Poprzednie częściDwie opowieści o ławce w parku
Pokaż listęUkryj listę

Dwie ekfrazy (do listopadowych zdjęć)

>> Ekfraza 1 >>

****

Kiedyś otworzę te drzwi i wejdę do ogrodu

w którym czas

jak gigantyczny wąż w straszliwych konwulsjach

pulsuje ale nie upływa

Chyba już na zawsze zapętlił się w starym zegarze...

Tych drzwi nie wolno mi ominąć

muszę tędy przejść

żeby wszystko zachowało swój trwały porządek

pozorny

ale trwały...

 

>> Ekfraza 2 >>>

****

Tyle pamiętam z owego dnia:

trwała już jesień

listopadowy zachód słońca w złotej mgle ponad horyzontem

ponad dachami domów wysoko

Życie roślin miało powrócić dopiero wiosną kolejnego roku

Jeszcze tylko gałęzie drzew w jakimś dziwnym uporze chwytały kulę zachodzącego słońca

prawie doganiały słońce które uciekało ponad miastem ponad wielkim pustym o tej porze parkiem...

Mocarne ramiona drzew uniesione gdzieś wysoko natrafiały już na wieczorną pustkę...

I ten chłód i ścieżki w parku którymi już nikt nie spacerował

Tyle pamiętam z owego dnia i nic więcej

Przychodziły wiosny i jesienie

Ale tylko raz gałęzie drzew dotknęły słońca...

--------------------------- -----------------------------

Listopad -grudzień 2025

------------------------------------------------------ ---------------------------------------------------

Opis krajobrazu:

Pierwsze zdjęcie to magiczny ogród na Targówku Fabrycznym w Warszawie- za gęstwiną pokrzyw znajdują się półotwarte drzwi; do tych drzwi przymocowano półeczkę, a na niej ktoś postawił doniczkę... Jakieś zwiędłe kwiaty wewnątrz...

W połowie ogrodu znajduje się ławeczka, a na drugim końcu zegar z jedną tylko wskazówką, która dawno temu zatrzymała się na godzinie 12.00...

Po raz pierwszy byłem tam we wrześniu 2023;

W kwietniu 2024 rozmawiałem o tym magicznym ogródku z jakąś panią, która na sąsiednim podwórku wieszała wyprane ciuchy... Podobno w tym domu kiedyś mieszkał pewien scenograf- to on urządził ten ogródek, ale po pewnym czasie wyprowadził się gdzieś do Śródmieścia...

Zegar nadal pokazuje godzinę 12.00; wróciłem w to miejsce w połowie grudnia 2023; deszcz ze śniegiem wydawał się przynosić słowa skądś porwane..., słowa w środku nocy z domów dyskretnie wyniesione...

Wszystko z domów wynosimy, z domów porywamy, a później nasze słowa, nasze myśli i lęki po świecie bezpańskie dryfują...

Było tak cicho, tak ciemno w południe pewnego grudniowego dnia; tylko śnieg rozcieńczony przez deszcze z jeszcze dalszych regionów słowa nieznane i zwiędłe skądś nam przynosi...

 

Zdjęcie drugie: kula zachodzącego słońca - ten akrobata zuchwały po dachach wielkich blokowisk na Nowej Saskiej Kępie bez asekuracji balansujący, przysiada od czasu do czasu na kominach, na gzymsach; nagle z wiaderka ktoś na taflę nieba wylał wszystkie czerwienie niepokojące, potem dodał trochę barw łagodniejszych---

Słońce prowadzi grę zuchwałą z drzewami, które próbują wciągnąć je w pułapkę bez wyjścia... A może nawet połknąć....?

- Zapisałem kilka słów, ale na początku były obrazy, chyba tylko obrazy...(?)

------- ------------------------------------

Refleksja z czerwca 2026

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Moews godzinę temu

    Chyba najbardziej lubię poranki jesienne, tak do połowy listopada. Potem przychodzą mroki grudniowe... Obrazy jesienne kryją w sobie wszystko, tyle barw i symboli...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania