Idylla o magii i wędrówce - rozdział 1

//Wersja Google Drive jakby ktoś chciał: https://drive.google.com/file/d/1EnDo5ab3UY4Nb2vbT2fLqZu1pQCmGP3L/view?usp=sharing //

 

01:01: Ostatni dzień na Ziemi

 

Godzina jedenasta, sobota. Słońce jak na złość chowało się za chmurami, choć już od dobrych paru godzin powinno obwieszczać poranek i dawać sygnał do pobudki.

A tak tylko koguty piały do szarego nieba, choć tu, w mieście, oczywiście ich nie było. Trąbiły za to samochody, ale okna były szczelne, więc pozostała tylko jedna siła zdolna zbudzić człowieka, co prawda zgoła nienaturalna, ale w mniemaniu wielu najskuteczniejsza.

Wybiła jedenasta jeden.

You used to get it in your fishnets

Now you only get it in your night dress

Discarded all the naughty nights for niceness

Landed in a very common crisis…

– Ja pierdolę… Kurwa…

Laurenty Kalinowski obudził się. Przewrócił się na bok, wymacał telefon leżący na szafce nocnej i chwilę wodził palcem po ekranie, nim ostatecznie trafił w odpowiedni punkt, wyłączając brzęczący rockową muzyką budzik.

Leżał na wznak jeszcze bite parę minut. Przymykał oczy, znowu otwierał, starał się zebrać kawałki utraconego snu. Przeznaczenie, wolność, walka, szczęście – coś tam wyłapywał, jakieś nieskładne fragmenty, ale nie potrafił nic z nich ułożyć. Mentlik.

Myśl o powrocie do snu kusiła, jednak dał sobie mentalnego liścia – nie warto przesypiać weekendu. Podparł się ramionami, dźwignął ze skrzypiącego tapczanu i już chwilę później znalazł się w kuchni.

Nikogo nie było.

Podszedł do lodówki, spostrzegł przyczepioną pingwinim magnesem karteczkę. „Wychodzę. Zrób coś na obiad. Będę o czternastej”. Westchnął. Znów mu to zrobiła. To chyba jedna z konsekwencji bycia darmozjadem na garnuszku u wyrodnej, zapracowanej matki.

Nawet po sobie nie posprzątała. Na blacie stołu leżały okruszki ciastka, gdzieś tam obok odcisnął się kawowy ślad po kubku. Talerzyk był w zlewie, ale nie został zalany – w ciągu paru godzin krem zdążył zaschnąć. Więcej śladów bytności matki nie spostrzegł.

Otworzył drzwiczki lodówki. Nic. W zamrażarce też pustki. „No jasne” – pomyślał, zamykając ją z trzaskiem.

Łazienka. Podłoga jak zwykle niebezpiecznie śliska. Prawie się przewrócił, ale szybko złapał się umywalki. Mop stał w kącie, obok pralki. Sięgnął po niego, przetarł kafelki. Tak dla pewności. Wszystko się może zdarzyć.

Podszedł do lustra. Przemył twarz. Czuł się okropnie. Znów słabo mu się spało. Wory pod oczami straszyły fioletem. Oczy jeszcze nie przekrwione, ale wyraźnie zmęczone. Włosy, jak zwykle, w nieładzie. Nie miał nawet ochoty ich czesać. Przejechał dłonią, zagarnął do tyłu. Jakoś się trzymały. Ważne, żeby nie przesłaniały oczu – wzrok to jedyne, na czym mógł jeszcze polegać.

Zdjął zeszłonocne gacie, wrzucił do koszyka na pranie. Powrócił do swojego pokoju, przekopał stertę ubrań na krześle przy biurku. Wszystko, co potrzebne znalazł, choć każdy element z osobna zupełnie do siebie nie pasował, ale jemu i tak było wszystko jedno. Spodnie z dziurką przy kieszeni, koszulka pognieciona i z plamą przy kołnierzu – i tak nie było nikogo, kto mógłby zwrócić na to uwagę.

Śniadania nie zjadł. Po ponownym oglądzie zapasów jedzenia, stwierdził, że nic nie ma i nie będzie, póki nie zrobi zakupów. Okruszki, choć nieco irytujące, zostawił. Nie miał ochoty na sprzątanie, a poza tym zacieranie śladów matki uważał za nadużycie. Czyli niech sama po sobie sprząta, bo on nie pokojówka.

A na obiad ugotuje bigos. Danie proste, uniwersalne, a przede wszystkim wyśmienite. Jedno z jego ulubionych zresztą. No i matkę też zadowoli – w gruncie rzeczy babcia go nauczyła i przekazała recepturę.

Ubrał bluzę, buty (na złość matce wytrzepał piasek z podeszw w przedpokoju) i wyszedł. Oczywiście na wysokości parteru spostrzegł, że nie tylko nie zamknął mieszkania, ale i też zapomniał kluczy, toteż szybko zawrócił i naprawił swój błąd. Kosztowało go to trochę sił, więc gdy już wyszedł na zewnątrz przycupnął chwilę przy drzwiach od klatki, łapiąc oddech.

„Od kwietnia ćwiczę. Na pewno” – pomyślał, zbierając się powoli, by ruszyć dalej.

Pogoda nie była wcale taka zła jak to wyglądało z okna. Owszem, nieco wietrznie i ponuro, ale znośnie. Drzewa wzdłuż chodników kołysały się leniwie, gdzieś tam w oddali było słychać dzieci bawiące się na placach zabaw. Nawet dziurawe płyty, asfalt i ściany bloków nie odpychały swoją brzydotą, a epatowały spokojną aurą zmęczonego miasta i ludzi.

Laurenty nie miał jednak czasu i ochoty, by podziwiać rzeczywistość. Miał cel, a tym celem były zakupy. Telefonu i portfela nie zapomniał – upewnił się, wymacując je w kieszeni.

„Tylko kapustę mam do kupienia. Mięso jest, przyprawy są… Może jeszcze boczek wyhaczę, jeśli będzie w promocji” – pomyślał, ruszając przed siebie. Droga nie była długa. Wyszedł z osiedla, potem wzdłuż drogi, dwa przejścia dla pieszych, skręt w lewo i oto on – mekka zakupów.

Pełno ludzi wiło się w i przed wielgachnym budynkiem. Zatłoczony parking, wózki sklepowe przemieszczające się z piskiem wysłużonych kółek. Laurenty miał już wejść do środka, lecz zatrzymał go dźwięk powiadomienia z telefonu. Ustał więc przed wejściem, mimowolnie wsłuchując się w otaczającą go pełną życia kakofonię przetrwania. Kto normalny staje w miejscu, gdy otrzymuje wiadomość? Otóż Laurenty Kalinowski był przypadkiem niezwykłym – nie potrafił odpisywać na wiadomości chodząc, a co dopiero sięgając po produkty ze sklepowych półek. Odczytywania, co trzeba zaznaczyć, również nie potrafił łączyć z innymi czynnościami. Wada krytyczna i pewnie dość uciążliwa, lecz podparta doświadczeniem z dzieciństwa i zwykłą ludzką niechęcią do poprawiania siebie, tudzież pozbywania się pewnych nie do końca dobrych przyzwyczajeń.

Wziął więc telefon do ręki i odczytał maila. Pierwsze, co ujrzał to nick nadawcy: AnalnyDevastator2137. „Czego on znowu chce?”, pomyślał, przesuwając palcem po ekranie. „Joł. Znalazłem dziś zajebiste porno. Podeślę ci potem linka. A i te płyty, co pytałeś: sorry, ktoś już wszystkie wykupił, nie zdążyłem. A tak w ogóle co tam u ciebie? Poderwałeś już jakąś dupę, co słucha Arctic Monkeys i mieszka u mamuśki? Pewnie nie xd”. Zablokował, schował telefon do kieszeni.

Wszedł do środka. Różnica temperatur nieco go oszołomiła, lecz po chwili się przyzwyczaił. W przestrzeni marketu poruszał się pewnie i zwinnie; jako kucharz z zamiłowania znał tu każdy zakamarek oraz był doskonale wyczulony na wszelkie zmiany położenia popularnych i mniej znanych produktów. Szybko się znalazł w dziale warzywnym. Kapusty, tak jak przewidywał, nie były zbyt dorodne ani jakościowe, lecz nie miał czasu na przeszukiwanie innych sklepów. Trochę pogrzebał, porównał parę najbardziej obiecujących sztuk i wziął tę, która wyglądała na najlepszą. W dziale mięsnym okazało się, że ceny boczku znowu skoczyły – tak działa rynek. Wyszło więc na to, że do kasy szedł tylko z kapustą w dłoniach.

Przypomniało mu się coś jeszcze. Cola. Wczorajszego dnia, w przypływie zrezygnowania i smutku, zakupił wódkę w monopolowym. Wypił parę łyków i zostawił. Jeśli chodzi o alkohol, przynajmniej ten mocniejszy, był amatorem. Nie podołał boskiej wodzie i pozostawił ją samą sobie w kuchennej szafce, obok octu. Z zakąską jednak to mogła być inna sprawa. Nic się nie może zmarnować, jak mawia klasyk. Chwycił butelkę czarnego napoju, przeszedł do kasy.

Kolejka była długa i posuwała się bardzo wolno. Laurenty, znudzony czekaniem, patrzył to tu, to tam, starając się znaleźć coś ciekawego. Jedna z lamp na suficie nie działała… W alejce zanim właśnie jakaś staruszka stłukła słoik z ogórkami… Przed nim stał jakiś dziwny, milczący typ z długimi włosami i skórzaną kurtką z nadrukowanym krwistoczerwonym pentagramem… Na prawo, w miejscu, w którym powinna siedzieć kasjerka pojawiła się wielka, czarna dziura, jakby luka w czasoprzestrzeni, która, zdaje się, wirowała, wsysała swym nurtem i sprawiała, że dusza, człowieczeństwo znikało wraz z ostatnimi…

— Jedenaście złoty, osiemdziesiąt dwa grosze się należy.

— Przepraszam, ile!? — Gwałtownie oderwał wzrok od niezwykłego zjawiska, by ze zdziwieniem spojrzeć na najzwyklejszą w świecie kobietę, niezbyt urodziwą zresztą.

— Jedenaście złoty, osiemdziesiąt dwa grosze.

— Za co kurde?

— Cola po dziewięć złoty proszę pana.

— Dziewięć złoty!? Chyba ich…

Dziura, tym razem wyraźniejsza i znacznie większa, pojawiła się za plecami kasjerki. Nie zdążył nawet mrugnąć. Wciągnęła go, obracając wszystko, co widział w nicość.

*Pyk*

*

*

*

— Laurentio, przyzywam cię!

 

Continue . . . ?

 

//następne rozdziały będą dłuższe//

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    Właściwie w ubieraniu na co dzień, jak nigdzie nie wychodzę, też mi wszytko jedno, ale jak czasem ktoś przyjdzie znienacka, to już nie tak do końca.
    Też ćwiczę może od kwietnia.
    Nie powinno się odpisywać w biegu, bo można wleźć pod auto. Ani w aucie, bo może wleźć pod nie pieszy, odpisujący w biegu, korzystny nawyk by stanąć, ale wcześniej oceniając korzystne wynikające z lokalizacji.

    AnalnyDevastator2137 - JEZZU!

    "typ z długimi włosami i skórzaną kurtką z nadrukowanym krwistoczerwonym pentagramem…" - Zacny gość...

    Inflacja jest przez bogaczy.

    Ciekawi, ale taka długość rozdziału jest w sam raz - na trzy strony - tj na jednorazowe wstawienie, na szybki przeczyt, rozdziały mogą być dowolnie długie, tylko podzielone. Korzystniej to też dla tekstu.
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dziękuję za komentarz. A co do długości... Nie wiem, dla mnie trzy strony to trochę mało, dlatego wolę dłuższe xd. No, przy następnym rozdziale się okaże, czy czytelnicy podzielają mój pogląd :)
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    Pan Buczybór, Podzielona jest na portalu uwaga, między wiele tekstów, dlatego wydaje się (mnie) lepiej krótszy, ale się okaże - fakt.
  • Onyx miesiąc temu
    Dobry tekst. Bardzo mnie ciekawi, kim tak naprawdę jest Laurenty. Zwykły człek to nie jest, oj nie.
    Zajebisty pomysł z dziurą za plecami kasjerki - wydarzenie przedstawione fajnie, lekko ironicznie

    "— Cola po dziewięć złoty proszę pana." - się Laurenty życiem w Polszy zadziwił :)))

    Wg mnie również taka długość rozdziałów jest oki ^^
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dziękuję za komentarz. Kurczę, może faktycznie będę rozdziały dzielić na mniejsze części... Ale następny jeszcze będzie w całości
  • Baba Szora miesiąc temu
    Masz bardzo fajny styl narracji, w ciekawy sposob opisujesz rutyne i codzienne czynnosci. Tekst zdecydowanie wciaga, a im dluzej opisujesz nudne z pozoru szczegoly dnia tym bardziej czytelnik nastawia się na wielkie BUM :-)
    'Bum' moim zdaniem troche za malo uwypuklone, bo w koncu czekamy na nie przez trzy strony wiec mogloby by troche bardziej szczegolowe i podane z wiekszym napieciem czy rozmachem :-)
    "Na prawo, w miejscu, w którym powinna siedzieć kasjerka pojawiła się wielka, czarna dziura, jakby luka w czasoprzestrzeni, która, zdaje się, wirowała, wsysała swym nurtem i sprawiała, że dusza, człowieczeństwo znikało wraz z ostatnimi" -> pytanie z usmieszkiem - a skad wiadomo jak wyglada luka w czasoprzestrzeni? i co to znaczy ze dusza, czlowieczenstwo znikalo wraz z ostatnimi? tzn jak? po czym to mozna stwierdzic? -> taki opis troszke za lakoniczny, a czasoprzestrzennemu laikowi kompletnie nic nie powie, nawet z niczym sie nie skojarzy ;-)
    Początek troszke odstaje poziomem od reszty na in minus, moze to przez te koguty, a moze za dlugie zdania :-)
    Ale calosc bardzo zachecajaca do dalszego czytania, w sumie nic tak nie wciaga ja szare, ponure zycie drugiego czlowieka, ktorego spotyka nagle kosmos albo inna plaga :-)

    Pozdrawiam,
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dzięki za komentarz. Co do opisu... No, faktycznie może być trochę zbyt ogólnikowy. Chyba przesadziłem z poetycką enigmatycznością. Dobrze, że zwróciłaś uwagę - może jeszcze nad tym popracuję, ale to już w przyszłości.
    Pozdrawiam również

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania