Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Fantomy nad Ribalguentą #1

W demonicznym świecie, gdzie rewolucję przynieśli Szulawi, czas zatrzymał się na roku 1984 – symbolu doskonałości.

Od tamtej pory nikt już nie liczy dni.

Wojna z Państwem Świętego Króla, które w imię Boga obiecuje ludziom sprawiedliwość, trwa bez końca – coraz okrutniejsza, coraz bardziej zagmatwana.

Oto opowieść o tych, którzy żyją w świecie porzuconym, w fantazji, którą Bóg ostemplował pieczęcią „UNIEWAŻNIONO".

 

„Fantomy nad Ribalguentą"

 

Major Richard G.A.S (Goragh Ataraktea Septentrionalis) był szczupłym, rozumnym pilotem myśliwca – nawet jak na tak zwanych „cywilizowanych orków".

Siły Powietrzne Republiki Ribalguenty, do których należał, doświadczały codziennych naruszeń przestrzeni powietrznej ze strony zachodu, północy i południa – z wyjątkiem wschodu, gdzie graniczyły z Magokracją Lang.

Ósmy start alarmowy podczas jego dwudniowego dyżuru dotyczył bombowca strategicznego Tu–95MS przysłanego przez Mroczne Królestwo.

Aby przebić się przez „Absolutną Tarczę" rekonkwistadorskiego sojuszu Państwa Świętego Króla, bombowiec wszedł w strefę powietrzną Ribalguenty na wysokości 6000 metrów – obszar, w którym Lang oficjalnie zniósł wszystkie pojęcia „absolutnej obrony".

Towarzysząca mu niepokorna nawigatorka pokazała język przez wizjer i błyskawicznie zrobiła serię zdjęć aparatem kompaktowym, celując w numer maszyny i kokardę narodową.

– Do statku Mrocznego Królestwa: Przestrzeń Ribalguenty naruszona. Opuścić natychmiast.

Richard otworzył kanał komunikacji Mrocznego Królestwa i w dojrzałym, płynnym języku magicznym nadał ostrzeżenie.

Jednak wiedział dobrze, że ten bezczelny Tu–95MS nie zrezygnuje z lotu naruszającego przestrzeń Świętego Królestwa tylko z tego powodu.

– Powtarzam: Przestrzeń powietrzna Ribalguenty została naruszona. Natychmiast zawrócić – powtarzam, natychmiast!

Numer maszyny wygląda znajomo. To ten sam, który już wcześniej z bezczelną pewnością przeciął niebo nad Ribalguentą i leciał prosto do Magokracji Lang.

Z niedowierzaniem Richard wystrzelił serię flar, po czym ustawił się bezpośrednio za Tu–95MS, z palcem na spuście działka Vulcan.

Jego intencje zostały natychmiast odczytane – towarzyszący mu F–4E Phantom w szyku wsparcia zablokował bombowiec od tyłu z drugiej strony.

Mimo że linie ognia przecinały się już w krzyż, Tu–95MS nadal leciał, jakby nic się nie działo. Nie czekając na rozkaz, niepokorna dziewczyna z miejsca nawigatora uruchomiła sygnał ostrzegawczy rakietowy w stronę przeciwnika.

I nawet to nie przyniosło efektu. Zdeterminowany, lecz kontrolujący się Richard unikał tylko tego, by mikrofon nie uchwycił jego wściekłości – po czym wypowiedział się w magicznym języku z chłodną, wyraźną furią godną native speakera.

– Podpułkowniku Adolfo Duarte z 384. Gwardyjskiego Pułku Bombowego. Dość tego. Albo Sidewinder z naszych Phantomów, albo ogień z ust tych idiotycznych smoków Państwa Świętego Króla, co mimo że już raz naruszyły przestrzeń i zostały zestrzelone, nadal nie potrafią się nauczyć,

– albo błyskawica od tych przeklętych jeźdźców na smoczych bestiach z Arkadraku,

co pod wodzą księżniczki Miumiry znowu wleźli tu przez przypadek...

no bo przecież ona „chciała tylko popatrzeć"... jak zawsze.

– Wynoście się stąd natychmiast. Lang tym razem nie zostanie cicho.

– Wojnę z Królestwem toczcie gdzie indziej.

Tu–95MS w końcu posłuchał i wykonał szeroki skręt w prawo, opuszczając przestrzeń powietrzną w kierunku Mrocznego Królestwa.

 

Po wykonaniu półokręgu wokół strefy i potwierdzeniu braku zagrożeń, rozpoczyna powrót do bazy.

– No naprawdę, ten Adolfo to dziś wyjątkowo uparty skurczybyk...

Gdy Richard mruczał pod nosem przez maskę, radar kierowania ogniem w miejscu nawigatora, ustawiony na zasięg 40 kilometrów i kontynuujący skanowanie, zaledwie musnął sygnałem coś ogromnego.

– Srebrny smok wstał! No patrz, serio – już nie śpi!

Gdy niepokorna nawigatorka, urzeczona jak na swój wiek, z zachwytem zaczęła powoli przechylać drążek i wprowadziła maszynę w szeroki skręt w lewo, Richard również dostrzegł srebrnego smoka przez osłonę kabiny.

Ogromny... Nie ma co się dziwić – w końcu to pradawny smok, pokryty lśniącymi, srebrzystymi łuskami, istota niemal boskiego rodzaju, mająca za sobą dziesięć tysięcy lat życia.

Wygląda groźnie i dziko, ale w rzeczywistości jest spokojny. Nawet jeśli czasem się poruszy, nigdy nie opuszcza swojego terytorium, więc nie stanowi większego zagrożenia niż dzikie zwierzę. Dopóki się do niego nie zbliżysz, potrafi przespać całe dwa miesiące na skalistym zboczu górskim.

Czasami zdarza się, że zareaguje na dźwięk silników odrzutowych, ale nie zieje ogniem ani nic z tych rzeczy – co najwyżej ryknie tak, że zagłuszy hałas samolotu.

Podobno kiedyś był uważany za opiekuna Ribalguenty, ale sam srebrny smok – czy to z braku inteligencji, czy z świadomego wyboru – wydawał się obecnie kompletnie niezainteresowany tym krajem.

 

A jednak...

z południa nadciągała smocza jednostka przeciwlotnicza Państwa Świętego Króla, a z północy – strategiczne bombowce Mrocznego Królestwa.

Na szczęście wszystko zakończyło się jak zwykle, więc Richard westchnął z ulgą. W końcu nawet na zachodzie, w Arkadraku,

ta ich księżniczka osobiście prowadzi natarcia – i niemal codziennie podrywa do lotu elitarną kawalerię smoczą.

Choć Arkadrak sam w sobie nie stanowił realnego zagrożenia, Republika Ribalguenty nie mogła sobie pozwolić na całkowite ignorowanie sytuacji. W rezultacie — do sił gotowych już na północy i południu – dodano jeszcze jedną parę maszyn na zachodzie,

co oznaczało, że łącznie sześć myśliwców wystartowało jednocześnie, po jednym duecie na każdy z trzech kierunków.

Dowódca eskadry, były obywatel Oury, który po raz kolejny dał się zbyć urokiem księżniczki Miumiry, nawiązał łączność z pozostałymi Phantomami:

– Wszystkie maszyny połączone w szyku, zgłosić pozostały zapas paliwa.

Wszystkie maszyny potwierdziły brak problemów. Richard, kontrolując wskaźnik paliwa w pomalowanym na biało–szary analogowym kokpicie, również zgłosił — tak jak reszta Phantomów:

– Pozostało godzina i czterdzieści minut.

Dowódca eskadry, ustawiając swój samolot na czele formacji, poprowadził pozostałe pięć maszyn w szyku linii ogniowej. Z cichą determinacją wydał rozkaz przez łączność:

– Wszystkie maszyny, oddać honory srebrnemu smokowi przez przewrót na lotkach. Za mną!

Sześć maszyn F–4E Phantom, pokrytych bursztynowym malowaniem, ustawiło się w formacji ukośnej i odpaliło dopalacze.

Począwszy od maszyny dowódcy, każda z nich wykonała zdecydowany obrót w lewo, prowadząc ciężki kadłub tak, by wejść w pole widzenia srebrnego smoka.

Smok odpowiedział im rykiem.

 

Trzy równoległe pasy startowe o długości 3000 metrów obsługują starty i lądowania wojskowych, rządowych oraz cywilnych maszyn

w wysokiej częstotliwości, w systemie przemiennym. W krótkich przerwach między operacjami, na ich powierzchni z jasnego betonu – jeszcze stosunkowo mało zużytego – pojawiają się z rozmachem pojazdy do czyszczenia ssącego i mycia ciśnieniowego.

Na innym stanowisku postojowym MiG–21bis bez żadnych oznaczeń narodowych – nie wiadomo, czy zdobyczny, czy po prostu wyciągnięty ze złomu – przechodził rygorystyczne testy działania, po czym był rozbierany na części z niezwykłą starannością.

Zdemontowane silniki odrzutowe pakowano do drewnianych skrzyń ramowych, przeznaczonych na eksport daleko – na zamknięty kontynent Zachodniego Sanktuarium i do rozszarpanych wojnami ziem Wschodnich Barbarzyńców. Pracę wykonywali rotacyjni mechanicy wspólnie z zaprzyjaźnionymi robotnikami dorywczymi, z zapałem i bez zbędnych ceregieli.

W kierunku regionów przyległych do Magokracji Lang startowały maszyny przesiadkowe CL–601, które przekroczyły już prędkość decyzji o starcie, oraz lokalne czartery Ił–18V – wszystkie wzbijając się w powietrze w ostatnich dopuszczalnych momentach,

na granicy operacyjnego bezpieczeństwa.

Czerwony smok średniego typu, opierzony i okuty w uzdę, najpewniej należący do emisariusza Złotego Sojuszu,

 

Na maszcie powiewała jednolicie błękitna flaga Republiki Ribalguenty, obok flagi Sił Powietrznych ozdobionej jedynie wybielonym piórem smoka.

Obie rozwiewały się gwałtownie na suchym, zasolonym wietrze, podsyconym strugami gazów wylotowych z silników odrzutowych.

Richard z papierosem w ustach kartkował dokumentację techniczną swojego Phantoma. Raport, który szybko trafił w jego ręce po lądowaniu, był bez zarzutu.

Zaciągnął się dymem spokojnie, jakby przyjął to z cichym uznaniem dla pracy mechaników.

Skończywszy papierosa, Richard wyszedł z kontenera dla palaczy stojącego przy hangarze. Zauważył swoją nawigatorkę oraz załogę maszyny towarzyszącej, stojących na nowym pasie startowym. Zaintrygowany, ruszył w ich stronę.

Pilot z towarzyszącej maszyny, sztucznie stworzona istota z rodu „Królestwa Ciemności” (tzw. Szulawi – byt zrodzony z obcej duszy w ciele stworzonym sztucznie), o płaskiej twarzy typowej dla Chińczyków Han, stał w milczeniu z hełmem pod pachą, jakby w zadumie oddawał hołd zmarłemu. Jego nawigator – mężczyzna o wyrazistej, głęboko rzeźbionej twarzy typowej dla Pasztunów – odłożył hełm na ziemię i również trwał w ciszy, jakby wspominał kogoś, kto odszedł.

– Co się stało?

Richard zwrócił się do swojej nawigatorki stojącej obok.

Minerva Dankenk, ciemna elfka o srebrzystych, krótkich włosach i manierach dziewczyny z podwórka, schowała niedopałek z powrotem do paczki, po czym wzruszyła ramionami z zakłopotaniem i wsunęła ręce głęboko do kieszeni.

– Mówią, że wykopali jakiś cmentarz z czasów Królestwa...

Nawet przez kurtkę lotniczą widać było jej smukłą, opaloną sylwetkę.

Z gracją odwróciła się przez ramię, a jej długie rzęsy rzuciły cień na spojrzenie, które z pewną siłą wskazało Richardowi kierunek.

Minerva wskazywała na teren wykopów, gdzie trwały prace nad rozbudową pasa.

Znaleźli to, gdy wykopali około trzech metrów. Maszyny budowlane zostały zatrzymane, a cała ekipa przeszła na ręczne wydobycie.

Robotnik, który zakończył mocowanie ładunku, z najwyższą ostrożnością wydał głośny sygnał z dna wykopu, nakazując zwijanie liny przymocowanej do haka dźwigu.

– Smutne to wszystko, nie? Ludzi z Ribalguenty, co powinni tu być i pomodlić się, już nie ma. Wyginęli do ostatniego. I teraz takie jak my, obce łapy, muszą im wykopywać groby...

– Minęło już ze sto lat, odkąd Królestwo padło. A odkąd ostatni mieszkańcy zginęli, to tylko kataklizm za kataklizmem. Z tamtych czasów prawie nic się nie zachowało – co najwyżej, że ten srebrny smok miał być ich opiekunem.

Dowódca bazy, należący do ludu Lang, przybył prosto z klimatyzowanego gabinetu, wysiadł z miejsca pasażera w dżipie i odebrał raport od kierownika robót – jednego z Szulawich.

Dowódca, po krótkiej rozmowie przez wojskową radiostację pokładową, wydał polecenie przygotowania czegoś. Wkrótce na miejsce dotarły trzy wojskowe ciężarówki należące do bazy oraz dżip patrolowy.

Żołnierze sił powietrznych, poprawiając mundury, zeszli z pak i zaczęli rozładowywać prowizoryczne materiały. Robotnicy na miejscu dołączyli do nich, pomagając z napiętymi twarzami przy przygotowaniach.

– Jak już znaleźliśmy, to nie będziemy tego traktować byle jak. Nie ma innej drogi – i powiem ci, że my tego naprawdę z serca chcemy.

Na zniszczoną trumnę, wydobytą z zasolonej ziemi po suszy, kładziono flagę Królestwa – odtworzoną z trudem na podstawie obecnej, z dodanym wzorem w srebrnym haftowaniu.

Spomiędzy ciekawskich mechaników wyszedł młody sierżant pochodzenia japońskiego, należący do Shuravich, służący na co dzień w innej sekcji. Prowadząc niemal hobbystyczną orkiestrę wojskową, dał sygnał do wykonania „Battōtai" – z wojskową powagą i należną godnością.

Zebrani naprędce z okolicy, strażnicy najróżniejszych ras wystąpili z używanymi karabinami szturmowymi AR–18, z bagnetami założonymi w geście prezentowania broni.

Dowódca, wciąż w służbowym mundurze, uniósł przed sobą starodębową laskę magiczną, a kapłan głoszący naukę Świętego Króla, przybyły z pobliskiej parafii, starannie otarł pot z czoła w tym upale, po czym oddał hołd zmarłym.

Lokalni mieszkańcy, którzy przyszli z kazaniem kapłana, oraz dołączający do nich ludzie z tłumu, zdejmowali w oddali kapelusze od słońca przed trumną, której historii nikt tak naprawdę nie znał.

Jedni szeptali wersety modlitw, inni kreślili znak na piersi lub poruszali wargami w rytmie cichej, monotonneej intonacji, trwając w milczeniu.

– To czemu, no wiesz… ten kraj w ogóle wziął nazwę Ribalguenta? ...Fajnie brzmi, nie mówię, że nie. Ale teraz to ludzie tu są raczej jak bez korzeni – ani nie wiedzą, ani nic wspólnego z tym nie mają.

Na to proste pytanie Minervy Richard nie potrafił odpowiedzieć.

Niesiona przez sześciu ludzi trumna z mahoniu została starannie umieszczona na platformie wojskowej ciężarówki, wyłożonej czystymi prześcieradłami i kocami.

Gdy ładunek wypełniała już sama trumna, kierowca rozbrzmiewał donośnym klaksonem, po czym pojazd ruszał powoli w stronę ratusza, pełniącego rolę tymczasowej kostnicy, na wzór konnego karawanu.

Następne częściFantomy nad Ribalguentą #2

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania