Dawność słońca

Dawność słońca przygasza się z każdą chwilą. Zakładam czarną długą sukienkę. Symbol porządku w żałobie. Idę w miejsce. Czarną suknią próbuję sprawić by opadły z powinności wszystkie członki. Ręce trzymane przy ciele, bez próby podnoszenia ich w euforycznej modlitwie. Sama trzymam je luźno splecione w okolicy brzucha. Nam nie podnoszą w górę rąk. Im jest to dane. Nam pozostaje milczenie, im wygłaszanie treści. Jako wspólnota możemy śpiewem, nauczonym, nigdy doświadczonym dać znać że mamy głos. Czasem śpiewam razem z nimi, ale jasność sprawy pozostaje dla mnie zaciemniona. W tym miejscu nie ma słońca. Ich biel szaty przypomina mi trupio blade ciało. Moja czerń nasączoną krew.

Gdy tu trafiłam zapomniałam o emocjach związanych z duchem oporu. Teraz znów zaczęło to we mnie pracować ale już nie chcę kolejnego przełomu w moim życiu. Mogłabym zostać nie potraktowana poważnie, jak chorogiewka a to przecież rzeczywistość jedna z najczystszych i ważnych. Splatam więc ręce, stoję niemo. Jego zamieniam na siebie. Trwam w tym wszystkim jakbym trafiła głęboko pod wodę. Oni trafiają tam ze mną ale jeszcze nie są rzeczywiści. To co mamy to ten świat. Stracić do niego dostęp to zakładana ta czerń na siebie. Nie ominie kolan, ud i stóp. Dłoni, palców i ramion. Przykryć wszystko to stać się umarłym.

Po kolanach twardych poznaję ich wspólne przeżycia. Zmurszałych i zasuszonych. Sama nie dopuszczam do tego. Prostuję nogi i stoję. Wobec życia, wobec wieczności. Widzę ich sylwetki od tyłu. Każda z potrzebą wyglądania jak najlepiej. Widzę ich starania, ich pasję i żar. Dostrzegam ich zniszczenie, zaśniedzenie i pewnego rodzaju błąd. Marzenia a byciu wielkim i rzeczywistość człowieka małego. Nie widzę ich pojedyńczo ale jako wspólny kolektyw. Kiedy wstają na raz, siadają na dwa. Kiedy niepozornie zamykają oczy, tak by nikt nie przyuważył. Lub ocierają z czoła i szyi pot. Mieliśmy wspólny rdzeń, taki sam język gestów. Takie same utrapienie emocji lub ich szczęśliwy wybuch. Pałamy się tym samym ruchem ręki i nogi. Tak samo się uśmiechamy. Szklane naczynie do którego wlewamy wyleje tę samą wodę. Niektóre rozleje się całkowicie. Zawsze jako bezkształtna plama. Jest zbiorem całej wody, bez jej granic. Następne naczynie zaistnieje kolejno i kolejno, przyjmując wodę jak samą siebie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania