Fragment Dzienników Elli Bilecki z 1918 r. (tłumaczenie z języka niemieckiego)
W tym czasie wyjechałam z mamą, Heleną i pewną dobrą przyjaciółką do Międzyzdrojów (wtedy Bad Misdroy- przypis tłumacza).
Nieznany dotąd widok bezkresnego morza wywarł na mnie wielkie wrażenie. Przez tak wiele lat tęskniłam za naturą, z którą moje serce było tak zżyte. Duszna atmosfera życia rodzinnego, które w całości wypełniały smutek i moja choroba, teraz jakby odpłynęły i całkowicie zniknęły. A wszystko sprawił majestat natury.
Teraz moim oczom ukazało się podniosłe, odwieczne piękno dzieła stworzenia. Bezkresne morze wyciągało w moją stronę swoje ramiona, opiewając w uroczystym hymnie wspaniałość Boga.
Czułam, że muszę się rzucić z okrzykiem radości w samą głębię błyszczących morskich wód, żeby razem z wielką falą morską wyrwać się ku nieskończonej wolności, ku zjednoczeniu z boskim pięknem morza.
Przez pięć tygodni odpoczywałam na plaży lub wyruszałam na wycieczki na pełne morze, żeby zgłębić tajemnicę jego potęgi i piękna. Powoli mój umysł uwalniał się od mrocznych cieni, ponownie unosząc omdlałe skrzydła, wyzwolony wzlatywał ku światłu.
Najpiękniejszym zjawiskiem natury, które na zawsze zachowam w pamięci, był wschód słońca nad morzem. Wspólnie z przyjaciółką Elżbietą S. poznałyśmy kilku starych, poczciwych rybaków, z którymi często gawędziłyśmy, gdy naprawiali swoje łodzie lub łatali sieci na brzegu morza. Któregoś razu umówiłyśmy się z nimi, że spotkamy się o godzinie 3.00 nad ranem i wybierzemy się z nimi na łowiska.
Wieczorem bardzo prosiłyśmy mamę, żeby obudziła nas o godzinie 2.00 w nocy. Mama przyjęła z wielkim niepokojem ten pomysł nocnej wyprawy, mimo to obudziła nas punktualnie o 2.00, wołając: - dzieci, jest już godzina 2.00, czas wstawać! Nie wstawajcie jednak, może wam się przytrafić jakieś nieszczęście.
Ale my zareagowałyśmy na te słowa śmiechem, pocałowałyśmy ją na pożegnanie i polecając się opiece wszystkich aniołów i świętych, wyszłyśmy z domu. Opatulone w płaszcze przeciwdeszczowe pustymi i martwymi o tej porze ulicami miasta spieszyłyśmy w kierunku plaży.
Od strony brzegu dobiegał głuchy łoskot morza, który wdzierał się głęboko w ląd. Zdawał się wypełniać swoim potężnym szumem całą przestrzeń aż po sklepienie niebieskie. Blady księżyc jakby płynął pośród ciemnego, nocnego nieba pełnego chmur pędzących w nieznanym kierunku. Na plaże przyszłyśmy jeszcze przed rybakami. Kiedy wreszcie się pojawili, byłyśmy rozczarowane i chciałyśmy wrócić do domu, gdyż byli wyraźnie zakłopotani tym, że muszą zabrać nas na pokład. Nadchodziła już godzina świtu.
Ostra bryza morska jak pejczem uderzała w powierzchnię morza, które buntowało się i podnosiło jak rumak stający dęba.
I wreszcie wszyscy znaleźliśmy się w łodzi o długości 5-6 metrów. W samym jej środku siedziałyśmy my dziewczyny, dalej dwaj rybacy przy wiosłach i jeden u steru.
Z jaką siłą i zręcznością poruszali ramionami wioślarze, tak że wydawało się, że nasza łódź prawie unosi się ponad błyszczącą ciemnymi barwami pianą morską!
Jak zwinnie ta łódź unosiła się ponad szczytami, a następnie spadała w doliny pomiędzy grzbietami fal!
Sternik znajdował się raz w dole, to znów w górze - w zależności od pozycji samej łodzi. Około godziny 4.00 rano dotarliśmy do pierwszej chorągiewki, która była przymocowana do spławika z drewna dębowego. Spławik wydawał się tańczyć na falach.
Brzeg morski, od którego znacznie się oddaliliśmy, teraz był tylko cienką linią pośród fal. Niebo od wschodu wydawało się płonąć prawdziwym ogniem pośród gwałtownie wzburzonego morza. Czarne, poszarpane cielska chmur, które w zadziwiający sposób ożywiały przejrzyste niebo, teraz zabarwiły się krwawą czerwienią na swoich krańcach.
Zmieniło się też samo buzujące, jakby wrzące, nocne morze: wokół czarnych jak atrament, niezwykle ruchliwych cieni, pojawiły się ogniste kręgi. Dumne, uwieńczone na swych szczytach pianą morską, fale, teraz z ogromnym impetem przetaczały się w purpurowym majestacie jak zwycięscy królowie w tryumfalnej procesji.
A kiedy słońce władczo ukazało swoje oblicze ponad wodami morza, zdawało się, że nasza mała łódka kołysze się zagubiona na płynnym bezkresie ognia.
Nawet rybacy przez chwilę siedzieli w uroczystym skupieniu, jakby modląc się, ale sternik przez cały czas przytomnie czuwał nad naszą łodzią.
Kiedy czerwony żar wschodu słońca przeszedł w łagodne światło poranka, rybacy zaczęli wciągać do łodzi sieci rozłożone poprzedniego dnia. Najpierw załomotał gwałtownie dębowy palik, do którego przymocowano chorągiewkę, następnie rybak mocno napiął linę, wyciągając z wody 10-metrowej długości sieć pełną ryb i wodorostów. Drugi rybak rzucił tę bezkształtną masę na dno łodzi. Niektóre flądry i mniejsze ryby gwałtownie uderzały ogonami i usiłowały wyrwać się na wolność przez oczka w sieci, wzniecając przy tym prawdziwą fontannę wody, tak że musiałyśmy podnosić nogi.
Na koniec rybak wyciągnął z głębi morskiej kilka dużych kamieni, za pomocą których sieci były przymocowane.
Następnie wyciągano kolejne długie sieci: trzecią, czwartą i piątą. Już nie pamiętam, ile było tych sieci. Wreszcie dno naszej małej łódki wypełniła plątanina sieci, przez których oczka strumieniami ciekła woda, kamieni, drewnianych klocków i żywo skaczących ryb- wszystko razem wydzielało silną morską woń. O godzinie 6.00 rano nasz stateczek dotarł do brzegu, jeszcze na pożegnanie kupiłyśmy trochę ryb. Przez cały poranek nie wypowiedziałyśmy ani jednego słowa. Teraz moje serce chciało podzielić się tymi cudownymi przeżyciami; pobiegłam szybko do domu Stella Matutina, żeby w domowej kaplicy klasztoru wysłuchać mszy i przyjąć komunię świętą.
Pełnym błogosławieństwa skutkiem pobytu w Międzyzdrojach był powrót moich sił twórczych, dzięki czemu pomimo wielu trudności i przeszkód zdołałam dokończyć mój futurystyczny poemat „Ostatni ludzie”
Kiedy w 1912 roku dr Wilhelm Oehl okazał mi tyle przyjaźni i pomógł mi wydać ten utwór w czasopiśmie „Der Gral” , moja radość nie miała granic. Wydawało mi się, że również moi domownicy byli z tego powodu dumni.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Fragment pamiętnika śląskiej poetki Elli Bilecki z 1918 r. wydanego w 1936 w Zurychu. Autorka tego i kilkudziesięciu innych utworów zmarła tuż po zakończeniu I wojny światowej w wieku 30 lat... Przez kilka ostatnich lat zmagała się z chorobą nowotworową, a pod koniec życia również z gruźlicą.
Kim była Elisabeth Bilecki - poetka urodzona w 1888 r. w Raciborzu, która prawie całe życie spędziła w Opolu?
Przede wszystkim była osobą bardzo wrażliwą i samotną, która od wczesnego dzieciństwa próbowała swoje uczucia wyrazić w mistycznych wierszach i pamiętnikach - tak Elli była mistyczką, której wizje przepełniały gwałtowne emocje, rozpacz i wielkie cierpienie, ale również pragnienie ludzkiej miłości - miłości, której nigdy nie znalazła...
Latem 1910 r. z mamą, starszą siostrą Heleną i dobrą przyjaciółką po raz pierwszy w życiu wyrusza w długą podróż z Opola do Międzyzdrojów (wtedy Bad Misdroy); któregoś dnia wstaje bardzo wcześnie rano, właściwie jeszcze w nocy - około godziny 4.00 obserwuje wspaniałą feerię barw...
Miała wtedy zaledwie 22 lata... gdyby żyła w naszych czasach, może publikowałaby swoje utwory na Opowi.pl?
Komentarze (1)
Fragment pamiętnika sprzed ponad stu lat napisany przez bardzo młodą kobietę - może w jej wewnętrzny świat nie jest aż taki obcy...? Może zobaczymy w tym zwierciadle również nas samych?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania