Humanitarność - deprekacja fauny, rozdział 1 i 2
Smak Niewinności
Sarny, które widziałam wczoraj.
Trawa rosnąca pod słońcem smakuje jak słodycz, a ta chowająca się w cieniu jest gorzka. Sarenki częściej idą do tej w cieniu, żują ją powoli i ich małe uszka wydają się trzepotać jak skrzydła trzmieli z obrzydzenia. Czują na nich szczochy i inne wydzieliny zwierząt, wilcze łapy i niedźwiedzią sierść. Jedzą gorzką trawę z cienia, bo na tą w słońcu patrzą sokoły, szukając myszy – patrzą wilki, szukając ich. Na myszy patrzą lisy, lisy obserwują watahy, a watahy niedźwiedzie. Leśniczy i reszta polujących obserwują przez lufę niedźwiedzia, a za ludźmi ogląda się ich rząd, jeżdżąc paluszkiem po czerwonym guziku z napisem NUCLEAR. SEND. CAREFUL. CAUTION. BOMB!
Mała sarenka liże gorzką trawę obok swojej mamy i kaleczy języczek o kamyki i ostre kolce chwastów wokół. Ruderalne rośliny źle smakują na miękkim podniebieniu, a racice powoli i delikatnie odwracają się od mamy i sióstr. Sarenka spogląda spod zimnych skrzydeł koron drzew na niebo, które gołym okiem sięga poza piekło, w którym stąpa. Trawa pod słońcem rumieni się i obraca w kwiecistej sukience, obracając złotymi włosami wokół palca. Kobieta mrugnęła do sarenki zachęcająco.
Meelan stanął na zadnie nogi i ręką musnął korę drzewa najbliższego słońcu. Opuszek jednego palca musnął promień, a on wzdrygnął się jak poparzony, choć nic mu nie było. Brązowe włosy opadały mu na brązowe oczy, opalona skóra, brązowa i złocista, była pokryta piegami, a chłopak patrzył na dziewczynę tańczącą w słońcu i trawie ruszanej wiatrem.
Jego palce zacisnęły się wokół drzewa.
Brzoza niemal ugięła się jego zaskakującej sile, a on pochylił głowę do boku i wbrew logice, wbrew konwenansom, minimoniczny wygląd blondynki przyciągał go silniej niż inne imponderabilia, które widział w swoim życiu.
Wziął krok do przodu jak sarna na szczudłach, a jego ciało euforią przykryła płachta słońca. Stres ścisnął jego serce, a Bóg kazał mu biec, biegł więc w kierunku dziewczyny wirującej w złocie z wiatrem. Biegł, a ona zdawała się oddalać, biegł, a ona zdawała się przybliżać.
Świst wypełnił jego uszy, krzyki i panika.
- Tak to się, kurwa, robi! - zaśmiał się leśniczy, zdmuchując dym z lufy. Sarna padła trupem w słońcu z pyskiem zapełnionym śliną, pianą i delikatną trawą.
Reszta saren spłoszyła się, a na ich językach został gorzki smak niewinności. Trawa śmiała się z wichrem i wchłonęła w siebie pocisk, który przebił lewą komorę serca koźlęcia. Cieremny i wychudzony Capreolinae nie nadawał się do zjedzenia, a młodszy chłopak ze strzelbą przetrzepał na skroni brązowe włosy i piegowatą, złocistą dłonią przewrócił kozła na grzbiet, łapiąc go za nogi, by wytargać w cień i zostawić na pożarcie wilkom.
Zapach Celibatu
Wilk i gołąb.
Ksiądz w konfesjonale starał się utrzymać ręce splecione do modlitwy, lecz kolana, nogi trzaskane skurczami i zakwasy w ramionach po ostatniej drodze krzyżowej rozdzierały ojca Morgana na tyle, by zaczął masować nogi, klęcząc. Morgan od kilku godzin klęczał, przebaczał i przypisywał modlitwy tak jak na jedynego, dwudziestotrzyletniego księdza Breton przystało. Był młody. Przystojny. Każdy mieszkaniec wsi kochał go całym sercem, znał ich po imieniu, a seniorów po tym, że mocno pachnęli rodzajami chleba, jaki piekli dla siebie nawzajem.
W Breton nigdy nie brakowało chleba ani książek – o to uważnie dbała pani Chatrei. Morgan szczerze ją lubił, choć w domu dużo piekła, a większość dnia spędzała za biurkiem biblioteki, zawsze pachniała kwiecistymi perfumami, często białą orchideą. W konfesjonale mówiła o tęsknocie za starym, minionym pięknem, opisując je…
- Piach, ojcze. Jakby piach wypadał mi między palcami! Byłam piękna, och, tak piękna…
Agatha Monique Chatrei za swoich lat młodości była modelką, jej twarz widniała na każdej okładce brytyjskich czasopism, jej ciało modelowało każde ubranie. Jak na siedemdziesiąt trzy lata wciąż skrzyła pięknem.
- Trzy razy Ojcze Nasz.
Mówił zawsze. Nie zmieniał modlitw odkąd zaczął rozpoznawać ludzi po głosie i zwyczajach, ponieważ lubił dawać im rutynę, a to, że wracali, było znakiem, iż dobrze robił.
Rozmasował ból nad kolanami i zerknął na kieszonkowy zegarek. Nadchodziła ósma, a przez cienkie szpary konfesjonału widział słońce łamiące się na kościelnych ławach, oznaczało to, że łaskawie zjawiły się ostatnie minuty, a mógłby iść do domu. Zegarek pokazywał mu siódmą pięćdziesiąt sześć. Nikt nie zjawił się od niemal godziny, nikt więc nie zjawi się w ostatnie cztery minuty, sądził.
Gdy usłyszał warkot otwierających się drzwi i ryki agonii drewnianych podłóg kościoła, niemal wezwał imię pana Boga na daremno. przygryzł wargę.
Zapach, który wypełnił konfesjonał, był mu obcy.
Różany, czerwony i ciemny. Niemal zachęcający – pachniał jak grzech za złoto marmurowymi drzwiami, otwartymi i zapraszającymi do wejścia, bądź jak próg klubu, gdzie kobiety siedziały po obu stronach w czerwonym świetle i wypinały plecy, a perfum ześlizgiwał się z ich dekoltów.
Intensywność, zapach i odczucie było jednakie. Nie żeby boski i wierny Morgan Winters kiedykolwiek owymi klubami się interesował – było to jednak coś, co przyszło do jego głowy, gdy zapach na tyle tu, na tyle teraz, by wydawał się dotykiem i sceną raczej niż wonią, uderzył go we wszystkie zmysły.
Było na tyle ciemno, by piekielnie niebieskie oczy Morgana nie widziały nic przez mechate drewno dzielące go, z jak sądził, obcym – nikt w Breton nie pachniał tak… nie wiernie.
- Nie wiem, jak to się robi. Nigdy wcześniej nie byłam w spowiedzi.
Głos kobiety dobił go jak gwoździe, gdzie zapach był krzyżem. Płynny, jak zatruty, czarny miód lany na skrzypiące kostki lodu po whisky w dłoni mafiozy, który w drugiej ręce trzymał pistolet czule przytulony do czoła skrzypka grającego o swoje życie.
Nie wiedział dlaczego tak żywe obrazy maltretowały jego mózg. Słyszał wiele pięknych głosów, niejedna kobieta pachniała drogimi perfumami – ta jednak… Tej nie znał, a w Breton znał się każdy. Ta jednak – wydawało mu się, że nie pachnie perfumami, a woń naturalnie wydala się z jej skóry zamiast potu.
Jego ręce zacisnęły się nad kolanami.
Wziął głęboki oddech, skupiając się, by wdychać przez usta, a nie zaciągać się jej zapachem. Celibat trzymał go ciasno, choć komfortowo, nigdy wcześniej nie miał z tym problemu, aczkolwiek miał jedynie dwadzieścia trzy lata – jakiś głos kazał mu wejść z drugiej strony i zobaczyć kto klęczy za drewnianą ścianką. Wstrzymał się, oczywiście. Był księdzem. Był księdzem. Był księdzem.
Zapomniał co powinien powiedzieć, a kobieta kontynuowała sama.
- Przeprowadziłam się tu dwa tygodnie temu i nie wyszłam jeszcze z domu. Nie wierzę nawet w Boga, nie wiedziałam jednak gdzie iść, by nikt mnie nie widział. Doradź mi, ojcze - prosiła, lecz jej głos nie osłabł w smutku czy drganiu kamienia rzuconego na płytką wodę, kaczkującego po jej tafli. - A nie wychodzę z domu, ponieważ… Nie wiem dlaczego, ojcze. Nie potrafię. Nie widzę w tym celu.
Morgan nie wiedział co mu się działo, nie wiedział dlaczego jego dłonie zaczęły drżeć na udach ani dlaczego jego szczęka zacisnęła się na tyle, by czuł jak zęby o siebie zgrzytają – dzwony kościelne zaczęły uderzać, a wybiła dwudziesta.
Nie mógł zostawić czyjegoś frasunku na zimnym angielskim wietrze – klęczał więc, a w dłoni ściskał różaniec luźno wiszący na jego sutannie, wgryzający się nagle w kark i parzący jego skórę. Mogło mu się przesłyszeć, wilk wył gdzieś w oddali, a Morgan zamknął oczy.
- Przychodź do kościoła - słowa płynęły z innego gardła, z gardła splamionego grzechem i rozklekotanego żwirem. Brzmiał jakby łykał szkło nagrzane do bieli, ociekające spleśniałymi, uzależniająco słodkimi jabłkami. - Tu wszyscy cię zaakceptują. Możesz dołączyć do chóru, szukamy nowych - angielski opływowo spływał z jego języka po latach praktyki, a polskie geny wygodnie zakopywały się głębiej w londyńskiej glebie. - Nikt w Breton nie będzie cię oceniał.
- Dobrze, ojcze. Dziękuję - konfesjonał stęknął, gdy kobieta po drugiej stronie wstała, a jej szpilki obiły drewno, ręce zamknęły drzwi kościoła.
Morgan klęczał w bezruchu, a tętno łomotało mu w uszach, obijało się o drewno, kościół, grało z dzwonami i gołębiami śmigającymi w witrażach świętych, które zauważył, gdy zebrał się na wstanie i niemal od razu oparł o konfesjonał, nie mogąc zaufać własnym nogom.
GRZECH. GRZECH. GRZECH.
Jego głowa świszczała jak skrzydła ptaków, łomot w czaszce docierał do każdego milimetra ciała, wszystkich organów – płynął z krwią, łapiąc się tlenu i pożerając go, nim ten docierał do mózgu Morgana.
Potykając się o własne stopy i gorączkowo łapiąc ław, uklęknął przed ołtarzem, dociskając czoło do zimnej, ochłodzonej wiatrem wpuszczonym przez kobietę podłogi. Żadna modlitwa, żadna formułka nie przyszła mu do głowy, a stopnie ołtarza piekły go w lodowate, dygoczące dłonie.
Przerażał go własny stan – nie wiedział co mu było, żył według konformizmu, dobrze było mu plasować się w konwenansach. Był księdzem. Był dobrym, naprawdę dobrym księdzem.
Morgan Winters nie pił.
Morgan Winters nie palił.
Morgan Winters zdecydowanie nie tracił głowy przez ambiwalencję kierowaną do kobiety, z którą rozmawiał przez kilka minut, której nie zobaczył, która była zapewne zwyczajną, strasznie zwyczajną osobą.
Morgan Winters nie był cieremnym abderytą. Morgan Winters nie wierzył w zauroczenie ani erotyczność w miłości (tej holistycznej, niehumanitarnej). Nie widział sensu w partnerach, a jedyny ślub, jaki zajmował jego głowę, był ten, który wiązał go z jego Bogiem.
Morgan Winters zapominał zapach celibatu, wypełniał jego miejsce zapach wódki, whisky i czerwonych, piekielnie czerwonych róż.
Kościół od rana wyglądał na zamglony. Nie miało to, rzecz jasna, sensu – poranek mieszał się w miętach, delikatnych błękitach malowanym pędzlem z włosia dzika, pomarańczach z lemoniady i cytrynach im towarzyszących, oblanych dodatkowo złotym miodem, który swą gęstością utrzymywał temperaturę niemal dwudziestu pięciu stopni, co nie było zaskakujące w przełomach sierpnia z wrześniem, lecz poprzednie tygodnie zdawały się nie mitrężyć, a pierwsze siedem dni września mordowało chłodem, dopiero teraz wtrącenie jesieni poddało się resztkom lata, ignoranckim pejoratywnemu zachowaniu sezonu.
Morgan czuł jednak, że przy chłodniej wypolerowanej posadzce siedzi coś zwiastującego przełom inny niż ten w porach roku. Stał przy mównicy, przekładając książki na półkach, a ołtarz za nim zdawał się go obserwować. Nie był osobą minimoniczną, stauty świętych jednak zdawały się zapamiętywać każdy, najmniejszy nawet jego ruch. Od samego pęknięcia świtu Morgan obudził się przed piejącym głośno kogutem sąsiada i zabrał się za modlitwę, myśl grzechu go do tego pchnęła. Kolana wylądowały na mahoniowym drewnie podłogi, a łokcie oparł o stłumione chabry swojej skromnej pościeli. Od czwartej dwadzieścia jeden modlił się aż po szóstą pięć, gdy czwarte gorączkowe pianie wybiło go z rytmu i zaczął szykować się na poranną mszę. Odziwo, modły nie sprowadziły na jego duszę błogiego spokoju ani radości, a dodały na przepaść za jego żebrami wagi. Zazwyczaj porankami fertyczny Morgan wlókł się po swoim domu, jego głowa osłabła, a dłońmi wstrząsały od pierwszego łyka wody drgawki.
Owe drgawki nie opuściły go do teraz.
Po raz drugi złapał się na zapadniu i tonięciu we własnej głowie, niemal upuszczając pozłacane pismo święte wręczone mu przez księdza innej parafii. Powiedział mu wtedy: Nie grzech więc, Morganie, nie grzesz, a będzie ci dane! Ha! Pamiętaj, najpiękniejszym zapachem jest zapach celibatu, nie zapominaj go!
Morganowi zdawało się, że znał piękniejszy zapach od tego.
Różaniec zaważył na jego szyi jak sznur, który miałby opasać wokół stabilnego żyrandola i się powiesić. Przełknął, czując na sobie wzrok zmartwionych ministrantów – znał tych braci, jak i swoje siostry zakonne na wylot. Odkąd chodził do tego kościoła jako wierzący, od początku jego służby jako ministrant po księdza byli u jego boku, w stu procentach od niego starsi, znający jego nawyki i powagę zazwyczaj pernamentnie uplasowaną w ostrych rysach twarzy.
Dziś jednak jego spokojne ręce dygotały, a źrenice powiększały jak u najgorszego ćpuna.
Msza zaczynała się o siódmej trzydzieści, a jego zegarek – wręczony mu przez świętej pamięci babcię, działający dotychczas niezawodnie – pokazywał siódmą dwadzieścia siedem.
Znajome mu twarze zebrały się w ławach, starcy na przedzie, by słyszeć, a matki i ojcowie z niegrzecznymi dziećmi na końcu. Pani Chatrei siedziała tam gdzie zawsze, druga ława po jego lewej, najdalej przejścia.
Niemal uniósł dłoń i zaczął mówić – niedzielna widownia zdołała się już zjawić, od dwóch lat Breton nie zmieniał grafiku chodzenia do kościoła, gdyż było to dla nich ważne – jedyny znak rutyny we wsi bez szkoły, bez dzwonków i bez turystów. Na bramie między polami, a samym Breton wisiał znak, jeden niezmienny znak z dziewięćdziesięcioma ośmioma imionami zlistowanymi alfabetycznie. A że nikt z Breton nie wyjeżdżał, nie zauważyli, że na plakietce pojawiło się dziewięćdziesiąte dziewiąte – stąd dwadzieścia jeden odwróconych głów i wzrok wszystkich duchownych na drzwiach, gdy te uchyliły się o siódmej dwadzieścia dziewięć po raz dwudziesty drugi.
Kobieta, która przez nie weszła, nie wyglądała na niepewną kobietę spowiadającą, że nie wychodzi z domu. Wyglądała jak grzech, jak grzech, który zapraszał do grzeszenia z nim.
Dłoń Morgana zacisnęła się na płonącym różańcu, a wciąż nie mógł zdjąć z niej oczu.
Najpierw weszły czarne Louboutin, znane na świecie nie długo, z czerwoną podeszwą, swoim klekotem ogłaszające wejście kogoś, kto miał trochę pieniędzy w kieszeni. Potem weszła skórzana kurtka, czarna sukienka ledwo sięgająca kolan. Jej jasno brązowa, złocista skóra błyszczała w średnim świetle kościoła. Paznokcie miała zrobione – czerwone, dekorowane i długie na smukłych dłoniach zdobionych srebrnymi pierścionkami, bransoletkami. Trzy różnej długości naszyjniki, z czego jeden przypominał różaniec, spadały w jej dekolt. Okrągłe, duże kolczyki odbijały światło nawet wśród długich, kruczoczarnych włosów, lśniących, objętościowch – Morgan zastanawiał się, jak miękkie były, jak dobrze byłoby wpleść w nie palce i zobaczyć, co kobieta kryje pod sukienką. Jego twarz zapłonęła na samą myśl.
Kobieta zsunęła ze smukłych ramion kurtkę, odsłaniając jeszcze więcej złotej skóry. Czerwone usta, ostry nos, idealna szczęka. Oczy miała na tyle zielone pod perfekcyjnie pomalowanymi rzęsami, by Morgan z daleka zauważył ich odcień.
Sukienka była ciasna, jedynie delikatnie odlegała od skóry przy kolanach, a cienkie ramiączka robiły mało, by ukryć jej sylwetkę. Cała była smukła, lecz tam, gdzie mężczyźni chcieli rozmiar, miała go.
Gdy ktokolwiek na nią zerknął z odrobiną chęci w oczach jednak, zgniatała ich wzrokiem w czego efekcie niezrozumiale biedli i szybko odwracali się do niej plecami. Nie miało to sensu – zachowywali się, jakby była diabłem.
Zielone oczy spotkały niebieskie, a ksiądz niemal zerwał sobie z karku różaniec.
Uśmiechnęła się i usiadła w ostatniej ławie, najbliżej korytarza – by Morgan przez całą mszę widział ją i potykał się na swoich słowach, jąkając się i niemal upuszczając z rąk biblię. Nie potrafił wziąć się w garść, a ołtarz za nim patrzył.
Zapach celibatu wypełniły jabłka, róże i kurwy w klubach.
Komentarze (1)
/wezwał imię pana Boga na daremno./ – nadaremno
/stauty świętych jednak zdawały się/ – statuy
/Odziwo, modły nie sprowadziły/ – O dziwo
/i powagę zazwyczaj pernamentnie uplasowaną/ – permanentnie
/Jej jasno brązowa, złocista skóra błyszczała/ – jasnobrązowa
/kruczoczarnych włosów, lśniących, objętościowch/ – objętościowych?/ dziwny format
/w czego efekcie niezrozumiale biedli i szybko/ – bledli
Dlaczego dywizy?
Nieźle🐝
A ja mam dwanaście lat i także znam literki 🤫 cul8r
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania