Imago "Stray Dog" Rozdział 2
Jazda za tylnymi światłami pick-upa Paula miała w sobie coś z narkotycznego transu. Zjechaliśmy z głównej drogi po kilkunastu milach, a gładki asfalt szybko zmienił się w ubity żwir. Ostatnie latarnie zostały daleko w tyle. Wjeżdżaliśmy w gęsty, sosnowy las, gdzie jedynym źródłem światła były nasze reflektory, wycinające w ciemności ostre, blade tunele. Z każdym kilometrem temperatura spadała, a powietrze wpadające przez uchylone okno stawało się ostre jak szkło.
Kiedy w końcu wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń doliny, moim oczom ukazały się zarysy zabudowań. Zatrzymaliśmy się przed dużym, drewnianym domem z szerokim gankiem.
Paul wysiadł z wozu, a żwir głośno zachrzęścił pod jego ciężkimi butami. Wyciągnąłem z bagażnika swoją torbę.
– Baraki dla chłopaków są na razie pełne, dwóch sezonowych jeszcze nie zjechało na zimę – rzucił przez ramię, wchodząc na schody. Przekręcił klucz w zamku i pchnął masywne drzwi. – Zostaniesz u mnie w domu. Zwiną się za tydzień, wtedy cię przeniosę.
Środek pachniał drewnem, dymem z kominka i starym rzemiosłem. Żadnych zbędnych ozdób. Prosta, surowa, męska przestrzeń. Paul nie bawił się w długie wycieczki. Wskazał mi krótkim ruchem dłoni kuchnię po prawej, a potem poprowadził w głąb korytarza.
– Łazienka na wprost. Twój pokój jest tutaj – powiedział, otwierając pierwsze drzwi z brzegu.
Wnętrze było proste: solidne łóżko, komoda, okno wychodzące na las. Czego więcej potrzebował facet uciekający przed własnym życiem?
– Rano zaczynamy przed wschodem słońca. Śpij – rzucił tylko, po czym odwrócił się i poszedł na piętro.
Rzuciłem torbę na podłogę. Zmęczenie z trasy, wymieszane z potężną dawką bourbona, uderzyło we mnie z opóźnioną, miażdżącą siłą. Nawet nie zapaliłem światła. Ściągnąłem tylko buty, zrzuciłem z siebie brudną koszulę i opadłem na materac. Mój mózg w końcu wyłączył zasilanie.
Zapadłem się w czerń.
Ale czerń w moim przypadku nigdy nie trwała długo. Zanim zegar wybił piątą rano, dogoniło mnie San Pedro. Zeszło z chłodnych gór, wślizgnęło się przez okno i zacisnęło mi dłonie na gardle.
Mrok. Smród kordytu. Huk wystrzału, który rozerwał bębenki. I Frank. Twarz Franka pokryta krwią, śmiejąca się w ciemnościach doków, a za nim sygnały radiowozów, które jechały prosto po mnie. Zbliżały się, osaczały mnie...
Obudziłem się gwałtownie, wyrzucając z siebie ochrypły, zwierzęcy krzyk.
Poderwałem się do siadu, gorączkowo łapiąc powietrze. Ciało miałem zlane zimnym, lodowatym potem. Serce waliło mi o żebra tak mocno, że przez moment nie wiedziałem, gdzie jestem. Lęk o to, co ze mną będzie, ściskał mnie za gardło. Wygrzebałem się z pościeli. Potrzebowałem wody. Lodowatej wody na twarz, zanim ten atak paniki rozerwie mnie od środka.
Wyszedłem na korytarz, wciąż półnagi, opierając się ciężko dłonią o drewnianą futrynę.
– Co się stało?
Głos dobiegł z głębi korytarza. Drgnąłem odruchowo. Paul stał w drzwiach kuchni. Był już prawie gotowy do wyjścia – miał na sobie dżinsy i wciągał właśnie na ramiona flanelową koszulę. W świetle słabej, żółtej żarówki jego wzrok natychmiast zlustrował moją postać. Twarz zlaną potem, ciężki oddech. A potem jego spojrzenie opadło niżej.
Zatrzymało się dokładnie na moim lewym boku. Na potężnej, poszarpanej bliźnie wielkości pięści, która szpeciła moje żebra, odcinając się brutalnie od napiętych mięśni. Pamiątka po nocy, w której zginął Mark.
Zapadła ciężka, ołowiana cisza. Czekałem na pytania. Na litość, albo na żądanie wyjaśnień, z kim on właściwie zamieszkał pod jednym dachem.
Paul po prostu wsunął ręce do kieszeni i zmrużył nieznacznie oczy.
– Ostro – rzucił tylko, tonem pozbawionym jakiejkolwiek oceny.
Skinął mi krótko głową, odwrócił się i wszedł do kuchni, zostawiając mnie samego w półmroku korytarza.
Powietrze na zewnątrz było ostre jak brzytwa. Kiedy zamknąłem za sobą drzwi domu, chłód natychmiast przeniknął przez mój cienki T-shirt, szczypiąc skórę. Przeszedłem przez ubite, oszronione podwórze w stronę szopy, o której mówił Paul. Moje mięśnie, przyzwyczajone do fotela w wozie policyjnym i stania za szybą w pokoju przesłuchań, zesztywniały od nagłej zmiany temperatury.
Przy szeroko otwartych wrotach drewnianej stodoły stał Paul, a obok niego dwóch innych facetów. Palili tanie papierosy, opierając się o burtę ubłoconego pick-upa. Obaj wyglądali, jakby urodzili się z widłami w rękach – żylaści, ogorzali od wiatru, ubrani w wypłowiałe katany.
Kiedy podszedłem bliżej, ich rozmowa ucichła. Zmierzyli mnie wzrokiem od stóp do głów. Nie musieli nic mówić; w ich oczach byłem tylko kolejnym miastowym, który nie odróżnia siana od słomy.
– To Mitch i Carl – przedstawił ich Paul, miażdżąc niedopałek podeszwą ciężkiego buta. – Pracują u mnie od wiosny. Zjeżdżają na południe pod koniec tygodnia, zanim śnieg odetnie drogi, więc macie kilka dni, żeby się poznać. A to jest Adam. Nasz nowy wakat.
Mitch, starszy z dwójki, z głębokimi zmarszczkami przecinającymi czoło, wypuścił dym przez nos. Jego wzrok zatrzymał się na moich fioletowych, pękniętych knykciach. – Wyglądasz, jakbyś po drodze próbował zmienić koło bez podnośnika – rzucił ochrypłym głosem, uśmiechając się krzywo. – Podnośnik sam prosił się o lanie – odparłem sucho, patrząc mu prosto w oczy z chłodem, który zazwyczaj rezerwowałem dla cwaniaków na komendzie.
Uśmiech Mitcha zbladł. Carl tylko odchrząknął i odwrócił wzrok. Zrozumieli komunikat.
Paul nie skomentował tej wymiany zdań. W jego oczach mignęło tylko krótkie rozbawienie. Klasnął w dłonie, przerywając ciszę. – Dobra, koniec integracji. Mitch, Carl, jedziecie na zachodnie pastwisko sprawdzić ogrodzenie. Adam, ty idziesz ze mną.
Zostawiliśmy ich przy wozie i ruszyliśmy w stronę mniejszego, podłużnego budynku z falistej blachy, stojącego na obrzeżach gospodarstwa. Gdy Paul odsunął ciężkie, przesuwne drzwi, uderzył mnie chemiczny, dławiący zapach amoniaku wymieszany z wonią suchej ziemi. Środek był wypełniony paletami.
– Nawóz – powiedział Paul, wchodząc do środka. – Przyjechał wczoraj wieczorem, chłopaki zdążyli go tylko zrzucić pod dach. Trzeba to ułożyć pod tylną ścianą w równych rzędach, żeby nie pociągnęło wilgoci. Worki mają po pięćdziesiąt funtów. Układasz na zakładkę, inaczej wszystko pierdolnie na ziemię. Jasne?
Skinąłem głową. Zwykła, tępa robota. Podszedłem do pierwszej palety, gotowy chwycić gruby, papierowy worek, ale Paul nagle zatarasował mi drogę.
Zatrzymałem się zaledwie krok od niego. W ciasnym przejściu między paletami wydawał się jeszcze większy. Jego wzrok zsunął się z mojej twarzy na moje poranione dłonie.
– Nie dotkniesz tego gołymi rękami. Ta chemia wypali ci rany do kości – powiedział cicho, po czym odwrócił się do półki za swoimi plecami.
Ściągnął stamtąd parę grubych, skórzanych rękawic roboczych i wyciągnął je w moją stronę. Wyciągnąłem dłoń, by je odebrać, ale kiedy moje palce zacisnęły się na szorstkiej skórze rękawic, Paul ich nie puścił.
Zamarłem. Przez ułamek sekundy, który wydawał się trwać cholernie długo, jego palce spoczywały na moich, ciepłe i stanowcze. Nie było w tym ruchu żadnej agresji, ale niosło to ze sobą ciężar, którego nie dało się zignorować. Mój instynkt kazał mi wyrwać dłoń, odsunąć się, zbudować dystans, do którego byłem przyzwyczajony, ale moje ciało ani drgnęło. Czułem zapach jego wody po goleniu przebijający się przez smród nawozu.
Paul patrzył mi w oczy, spokojnie sondując moje granice.
– Załóż je – powiedział w końcu, puszczając rękawice, a jego głos wibrował odrobinę niżej niż przed chwilą. – Krew na workach niepotrzebnie zwraca uwagę kojotów.
Odwrócił się bez pośpiechu i wyszedł z budynku, zostawiając mnie samego w dusznym półmroku.
Wciągnąłem na ręce sztywną skórę. Zamykała moje blizny w bezpiecznym kokonie. Chwyciłem pierwszy, cholernie ciężki worek z nawozem i zarzuciłem go na ramię. Moje mięśnie natychmiast zaprotestowały palącym bólem, ale właśnie tego chciałem. Chciałem fizycznego wyczerpania, które zagłuszyłoby w mojej głowie ten obcy prąd, jaki zostawił na mojej skórze jego dotyk.
Następne sześć dni zlało się w jeden, nieprzerwany ciąg fizycznego bólu.
To był najlepszy detoks, jaki mogłem sobie zaaplikować. Przerzucałem tony nawozu, stawiałem nowe dębowe słupki na smaganych wiatrem pastwiskach i rąbałem drewno. Moje zmasakrowane od uderzania Franka knykcie pękły jeszcze dwa razy, zanim w końcu pokryły się twardą skorupą. Ból w lędźwiach i pieczenie mięśni stały się moim nowym pancerzem. Byłem tak skrajnie wyczerpany, że wieczorami lądowałem w łóżku niemal martwy. Żadnych paranoicznych myśli o pościgu. Żadnych snów o śmierdzącej rdzą marinie.
W piątek po południu temperatura drastycznie spadła, a niebo przybrało barwę brudnej stali. Mitch i Carl rzucili swoje wypchane torby na pakę ubłoconego pick-upa.
– Zamarzniecie tu w tym roku, szefie – rzucił Mitch, odpalając silnik. Potem przeniósł wzrok na mnie, a na jego twarzy wykwitł krzywy, porozumiewawczy uśmieszek. – A ty uważaj na siebie, miastowy. Jesteście tu odcięci przez całą zimę, a Paul zawsze miał słabość do takich milczących twardzieli z bagażem.
Carl parsknął śmiechem zza kierownicy. Zignorowałem to, klasyfikując to w głowie jako typowe, prymitywne docinki kowbojów. Paul tylko przewrócił oczami, nawet nie próbując zaprzeczać, i krótkim ruchem ręki kazał im spadać na główną drogę. Kiedy czerwone światła ich wozu zniknęły za linią sosen, na ranczo opadła gęsta, ogłuszająca cisza. Montana pokazała swoje prawdziwe oblicze – ogromne, puste i całkowicie obojętne na człowieka.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania