Poprzednie częściIMMERSJA

IMMERSJA c.d. 3

II

Nieszczęścia chodzą parami

 

Bruce leżał w bezruchu przeżywając potworne lieover. Czerwone światło lokalu z fotelami deprywacyjnymi na wynajem, nachalnie informowało o charakterze tego miejsca. Najbardziej dokuczała mu myśl, że zaraz rozpocznie się kolejna godzina i z jego konta znikną następne coiny.

- Zabierajmy się stąd- powiedział seksowny nieco zachrypnięty głos w jego głowie- nie zostawiaj tym żółtkom więcej kasy.

- Co ja bym bez Ciebie zrobił złotko?- pomyślał do swojej SI- Ci złodzieje dają coraz gorsze immy za coraz więcej forsy.

- Może spotkamy się z chłopakami- zaproponowała

- Może- odpowiedział półświadomie, bo myślami cały czas był w “Pałacu Erosa”

Po przemyciu się w dostępnej dla gości Qing Lou łazience, wyszedł na zielone tarasy Skałki i popatrzył w niebo. 

- Trzy dni temu jeszcze tam byłem- pomyślał, z przyjemnością wystawiając swoją twarz na ciepłe podmuchy powietrza wydobywającego się z podziemnego systemu wentylacji.

- Niewielu się to udaje- powiedziała z podziwem- tylko wybranym

Bruce miał szczęście wygrać na loterii genetycznej- przynajmniej tak mu powtarzano. Dzięki swojej niezwykle rzadkiej przypadłości był odporny na długotrwałe przebywanie w stanie uśpienia podczas wynajmu ciała. Komórki mózgowe normalnego człowieka ulegały degradacji już po 10 godzinach ciągłego eksploatowania. Nie wspominając o wielomiesięcznym pobycie w kosmosie gdzie wymagano od BLa przebywania w stanie najmu przez 18h w ciągu doby pozostawiając jedynie 6h na wymuszony sen. Na szczęście dzięki nietypowej mutacji był on odporny na te szkodliwe konsekwencje. Jeszcze 20 lat temu uchodziłby za ciężar dla swojej rodziny i społeczeństwa, jednak dzisiaj ludzie z jego przypadłością byli poszukiwani przez firmy z sektora podboju kosmicznego. Poza jedną z najwyższych pensji na jakie może liczyć pracownik korporacyjny, pozaziemscy robotnicy, tacy jak Bruce, dostawali dostęp do specjalnego oprogramowania wspierającego. Dzięki tej technologii udało się, niemal całkowicie, wyeliminować  pewne deficyty, które towarzyszyły tej mutacji. Był jednak jeden haczyk- program wymagał nieustannego wsparcia i częstych korekt kodu, indywidualnego dla każdego przypadku, więc rozstanie się z pracodawcą, było równoznaczne z utratą samodzielności. Tworzyło to układ symbiozy w klinczu, przy czym korporacje, dodatkowo trzymały nóż na gardle pracownika. 

Już niedługo to nie będzie dotyczyło Bruce’a. Od lat pracował nad swoim własnym programem, który pozwoli zastąpić ten firmowy. Szacował, że wystarczą mu jeszcze trzy tury w kosmosie aby ukończyć swoje dzieło i uzbierać małą fortunę. Z takim zapleczem będzie mógł rzucić korpo i zamieszkać gdzieś nad oceanem, gdzie będzie surfował i pił wodę z kokosa. 

To marzenie ciągnęło się za nim odkąd był nastolatkiem. Pojechali wtedy ze szkołą nad ocean Spokojny, gdzie mieli się uczyć o ekologii i potędze pływów wodnych, które zapewniały pobliskim miastom źródło energii. Zobaczył wtedy ludzi którzy zmagali się z wielkimi falami na swoich deskach. Kiedy zapytał o nich nauczycielkę- odpowiedziała mu, że to głupcy niepotrzebnie narażający swoje ciało na szkodę. Nigdy nie lubił tej starej, wiecznie zrzędzącej baby, natomiast młodzi i spaleni słońcem surferzy byli uśmiechnięci i szczęśliwi. Od tamtej chwili wiedział, że też tak chce.

- Sandra

- Tak?

- Pokaż mi konto- zażądał mężczyzna

- Przelew będzie dopiero pod koniec miesiąca- ostrzegła go SI

- Wiem- odpowiedział krótko 

O krok przed nim pojawił się cyfrowy licznik wskazujący stan jego finansów. Bruce przyglądał się mu z przymrużonymi oczami i uśmiechem na wąskich ustach. Czasem myślał o sobie jako potężnym smoku, leżącym na swoim skarbie- to go uspokajało.

- Muszę jeszcze popracować nad kodem- poinformował swoją SI

- Oh, daj spokój- zaprotestowała- dopiero co wróciłeś z dwumiesięcznej zmiany. Nawet nie widziałeś się z przyjaciółmi.

Bruce wahał się przez chwilę, zanim postanowił:

- Masz rację. Wyślij wiadomość do Bartka i Marco, że będę dzisiaj u Grimma

- O tak- ucieszyła się Sandra- czas się rozerwać- perlisty śmiech rozbrzmiał w jego głowie.

Idąc późnym popołudniem tarasami Skałki, musiał przeciskać się przez tłumy pracowników korporacyjnych o jednakowej aparycji, takiej jak jego. Trzeci dzień od lądowania, był zawsze pikiem aktywności ludzi z dzielnicy doków kosmicznych. Większość zdołałą się już zaadaptować do ziemskich warunków i wyjść z dwumiesięcznego letargu spowodowanego prawie nieustannym przebywaniem w stanie najmu. Wypełzali teraz tysiącami ze swoich kwater korporacyjnych, żeby wydawać pieniądze na niezliczone rozrywki jakie Skałka oferowała swoim mieszkańcom. Była ona bowiem, oprócz centrum przemysłu kosmicznego, największym parkiem rozrywki w całym mieście. Z początku dostępnym jedynie dla pracowników tego sektora, którzy mieli być w ten sposób zachęceni do pozostawania na jej terenie, pod czujnym i opiekuńczym, dla swoich, okiem SilverRock. Z czasem jednak, przemysł ten rozwinął się na tyle, że został otworzony dla reszty mieszkańców i stał się nowym źródłem dochodów dla korporacji, stanowiącym 8% jej całkowitych przychodów. Większość atrakcji opierała się na immersach i różnych wariacjach ich przeżywania. Znajdowały się tu również symulatory baz kosmicznych z doświadczeniem nieważkości, które jak na ironię, największe zainteresowanie miały, wśród pracowników kosmicznych. Zapewne chcieli oni doświadczyć świadomie, tego co robią całymi miesiącami jako BL. Była tu też największa w mieście arena do PMA, na której dwa lata temu zorganizowano mistrzostwa świata w tych walkach. Chociaż Bruce zapisał się do kolejki oczekujących na bilet zaraz po uruchomieniu serwerów, to i tak musiał obejść się smakiem. Żeby dostać się na takie wydarzenie, trzeba było mieć specjalne kontakty. 

- Body Lords zbliżają się do Ciebie, są za Twoimi plecami- poinformowała Sandra.

Był to standardowy komunikat, który każdy comp miał obowiązek nadawać do swojego właściciela, gdy w pobliżu znajdowały się ciała w stanie najmu. 

- Na tarasie?- zdziwił się Bruce.

BL-e przemieszczali się zazwyczaj trasami komunikacyjnymi, znajdującymi się pod tarasami. Generalnie rzadko miało się z nimi kontakt, jedynie w szpitalach i niektórych sieciach restauracji. Wymagało to bowiem specjalnych systemów ochrony aby zapewnić im bezpieczeństwo przed nieprzewidywalnym zachowaniem ludzi. 

Mężczyzna usłyszał poruszenie rozstępującego się tłumu za jego plecami. Obrócił się i zobaczył nadjeżdżającą platformę pełną gęsto upchanych ludzi. Stali bez wyrazu z zamkniętymi oczami, w stabilnym rozkroku, przypięci pasami do wysokich oparć. Na środku platformy znajdowało się działko, najprawdopodobniej na impulsy magnetyczne, takie samo jakich używa się do tłumienia zamieszek. Bezpośrednio nad nim migało żółte światło koguta ostrzegawczego. Kiedy znaleźli się na jego wysokości, Bruce zauważył, że są to pracownicy kosmiczni. Zdziwiło go to ponieważ transport BL-ów na orbitę powinien odbyć się jeszcze przed powrotem jego tury, tak aby zapewnić tam ciągłość robót. 

- Ciekawe gdzie jadą?- pomyślał

- Może to jakiś pakiet uzupełniający?- zaczęła spekulować Sandra- albo jakieś ćwiczenia?- dodała, ale było czuć że wątpi w ten scenariusz.

Tłum szybko zalał rysę, którą wyryła w nim przejeżdżająca platforma i chwilowe poruszenie uleciało, ustępując miejsca normalnemu harmidrowi, który zwyczajowo towarzyszy dużym zgromadzeniom. Jakiś robot przemknął szybko potrącając lekko Bruce’a boksem transportowym, który wiózł trzymając wysoko nad głową. 

- Bruce! Bracie!- ktoś szarpnął mężczyznę za ramię.

Był to Sasha, młody chłopak, który przykleił się do niego i jego kumpli jakieś pięć tur temu. Wyglądał jeszcze gorzej niż kiedy widział go ostatnim razem, zanim opuścił ziemię. Minęły zaledwie dwa miesiące a chłopak schudł znacząco, przez co jego wyłupiaste oczy jeszcze bardziej wyszły na wierzch, upodabniając go do bladej żaby z blond czupryną. Bruce w pierwszej chwili go nie poznał i popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- To ja Sasha- chłopak wyszczerzył zęby ukazując niezdrowo czerwone dziąsła.

Rozchylił ramiona jakby chciał się przytulić na przywitanie.

- Przecież wiem- Bruce uśmiechnął się wymuszenie i ręką powstrzymał zapędy chłopaka do bliższego kontaktu- mam jeszcze kosmicznego laga- dodał na usprawiedliwienie.

- Faktycznie. Jesteś jakiś blady- przyznał, nie tracąc entuzjazmu- U Grimma dojdziesz do siebie- dodał, jakby zatroskany.

Bruce pomyślał, że taka uwaga z jego ust jest co najmniej nie na miejscu, ale oszczędził chłopakowi uszczypliwego komentarza i ruszył dalej w swoją stronę.

- Bo idziesz do Grimma, prawda?- młodziak nie odpuszczał i ruszył razem z nim.

Bruce nie odpowiadał. Nie chciało mu się gadać z tym klockiem. 

Takim mianem określało się ofiary gry w domino- chociaż tak naprawdę nie była to żadna gra, tylko zjawisko społeczne. Zaobserwowane i opisane przez znanego psychiatrę Rufusa Moltke, w książkach i podręcznikach widniało pod nazwą Libido Dominandi.

- Małomówny jak zawsze- skomentował zachowanie mężczyzny, ciągle utrzymując wesoły ton. 

Duet nieprzerwanie parł naprzód w z góry ustalonym tempie narzuconym przez tłum.

- Słyszałeś nowiny?- zagadnął Sasha w kolejnej próbie przebicia bariery obojętności Bruce’a.

Mężczyzna spojrzał na niego przesuwając źrenicę w kąt oka. Chłopak natychmiast uchwycił to spojrzenie i wyczuł jego zaciekawienie. Wiedząc, że ma przewagę zamilkł triumfalnie. 

- Jak na klocka, ten chłopak jest całkiem sprytny i spostrzegawczy- pomyślał Bruce.

Niejednokrotnie miał wyrzuty sumienia, bo z chłopakami potraktowali go za ostro, ale na tym przecież polegało domino, a Sasha i tak za każdym razem na nich czekał i pokornie znosił ich zachowanie. 

W świecie gdzie przeżyło się już wszystko- było się królem, superbohaterem, czy w niektórych immersach nawet bogiem, ciężko było doświadczyć czegoś równie emocjonującego w codziennym życiu. Dlatego niektórzy sięgali po doświadczenie prymitywnej dominacji i tworzyli specyficzne układy socjalne z katem i ofiarą, gdzie jedna strona otrzymywała dostęp do drogich rozrywek i poczucie przynależności do grupy, a druga namiastkę władzy i kontroli.

- Nie słyszałem- odpowiedział i po raz pierwszy szczerze uśmiechnął się do towarzysza.

- Naprawdę nic nie wiesz?- Sasha rozwlekał chwilę swojej przewagi

- Nie przeginaj młody- napomniał go dobrotliwie.

- SilverRock zrobił fuzję z Bayernem- wystrzelił chłopak

Bruce przystanął na chwilę, nie do końca wiedząc jak ważna jest to informacja i w ogóle po co przemysł kosmiczny blatował się z bigfarmą. Wiedział jednak na pewno, że tak duże fuzje zawsze oznaczają jakieś zmiany.

- I co?- zdołał tylko odpowiedzieć z głupią miną.

- Sam do końca nie wiem- przyznał chłopak nieco zmieszany. Chyba myślał, że ta informacja bardziej wstrząśnie jego rozmówcą- Chłopaki z drugiej zmiany mówili, że są nowe kontrakty… czteromiesięczne.

- Sprawdź to Sandra- pomyślał do swojej companki

- Już to robię- odpowiedziała- w Twojej skrzynce nic nie ma, ale na stronie SilverRock faktycznie są nowe oferty w trybie 4na2

- Cztery-dwa!?- Wykrzyczał na głos.

- No- przytaknął Sasha, który czekał cierpliwie, bo domyślił się, że Bruce rozmawia z SI.

Tłum obchodził ich z obu stron, jak woda mijająca stojącą w jej nurcie przeszkodę.

- Przecież nikt się na to nie zgodzi- mówił zbulwersowany mężczyzna- to cztery miesiące życia na cały rok… Ile płacą?

- Fortunę- powiedział zachwycony Sasha

- 60.000 coinów- odpowiedziała Sandra, niemal w tym samym czasie

- To żadna fortuna- pomyślał Bruce i krzywo spojrzał na chłopaka- może dla jakiegoś klocka, ale on zarabiał niewiele mniej w przeliczeniu na miesiąc, a traci tylko połowę swojego czasu.

- Nie ma innych kontraktów- meldowała SI, która nieustannie przeszukiwała sieć- wszystkie 2na2 zostały wycofane.

- Dobrze, że mam bezterminową umowę- pomyślał, ale wcale nie czuł się uspokojony. Nie podobał mu się kierunek tych zmian.

Obrócił się i z kwaśną miną ruszył dalej, w kierunku Grimma.

Żeby dostać się do baru musieli jeszcze przeciąć północno-wschodni róg placu Gwiezdnego- serca całej dzielnicy. Był to ogromny, w większości pusty obszar, pokryty betonową nawierzchnią. Hulający po nim swobodnie wiatr wzbijał niewielkie tumany księżycowego pyłu, który dostawał się na ziemię, jako pasażer na gapę, z każdym kolejnym transportem kosmicznym. Na jego środku, sporo ponad kilometr od krawędzi do której dotarli Bruce z Sashą rozglądając się w poszukiwaniu transporterów personalnych, widoczna była cienka jak babie lato linia przewodu zasilającego, będącego rdzeniem windy orbitalnej. W mniej pogodne dni widoczna była jedynie sygnalizacja świetlna, rozmieszczona w równych odstępach na całej jego długości, informująca o statusie przesyłu. Obecnie migające zielone światło, spływające pulsacyjnie z przestworzy, obwieszczało trwający transport z orbity na Ziemię. Z powodów bezpieczeństwa tą metodą transportowano jedynie towary niebiologiczne o stosunkowo niewielkiej masie. Ludzie oraz inne niekwalifikujące się ładunki były wynoszone w przestrzeń bardziej tradycyjnymi metodami.

- Leci!- ucieszył się Sasha, jak dziecko na widok przejeżdżającego pociągu i pokazał palcem w niebo.

Bruce popatrzył we wskazane miejsce i zobaczył małe zgrubienie przesuwające się po nitce windy, które właśnie wyłoniło się zza rzadkich chmur.

- Brawo!- powiedział ironicznie Bruce- jak wyląduje, to postawię Ci piwo.

Oczywiście nie postawi chłopakowi, żadnego piwa, bo obecnie stało się prawie niedostępne. Słowa te były jednak nawiązaniem do czasów pierwszych transportów windą orbitalną, kiedy to operatorzy ją obsługujący wypatrywali latających ładunków i trzymali kciuki za ich skuteczne dostarczenie, ponieważ wiedzieli że każdy taki sukces oznacza dla nich premię i świętowanie.

- Jadą- Bruce klepnął chłopaka w łopatkę, swoją mechaniczną ręką, wybijając go z zamyślenia- biegnij do nich i zajmij nam dwa skutery.

Sasha bez słowa popędził we wskazanym kierunku. Gwiezdny plac był jednym z niewielu miejsc, poza dolnymi trasami, gdzie korzystało się ze środków transportu osobistego. W dawnych czasach były one tak popularne, że nawet małe dzieci miały swoje własne elektryczne hulajnogi czy deskorolki. Coraz mniej ruszający się ludzie, stawali się otyli, schorowani i niezdolni do pracy, doprowadzając niemal do swojego upadku.

Sasha machał do niego trzymając rękę na jednym pojeździe a nogę na drugim, sygnalizując tym samym ukończenie misji z powodzeniem. Bruce zajął nowszy model ze znacznie mniej wysłużonym siedziskiem i świeżymi oponami, po czym obaj ruszyli przez betonową pustynię. Gdzieś w czasie przeprawy zgubił kontakt wzrokowy z chłopakiem i na drugą stronę placu dotarł już sam. Rozglądał się za nim przez krótką chwilę, ale jego uwagę przykuła wiadomość jaką dostał od Bartka:

- Czekam - do wiadomości załączone zostały emotikony uśmiechniętej buźki w okularach przeciwsłonecznych, palmy i słońca oraz zdjęcie czerwonej i soczystej połówki arbuza.

O kurwa!- pomyślał ewidentnie poruszony tą informacją.

Bruce uwielbiał owoce, a w szczególności arbuza, który był całkowicie niedostępny w czasie jego ostatniego pobytu na ziemi.

Szybko!- pogoniła go Sandra- bo wszystko zeżrą.

Mężczyzna ruszył żwawym krokiem zapominając zupełnie o chłopaku, który i tak pewnie w końcu do nich dołączy. Nie zdecydował się na bieg tylko dlatego, że do celu pozostało zaledwie paredziesiąt metrów.

W niecałe trzy minuty znalazł się na miejscu, sprawnie lawirując po drodze pośród tłumu robotów i ludzi. Pomimo to kiedy zszedł po schodkach i stanął przed automatycznymi drzwiami Grimma, nie był nawet trochę zziajany. W środku od razu wyłapał wzrokiem Bartka, który siedział na ich standardowym miejscu i na widoku Bruce'a stojącego w drzwiach wyszczerzył się do niego serdecznie i w geście toastu oboma rękami uniósł smakowity owoc. Mężczyzna pozdrowił go tylko gestem dłoni i natychmiast ruszył do baru.

- Czołem Rico!- zagadnął robotycznego barmana

- Bruce!- ucieszył się humanoid, uśmiechając się w przerażający sposób.

Nie był to najnowszy model i miał dość toporną mimikę, ale pracował tu od zawsze i nikt nie wyobrażał sobie tego miejsca bez niego. Poza tym, liczył się softwere.

- Przyszedłeś wydać wypłatę na owoce?- zażartował barman, który doskonale znał swoich klientów

- I mięso- dodał Bruce, szczerząc się nieustannie- powiedz proszę, że masz jeszcze arbuzy

Rico przemieścił się w jego kierunku, błyskawicznie sunąc po szynie wbudowanej w podłogę i nachylił nad barem w kierunku gościa przywołując go konspiracyjnym skinieniem głowy.

- Całą paletę- powiedział półgębkiem i roześmiał się mechanicznie

- Tak jest!- mężczyzna zatarł dłonie- biorę całego. Pół daj mi teraz a…

- Pół zmrożę na potem- dokończył za niego- już się robi szefie

Bruce ruszył ze swoją zdobyczą w kierunku ich stolika. Po drodze minął siedzącego przy barze chłopaka, sądząc po ubraniu pewnie jakiś studenciak. Od razu rzucił mu się w oczy bo nie był pracownikiem kosmicznym, a w tym miejscu wszyscy nimi byli. Siedział nad szklanką jakiegoś kolorowego picia i talerzem syntetycznego jedzenia. Bruce nie mógł patrzeć na to gówno, na pewno nie dzisiaj, dzisiaj tylko naturalki.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania