięcy temu
    Porządny kawał tekstu. Może i nie jest technicznie idealny (nie ma ideałów - chyba że po gruntownej korekcie) - ale ma w sobie coś takiego, że przykuwa uwagę i chce się więcej. A to już duża zaleta. Pozdrawiam :)
  • Nefer 10 miesięcy temu
    Nawet korekta nie zawsze wszystko wygładzi, niezliczone przykłady piętrzą się na półkach księgarni i bibliotek, a obecnie rownież w magazynach pamięci cyfrowej. Można tylko starać się bardziej, co zawsze jest potrzebne. Ciesze się natomiast, że tekst zwrócił uwagę i wciągnął. Dzięki za wpis i pozdrawiam.
  • Akwadar 10 miesięcy temu
    Nefer, jak zwykle interesująco bardzo. Jesteś, obok mojej ulubionej autorki, drugim najchętniej czytanym autorem.
    Jeżeli mogę zwrócić uwagę:
    "...wydostała nie stawiającą oporu..." - żesz te imiesłowy... Sporo użyłeś tych "ąców" w tekście, jak dla mnie (zaznaczam - dla mnie) deko za dużo.
    "...nadzieje, nie związane z losami ojca..." - nie znalazłem potrzeby podkreślenia partykuły.
    A więc, do następnego "kawałka" ;)
  • Nefer 10 miesięcy temu
    Dzięki za merytoryczną i pozytywną, bo w taki sposób ją odebrałem, opinię. Masz racje, zawsze znajdzie się coś, nad czym warto popracować.
  • Akwadar 10 miesięcy temu
    Nefer jak najbardziej pozytywna.
  • Akwadar 10 miesięcy temu
    Jeszcze jedno...
    Sofonisba - nawiązanie do sztuki, upodobanie do imienia czy jakis inny szczególny wybór. Nie żebym był bardzo ciekaw... :)
  • Nefer 10 miesięcy temu
    Sofonisba to postać historyczna. Jej losy (a odegrała dość szczególną rolę w przebiegu drugiej wojny punickiej) opisali autorzy antyczni - co prawda, różniąc się w wielu konkretnych sprawach, co zostawia spory margines swobody. Uznałem tę historię za dobrą podstawę opowieści. Imię bohaterki zostało więc niejako "narzucone" z góry.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania