Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny
Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny
„Spotkanie trzeciego stopnia z jarmużem i misją ratowania ludzkości przez spirulinę”
Część pierwsza: Narracja Doroty
Są takie dni, kiedy wszechświat postanawia cię przetestować. Nie jakimś wielkim kataklizmem – wszechświat jest bardziej subtelny. Podsyła ci na przykład Anetę w nowej, jeszcze bardziej restrykcyjnej fazie swojego dietetycznego oświecenia.
Spotkałyśmy się przypadkiem przed hipsterską kawiarnią, gdzie mleko owsiane kosztuje więcej niż nowa hulajnoga. Ja szłam po kawę i ciastko wielkości mojej pięści, żeby uczcić fakt, że przetrwałam wtorek. Aneta najwyraźniej szła szerzyć dobrą nowinę o eliminacji glutenu, nabiału i radości życia.
– Dorota! Kochana! Jak ty promieniejesz! – wykrzyknęła, ściskając mnie tak mocno, że poczułam, jak moje narządy wewnętrzne grają w Twistera.
Promieniałam? Chyba bladością człowieka, który właśnie zdał sobie sprawę, że ciastko będzie musiało poczekać. Aneta wyglądała, jakby przeszła na dietę składającą się głównie z dobrych chęci i poczucia wyższości. Była chuda – ale czy to był blask zdrowia, czy raczej lekka poświata głodu?
– Cześć Aneta. Ty też... wyglądasz... transparentnie – wydukałam, próbując odzyskać oddech.
Nieuchronnie padło pytanie: "Co u ciebie?". Zaproszenie do monologu. Zwłaszcza dla Anety.
– Kochana, jestem na nowej diecie! "Dieta Blasku Poranka"! Absolutna rewolucja! – oczy jej błyszczały fanatyzmem, którego nie powstydziłby się żaden teleewangelista.
"Dieta Blasku Poranka" – brzmi jak nazwa sekty.
– Zero glutenu, oczywiście. Zero nabiału, cukru, przetworzonej żywności. Jem tylko to, co matka natura dała i co zostało zebrane o wschodzie słońca – mówiła z pasją odkrywcy nowego lądu. – Czuję się jak nowo narodzona! Tyle energii! Jasność umysłu!
Jasność umysłu od niejedzenia chleba? Ja mam jasność umysłu po trzeciej kawie.
– A co właściwie jesz? – zapytałam, starając się, by mój ton nie zdradzał, że właśnie wizualizuję sobie wielkiego, soczystego burgera.
Aneta spojrzała na mnie z pobłażaniem.
– Na śniadanie smoothie z jarmużu, spiruliny i nasion chia namoczonych w wodzie z kryształami górskimi. Na lunch sałatka z komosy ryżowej i trzech listków rukoli. Kolacja to... – zawiesiła głos – czasem medytacja nad miską z bulionem warzywnym. Uczy pokory.
Medytacja nad bulionem. Moje burczące jelita właśnie dostały ataku śmiechu.
– Brzmi... ascetycznie – powiedziałam dyplomatycznie.
– Zrzuciłam już trzy kilogramy w tydzień! Ty też powinnaś spróbować, Dorotko!
Weszłyśmy do kawiarni. Aneta zamówiła "ciepłą wodę z plasterkiem imbiru i intencją cytryny". Kelnerka zapisała to z pokerową twarzą godną mistrza świata.
Ja, czując nagły przypływ buntowniczej energii, zamówiłam:
– Poproszę największe latte na pełnym mleku, z potrójnym karmelem, bitą śmietaną i ciastko z największą ilością czekolady.
Aneta spojrzała na mnie z mieszaniną litości i zgrozy.
– Dorota, ale to wszystko jest tak... niezdrowe.
– Wiem – uśmiechnęłam się. – Ale ktoś musi utrzymywać równowagę we wszechświecie. Ty będziesz lewitować, a ja będę solidnie stąpać po ziemi.
Pożegnałyśmy się szybko. Aneta spieszyła się na zajęcia z "oddychania przeponą dla zaawansowanych". Ja spieszyłam się do mojego ciastka.
Gdy w końcu zatopiłam zęby w czekoladowej rozkoszy, obserwując przez okno biegających joggerów w dresach za trzysta złotych, pomyślałam, że może jestem na najlepszej diecie ze wszystkich. Diecie zdrowego rozsądku. Albo przynajmniej takiej, która pozwala jeść ciastka bez wyrzutów sumienia.
Bo w moim świecie równowagę trzyma kawa, czekolada i brak potrzeby udowadniania czegokolwiek komosie ryżowej.
---
Część druga: Narracja Anety
*[Z dziennika wellness Anety Kowalskiej, wpis z dnia spotkania z Dorotą]*
Dzisiaj miałam bardzo enlightening spotkanie z moją starą znajomą Dorotą. Wszechświat posłał mi ją w idealnym momencie – właśnie wracałam z sesji joginsów dla początkujących (choć po trzech miesiącach regularnej praktyki jestem już prawie na poziomie intermediate) i czułam taką potrzebę podzielenia się swoją transformacją.
Dorota wyglądała... no cóż, jak zawsze. Można by rzec, że nosi na sobie skutki swojego niezdrowego stylu życia. Ale promieniała! Tak, zdecydowanie promieniała, choć może to była tylko refleksja neonu z kawiarni. Postanowiłam nie komentować jej oczywistych problemów z cerą – meditation i compassion, jak uczy mój guru na YouTubie.
Opowiedziałam jej o swojej najnowszej journey – Diecie Blasku Poranka. To nie jest zwykła dieta, to filozofia życia! Eliminuje wszystko, co zaburza naturalne wibracje organizmu. Gluten, nabiał, cukier, a przede wszystkim – negatywne myśli o jedzeniu.
– Czuję się jak nowo narodzona! – powiedziałam z entuzjazmem, licząc, że moja positive energy zarazi także Dorotę.
Niestety, ona miała tę swoją charakterystyczną minę. Tę, którą robi, gdy próbuję jej wytłumaczyć coś ważnego. Mina sceptyka, który nie rozumie, że prawdziwe zdrowie zaczyna się od mindset.
Kiedy opowiadałam jej o moim menu (dziś rano medytowałam nad tym smoothie przez pełne dziesięć minut, żeby napełnić je gratitude), widziałam, jak jej oczy wędrują w kierunku lady z ciastkami. Typical Dorota.
W kawiarni zamówiłam swoją signature drink – ciepłą wodę z imbirem. Dodałam mentalną intencję cytryny, bo prawdziwa cytryna to już za dużo acid dla mojego alkaline organismu. Kelnerka, prawdopodobnie jeszcze nie oswojona z trendem conscious eating, wyglądała na lekko zdezorientowaną. Ale zapisała. Small steps.
A potem Dorota... och, Dorota. Zamówiła prawdziwy toxic cocktail. Latte z pełnym mlekiem (inflammation alert!), karmel (sugar shock!), bita śmietana (dairy disaster!) i ciastko czekoladowe, które wyglądało jak concentrate wszystkich diet sins w jednym miejscu.
– Dorota, ale to wszystko jest tak niezdrowe – nie mogłam się powstrzymać. Czułam, że to moja mission, żeby jej pomocy.
Ona tylko się uśmiechnęła. Tym swoim uśmiechem, który mówi: "Jestem szczęśliwa w swojej ignorancji". I powiedziała coś o równowadze we wszechświecie. Jakby jedzenie processed sugar było jakąś cosmic duty!
Musiałam się pożegnać – miałam zajęcia z advanced breathing (już prawie opanowałam oddychanie przez lewą dziurkę nosa w pozycji lotosu). Ale to spotkanie dało mi do myślenia. Może moja rola w tym wszechświecie to nie tylko własna transformacja? Może powiinnam więcej się angażować w edukowanie takich osób jak Dorota?
Postanowiłam dodać ją do mojej evening meditation. Będę jej wysyłać healing energy i positive vibes. Może podświadomie to do niej dotrze i następnym razem zamówi przynajmniej cappuccino na mleku roślinnym.
Tomorrow goal: znaleźć kurs "How to help others on their wellness journey bez bycia preachy". Musi taki istnieć. Sprawdzę na Instagramie.
P.S. Właśnie zauważyłam, że po tym spotkaniu mam ochotę na coś słodkiego. To chyba toxic energy Doroty na mnie wpłynęła. Zrobię sobie herbatkę z korzenia kudzu i pomedytuję nad tym disturbance w mojej aura.
P.P.S. A może ten słodki smak w ustach to efekt mojego elevated consciousness? Hmm. Muszę to research.
Komentarze (2)
Najbardziej rozbroiła mnie chyba intencja cytryny😆😆
Całość kojarzy mi się z "Wielkim Ogarniaczem Życia" Pani Bukowej - a to bardzo pozytywne skojarzenie.
Na początku miałam wątpliwości, czy drugi punkt widzenia jest potrzebny, ale już ich nie mam :)
"Czułam, że to moja mission, żeby jej pomocy." - chyba miało być "pomóc", ale tak nawet lepiej, jakby bohaterka od nadużywania anglicyzmów zapomniała polskiej gramatyki😆
"Muszę to research" - tylko sugestia - "wyresearchować"
Dodatkowo dzięki za o "otrzeźwienie" - sama miewam problem z nadużywaniem angielskich terminów w mowie i myślach. Mam nadzieję, że nie jest tak tragicznie jeszcze jak u Anety, ale i tak warto nad tym popracować😐
Mam nadzieję że będzie więcej części✨
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania