http://www.digart.pl/404
Było już późno, ale ja wyszykowany na tip top.
Braki w uzębieniu uzupełnione, włos wyczesany pod włos, buty wyglansowane, bródka uczerniona
flamastrem, krocze wydepilowane.
Jeszcze ostatnie spojrzenie w lustro - tak! jestem zrobiony na bóstwo.
Pełen werwy okiełznałem nerwy i wybiegłem z mieszkania z przytupem, troszkę jeno podkręcając
lewym butem. Poszedłem znanym tylko mi skrótem.
Spotkałem po drodze Wańkę Wstańkę co od dawna drzemał w przydrożnym rowie i nie wstawał.
Oczekiwał końca świata a tak na prawdę to na brata. Na brata mulata co miał dwa lata do odsiadki.
Minąłem Wańkę jak sen jaki zły i poszedłem dalej.
Zbliżałem sie do Centrum, brama w bramę stały latarnie oblepione przez całujące się ćmy.
Wszedłem w pierwszą z brzegu. Sezamowe wrota stały otworem, wąskie schodki w kamienne
podziemia, niebieskie światła i czterdziestu rozbójników Alibaby.
Wymówiłem tajemnicze zaklęcie przy pomocy zwitka banknotów i dokonało się to o czym marzyłem
od tygodnia. Gęsta mgła, sztylety laserów, muzyka techniczna. Poniosło mnie gdzie wzrok nie sięga.
Z trudem wymacałem barmana, dumnie pokazałem stygmatyczną pieczęć na przedramieniu.
Dżin z tonikiem, słomka i cytrynka. Tak uzbrojony ruszyłem w bój mój ostatni.
Przedzierałem się przez zamglone, drgające ciała. Trupie kolory ożywiały wyobraźnię. Ciągnąłem
słomkę i przebijałem się głową przez mur. W końcu dopadłem, zaciszna salka, ledwo kilka osób,
nieprzytomne oczy.
Osiadłem na mieliźnie z trudem utrudzonego żeglarza, siadłem przy ciężkiej ławie niby
korabiu Robinsona. Zjadłem cytrynkę. Zza pazuchy wymanewrowałem flaszkę, ulałem co nieco.
Ostre dźwięki i szpady laserne nawet tu docierały, ale przytłumione i bez tej mocy.
Zbędną słomkę wyplułem na podłogę i pociągnąłem drinka. Pływałem razem z kajutą na wzburzonym
morzu, rudy bosman znów polał. Było ostro, zbyt ostro, zacząłem tracić poczucie rzeczywistości
i miałem pierwsze objawy choroby morskiej. Wyskoczyłem za burtę.
Chłodna toń orzeźwiła mnie nieco.
Dostrzegłem latarnię morską a przy niej syrenę, podpierała ją jakby się miała zawalić.
- Dokąd to żeglarzu? - zaśpiewała syrenim głosem.
- Przekraczam Rubikon - zakrakałem.
Popłynęła ze mną.
***
Obudziłem się nad ranem w kałuży moczu i niedopitej wódki.
Komentarze (13)
Osiadłem na mieliźnie z trudem utrudzonego żeglarza, siadłem przy ciężkiej ławie niby
korabiu Robinsona. Zjadłem cytrynkę. Zza pazuchy wymanewrowałem flaszkę, ulałem co nieco.
Ostre dźwięki i szpady laserne nawet tu docierały, ale przytłumione i bez tej mocy. - Te zdania mi się spodobały, przykuły moją uwagę na dłużej; 4:)
Czytano 17 razy
Komentarz jeden
Głosów jeden
Za trudne, czy za głupie? :)
Podoba mi się, takie pokrętne spojrzenie na rzeczywistość. Bywałem pijany, więc wiem, jak ciekawe można mieć wtedy przemyślenia, a ten poetycki język fajnie to wyraża. Ode mnie 5.
Po drugim zdaniu już się śmiałam xD dobrze wyszlo^^ jestem 19 czytającą xD zostawiam 5
no to się ruszyła bryła z posad świata :)
Dzieki moje serdeńki
Wypraszam sobie, żadna ze mnie serdeńka, jestem dorosłym facetem.
dla mnie wszystko tu to dzieciarnia jeno ;p
Boś stary koń. Proste.
Tekst niesamowicie wręcz urokliwy : ) 5
Tekst przyjemny, czyta się z uśmiechem na ustach, a jednak suma summarum wcale nie jest tak wesoły jak mogłoby się zdawać. Fajnie piszesz Filip, jak trafiam na twoją pracę, to zawsze ją później dobrze wspominam ^^
na zapłakane oczy zakładam różowe okulary i piszę
dobrze to czytasz Ronja :)
A gdzie zgubiłeś syrenkę o syrenim głosie, wypadła za burtę?
Rozwaliłeś mnie tym tekstem. Cóż za obrazowe przedstawienie sytuacji, brawo 5 :)
utonęła w odmętach
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania