Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Gdy zastyga czas czII (18+)
– Ja jestem w drodze, dziękuję za informację – powiedział do słuchawki, a jego głos brzmiał obco w ciasnej przestrzeni kabiny. Rozłączył się.
Głuchy sygnał w głośniku zasygnalizował powrót do monotonnego, szumiącego rytmu bieżnika. Informacja o opóźnieniu w pracy zastała ga na samym środku pustkowia.
Ta nagła pauza w sztywnym harmonogramie była niczym nieoczekiwane zaproszenie do bezczynności — luksusu, na który od lat sobie nie pozwalał, a który teraz wywołał w jego piersi dziwny, drażniący niepokój.
Słońce powoli wspinało się nad horyzont, znacząc ostre krawędzie poszarpanych skał słabym, miedzianym blaskiem.
Spojrzał na deskę rozdzielczą. W szczelinie nawiewu wciąż tkwiła lekko podsuszona gałązka lawendy — ta sama, którą ubiegłej nocy podniósł z chropowatej podłogi w motelowym pokoju.
Nie należała do niego. Nikt jej tam nie zostawił jako świadomego upominku. Leżała tuż przy łóżku, stanowiąc cichą, intymną zagadkę, i wciąż była przesiąknięta jej nieuchwytnym zapachowym powidokiem.
Zapach ten, zamiast wietrzyć, zdawał się gęstnieć z każdym kilometrem.
Gdy na spękanym, pożartym przez czas poboczu zamigotała zakurzona, półzatarta tablica z napisem „Nieczynna kopalnia miedzi", poczuł nagły, niemal fizyczny impuls.
Bez dłuższego namysłu skręcił z bezpiecznej, nudnej autostrady.
Gruba warstwa piachu i żwiru na dojazdówce chrzęściła pod kołami, a wzbijane chmury szarego pyłu świadczyły o tym, że od lat nikt tu nie zaglądał.
Wjechał głębiej w gardziel doliny, prosto pod surowe, pionowe ściany skał, które odcięły ga od reszty świata.
Okolica sprawiała wrażenie całkowicie opuszczonej, wymarłej i zastygłej w jakimś dawnym, bolesnym oczekiwaniu.
Obok drogi pędziła bystra, mętna rzeka, wypływająca wprost z mrocznego, tajemniczego wnętrza góry.„Pewnie dlatego zamknęli kopalnię" – przemknęło mu przez myśl, gdy zgasił silnik i zatrzymał samochód nad samym brzegiem chłodnej, spienionej wody.
Poranek był rześki. Chłodne powietrze podmuchami wdzierało się przez uchyloną szybę, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, rdzawych minerałów i stęchłego cienia, mieszając się w przedziwny sposób ze słodkawym, narkotycznym aromatem lawendy.
Rozłożył siedzenie i położył się wygodnie. Zamknął oczy, wdychając ten kontrastowy koktajl zapachów.
Zamiast senności przyszło jednak wspomnienie — miękkie, mgliste ujęcia minionej nocy spędzonej w ciasnym pokoju motelu. Wspomnienie tamtej chwili.
Do dziś nie był pewien, czy to wydarzyło się naprawdę.
Pamiętał jej sylwetkę, chłód jej dłoni na swojej szyi i obezwładniającą czułość, która nadeszła wraz z nią.
Ale rano obudził się sam. Drzwi były zamknięte na zasuwę od wewnątrz, a jedynym śladem jej obecności była ta nieszczęsna gałązka lawendy leżąca na podłodze.
Przez całą drogę racjonalny umysł podpowiadał mu, że to był tylko niezwykle realistyczny, podszyty samotnością wytwór jego własnej wyobraźni.
Gorączkowy sen faceta zmęczonego pracą.
A jednak... jej zapach wciąż tkwił w jego płucach.
Czuł jej bliskość tak wyraźnie, jakby jej skóra wciąż promieniowała ciepłem tuż obok niego. Granica między pamięcią, jawą a omamem zaczęła się niebezpiecznie, acz rozkosznie zatracać.
Mijały minuty. Szum rzeki powoli hipnotyzował.
W pewnej chwili po jego odsłoniętej dłoni, opartej na dźwigni zmiany biegów, przeszedł dotkliwy, elektryzujący chłód.
Dotyk był tak parząco realny, tak potężny w swojej delikatności, że mężczyzna gwałtownie otworzył oczy, a serce podeszło mu do gardła.
To była ona.
Siedziała tuż obok, na fotelu pasażera, lekko przechylona w jego stronę.
Jej suknia miała barwę porannej mgły, a włosy pachniały dokładnie tak, jak wysuszona gałązka w nawiewie.
Jej spojrzenie, ciemne i głębokie, przesycone było obezwładniającą, gęstą tęsknotą, która nie pytała o zgodę.
Czy to znowu była projekcja jego tęsknoty?
Chciał coś powiedzieć, wyrzucić z siebie nagromadzone pytania, zapytać, czy była w tym motelu, czy tylko oszalał, ale uniosła dłoń.
Przyłożyła smukły, parząco zimny palec do jego rozchylonych ust.
– Ciii... Nic nie mów. Zamknij oczy i po prostu mi zaufaj – jej głos był cichym, aksamitnym szeptem, który fizyczną wibracją przenikał prosto do jego piersi, paraliżując wszelki opór.
Nie potrafił jednak tak po prostu odpuścić.
Zabrał jej dłoń ze swoich ust, szukając w niej fizycznego ciężaru, ludzkiego oporu, chwytając się jej palców jak jedynej deski ratunku na wezbranej rzece.
Jej skóra była gładka jak marmur, ale pod tym chłodem tliło się coś żywego, pulsowało tętno, które zdawało się odpowiadać na jego dotyk.
– Ale... skąd ty się tu... – zaczął, lecz nie dała mu dokończyć.
Nachyliła się nad konsolą środkową. Nakryła jego usta swoimi — czułymi, z początku chłodnymi jak nurt rzeki za oknem, a jednocześnie rozpalającymi od środka niewytłumaczalnym, głębokim żarem.
Pocałunek zaczął się niespiesznie, od delikatnego badania konturów jego warg, by po sekundzie przerodzić się w coś głębokiego, namiętnego, przepełnionego dziką, bezbronną emocją.
Ten dotyk błyskawicznie odebrał mu zdolność racjonalnego myślenia.
Nie obchodziło go już, czy zwariował.
Oddał pocałunek z całą siłą nagromadzonego przez noc pożądania, przyciągając ją bliżej za dłoń, którą wciąż trzymał.
– Zaufaj mi, Robert – szepnęła tuż przy jego uchu, muskając wargami płatek ucha, a jej chłodny oddech wywołał potężną falę gorących, palących dreszczy na całym jego ciele.
Zamknął oczy, poddając się całkowicie tej zmysłowej anomalii.
Czuł, jak jej palce, precyzyjne i niesamowicie delikatne, dotykają najwyższego guzika jego koszuli.
Rozpinała je powoli, dając mu czas na to, by każdy ruch rzeźbił się w jego pamięci.
Materiał rozsuwał się, odsłaniając skórę na poranny chłód, który natychmiast był gaszony ciepłem jej zbliżającego się ciała.
Kiedy padł ostatni guzik, przechyliła się całkowicie z fotela pasażera, przechodząc nad hamulcem ręcznym z drapieżną, a zarazem kruchą gracją.
Przytuliła się smukłym, ciepłym już ciałem do jego obnażonej klatki piersiowej.
Mógł poczuć szalone, przyspieszone bicie jej serca — a może to było jego własne, dudniące w uszach jak dzwon?
Jej usta rozpoczęły powolną, zmysłową wędrówkę.
Całowała go z nabożną czułością: od linii żuchwy, przez naprężoną szyję, wgłębienie nad obojczykiem, aż po twarde ramiona.
Każda pieszczota, każdy wilgotny ślad, który zostawiała na jego skórze, balansował na granicy słodkiej udręki i nienasyconego pragnienia.
Mężczyzna cicho jęknął, wplatając palce w jej gęste, chłodne włosy, przyciskając ją do siebie, jakby bał się, że za chwilę się rozpłynie.
Zsunęła delikatnie jego spodnie, nie przerywając ani na moment tych czułych, hipnotyzujących dotyków.
Jej dłonie błądziły po jego biodrach i udach z wprawą, która doprowadzała go do szaleństwa, budząc do życia każdą komórkę jego ciała.
Poczucie rzeczywistości odpływało niczym rzucona w nurt kłoda.
Krew w żyłach tętniła w rytm narastającego, gęstego pożądania.
Jego ciało prężyło się w łuku, odpowiadając na każdy, nawet najmniejszy gest jej palców.
Usiadła na nim okrakiem, a jej suknia uniosła się, odsłaniając gładkie, rozpalone uda. Zatracała ga w falach narastającego gorąca, hipnotyzującego zapachu lawendy i nieuchwytnej, erotycznej magii.
Szum rzeki za szybą w jednej sekundzie całkowicie ucichł, jakby ktoś wyłączył dźwięk w całym świecie.
Wszechświat skurczył się do ciasnego, dusznego wnętrza auta, do jej bliskości, do jej wilgotnych ust i przejmującego, wspólnie dzielonego napięcia.
Ich ciała poruszały się teraz w rytmie powolnym, ale niesamowicie głębokim, pełnym czułej drapieżności.
Każde jej uniesienie i opadnięcie było dla niego fizyczną rozkoszą, która paliła żywym ogniem.
Rytm przyspieszał mimowolnie, emocje sięgały absolutnego zenitu, a emocje mieszały się z pierwotnym pożądaniem.
Wreszcie ostatnia tama racjonalności pękła — mężczyzna wygiął się pod jej ciężarem, a pod jego zamkniętymi powiekami eksplodował wszechświat, rozsypując się tysiącem świecących, oślepiających punktów.
Słyszał swój własny, głośny krzyk, który natychmiast utonął w jej delikatnym, triumfalnym szeleście.
Gdy otworzył oczy, powitała go głucha, bolesna wręcz cisza.
Nie wiedział w pierwszej chwili, gdzie się znajduje, ani kim jest.
Leżał sam na głęboko rozłożonym siedzeniu samochodu.
Pusty fotel pasażera był chłodny, suchy i idealnie gładki, jakby nikt na nim nigdy nie siedział.
Rozejrzał się nerwowo, z ciężkim, urywanym oddechem — wokół nie było żywej profesjonalnej duszy.
Ani śladów stóp na zakurzonej drodze, ani ruchu nad brzegiem rzeki.
Jedynie jego własna koszula — całkowicie rozpięta, przesiąknięta jej intensywnym, lawendowym zapachowym powidokiem oraz chłodnym, lepkim potem – była niepokojącym, namacalnym świadkiem tego, co przed chwilą zaszło.
Dotknął drżącą dłonią wilgotnego materiału na piersi.
Chłód tkaniny i zapach — ten sam, który przyniósł ze sobą powiew sprzed kilku chwil — wciąż trzymały go w bolesnym zawieszeniu między rzeczywistością a marzeniem.
To nie mógł być zwykły sen.
Żaden sen nie zostawiał takich śladów na ciele... Prawda?
Czy jego umysł był w stanie wygenerować tak potężną, fizyczną halucynację?
Podniósł oparcie fotela, z trudem panując nad drżeniem rąk, i spojrzał przez przednią szybę. Krajobraz wokół był niemy, surowy i zastygły, jakby cała dolina wstrzymała oddech po tym, czego była świadkiem.
Rzeka wciąż płynęła spienionym nurtem, ginąc w mrocznej szczelinie góry.
Wstające słońce powoli zalewało skraj doliny miedzianym blaskiem, ale przestrzeń wokół kopalni pozostawała zacieniona, osłonięta cieniem potężnych skał.
Wysiadł z samochodu, ledwo trzymając się na nogach.
Chłodne powietrze natychmiast uderzyło w jego nagą, rozgrzaną pierś.
Przeszedł kilka kroków po chrzęszczącym żwirze w stronę wody, szukając jakiegokolwiek śladu — odbicia stopy na wilgotnym brzegu, złamanej gałązki, skrawka mglistego materiału. Nic.
Tylko piasek, szare kamienie i mgła unosząca się nisko nad czarnym nurtem.
Zrobił krok w stronę wejścia do dawnego szybu kopalni.
Wypełniał je gęsty, nieprzenikniony mrok, z którego bił przejmujący, piwniczny chłód. Poczucie jej obecności jednak nie zniknęło całkowicie — pulsowało gdzieś na samej granicy percepcji, w dole brzucha, jak powidok dźwięku, którego nie da się wymazać z pamięci.
Wtedy za plecami usłyszał cichy, spłoszony szelest.
Odwrócił się gwałtownie, a serce zabiło mu w gardle.
Na fotelu pasażera wewnątrz zamkniętego samochodu coś zamigotało w porannym blasku. Podszedł bliżej, niedowierzając własnym oczom.
Mała, samotna kropla wody spływała powoli po wewnętrznej stronie szyby, dokładnie w miejscu, gdzie przed momentem, w przypływie namiętności, opierała się jej dłoń.
A tuż obok, na desce rozdzielczej, gałązka lawendy nie była już sucha – wyglądała na świeżo zerwaną, a z jej fioletowych kwiatów sączył się gęsty, lepki sok.
Mężczyzna stał bezruchu.
Nie wiedział, czy wracać do samochodu, przekręcić kluczyk i uciec na autostradę, próbując zapomnieć o tym niezwykłym poranku, czy zrobić krok w stronę mroku kopalni i szukać odpowiedzi, na które być może wcale nie był gotowy.
cdn.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania