Poprzednie częściJagoda. Początek.

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Jagoda. Pierwsza krew

Stadion Dziesięciolecia, Warszawa, rok 1989

 

– Kurwa, więcej ich niż mrówek. – Zdzisław Jagoda z niepokojem popatrzył na potężnie zbudowanych mężczyzn, niedbale opartych o zachodnie auta na parkingu przy rondzie Waszyngtona.

 

– Wojskowi. Albo byli wojskowi. Nie pozostawiają nic przypadkowi. – Mirek spokojnie zaparkował busa i wyłączył silnik. – I pamiętaj, na litość boską. Mało gadki, łapy na wierzchu i żadnych gwałtownych ruchów.

 

Mężczyźni wysiedli z biało-czerwonego ogórka, jak na komendę wyrzucili papierosy, i powoli podeszli do przywódcy grupy, szeroko znanego jako Miś Urwiłapka.

 

– Misza! Przyjacielu! – Mirek uśmiechnął się szeroko.

 

– Polak!

 

Mężczyźni zaczęli się ściskać i klepać po plecach, po chwili jednak Rosjanin spoważniał i zrobił krok w tył:

 

– Z kolegą ty prijechał. Mało je, salcesona i wódki mu trza.

 

Słowa wywołały ogólną wesołość na parkingu, zaś atmosfera wyraźnie rozluźniła.

 

– Dobry chłopak. Swój. – Mirek wzruszył ramionami.

 

– Kolegi mojego kolegi maje druzja. – Rosjanin splunął w wielką jak bochen dłoń i wyciągnął ją do Jagody. – Misza.

 

– Zdzisiek. – Ten podał swoją, nie krzywiąc się, gdy zniknęła w żelaznym uścisku olbrzyma.

 

– I charaszo. – Misza był wyraźnie pod wrażeniem. – Kak wy gawaritie? Że Zdziśki to równe chłopaki?

 

– Nie, nie. Ryśki. – Mirek uśmiechnął się od ucha do ucha. – To Ryśki równe chłopaki są.

 

– Ehh wy Poliaki. Komendianty wy. Same problema z wami. Nu rebiata, paszli. – Misza machnął ręką, żeby iść za nim. – Napijem sia.

 

– I ubijemy interes. – Polacy ruszyli w stronę korony, otoczeni przez jego ludzi.

 

– Da. Konieczna.

 

– Kantor w sektorze trzecim. Dolary, marki, ruble. Wymienisz szybko i po dobrym kursie. – Morze ludzkich głów rozstępowało się przed nimi jak woda przed Mojżeszem, podczas gdy megafony nadawały cały czas ogłoszenia. – Klapki męskie. Wszystkie rozmiary. Klapki męskie. Sektor piąty.

 

– Dużo się zmienia. – Mirek próbował nawiązać rozmowę.

 

– Da. Polsza kraj wielkich możności. My tu. – Misza zatrzymał się przed jednym z blaszaków i zaczął gestykulować, wskazując kierunek. – Tam Gruzińce i Czeczeńcy. Dalej kitajce. I Polaków mnoga. I Amerykańców. A u mienia nowyje dziewuszki. Krasnyje. Wciera prijechały.

 

– Wiem, że u ciebie wszystko najlepsze. Nie musisz się chwalić.

 

– A wiesz Polak, że psy mi problema robili?

 

– Ale dało się?

 

– Da.

 

– Ile?

 

– Ile my mówili. No chodźcie. Chodźcie riebiata. – Rosjanin zaprosił ich gestem.

 

Weszli do zardzewiałego kontenera, zestawionego z innymi w długie, metalowe pudło. Znajdowały się tu stosy zielonych podłużnych skrzyń, zaś wystroju dopełniały wyblakłe plakaty na ścianach i zakurzone żarówki na kablach pod sufitem. Rosjanin podszedł do jednej ze skrzyń i otworzył ją z hukiem, pokazując z dumą:

 

– Od papy Kałasznikowa. Najlepsze, nie tandeta z Chin.

 

– A pestki? – Polak wziął jeden z karabinków i zaczął go sprawdzać.

 

– Wzmocnione, jak ty chciał.

 

– Granaty?

 

– Toże są.

 

– Co ze stingerami?

 

– Czekać trzeba. Psy węszą.

 

– A dlaczego ty się za Warszawę nie przeniesiesz?

 

– Tu szerokij mir. Jak w doma.

 

– Biorę wszystko jak leci. Złoto w busie.

 

– To wypijem. – Jak na zawołanie na jednej ze skrzyń pojawiły się szklanki i samogon w gąsiorku.

 

– Na zdarowie. – Rosjanin nalał wszystkim po brzegi i wzniósł toast.

 

– Na zdrowie. – Oficer BOR wypił do dna, i choć skrzywił się niemiłosiernie, to opanował odruch, trzymając rękę przy ustach, a potem, jak inni, stłukł szklankę o ziemię. – Dobre. Ciepłe, ale dobre. Mocne.

 

– Oj Mirek, Mirek. Ja tiebia lublu. Ty honorowy. I szacunek masz, ale ćwiczyć musisz. Poszli my na diewuszki. W pizdu, i dupu. Za rodinu.

 

– Za rodinu.

 

Jachranka

 

– Wiesz, że Misza mówił, że ma stingery? – Mirek lubił przekazywać dobre wieści podczas prowadzenia auta. – I kilku naszych dało mu spokój?

 

– Zwolnij! Kurwa! Zwolnij! Bo nas rozjebiesz! – Blady jak ściana Jagoda ścisnął uchwyt nad drzwiami, gdy wyprzedzali na trzeciego zaraz przed mostem na zalewie.

 

– Nic nie pękaj. – BOR-owiec uśmiechnął się i przyspieszył. – Bryczka ciągnie, muzyczka gra. Skołuje się jakieś panienki i będzie dobrze.

 

– Odpierdol się.

 

– A ty wyluzuj. I podaruj sobie odrobinę luksusu. – Mirek wyciągnął papierosa z paczki z półki przy popielniczce, odpalił go od zapalniczki samochodowej i zaczął się zaciągać, trzymając i strzepując go jedną ręką, a drugą ściskając kierownicę. – Dostali cynk, że ma być nadana na nich robota. Podobno zawsze zaczepiała ich jakaś babka.

 

– Cholera, ciężko się w tym połapać.

 

– Niby w czym?

 

– Dzisiaj ten twój Misza sprzedaje nam kałasze, potem spotyka się z chłopakami z miasta, a wieczorem to samo gówno opyla kumplom z innej dzielnicy.

 

– Nie. Sprawy są proste. Każdy chce żyć. Nikt nie zaryzykuje dla marnej emeryturki i nie będzie robił dymu bez powodu. A wiesz, co się liczy na świecie?

 

– No co?

 

– Siła. Stara dobra siła. Jako kraj powinniśmy mieć atom. Od lat.

 

– Jasne. Żeby było jak w osiemdziesiątym szóstym.

 

– Prawie go mieliśmy.

 

– Co?

 

– Atom.

 

– Jaki kurwa atom?

 

– Bombę.

 

– Co ty pieprzysz? Były puste półki i brak sznurka.

 

– Ta. I cytryn, i pomarańczy, a wszystko przez ludzi z drugiej linii. Taki kit to Gomułka mógł wciskać. Do siedemdziesiątego ósmego robiono próby. Potem wszystko szlag trafił, jak nam generała ubito.

 

– Jakiego znowu generała?

 

– Dawna sprawa. Było, minęło.

 

– To po co pieprzysz?

 

Zapadła niezręczna cisza, i trwała, dopóki nie przekroczyli bramy ośrodka.

 

– Jaki tam był numer? – Mirek był wciąż urażony.

 

– Trójka.

 

– Na końcu, z tyłu. – Mężczyzna zaparkował i powoli rozgniótł papierosa w popielniczce na desce.

 

Wysiedli i skierowali się do jednego z długich budynków, gdzie w holu czekał milicjant w cywilu.

 

– Cześć Stasiek. Co masz? – Mirek podał rękę, potem dokonał szybkiej prezentacji. – Zdzisiek. Stasiek. Stasiek. Zdzisiek.

 

– Cześć. A co mam mieć? Trupa mam. Faceta znaleziono rano. Jeden z wielkich panów na Wiejskiej. Trochę przypomina jego sprawę. – Chorąży wskazał palcem na Jagodę. – Pomyślałem, że nic się nie stanie, jak rzucicie wzrokiem. Gdy do was dojdzie, może być za późno.

 

– I dobrze zrobiłeś.

 

– Chodźcie. – Milicjant pokazał ręką.

 

Przeszli schodami na pierwsze piętro, następnie skierowali w lewy korytarz. Ich przewodnik zapukał i otworzył drzwi z numerem dwieście dwadzieścia trzy. Weszli do sporego pokoju, w którym wciąż pracowała ekipa dochodzeniowa.

 

– Cześć. Można? – Mirek zaczął prosto z mostu.

 

– Tak. Już kończymy. – Jeden z dwóch techników spojrzał uważnie na obu mężczyzn. – Nie przeszkadzajcie sobie.

 

– My tylko rzucimy okiem. Zdzisiek, co myślisz?

 

– Butelka po czystej i winie, tabletki ze stadionu, kajdanki też znajome. To nie jego pierwszy raz albo mamy zmyłkę. Zobacz lepiej, czy komuś nie podpadł. – Jagoda nie miał wątpliwości, gdy dokładnie obejrzał skutego mężczyznę i pokój z łazienką.

 

– Nie o to pytałem.

 

– To może być ona.

 

– Albo nie masz racji, i babka była normalna, ale nie chciała się mieszać.

 

– Wątpię. Wczoraj była pełnia. Gdyby chciał zwykłą kurwę, to najlepiej było podjechać do burdelu. Panienek ze wschodu nie brakuje. Można robić, co się chce, i nikt nie zapłacze.

 

– Burdele lubią teraz nagrywać.

 

– No to mógł ją zaprosić, ale wtedy wątpię, że byłby związany.

 

– Tutaj nie da się wprowadzić każdego.

 

– No to ja nie wiem. Chociaż nie. Wiem. Tacy jak on zawsze dostają swoje. Chciał się zabić albo zabawić, ale na swoich warunkach. Musiał mieć kogoś na stałe, komu bardzo ufał.

 

– Albo to zmyłka.

 

– Właśnie.

 

– Ty, a jeśli tu była jakaś większa bibka i ktoś go przeniósł? Stasiek, czy zgłaszali coś na dole?

 

– A bo ja wiem? W kajecie nic nie było, ale kto tam ich wie. Przy tych z Wiejskiej wszystko możliwe. Kurwa, jak ja sobie pomyślę, jakie balety czasem tu odchodzą.

 

– No już dobrze, dobrze. – Jagoda uciszył go ręką i zwrócił się do techników. – Słuchajcie, ile było osób? I czy są ślady ciągania ciała?

 

– Raczej dwie. I nic tu nie ma.

 

– No to ja to tak widzę, że to była kurwa, którą dobrze znał. On jej ufał, ona poszła na całość.

 

– Może wypadek przy pracy?

 

– Nie. – Jagoda pokręcił głową. – Takie dobrze wiedzą, co i jak.

 

– Dlaczego nie krzyczał?

 

– Pigułki, knebel, a najprędzej podduszanie. – Były chorąży wzruszył ramionami. – Co ja na proroka wyglądam? Ślady na szyi są jasne, ale dajcie go na krew i obejrzyjcie wszystkie gnaty.

 

– Jak się znali, to ją namierzymy.

 

– Gówno prawda. Na pewno zacierał ślady. Pewnie dobrze płacił, żeby nikt nic nie widział.

 

– No właśnie. I niby jak uciekła? Stasiek? Mieliście coś?

 

– Wóz na parkingu, na kamerach czysto. Koledzy jeszcze raz przeglądają, ale chyba nic nie znajdą.

 

– Czyli co? Wiedziała o monitoringu? Niezły bajzel macie siostry. – Mirek zapalił papierosa. – Ty, a jeśli to nie była kobieta?

 

– Stringi. – Jagoda wskazał na podłogę. – I rzeczy w łazience.

 

– Zmyłka.

 

– Może i tak. Ale w to, że zamówił chłopaczka, to raczej nie uwierzę.

 

– Dlaczego?

 

– Jakoś to kłóci się z moim światopoglądem. Katolik jestem.

 

– Ty? Naprawdę? I co? Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?

 

– Niepraktykujący, ale zawsze. Nie twój zasrany interes. – Jagoda podrapał się po głowie i pokazał palcem trupa. – Wątpię, żeby zabrał takiego do ośrodka rządowego. Ty się lepiej dowiedz, w czym maczał paluchy. Jakie głosowania miał, z kim się spotykał, i tak dalej. Może się dowiemy, o co jej chodzi. Ja bym nie rezygnował z innych opcji. Może podpadł jakiejś babie czy wisiał komuś na kasę.

 

– Co dać na papier? – Głos zabrał świeżo przybyły lekarz, dotąd przysłuchujący się całej rozmowie.

 

– A pisz pan co chcesz. Może być zawał albo udar?

 

Doktor kiwnął głową i już trzymał długopis nad kartką, ale się wstrzymał, gdy Jagoda energicznie zaprotestował:

 

– Mirek, nie. Sińce na szyi. To pójdzie przez Jaszuńskiego, a ten się ostro wkurwi.

 

– Jaszuński. Jaszuński. Aaaa, ten Jaszuński. Mówisz jakby był problemem.

 

– To wielki pan. I ma kolegów. Oni zawsze ich mają.

 

– A my swoich. No ale dobra, niech ci będzie. Dajcie pięknisia do Styksu na Grochowskiej. Zrobią co trzeba, i po kłopocie. Pisz pan zawał, najwyżej potem będziemy się martwić.

 

– Nie mamy adresu. – Nieśmiało wtrącił Stasiak.

 

– Moment. Nie wszystko naraz. – Mirek wyciągnął z kieszeni marynarki jakieś urządzenie, otworzył je i zaczął pisać na małej klawiaturce, a potem pokazał ekran. – Już macie.

 

– Dzięki. To ja was muszę teraz zostawić. – Milicjant spisał namiary i uśmiechnął się do niego. – A ty mi wisisz przysługę.

 

– Jasne. My też się zawijamy. Czołem.

 

– Czołem.

 

– Ty, co to za cudo? – Jagoda spytał, gdy byli przy samochodzie.

 

– Notatnik elektroniczny.

 

– Że co?

 

– Casio, jak zegarki na komunię. Z samej Japonii.

 

– Aha.

 

Tydzień później, niedziela, giełda samochodowa w Słomczynie

 

– Wiedziałeś, że facet z Jachranki chciał uwalić Żarnowiec? – Mirek mruknął, gdy zaparkował poloneza wśród setek aut w szczerym polu, i chciał dodać coś jeszcze, ale po otwarciu drzwi zagłuszyły go reklamy z okolicznego radiowęzła:

 

– Sprzęgła i silniki do malucha. Budka numer dziesięć. Zapiekanki z pieczarkami i żółtym serem. Bar u Jadzi zaprasza. Smacznie, tanio i zdrowo. Kupię lusterko do Polo, powtarzam, kupię lusterko do Polo. Czekam pod rękawem do dziesiątej.

 

– Żarnowiec? To tam atomówkę budują? – Jagoda podjął wątek, gdy wysiedli i przeszli najgorsze błoto.

 

– Tak, dokładnie tam. Mają otworzyć za rok czy za dwa. – Mirek przeskoczył kałużę. – Kurwa, ale bagno.

 

– Nie marudź. Pójdziemy potem na zapiekanki. Najlepsze w mieście, ja stawiam. Z tym Żarnowcem to chyba dobrze, że facet odwalił kitę?

 

– A bo ja wiem? Pytanie, do czego to jej potrzebne. Albo wiesz co? Mam to w dupie. Wróg mojego wroga przyjacielem moim jest.

 

– Chyba żartujesz. Suka ubiła mi kolegę.

 

– Ty to się lepiej dowiedz, gdzie jest nasz facet.

 

– Zawsze stoi na końcu, w tamtym rogu. – Jagoda czuł się na giełdzie jak w domu, a poszukiwanego namierzył dosłownie po chwili. – Dzień dobry Jacuś.

 

– Pan chorąży. – Niski łysy mężczyzna w dresie zrobił wielkie oczy. – Wielkie nieba pana Boga chwali.

 

– Ty mi tu instancji wyższej nie wzywaj. – Były milicjant pogroził palcem. – Wróbelki ćwierkają, żeś ostatnio coś zmalował.

 

– Ja? Skądże znowu.

 

– Oj Jacuś, pieprzysz trzy po trzy.

 

– Ale nigdy władzy. – Paser zaczął bić się w piersi. – Jak Bonia kocham.

 

– Bluźnisz robaczku. Słuchaj teraz. Ktoś nam golfa podprowadził. I ten golf ma się znaleźć.

 

– Ja nie…

 

– Zamknij się i słuchaj, jak świnia grzmotu. Popytaj, kto, co i jak. A jak będziesz wiedział, to nam powiesz, gdzie stoi. Kapewu?

 

– Ja nigdy…

 

– Zamknij się. To tylko małe nieporozumienie jest. Taki żarcik, a my to doskonale rozumiemy. Mój kolega ma kolegów, a oni mogą się odwdzięczyć. – Jagoda wskazał na Mirka. – Ten golf to jednego ministra jest. Pośmialiśmy się, a teraz ma się, kurwa, znaleźć. Na wczoraj. Nie chcesz chyba, żebyśmy zaglądali do każdej dziupli w okolicy?

 

– Nie no, no co pan?

 

Miesiąc później

 

– No, no, Jagoda. Tyś mądrzejszy niż ładniejszy. – Do mężczyzny na ławce w parku Skaryszewskich dosiadł się drugi.

 

– Nie wiem, co tam pieprzysz pod nosem, ale też się cieszę, że cię widzę. Masz wszystko?

 

– Twoi koledzy byli przekonywający. Nie powiem. Ale żeby ciebie do BOR-u ciągnęło? Od kiedy ty karierę u esbeków robisz? Nie możesz dupy ruszyć i sam sobie sprawdzić?

 

– Widocznie nie mogę albo nie chcę. I co u starego? Nie czepiał się?

 

– To nie ten sam facet co kiedyś. Ma swoje problemy. Popadł w niełaskę, bo komuś chujów nawsadzał. Wracał do domu, i po pijaku go złapali. Wiesz jak jest. Jeszcze coś tam robi, ale chcą go uwalić na komisjach.

 

– Kurwa kurwie łba nie urwie. A ty co? Też komuś w dupę włazisz?

 

– Ja to szaraczek. Nie martwię się, bo i po co. A właśnie. Nie masz jakiegoś miejsca dla starego kolegi? Chodzą słuchy, że się chcą strzelać na mieście. A co my mamy? Stare tetetki bez pestek? Papier w kiblu na zeszyt i kluczyk?

 

– Popytać mogę, ale nic nie obiecuję.

 

– A kto dzisiaj coś obiecuje? Każdy chuj na swój strój. Kurwa, w PRL-u to przynajmniej porządek był. Ludzie jakiś respekt mieli. Tfu. Na psa urok. – Mikusiński splunął na ziemię.

 

– Dobra, a co tam z tą dziuplą?

 

– Nikt jej nie chce ruszyć. Facet ma chody, albo daje ostro w łapę. – Milicjant podał papierową teczkę, którą dotąd trzymał na kolanach. – Ale my wiemy to i owo.

 

– Dzięki. – Jagoda ją wziął. – Czy jest coś w sprawie pałacu?

 

– Nie.

 

– Szkoda Rumpka.

 

– A szkoda. Głupi chuj był, ale swój.

 

– No swój. – Jagoda zadumał się, po chwili wstał i podał rękę koledze. – No, to czas na mnie. Uważaj na siebie. Cześć.

 

– I ty też. Cześć.

 

Następnego dnia pod Warszawą

 

– Panie Andrzeju. Czy ma pan jakieś przedmioty służące do kradzieży samochodów? – Milicjant spojrzał na znanego pasera, który siedział wraz z nim w pokoju małej willi.

 

– Nie.

 

– Panie Andrzeju. Oj panie Andrzeju. A co to jest?

 

– Klucze.

 

– Panie Andrzeju, ja nie mogę. Pytałem się, czy ma pan środki do kradzieży aut. Tym to się łamie wkładki przy skrzyniach biegów.

 

– Ale muszę jakoś zamki sprawdzić, gdy klient pyta.

 

– Panie Andrzeju, zaraz się chyba popłaczę. Te blachy to w ogóle majstersztyk. Prawdziwy Picasso. – Mężczyzna oglądał nieudolnie przerobione polskie i niemieckie tablice rejestracyjne. – Pan tu chyba zakład artystyczny zaraz otworzy. A może Akademię Sztuk Pięknych? No panie Andrzeju, ale żeby aż tak numery zmieniać? Oj panie Andrzeju. A to co? – Milicjant wskazał na kolejny przedmiot, doniesiony przez kolegów, którzy wciąż przeszukiwali posesję.

 

– Tabliczka.

 

– Ja widzę, że tabliczka. I gdzie ta tabliczka powinna się znaleźć?

 

– W samochodzie.

 

– No ale jak to panie Andrzeju? Jak pan auto naprawia, to zaczyna od wycięcia tabliczki znamionowej? A ten pocisk to skąd?

 

– No nie wiem.

 

– Może ja go przyniosłem?

 

– No nie. Pewnie znajomy mi go dał albo w aucie znalazłem.

 

– No panie Andrzeju. Ciekawych znajomych pan ma. Tu jeden pocisk, a na strychu całe pudełko. Panie Andrzeju. Same trudne sprawy u pana. I co ja mam z panem począć? – Milicjant uśmiechnął się do kolegów, a jeden z nich wyszedł z domu, i udał do stojącego pod posesją poloneza, gdzie poczekał, aż kierowca opuści korbką szybę.

 

– Mieliście rację. Dzięki za cynk. Fanty zaraz przyniesiemy.

 

– Nie dojeżdżajcie za bardzo lokalnych. To ma być pokazówka.

 

– Jasna sprawa. Czołem. – Milicjant zasalutował.

 

– Czołem. – Mirek odczekał chwilę, potem wyciągnął ze schowka dwie puszki, z których jedną podał Jagodzie. – Za nasz mały sukces.

 

– Tfu. Co to jest? – Ten się skrzywił, gdy spróbował obrzydliwie słodkiego napoju.

 

– Coca-cola.

 

– Nie, to jakieś szczyny. Prawdziwa cola jest ze szkła.

 

– Widziałem ten wasz plakat Osieckiej. I pewnie zaraz powiesz, że cukier krzepi? To nie wróci, i nie marudź. Mamy większy temat. Bush przyjeżdża w lipcu.

 

– Myślisz, że będą problemy?

 

– Dziewczyna dopiero się rozwija. Zdobycie kogoś w otoczeniu prezydenta mocno jej pomoże.

 

– Nie zrobi tego, jeśli pracują dla kogoś innego, silniejszego niż ona.

 

– Tak. To fakt, że nie wiemy, czy w innych krajach nie ma podobnego problemu.

 

– Widzę, że nadal to zakładasz.

 

– Oczywiście, mogę się jednak mylić. Te rozmowy dużo pokażą. Nawet, gdy to będą tylko politycy, to i tak przejęcie kraju będzie dla nich ogromną okazją. Różnie może być.

 

– Wierzysz, że Amerykanie dadzą zielone światło na Żarnowiec?

 

– Ciężko powiedzieć. Atom to nasza szansa na przeżycie.

 

– W sumie ciebie Mirciu nie rozumiem. Z jednej strony niby robimy wszystko dla kraju, z drugiej czepiamy się mętów.

 

– A co? Myślisz, że od rządu coś dostaniemy? Zapamiętaj sobie, że sprzęt najlepiej brać od fachowców.

 

– Ale pan Andrzej? Mógł się jeszcze przydać.

 

– Musi być równowaga. Jeśli oni przegną, my musimy reagować. A jak my przegniemy, oni mają prawo się burzyć. To tak jak z Miszą. Zaopatruje chłopaków z miasta, oni się godzą między sobą i wszyscy są zadowoleni. A pan Andrzej to jednak trochę przegiął, że nie zgłosił golfa. Tak w ogóle to się nie łam. Dostaniesz ładę.

 

– Żartujesz chyba. Łada to duży fiat.

 

– Nie, nie. Samarę. Fińską.

 

– Ale ja chcę poloneza.

 

– Dają, to bierz. I pocałuj w rękę.

 

– Nikt inny nie chciał? Czy to też od pana Andrzeja?

 

– Udam, że nic nie słyszałem.

 

W drodze na wybrzeże, listopad 1989

 

– Nie myślałem, że kiedyś będę prowadził poloneza. Całkiem przyjemny wóz. Lepszy niż duże fiaty. – Tym razem za kierownicą siedział Jagoda, który w doskonałym humorze zaczął nucić piosenkę z radia, mocno przy tym fałszując. – A ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze co byłoby dalej.

 

– Mogłeś wcześniej zrobić prawko. – Mirek wyłączył trzeszczące radio.

 

– Chyba kupić. – Były milicjant zaśmiał się od ucha do ucha. – Kurwa, fajna piosenka była.

 

– Łeb mnie napierdala. – BOR-owiec zapalił papierosa. – A ciebie to nie rozumiem. Facet jesteś, a baba dupę ci wozi. To niezdrowe.

 

– Tak wyszło.

 

– Tak wyszło, tak wyszło. Nie pieprz głupot. A ten poldek to przejściówka jest. Zachodnie wózki mają nam kupić.

 

– Po co?

 

– Mniej kosztują. Ten ma silnik dokładany na boku. Takie latały tylko na ministerstwach i były cholernie drogie. A wiesz, że będziemy mieć komórki?

 

– Co to za cudo?

 

– Dostaniesz walizkę. I będziesz mógł dzwonić, gdzie tylko chcesz.

 

– Nie uwierzę, jak nie zobaczę.

 

– Jak myślisz, po co Bush odwiedził Polskę? Żeby się przejechać? Pierogi zjeść? Kielicha wypić? Oni tam rozmawiali o sprzedaży zabawek. Bardzo drogich zabawek dla dużych chłopców. Za rok czy dwa mamy je dostać.

 

– A ty? Nie mogłeś mnie oficjalnie wprowadzić? To, co jest teraz, mocno mnie męczy.

 

– Spokojnie. Załatwi się papier, i ochroniarzem będziesz.

 

– Z deszczu pod rynnę. Mówiłeś, że wszystko na legalu będzie. Od roku to słyszę.

 

– Ale broń będzie.

 

– To po co zabawy z Miszą?

 

– Nie zaszkodzi mieć coś na boku. Wiesz jak jest. Poza tym nie chcę kupować ani kraść od naszych.

 

– Dlaczego właściwie jedziemy nad morze?

 

– Spodziewamy się, że ludzie będą blokować dostawę elementów z portu w Gdyni. Ona musi się zjawić. Bez energii jądrowej trudno będzie się jej rozwinąć.

 

– Myślisz, że w innych krajach też jest ktoś taki? I chce się wybić?

 

– Bardzo możliwe. U Amerykańców nic nie widzieliśmy, ale kto tam wie.

 

– Może oni blokują ten nasz atom?

 

– Może.

 

Żarnowiec

 

– Co jest? – Śpiący Mirek obudził się, gdy Jagoda zaczął hamować w szczerym polu.

 

– Jakaś demonstracja. – Ten bardziej stwierdził niż skomentował, gdy zatrzymali się przed grupą kilkudziesięciu osób.

 

– Nie jakaś, tylko bardzo konkretna – Mirek popatrzył na maski przeciwgazowe i transparenty, na których przewijało się słowo „Żarnobyl”. – Pożyteczni idioci. Jedź kurwa przez środek, nie mamy całego dnia.

 

Jagoda ruszył. Trąbił, a protestujący uderzali w karoserię, ale jednak powoli zaczęli się rozstępować.

 

– I po kłopocie. Sami nie wiedzą czego chcą. – Skomentował po chwili i przyspieszył, gdy ich wyminęli.

 

– Dzień dobry. – Mirek wyjął legitymację kilka minut później, gdy dojechali do głównej bramy budowanej elektrowni. – My do dyrekcji. Ze mną jest Zdzisław Jagoda, też zgłoszony.

 

– Dzień dobry. – Strażnik w granatowym mundurze z karabinem na plecach dokładnie obejrzał dokument, sprawdził ich nazwiska na liście w budce i dopiero wtedy podniósł szlaban i opuścił łańcuch przy wjeździe. – Proszę. Niebieski budynek.

 

– Jak na centralnym – mruknął Jagoda na widok ciężkich wozów, dźwigów i betoniarek. – Mają rozmach sukinsyny.

 

– Największa inwestycja w kraju. – Mirek wiedział, że zaangażowano wszystkie ważne firmy. – Chodź.

 

Weszli schodami na trzecie piętro, i znaleźli się wprost w sekretariacie.

 

– Dzień dobry pani Zosiu. Chcieliśmy porozmawiać z dyrektorem. – BOR-owiec dobrze znał kobietę, która pojawiała się na bankietach w ministerstwie.

 

– Panowie umówieni? – Ta uśmiechnęła się na jego widok, ale grała swoją rolę, gdy zobaczyła Jagodę.

 

– Tak. Z Warszawy.

 

– Panie dyrektorze, goście ze stolicy – oznajmiła przez interkom na biurku.

 

– Wpuścić. – Usłyszeli głos dyrektora Wiesławskiego, a ona wstała i z szerokim uśmiechem otworzyła drzwi jego gabinetu. – Pan dyrektor prosi.

 

– Dzień dobry dyrektorze. Tutaj pod bramą tak zawsze? – Mirek uścisnął rękę mężczyzny w środku, to samo zrobił Jagoda.

 

– Niestety. Najgorsze, że jeden reaktor prawie gotowy. – Wiesławski pokazał głową na makietę przy oknie. – Bydło po prostu. W czym mogę obywatelom pomóc?

 

– Potrzebne będą przepustki i pełnomocnictwa. Przewidujemy, że będą problemy przy przewozie rzeczy z Ornaka.

 

– To żeście mnie zmartwili. Ale jak to takie ważne, to dlaczego góra przysłała tylko dwóch ludzi?

 

– Koledzy dojadą.

 

– A, no chyba, że tak.

 

Wieś obok elektrowni Żarnowiec

 

– Jesteś serem, białym żołnierzem. – Jagoda przestał nucić, ściszył radio i spojrzał na nieotynkowaną willę, przed którą stały gołe słupki ogrodzenia, betoniarka i audik 80, prawie nówka. – Co robimy? Widać, że gość woli zachodnie klimaty.

 

– Ci nad morzem zawsze mieli większe możliwości i zadzierali nosa. To przez porty.

 

– Nasza wizyta może go rozjuszyć. Takich to się wywozi z jajami w zębach do lasu albo podpina na krótko pod kable. Inaczej śpiewają.

 

– Aleś ty durny. Nie chcemy już męczenników. – Z przekonaniem rzucił Mirek, i szybko dodał – No nie patrz się tak. Wyłaź. Już nas pół wsi obejrzało. Wystarczy tej psychologii.

 

Wysiedli i podeszli do drzwi wejściowych. Mirek zapukał, po dłuższej chwili otworzyła kobieta w średnim wieku. Spojrzała pytająco, a Jagoda grzecznie wyjaśnił:

 

– Dzień dobry. My do męża. Sprawę mamy.

 

– Janek, do ciebie! – Kobieta krzyknęła. – Obce jakie!

 

– Dzień dobry panie wójcie. – Mirek uśmiechnął się, gdy zobaczył pulchnego mężczyznę, który najwyraźniej robił coś w kuchni, bo miał ręce w mące.

 

– No idź już idź Jadźka. – Mężczyzna złapał żonę za tyłek, obrócił ją i popchnął lekko do środka, a potem zwrócił się w ich stronę. – A panowie to kto?

 

– BOR. – Mirek pokazał legitymację.

 

– BOR?

 

– Biuro ochrony rządu.

 

– To chyba mocno zabłądziliście.

 

– Panie wójcie, zapytam się tylko raz. Co się tu wyprawia? Są protesty i blokady.

 

– A co ja mogę, panie? Ludzie nie chcą tego gówna, co miastowe wpieprzają.

 

– Zróbcie jakieś pogadanki. Albo dajcie opornym talony na ursusa czy kombajn.

 

– Oni na to nie pójdą. Wiedzą swoje.

 

– To przekonajcie ich baby, a one sobie poradzą. Trzeba sprawę uciąć przy jajach. Elektrownia ma być i już.

 

– Nie tylko my protestujemy.

 

– Ale pomagacie. To ma się skończyć.

 

– To może jakaś marchewka? – Wójt zmrużył chytrze oczy.

 

Gdańsk, siedziba Gdańskiego Forum Ekologicznego

 

– Polskie radio Szczecin. Godzina czternasta pięćdziesiąt sześć. Dzień dobry, a właściwie dzień upalny. Przed państwem ulubiona piosenka maturzystów, numer jeden na naszej liście przebojów. Ja mam wiarę, ty masz szybki wóz… – w recepcji dało się słyszeć cichą muzykę i stukot lakierowanych szpilek kobiety w skórzanej spódnicy i białej bluzce, która weszła, zalotnie kołysząc biodrami, i kokieteryjnie uśmiechnęła się do Jagody i Mirka. – Zapraszam panów do sali konferencyjnej.

 

Mężczyźni wstali i przeszli za nią do małego pomieszczenia z okrągłym stołem i skórzanymi fotelami, gdzie siedział młody człowiek w garniturze, który energicznie wstał, przycisnął krawat jedną ręką i wyciągnął drugą na powitanie:

 

– Dzień dobry. Prezes Jaszczuk. Przepraszam, że nie możemy porozmawiać w ludzkich warunkach. To tutaj tylko taka prowizorka jest, ale rozumieją panowie, że nasza fundacja utrzymuje się tylko z datków. Proszę usiąść. Co podać do picia? Madziu, dla mnie colę, jak zawsze.

 

– Ja poproszę kawę. Z mleczkiem, bez cukru. – Mirek nie dał się długo prosić, wciąż patrząc na opięty skórą tyłek sekretarki, która najwyraźniej nie nosiła majtek.

 

– A ja liptona, jeśli można – zawtórował mu były milicjant.

 

Kobieta wyszła, a Jaszczuk spojrzał na nich uważnie:

 

– Magda mówiła, że panowie w sprawie protestów.

 

– Polska potrzebuje energii atomowej, a Żarnowiec wybrano po wieloletnich badaniach.

 

– To śmierć dla jeziora i ludności wokół.

 

– Reaktory są innego typu niż w Czarnobylu.

 

Prezes nie zdążył zareagować, bo weszła asystentka z tacą. Mężczyźni umilkli jak zaczarowani, patrząc na jej wygibasy, tymczasem ona rozłożyła zamówione napoje i wyszła.

 

– Panie, ile? – Mirek był bezpośredni. – I dlaczego tak drogo?

 

– Będę stał na swoim. Nie zastraszycie nas.

 

– Ale w Czarnobylu były inne reaktory. Wystarczy przeczytać dokumentację.

 

– Jedno mówicie, inne robicie.

 

– Ile?

 

– Zdrowie nie jest na sprzedaż.

 

– Jakich inwestycji oczekujecie w zamian?

 

– Nie o to chodzi.

 

– To o co?

 

Jaszczuk wzruszył ramionami i bez słowa nalał sobie coli z butelki.

 

– Czyli co? Nie odpuścicie?

 

Prezes pokiwał przecząco głową.

 

– No to na nas już czas. My tu jeszcze wrócimy. – Oficer BOR podniósł się gwałtownie, a wraz z nim Jagoda.

 

Mężczyźni wyszli z budynku, żegnani słowami sekretarki:

 

– To panowie już idą?

 

– Ale fiut. – Jagoda wyjął na ulicy marlboro i poczęstował kolegę, zapalił, a potem zaciągnął się głęboko.

 

– Wiesz co?

 

– Co?

 

– To dopiero początek. Takich jak on jest więcej. „Wolność i pokój”, „Wolę być” i inni. Oni wszyscy chcą w łapę.

 

– Tyle to ja się domyśliłem. Wystarczyło spojrzeć na sikora na ręce. I co? Do innych też będziemy jeździć i robić z siebie idiotów?

 

– A po chuj? Młody już obdzwania po kumplach.

 

– Tak jak babcie na osiedlu, co wszystkiego pilnują?

 

– No. – Mirek skinął głową i wypuścił dym w powietrze. – Ty się śmiejesz, ale taka babcia to najlepsza inwestycja.

 

– Dobra, ale po co była ta szopka?

 

– Żeby myśleli, że wygrają.

 

– Nie rozumiem.

 

– Jak się poczują pewnie, to zaczną robić proste błędy.

 

– Myślisz?

 

– Ja nie myślę, ja to wiem.

 

Hotel w Gdyni, kilka dni później

 

– Uporali się już z formalnościami, rozładunek rozpoczną za dwa dni. Wtedy spodziewamy się największych protestów.

 

– I co?

 

– I nic. Będziemy czekać, a dzisiaj pójdziemy na dyskotekę.

 

– Po co?

 

– Zobaczysz.

 

– Zobaczysz, zobaczysz. Mirek, wkurwiasz już mnie. Dzieckiem nie jestem i mam tego dosyć.

 

– Rozerwać się trzeba. Widzimy się przed wejściem za piętnaście minut.

 

Byłemu milicjantowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wrócił do pokoju, założył jeansy i świeżą koszulę i zszedł szybko, jednak się rozczarował, bo Mirek był szybszy i stał przed budynkiem paląc papierosa.

 

– Ty prowadzisz, ja ci będę mówił. – Rzucił Jagodzie kluczyki.

 

Jechali kilkanaście minut i w końcu zaparkowali pod jednym z bardziej obleganych klubów, o czym świadczył tłum przed wejściem.

 

– Nie lepiej było wziąć taksówkę? – Jagoda popatrzył na szereg drogich, zachodnich aut.

 

– Już wiesz, po co nam mają kupić nowe wózki.

 

– Na pewno chcemy tam iść? – Mężczyzna przełknął ślinę na widok pięknych kobiet w kusych sukienkach, i facetów z łańcuchami na szyi. – Nawet idiota wie, że śmierdzimy gliną.

 

– Ona może się tu pojawić.

 

– I co z tego? Nie wtopimy się w tłum. Jak ktoś nam przypierdoli, to powiedzą, że wpadliśmy na drzwi.

 

– Chodź, nie marudź.

 

Wysiedli i zaczęli przepychać się do środka.

 

– Zabawić się trzeba. – Mirek najwyraźniej coś wziął, bo wydawał się coraz weselszy. – Ale najpierw chodź do baru.

 

– A pierdol się. – Jagoda czuł się niepewnie, szczególnie, że większość ludzi była od nich sporo młodsza.

 

Usiedli na wolnych stołkach, skinęli na barmana, który obsługiwał innych, i zaczęli obserwować otoczenie, nasłuchując urywków rozmów.

 

– …patrz na tamtego. Ma wymów…

 

– …temu zrobiłem laskę dwa razy, a tamtemu trzy…

 

– …trzy miliony, kurwo. Wisisz mi trzy bańki…

 

– …miau kotku…

 

– …a jak nie, to ciebie odjebię, a potem twoją starą…

 

– Co podać? – Barman w końcu podszedł i do nich, patrząc beznamiętnie na ich tanie ubrania.

 

– Żywca z kija poproszę.

 

– A dla mnie piwo w butelce. Najlepiej lokalne.

 

– Panów zamówienie. – Mężczyzna postawił przed nimi napoje i dodatkowo po szklance z brązowym płynem. – A to na koszt firmy. Johny Walker.

 

– Nie możemy odmówić. – Mirek podniósł whisky. – Na zdrowie.

 

– Na zdrowie. – Jagoda stuknął się z nim szklanką. – Ustawiłeś jakieś spotkanie?

 

BOR-owiec skinął głową i dodał:

 

– Jak stawiają whisky, to dają znak „widzimy was, ale mamy was w dupie”.

 

– I co? Myślałeś, że ktoś pomoże jej szukać? Naiwny jesteś.

 

– A może nie. – Mirek pokazał na małą kopertę, którą w międzyczasie położył na blacie jeden z licznych zamawiających.

 

– I co teraz?

 

– Zabawić się trzeba. W końcu to Las Vegas.

 

Port w Gdyni

 

– Dałeś się podejść jak dziecko. – Jagoda na mostku Ornaka wciąż wspominał, jak wrócili do poloneza pod dyskoteką, a bagażnik był opróżniony. – Trzeba było zostawić klamki w hotelu.

 

– I poprosić o przechowanie? Naiwny jesteś. To nie te czasy, że błyskasz blachą i wszyscy wokół ciebie skaczą. Przynajmniej wiemy, kto ostatnio zniknął. Gangusy bardzo nie lubią, jak się ich robi w trąbę.

 

– I co? Ta broń to była zapłata?

 

– Niewielka cena, jeżeli rozpracujemy jej zespół.

 

– A może informator chciał zlikwidować konkurencję?

 

– Nigdy nie możesz być pewien.

 

– A widziałeś tego malucha, co za nami jeździ?

 

– Tak. I co?

 

– Ktoś nas śledzi.

 

– Jakiś amator. Będzie miał fuksa, jak mu coś z tego przyjdzie. – Mirek obejrzał okolicę przez lornetkę przez szybę i nacisnął guzik na podniesionej z pulpitu krótkofalówce. – Wszyscy meldować.

 

– Jedynka nic nie widzi. – Funkcjonariusz na dźwigu od strony północnej miał już serdecznie dość. – Tylko tłum przy pirsie. Sami gówniarze.

 

– Dwójka czysto. – Snajper na kontenerach odsunął lunetę od oka. – Kurwa, już mam dosyć tego czekania.

 

– Trójka. Nic podejrzanego.

 

– Mirek, a może ona nie przyjdzie? – Jagoda na mostku obok Mirka był zniecierpliwiony. – I wywiną coś po drodze?

 

– Wszystko możliwe. – Oficer jeszcze raz podniósł krótkofalówkę. – Czwórka, co u ciebie? Czego nic nie meldujesz?

 

– W kiblu byłem.

 

– Na dupy będzie czas później.

 

– Tak jest.

 

– Panie oficerze, turbina jest zabezpieczona. – Do Mirka podszedł kierownik transportu. – Możemy ruszać.

 

– No to zaczynamy. – Mężczyzna skierował się w stronę wyjścia z mostka, równocześnie nadając na kanale ogólnym. – Ruszajcie. My już schodzimy. Zaraz do was dołączymy.

 

– Zrozumiałem – zatrzeszczało radio.

 

– Z transparentami ruszyli. – Dało się słyszeć kilka sekund później z krótkofalówki.

 

– Trzy osoby robią rozróbę – zameldował snajper. – Sami mężczyźni.

 

– Star uderzył w malucha obok nas! Kierowca ucieka! Zatrzymać lawetę z ładunkiem!

 

– Kurwa! – Mirek i Jagoda ruszyli biegiem w stronę trapu.

 

– Mają noże. Muszę strzelać. – W porcie dał się słyszeć wystrzał z broni snajperskiej.

 

– Nie strzelać! Nie strzelać, jak jej nie ma! – ryknął do radia Mirek, który był już prawie na brzegu. – Jagoda, leć do stara!

 

Były milicjant ruszył w kierunku czoła konwoju, gdzie zobaczył leżącego na boku malucha i ciężarówkę na chodzie z otwartymi drzwiami.

 

– Tam pobiegł! – Jeden z funkcjonariuszy pokazał rzędy kontenerów.

 

– No to co stoicie jak barany?!

 

– Ja mam broń u rusznikarza!

 

– A jestem bez pestek!

 

– Pilnujcie tego szajsu! – Jagoda wyszarpnął broń z tyłu zza paska i pobiegł w stronę najbliższej szczeliny między kontenerami.

 

W porcie dało się słyszeć kolejne strzały.

 

– Kurwa mać! Ja pierdolę! – Mężczyzna zaczął przesuwać się wzdłuż ściany z blach, gwałtownie wychylając się i chowając przy końcu każdego kontenera.

 

– Zdzisiek, jesteś tam? – zatrzeszczało radio przy pasku.

 

– Co jest? – Podniósł je lewą ręką, wciąż w drugiej trzymając broń.

 

– Kierowała tym wszystkim z budynku portu. Mamy zabitych cywili i jednego z naszych. Potrzebuję ciebie, ale już!

 

– Zrozumiałem. – Były chorąży zaczął się wycofywać, i na otwartej przestrzeni pobiegł w kierunku Ornaka, dostrzegając coraz więcej szczegółów.

 

Do trapu podjeżdżały kolejne radiowozy na sygnale, dostrzegł też wściekłego kolegę z BOR, który popychał jednego z młodszych funkcjonariuszy.

 

– Co to kurwa jest?! Miska!? – Mirek pokazywał na karabinek w ręku mundurowego. – No co to jest!?

 

– Melduję posłusznie…

 

– Co to jest?! Miska czy broń?! Mówiłeś coś?! Bo nie słyszę!

 

– W sumie… nic.

 

– To co to kurwa jest!?

 

– Broń.

 

– Co!?

 

– Broń!

 

– Powtórz!

 

– Broń! Melduję posłusznie…

 

– Do czego to służy?!

 

– Do strzelania!

 

– Do zabijania! Wbij sobie w ten pusty łeb! Ja pierdolę. Z kim my musimy pracować? – BOR-owiec ledwo nad sobą panował. – Zdzisiek, weź mi tego idiotę, tego, tego, tego… ćwoka i debila w jednym, bo sam go zapierdolę. Przez niego jeden z ojców rodziny nie wróci do domu.

 

– Spokojnie. – Jagoda wszedł między nich, i stanął twarzą twarz z kolegą. – Co jest?

 

– Wyrwali broń mundurowym i zaczęli strzelać. Mógł ich zdjąć, ale się zawahał. Jeden z naszych nie żyje. – Mirek zaciskał pięści z wściekłości. – Prawie ją mieliśmy. Weź mi tego idiotę z oczu, bo nie ręczę za siebie.

 

Pałac Kultury i Nauki, bal BOR, Sylwester 1990

 

– Za przyszłość. – Jagoda stuknął się kieliszkiem, siedząc przy okrągłym stoliku, i spojrzał na zadymioną salę, na której snuli się wymęczeni mężczyźni, najczęściej uwieszeni na skąpo ubranych paniach do towarzystwa. – I żeby wszyscy do domu wrócili.

 

– Za przyszłość. – Ponuro rzucił Mirek, wciąż wyrzucający sobie nieudaną akcję na wybrzeżu.

 

– Jak myślisz, co po nas zostanie? – Były milicjant podniósł plastikową zapalniczkę i paczkę marlboro ze stołu, poczęstował oficera i sam zapalił, zaciągając się i wypuszczając dym w powietrze. – Bo jak dotąd tylko łby pomnikom urywamy.

 

– Trudno powiedzieć. Góra chce się przypodobać wszystkim na świecie.

 

– Ale najbardziej wchodzi w dupę jankesom.

 

– A dlaczego by nie? Spróbowaliśmy już socjalistycznego raju i nic z tego nie wyszło.

 

– Myślisz, że będziemy jeździć i robić biznesy jak na stadionie?

 

– Chyba z byka spadłeś. Jak odpowiedni ludzie pozałatwiają sprawy, to wezmą wszystko za mordę.

 

– Mówisz to tak spokojnie.

 

– Niby dlaczego mam się denerwować? To był warunek, żeby komuchy odeszły od władzy.

 

– Jasne. Jaruzel przykładem.

 

– Jaruzel sam się nie pchał, inni go na konia podsadzili.

 

– Mów co chcesz, ja swoje wiem.

 

– Jagoda, ja cię lubię od rozmowy w parku, ale ty nie bądź w gorącej wodzie kąpany. – Mirek pochylił się w jego stronę. – Upadł mur, i mocno kotłuje się na świecie. Wszystko wymaga czasu. Mamy samoloty, czołgi i chuj wie co od ruskich. Nikt się nie może doliczyć, a oni nie zapomną, jak ich wyruchaliśmy. To kacapy. Będą chcieli dolary.

 

– Miałem kiedyś wiele spraw o spodnie i swetry. Nasi przywozili je tonami, a my zabieraliśmy swoją część. Pieska robota. Żal mi tych wszystkich Masz, Nataszy i innych ruskich. Na granicy haracz. Na stadionie haracz albo dawanie dupy. A oni chcą tylko przeżyć.

 

– Takie życie. Raz jedni dostają po dupie, raz inni. Ty ostatnio jakiś uczuciowy jesteś. Coś nie tak z rudą Zdziśką?

 

– Dzieciaka chce i futro. I łada jej już nie pasuje.

 

– No to bierz się do roboty. Jak baba chce takich rzeczy, to wszystko gra.

 

– A jak mnie wyrucha i spieprzy do innego?

 

– A co, źle jej? I gdzie pójdzie? Do Miszy? Nawet on wie, że kolegom się nie zabiera.

 

– A jak mi spieprzy do Reichu?

 

– Nie spieprzy. Założymy się?

 

– Niby dlaczego?

 

– Bo to dobra kobieta jest. Jakby chciała spieprzyć, to by dawno to zrobiła. Widziałem, jak na ciebie patrzy. Nie liczy się wczoraj, nie liczy się żadne jutro. Bierz ją na pięterko i zabaw się.

 

– A jak jej odpieprzy?

 

– To się wtedy będziemy martwić. – Mirek zgasił papierosa w ciężkiej, szklanej popielniczce, a jego głos stał się twardy. – My chłopaki musimy trzymać się razem. I pomagać sobie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

 

Warszawa, maj 1990

 

– Na wybrzeżu znowu dym. Ma być robione referendum w sprawie Żarnowca.

 

– Myślałem, że temat zamknięty.

 

– Będą wybory do rad gmin. Przed lokalami będą stać łebki z ankietami.

 

– I co? Zgarniecie ich?

 

– Na to nie pójdzie żaden polityk.

 

– No to po co mi to mówisz?

 

– Wyjeżdżamy jutro z rana.

 

Trójmiasto

 

– Dzień dobry, my do prezesa.

 

– A, to panowie. – Sekretarka Magda spojrzała na obu mężczyzn. – Pan prezes jest zajęty.

 

– My tylko na chwilę. – Mirek z Jagodą ruszyli do sali konferencyjnej, gdzie zastali Jaszczuka, podpisującego jakieś dokumenty, które pospiesznie zakrył.

 

– Dzień dobry. – Mężczyzna wyraźnie zmieszał się na ich widok.

 

– Panie prezesie, próbowałam… – sekretarka chciała się wytłumaczyć, ale Jaszczuk jej przerwał. – Wszystko w porządku pani Magdo, proszę nas teraz zostawić.

 

– Mówiłem, że wrócimy. I co panie prezesie? Jakieś referenda robicie? Ładnie to tak?

 

– Władza nie słucha ludzi.

 

– Węgiel nie jest przyszłością. Polska musi się rozwijać.

 

– Tak. Rozwijać. I tu się zgadzamy. Ale komuchy muszą w końcu odpuścić. Nie będziecie nam mówić, co mamy robić. – Jaszczuk spojrzał na nich z nienawiścią. – Jesteśmy w swoim kraju. Napadanie na ludzi się skończyło.

 

– Jakie napadanie?

 

– Pan nie udaje, że nie wie. System się zmienił, ale metody zawsze macie te same, bolszewickie ścierwa.

 

– Wykrztuś to pan z siebie.

 

– Poturbowano kilku naszych. Napastnikom zawsze przewodniczyła kobieta.

 

– Nie będzie problemu, żeby zrobić portret pamięciowy?

 

– Wątpię, żeby ktoś chciał z wami gadać.

 

– Chociaż jakieś daty czy miejsca?

 

– Wracali do domu, a sprawy umorzono. Podobno to chuligani mieli być.

 

– Który komisariat?

 

– A bo ja wiem? Chyba dwójka.

 

– Dziękuję, sprawdzimy.

 

– A idźcie do diabła. I nie wracajcie.

 

– Jeszcze raz dziękuję. Nie do zobaczenia. – Mirek z Jagodą ruszyli do wyjścia i po chwili znaleźli się na ulicy.

 

– Myślisz, że to ona? – Były chorąży nie do końca wiedział co myśleć.

 

– A masz wątpliwości?

 

– Co robimy?

 

– A co mamy robić? Wpierw trzeba zjeść. Może tam? – Mirek wskazał na szyld z napisem „Neptun”. – Wygląda jak bar mleczny, ale pozory mogą mylić.

 

– Knajpa dobra jak każda inna. – Jagoda wzruszył ramionami.

 

– Ale siadamy w środku.

 

– Jasne.

 

Weszli do środka.

 

– Dzień dobry.

 

– Dzień dobry. Stolik na dwie osoby.

 

– Proszę bardzo. – Kobieta z obsługi wskazała im miejsce.

 

Zamówili, a Jagoda po chwili spojrzał na telewizor przy ścianie:

 

– Ty, a co to jest?

 

– Orunia Sky. – Mirek obrócił się spokojnie i od razu zorientował w sytuacji. – Nowoczesność. Ludzie sami sobie telewizję robią.

 

– A to legalne?

 

– Legalne. Legalne. – Mirek prychnął. – A kogo to teraz kurwa obchodzi?

 

– I co dalej?

 

– Pojeździmy, popatrzymy.

 

– Panów zamówienie. – Kelner przyniósł po chwili dwa talerze.

 

Zaczęli jeść, ale Mirek przerwał i gestem przywołał gestem człowieka z obsługi:

 

– Kelner, co to jest?

 

– Strogonow.

 

– Panie, tu są same grzyby. Gdybym chciał grzybową, zamówiłbym pieprzoną grzybową.

 

– Rozumiem. Czy życzy sobie szanowny pan coś jeszcze?

 

– A jak myślisz, pajacu jeden? Rachunek dawaj i ciesz się, że kolegów nie wołam.

 

– Śmierdzisz pan gliną na kilometr. Możecie mi naskoczyć. W dzyndzelek.

 

– Chamstwo.

 

– I drobnomieszczaństwo, proszę szanownego pana.

 

– Widzisz Jagoda, jak wszystko się psuje w tym kraju. Wpu-u-ścić chamstwo na salony.

 

– To co teraz?

 

– Ja pierdolę. Jest taka dobra knajpa przy Błyskawicy, ale musimy podjechać. – Mirek ruszył w stronę samochodu.

 

Droga zajęła im dobre dwadzieścia minut.

 

– I to ten słynny statek? – Jagoda patrzył z niedowierzaniem na mały niszczyciel.

 

– Okręt. Statek to ten obok.

 

– Nie widzę jakieś wielkiej różnicy. – Jagoda porównał metalowy kadłub ze stojącym obok Darem Pomorza. – I to pływa, i to pływa. Tylko ten ma żagle, a tamten nie.

 

– Okręt jest wojskowy, a statek cywilny.

 

– To gdzie idziemy?

 

– O tam. – Mirek wskazał palcem niewielki budynek.

 

– Kolejny relikt PRL?

 

– Kiedyś jeden z najważniejszych w okolicy. Jak tam nie bywałeś, to byłeś nikim.

 

– Dupy nie urywa. – Były milicjant tylko mruknął, gdy zobaczył dawno nieodnawiane wnętrze i kilkunastu ludzi przy stolikach, którzy wyglądali na typowych cinkciarzy i inny szemrany element.

 

– Dzień, stolik dla dwóch poproszę. – Mirek uśmiechnął się do kelnera w muszce.

 

– Wybierajcie sobie panowie.

 

– To my może tam. – Usiedli po stronie z widokiem na zabytkowy niszczyciel. – Co pan może nam polecić?

 

– Może zupkę?

 

– Bardzo dobrze. – Mirek zatarł ręce. – Ale wpierw poproszę sto gramów dobrze schłodzonej substancji.

 

– I lód proszę pana?

 

– Doskonale pan wie. – Mirek zatarł ręce. – I to jest obsługa, Zdzisiu. Napijmy się.

 

Kilka dni później

 

Kobieta patrzyła łakomie na Jagodę, i nagle szybkim ruchem wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, a on poleciał do tyłu. Oszołomiony uderzył w ścianę i upadł na ziemię.

 

Podeszła powoli.

 

Było coś w niej znajomego. Miał wrażenie, że spotkali się kiedyś, i nie chodziło o jej zdjęcia. Poczuł coś w rodzaju podniecenia, jakby kiedyś byli dobrymi kochankami.

 

Nagle w głowie zobaczył obrazy. Widział młodego mężczyznę i nagą kobietę wśród palm. Jej piersi sterczały, a hebanowe ciało bez grama tłuszczu zapraszało, żeby je posiąść. Kochanek zbliżył się do niego i złożył pocałunek na ustach, ona go oddała.

 

Obraz się zmienił. Jagoda zobaczył miasto ze szklanymi domami, wśród których poruszały się metalowe pojazdy o przeróżnych kształtach. I małe metalowe cygaro w jaskini.

 

Potem widział Mirka, który stoi w budce telefonicznej i umawia na odebranie broni z bagażnika poloneza.

 

Jagoda zjeżył się, bo nagle zdał sobie sprawę, że jego partner bezczelnie kłamał. Jego złość najwyraźniej ją rozproszyła, bo wszystko zniknęło, i z powrotem znalazł się w altance śmietnika na gdańskiej ulicy.

 

Stała nad nim, i najwyraźniej nie mogła zdecydować, co dalej. Dotknęła ręką jego klatki piersiowej i odskoczyła jak oparzona. Syknęła, a on zemdlał.

 

Epilog

 

Zdzisław Jagoda leżał w wygodnym łóżku i z niedowierzaniem patrzył na salę szpitalną. Leżał w pojedynkę. Wszystko wyglądało jak w wysokiej klasy placówce, a w każdym razie lepiej niż w miejscach, w których miał przyjemność bywać.

 

– To były wiadomości Radia ZET. Przed państwem wciąż popularny hit zza oceanu „Show me heaven”. – Z radia obok łóżka zaczęła sączyć się cicha muzyka, a on wciąż nie wiedział, co robić, w końcu jednak zdecydował i wcisnął ogromny czerwony przycisk na kablu.

 

– Obudził się pan w końcu. – Siostra, która weszła, miała nieskazitelnie czysty fartuch, krągłości, dekolt i uśmiech od ucha do ucha.

 

– Gdzie? – Odchrząknął. – Gdzie ja jestem?

 

– Szpital MSWIA w Warszawie.

 

– Jak tu trafiłem?

 

– Przywieziono pana z wybrzeża pół roku po wypadku.

 

– Ile? Ile czasu minęło?

 

– Jest rok dziewięćdziesiąty pierwszy.

 

Zamarł.

 

– Zaraz poproszę lekarza dyżurnego. Chce pan coś pić?

 

– Wody. Poproszę wody.

 

Bez słowa nalała jej do szklanki i podała, a potem wyszła. Kilkanaście minut później do pokoju wszedł młody lekarz.

 

– Jak się dziś czujemy? – Mężczyzna wziął go za rękę i zaczął patrzeć na zegarek.

 

– Słabo.

 

– Tętno w porządku. – Lekarz założył opaskę na ramię i zabrał do mierzenia ciśnienia. – Tu książkowo. Ma pan pewnie wiele pytań.

 

– Stary, mordo ty moja, jak ja się cieszę! – Do pokoju wparował Mirek i autentycznie zadowolony postawił na stoliku butelkę whisky. – Ucieszyłem się jak mi powiedzieli.

 

– To ja panów zostawię. – Lekarz wyszedł z pokoju, widząc ich znaczące spojrzenia, i dokładnie zamknął za sobą drzwi.

 

– I co? Przechodziłeś obok z butelką i wpadłeś?

 

– Nieważne.

 

– Jak z Żarnowcem?

 

– Przegraliśmy, ale to też nieważne. – Mirek machnął ręką.

 

– To przeze mnie. – Jagoda wyraźnie się zmartwił.

 

– O czym ty, kurwa, mówisz?

 

– Ona chciała powstrzymać protestujących, ale straciła siły, gdy mnie dotknęła.

 

– Tu ma pan gazety, a tu pilota do telewizora. – Do pokoju wparowała pielęgniarka, nie dając Mirkowi czasu na sensowną odpowiedź, i co chwilę nadstawiając w stronę Jagody obfity biust. – Proszę dzwonić, gdyby trzeba było podać basenik.

 

– Niezła dupa. – Mirek nie miał wątpliwości. – I leci na ciebie. Żal nie skorzystać.

 

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko wziął pierwszą z góry gazetę do ręki, zaciekawiony ogromnym tytułem „Felzmann nie żyje. Afera FOZZ zatacza coraz szersze koła”.

 

– Dużo się pozmieniało. – Oficer BOR cicho skomentował. – Polska to teraz dziki kraj.

 

– Widzę. – Jagoda zauważył jeszcze tytuł „Ulgi preferencyjne dla rolników”, ale odłożył gazetę, nie chcąc się denerwować. – Ty jeszcze wspomnisz moje słowa. Jak ci z gazet będą węszyć, to zaczną ich zabijać. A wy? Nie boicie się, że złapałem to gówno?

 

– Nie wydaje się. Masz jakieś geny, czy chuj wie co. A, zapomniałbym. – Mirek sięgnął do kieszeni, wyciągnął czarne okładki na dokumenty i rzucił je na łóżko.

 

– Co to?

 

– Otwórz. Wydębiłem na starym, żeby wciągnął ciebie na listę. Kwity podpiszesz jak wyjdziesz.

 

– O kurwa, pierdolisz. – Jagoda z niedowierzaniem patrzył na swoje zdjęcie.

 

– Nie ciesz się jak głupi. Będziesz u mnie w zespole, a ja ci nie odpuszczę.

 

– Zajebiście. Młody gówniarz moim dowódcą. Świat się naprawdę kończy.

 

– Pan gówniarz. To co tam się stało?

 

– Wiem, że to idiotyczne. Miałem wrażenie, że my kiedyś… że ja z nią, z tym czymś w środku, byłem bardzo blisko.

 

– Tym bardziej jesteś dla nas cenny.

 

– I jest jeszcze coś. Ona ma tu statek kosmiczny. I chce go uruchomić.

 

– Gdzie?

 

– Nie widziałem dokładnie, ale chyba w jakiejś kopalni.

 

– Kopalni mówisz. Dużo jest kopalni w Polsce.

 

– To musi być jakieś miejsce dawno nieruszane przez człowieka.

 

– Wiesz co? – Mirek wyciągnął z kieszeni papierosy, zaproponował jednego Jagodzie, który odmówił, i sam zapalił. – W szkole czytaliśmy o śpiących rycerzach, a w firmie od lat mówi się o niemieckich sztolniach przy zamku Reese. Nie potrafimy odnaleźć bursztynowej komnaty, a co dopiero takiego cuda. Może rzeczywiście gdzieś tam jest.

 

– Ty, a co to za walizkę masz ze sobą?

 

– A tak. To moja nowa zabawka. Laptop.

 

– Laptop?

 

– Taki mały przenośny komputer. Mówię ci, jaja nie z tej ziemi. Ministerstwo kupiło, ale po Windowsy i Office trzeba jeździć na Grzybowską.

 

– Jakie znowu Windowsy?

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania