Finn - Morela
Maść i dotyk kobiecych dłoni przyniosły ukojenie. Leżał, wpatrując się w sufit, próbując poskładać w całość wydarzenia ostatnich godzin. Białe plamy nakładały się na szarość kształtów, które karmiły wyobraźnię, wiodąc na bezdrożne manowce. Powała chaty zaczęła falować, przywołując w pamięci wydarzenia przeszłe, a te mieszały się z teraźniejszością. Rozpalona głowa przypominała kociołek zielarki, który, zawieszony na trójnogu, bulgotał, tocząc niezrozumiałe dialogi z rozpalonym ogniem.
Za oknem było ciemno, widać zapadła już noc. Świerszcze grały koncert na jedną nutę, a gwiazdy układały się w nieznane konstelacje. Izbę rozświetlały czerwone cienie płonącego w kuchni ognia. Zielarka nieustannie pichciła aromatyczne mikstury, których zapach przyprawiał o zawrót głowy. Niewiele rozpoznawał z tych wonnych aromatów. W świecie, w którym żył, wystarczało kilka podstawowych, takich jak strach ukryty w pocie wroga lub woń przejeżdżających stepem koni.
Zielarka już spała i słyszał jej nierówny oddech. Nagle krzyknęła przez sen. Znał dobrze ten rodzaj krzyku - słyszał go co noc - krzyk przypominający płacz. Po śmierci ojca matka płakała, kryjąc się przed nim, ale on, piętnastoletni mężczyzna, potrafił rozpoznać w zaczerwienionych oczach lęk i beznadziejność sytuacji, w jakiej się znaleźli.
Wstał z posłania i bezszelestnie podszedł do łóżka, na którym leżała kobieta. Była odwrócona twarzą do ściany; jej plecy rysowały harmonijny łuk, którym na krótkie momenty wstrząsał niedostrzegalny spazm. Finn usiadł na skraju posłania i zaczął gładzić jej włosy. Znieruchomiała. Gdy odwróciła do niego twarz, w jej oczach zobaczył ufność i niemą prośbę. Blask ognia przebiegł refleksem w czarnych źrenicach, a na kuchennym palenisku płonąca żagiew sypnęła rojem iskier. W izbie pojaśniało na tyle, by dostrzegł w zielonych oczach strach. Czułość ogarnęła go falą, podobną do tej, jaką morze dotyka piasku plaży.
- Cii, nie trzeba się bać - położył palec na jej ustach. Widział, jak źrenice robią się coraz większe, a piersi falują pod nocną koszulą. Dotknął ramienia kobiety z całą delikatnością, na jaką potrafił się zdobyć. Poczuł, jak pod ciepłą skórą przebiega fala dreszczy.
- Nie bój się… - z trudem wymawiał słowa - nie skrzywdzę cię.
Miała usta miękkie jak puch. Bez żadnej myśli pocałował ją instynktownie. Smakowała jak świeża morela.
Komentarze (1)
– Cii, nie trzeba się bać. – Położył palec na jej ustach.
Taki przykład bo widać, że masz problem z zapisem dialogów... i te dywizy.
Sama treść nawet teges.
cul8r
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania