Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny 8
# Detektyw z trzeciego piętra, czyli Dorota na przesłuchaniu
Bartek siedział przy biurku, wpatrując się w ekran komputera i udając, że analizuje ważne dokumenty. W rzeczywistości jego myśli krążyły wokół wczorajszego wieczoru spędzonego z Dorotą w kawiarni "Pod Zgaszoną Lampą".
Była... inna niż kobiety, które dotychczas poznawał. Zabawna w ten szczery, nieprzygotowany sposób. Kiedy opowiadała o swoich doświadczeniach na siłowni, o trenerze Klaudiuszu i jego "life trainingu" oraz o Pani Jadwidze z jej naukowym podejściem do fitness, Bartek śmiał się tak głośno, że kelnerka dwukrotnie przychodziła sprawdzić, czy wszystko w porządku.
"Chyba muszę znaleźć pretekst, żeby znów ją zobaczyć", pomyślał, wpatrując się w kubek z zimną już kawą.
Jego rozmyślania przerwał dzwonek telefonu służbowego.
– Borowicz! Do mojego gabinetu! Natychmiast! – głos komisarza Wróblewskiego jak zwykle brzmiał, jakby właśnie oznajmiał początek apokalipsy. Albo że skończyła się kawa w ekspresie, co w komisariacie było praktycznie tym samym.
Bartek westchnął i ruszył korytarzem do gabinetu szefa. Komisariat był jak zwykle w stanie kontrolowanego chaosu – Nowak kłócił się przez telefon z prokuratorem o to, kto pierwszy użył określenia "niepoważny zarzut", praktykantka Zosia próbowała naprawić drukarkę metodą "kopnij i módl się", a sierżant Malinowski drzemał nad raportem z nocnej zmiany, używając kartki jako podkładki pod głowę.
Komisarz Wróblewski siedział za biurkiem, które uginało się od papierów, kubków po kawie i zdjęć z miejsca zbrodni. Jego mina sugerowała, że właśnie połknął coś wyjątkowo kwaśnego. Albo przeczytał raport z nocnej zmiany.
– Siadaj, Borowicz – wskazał na krzesło naprzeciwko. – Mam dla ciebie sprawę. Mężczyzna postrzelony z łuku. W pośladek.
Bartek zamrugał.
– Z łuku? W pośladek?
– Nie, oczywiście, że nie w pośladek – westchnął Wróblewski. – W udo. Ale "postrzelony w pośladek" brzmi o wiele lepiej na odprawie.
– A więc udo – powtórzył Bartek, zastanawiając się, czy jego życie zawodowe może być jeszcze bardziej surrealistyczne.
– Facet trafił wczoraj wieczorem do szpitala. Jakiś Marcin Powiatowski. Prowadzi podcast o... – spojrzał w notatki, jakby próbował rozszyfrować hieroglify – "świadomości męskiej energii w czasach kryzysu klimatycznego i duchowego". Albo coś w tym stylu. Trudno powiedzieć, bo jego wyjaśnienia brzmiały jak Google Translate tłumaczący sanskryt na suahili.
Bartkowi przed oczami stanęła Dorota opowiadająca wczoraj, że idzie kupić łuk. Z tajemniczym uśmiechem. Tuż przed wizytą na siłowni. To nie mogło być zbieg okoliczności. W jego życiu zbiegi okoliczności nie istniały – były tylko złe decyzje ubrane w kostium przypadku.
– Ofiara twierdzi, że nie wie, kto to zrobił – kontynuował komisarz. – Zbierał jakieś papierki na trawniku w parku Jordana – podobno "czyścił przestrzeń od negatywnych energii poprzedniej cywilizacji". Czytaj: sprzątał śmieci, ale w wersji dla ludzi, którzy myślą, że recykling to forma medytacji.
– I co, nikt nic nie widział?
– Dziwnym trafem nie. Jak zwykle w naszym pięknym mieście. Marcin poczuł "przeszywający ból w strefie świadomości cielesnej", obrócił się i zobaczył strzałę wystającą z jego uda. Jego pierwsza myśl była: "To musi być atak na moją aurę". Jego druga: "Kurde, to boli". Trzecia: "Muszę o tym zrobić odcinek podcastu".
– I co dalej? – zapytał, starając się zachować profesjonalizm.
– Trzeba przesłuchać ofiarę w szpitalu i rozpocząć dochodzenie. Malinowski był tam rano, ale powiedział, że ofiara jest... – Wróblewski szukał odpowiedniego słowa – "komunikacyjnie wymagająca". Ciągle mówi o "energetycznym zaburzeniu równowagi jin-jang w jego przestrzeni osobistej". Pielęgniarki grożą, że go wypisą na własne żądanie.
– Rozumiem – Bartek skinął głową. – Zajmę się tym.
– I jeszcze jedno – dodał Wróblewski, podnosząc się z krzesła. – Sprawdź każdego, kto kupił łuk w ostatnim czasie. W Warszawie są dwie możliwości: klub łuczniczy "Robin Hood" na Mokotowie albo sklep z artykułami sportowymi "Celny Strzał" na Pradze. Dziwne hobby jak na środek miasta, ale wiesz, jak to jest – jedni zbierają znaczki, inni strzelają do ludzi.
Bartek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Dorota mieszkała praktycznie obok sklepu "Celny Strzał".
– Jeszcze jakieś pytania? – zapytał komisarz.
– Nie, to wszystko jasne – odpowiedział Bartek, już planując trasę do mieszkania Doroty i zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinien kupić kamizelki kuloodpornej. Albo strzałoodpornej. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak kamizelka strzałoodporna?
***
Stojąc przed drzwiami mieszkania Doroty dwadzieścia minut później, Bartek zastanawiał się nad ironią losu. Jeszcze wczoraj był szczęśliwym aspirantem, który poznał fajną kobietę. Dzisiaj stał przed drzwiami tej samej kobiety, podejrzewając ją o napad z użyciem broni średniowiecznej. Jego życie zaczynało przypominać jeden z tych brytyjskich seriali, gdzie wszystko jest jednocześnie zabawne, niepokojące i kompletnie nieprawdopodobne.
Zadzwonił dzwonkiem, czując się jak Robin Hood, który przyszedł aresztować Mariannę za napad na straż leśną.
Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Dorota, ubrana w dresowe spodnie i koszulkę z napisem "Gdybym miała popełnić morderstwo, nie zostałbyś znaleziony". Pod napisem był mały obrazek przedstawiający kobietę z łopatą. Bartek zastanowił się, czy wszechświat ma poczucie humoru, czy może po prostu go nienawidzi.
– Bartek? – zdziwiła się. – Co ty tu... – jej wzrok padł na odznakę, którą niezręcznie trzymał w dłoni jak trofeum z mało udanej loterii. – O. Wow. Jesteś gliną. To... niespodziewane. I jakby trochę gorsze niż przyznanie się, że mieszkasz z matką.
– Aspirant Bartłomiej Borowicz – powiedział oficjalnie, czując się, jakby przedstawiał się na pogrzebie własnej romantycznej przyszłości.
– Brzmi poważnie – skomentowała. – Czy mogę wejść? Muszę zadać ci kilka pytań.
Dorota zamrugała, po czym na jej twarzy pojawił się ten dziwny uśmiech, który Bartek już poznał i który zawsze oznaczał, że jego życie za chwilę stanie się bardziej skomplikowane.
– Czy jestem zatrzymana? – zapytała, krzyżując ręce na piersi w geście, który wyglądał jednocześnie na obronny i triumfujący.
– Co? Nie! To tylko rutynowe...
– Bo wiesz, jeśli nie jestem zatrzymana, to nie muszę wpuszczać cię do mieszkania bez nakazu – powiedziała z nutą triumfu w głosie, jakby właśnie rozwiązała krzyżówkę z "Polityki". – "Prawo i porządek", sezon 12, odcinek 8. Albo 9. W każdym razie Olivia Benson była bardzo stanowcza w tej kwestii.
Bartek westchnął, zastanawiając się, czy na Akademii Policyjnej uczyli go, jak radzić sobie z podejrzanymi, którzy mają lepszą znajomość procedur niż połowa komisariatu.
– Dorota, proszę. To nie jest...
– Chyba że mam prawo do jednego telefonu? Mogę zadzwonić do prawnika? – kontynuowała z zapałem człowieka, który właśnie odkrył, że jego wiedza teoretyczna ma praktyczne zastosowanie. – "Suits", sezon 3. Harvey Specter zawsze powtarzał, że bez prawnika nie ma sprawy.
– Nie jesteś... Czy możemy po prostu porozmawiać? – Bartek poczuł, że traci grunt pod nogami szybciej niż turysta na szybkim piasku.
– A czy to pytanie retoryczne, czy też częścią przesłuchania? – zapytała z udawaną powagą. – Bo jeśli to drugie, to chcę, żeby zostało odnotowane, że pytasz mnie o możliwość rozmowy podczas rozmowy, co jest logicznie problematyczne.
Bartek spojrzał na nią z mieszaniną podziwu i rozpaczy.
– Oglądasz za dużo seriali kryminalnych.
– Nie ma czegoś takiego jak "za dużo seriali kryminalnych" – odpowiedziała z powagą osoby wyjaśniającej podstawowe prawa fizyki. – Są tylko ludzie z niewystarczającą wiedzą o tym, jak prowadzić śledztwo.
Dorota roześmiała się i otworzyła szerzej drzwi.
– Wejdź, detektywie. Chociaż to dość rozczarowujące, że nie masz prochowca i kapelusza. Każdy szanujący się detektyw ma prochowiec. Albo przynajmniej problemy z alkoholem i tajemniczą przeszłość. Masz chociaż jedną z tych rzeczy?
– Mam problemy z kredytem na mieszkanie – zaproponował Bartek. – To wystarczająco tajemnicze?
Mieszkanie Doroty było dokładnie takie, jak sobie wyobrażał – pełne książek, z wygodną kanapą i obrazami na ścianach. Na stoliku stały trzy kubki z herbatą i talerz ciasteczek.
– Spodziewałaś się kogoś? – zapytał, wskazując na dodatkowy kubek.
– Tak, seryjnego mordercy. Spóźnia się – odpowiedziała z kamienną twarzą, po czym uśmiechnęła się. – Żartuję. Po prostu zawsze robię trzy kubki. Jeden dla mnie, jeden dla gościa, jeden dla ducha mojej babci. To rodzinna tradycja.
– Twoja babcia nie żyje? – zapytał Bartek ostrożnie.
– Żyje i ma się świetnie – zapewniła go Dorota. – Ale ma 89 lat i twierdzi, że już teraz trzeba ją traktować jak ducha, żeby była przygotowana. Bardzo praktyczne podejście do starzenia się.
Bartek usiadł na kanapie, czując się coraz bardziej niezręcznie. Z jednej strony prowadził przesłuchanie w sprawie napadu z bronią. Z drugiej rozmawiał z kobietą, która była zabawniejsza od połowy jego znajomych razem wziętych.
– Więc... – zaczął.
– Więc przyszedłeś mnie przesłuchać – dokończyła Dorota, siadając naprzeciwko i sięgając po ciasteczko. – W sprawie...?
– Wczoraj wieczorem ktoś postrzelił mężczyznę z łuku – powiedział Bartek, obserwując jej reakcję. – W parku Jordana.
Dorota uniosła brwi i przestała żuć.
– I podejrzewasz mnie, bo...?
– Wczoraj powiedziałaś, że idziesz kupić łuk. A mieszkasz blisko sklepu "Celny Strzał".
Zapadła cisza. Dorota patrzyła na niego przez chwilę, jakby próbowała rozgryźć szczególnie trudną zagadkę, po czym wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że gdzieś w mieszkaniu obok ktoś tupnął w ścianę.
– Och, Bartek. Naprawdę myślisz, że kupiłam łuk i postrzeliłam jakiegoś przypadkowego faceta w parku? – wytarła łzy z oczu. – Co niby robiłam? Ćwiczyłam na gazetach przyklejonych do drzew?
– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział szybko, choć w jego głosie brakowało przekonania. – Ale muszę sprawdzić wszystkie tropy.
– A co z motywem? – zapytała Dorota, przechylając głowę jak pies, który usłyszał dziwny dźwięk. – Komisarz z Alexa zawsze mówi, że bez motywu nie ma zbrodni. No, chyba że to zbrodnia w afekcie, ale wtedy zazwyczaj jest jakiś oczywisty związek między ofiarą a sprawcą. Pamiętam odcinek 23, gdzie dziewczyna zabiła swojego chłopaka, bo powiedział, że jej sałatka grecka jest "okej". Okej! Sałatka grecka! To było wystarczające, żeby...
– Dorota – przerwał jej Bartek, czując, że za chwilę dostanie wykład z kryminalistyki oparty na serialach telewizyjnych. – Czy kupiłaś wczoraj łuk?
– Nie – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy z powagą osoby składającej świadectwo przed sądem. – To był żart. Moja siostra dała mi darmowy karnet na siłownię, bo sama nie mogła iść. Powiedziałam, że ją za to zamorduję. Stąd żart o łuku. To była metafora. Literacka. Prawdopodobnie nie bardzo dobra, ale jednak.
– Więc nie masz łuku?
– Jedyny łuk, jaki mam, to ten do włosów – wskazała na swoją głowę, gdzie faktycznie tkwiła różowa gumka, która raczej przegrywała walkę z jej włosami. – I sądząc po obecnym stanie mojej fryzury, nawet z tym nie radzę sobie najlepiej.
Bartek odetchnął z ulgą tak wyraźnie, że aż się za to zawstydził.
– Naprawdę myślałeś, że to ja? Że byłabym tak nieudolna, żeby zostawić ofiarę żywą?
– Nie... tak... nie wiem – przyznał. – To dość dziwny zbieg okoliczności. A poza tym... – zawahał się.
– Poza tym co?
– Wczoraj, gdy rozmawialiśmy o tej siłowni i trenerze, miałaś taki wyraz twarzy... jakbyś planowała morderstwo.
Dorota roześmiała się.
– Bartek, ja mam taki wyraz twarzy, gdy myślę o poniedziałkowej porannej odprawie w pracy. Albo o tym, że skończyła mi się kawa. Albo o polskiej polityce. To nie znaczy, że zamierzam strzelać do ludzi z łuku.
– A kto jest ofiarą? – zapytała, sięgając po drugi kubek herbaty.
– Mężczyzna o nazwisku Marcin Powiatowski. Prowadzi podcast o...
– "Świadomości męskiej energii w czasach kryzysu klimatycznego i duchowego"? – dokończyła Dorota, prawie wypluwając herbatę na stolik.
Bartek spojrzał na nią jak na człowieka, który właśnie przepowiedział przyszłość.
– Skąd wiesz?
– Bo go znam – odpowiedziała, ocierając usta serwetką. – To ten sam Marcin, który próbował namówić mnie na medytację nad kubkiem herbaty z imbirem i wytłumaczyć, że męska energia jest zagrożona przez agresywne mycie naczyń.
Bartek poczuł, jak jego policyjny instynkt budzi się do życia i zaczyna maszerować po jego umyśle w ciężkich butach.
– Więc jednak znasz ofiarę? I masz z nią konflikt?
– "Konflikt" to za duże słowo – Dorota machnęła ręką, jakby odganiała nieprzyjemne wspomnienie. – Poszłam kiedyś na jedno spotkanie z nim. Opowiedział mi przez dwie godziny o tym, jak mycie talerzy niszczy męską duszę.
– To dość mocny motyw – zauważył Bartek, starając się zachować powagę, chociaż miał ochotę się roześmiać
– Ale muszę cię zapytać: gdzie byłaś wczoraj wieczorem między 19:00 a 21:00?
– Po naszej kawie wróciłam do domu około 18:30 i oglądałam "Sherlocka" – odpowiedziała bez wahania. – Sezon pierwszy, odcinki 2 i 3. Potem robiłam sobie kolację i czytałam książkę. Nikt tego nie potwierdzi, bo byłam sama, więc to kiepskie alibi, wiem. W serialach zawsze ktoś ma idealne alibi albo żadnego.
– Jaki to był odcinek "Sherlocka"? – zapytał Bartek, nie wiedząc dlaczego.
– "Ślepa bankierka" i "Wielka gra" – odpowiedziała natychmiast. – W pierwszym Holmes rozwiązuje sprawę serii samobójstw, które okazują się być morderstwami, a w drugim poznaje Moriarty'ego. Chcesz żebym opowiedziała fabułę?
Bartek mimo woli się uśmiechnął. Albo była niewinnie i mówiła prawdę, albo była socjopatką, która przygotowała się do przesłuchania, oglądając odpowiednie odcinki jako alibi.
– Oglądasz dużo seriali kryminalnych, prawda?
– Czy to pytanie jest częścią oficjalnego przesłuchania? – zapytała, unosząc brew w geście, który sugerował, że zna odpowiedź na każde pytanie, zanim zostanie zadane. – Bo jeśli tak, to chcę, żeby to zostało zapisane w protokole: tak, oglądam seriale kryminalne. Wszystkie. Polskie, zagraniczne, skandynawskie, brytyjskie, amerykańskie, i te dziwne z Korei Południowej, gdzie wszyscy wyglądają na smutnych, nawet kiedy rozwiązują sprawy. I na ich podstawie mogę ci powiedzieć, że twoje techniki przesłuchania są słabe. Ojciec Mateusz zadałby bardziej podchwytliwe pytania. A komisarz i Alex już by wiedzieli, kto jest winny.
– Ojciec Mateusz nie jest prawdziwym policjantem – zauważył Bartek.
– I to jest właśnie jego przewaga – odpowiedziała Dorota z poważną miną. – Nie musi przestrzegać procedur. Może po prostu przyjść, zadać kilka pozornie niewinnych pytań o parafię, a przestępca sam się przyzna z poczucia winy. To bardzo efektywna metoda.
W tym momencie telefon Bartka zadzwonił głośno, grając melodię z "Misia Uszatka". Dorota uniosła brwi.
– Dzwonek do telefonu też jest częścią twojego wizerunku detektywa?
– To było ustawienie fabryczne – wybąkał Bartek, odbierając szybko. – Aspirant Borowicz... Tak... Rozumiem... Naprawdę?
Rozłączył się i spojrzał na Dorotę, która siedziała z kubkiem herbaty w dłoniach i wyrazem ciekawości na twarzy.
– Wygląda na to, że sprawa się wyjaśniła – powiedział. – Marcina postrzeliła jego była żona, Ewelina. Zgłosiła się na komisariat pół godziny temu. Jutro ją oficjalnie przesłuchamy.
– łuk nie był najlepszym wyborem broni – skomentowała Dorota z powagą eksperta. – Pistoletem byłoby łatwiej trafić. Mniej spektakularnie, ale bardziej praktycznie.
– Ewelina zapisała się na kurs łucznictwa – wyjaśnił Bartek. – W domu kultury na Pradze. I jest przewodniczącą koła "Tradycyjne Rzemiosła".
– Och, to ma sens – pokiwała głową Dorota, jakby właśnie rozwiązała równanie różniczkowe. – Gdybym miała wybierać broń do popełnienia przestępstwa, wybrałabym coś, w czym się specjalizuję. To logiczne. Ja prawdopodobnie udusiłabym kogoś sznurkiem do pakowania prezentów – jestem w tym mistrzem.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Dorota poszła otworzyć i po chwili do pokoju weszła starsza kobieta z talerzem ciasta.
– Dzień dobry, Dorotko! Upiekłam sernik i... och, nie wiedziałam, że masz gościa – powiedziała, spoglądając z zaciekawieniem na Bartka.
– Pani Jolu, to jest Bartek, mój... znajomy – przedstawiła go Dorota. – Bartek, to pani Jola, moja sąsiadka.
– Policjant – dodał Bartek, czując się w obowiązku wyjaśnić swoją obecność.
– Policjant! – ucieszyła się pani Jola. – Jak w tych wszystkich serialach, które oglądamy z Dorotką! Przyszedł pan ją aresztować?
– Przyszedł mnie przesłuchać, ale już skończył – wyjaśniła Dorota. – I nie, nie jestem przestępczynią. Jeszcze.
– Dorotka ma poczucie humoru – pani Jola mrugnęła do Bartka. – Właściwie to przyszłam, bo zepsuł mi się telewizor. A dziś wieczorem jest nowy odcinek "Colombo" w kinie retro. Myślałam, że mogłybyśmy obejrzeć u ciebie?
– Oczywiście – zgodziła się Dorota, po czym spojrzała na Bartka. – Chyba że pan aspirant musi wracać na posterunek?
Bartek zawahał się. Powinien wrócić i złożyć raport. Z drugiej strony...
– Właściwie to jestem fanem Colombo – przyznał.
– No to załatwione! – ucieszyła się pani Jola, stawiając sernik na stole. – Przygotuję herbatę.
***
Trzy godziny później, po obejrzeniu odcinka "Colombo" i zjedzeniu połowy sernika pani Joli, Bartek i Dorota siedzieli na kanapie, podczas gdy pani Jola drzemała w fotelu.
– Więc... – zaczął Bartek – czy to, że okazałem się policjantem, bardzo komplikuje sprawę?
– Jaką sprawę? – zapytała Dorota, udając niewinność.
– No wiesz... – Bartek gestykulował niezręcznie między nimi. – Tę sprawę.
– Ach, tę sprawę – pokiwała głową. – Cóż, to zależy. Czy zamierzasz mnie przesłuchiwać przy każdej okazji?
– Tylko jeśli będą kolejne napady z łuku w okolicy – obiecał.
– W takim razie sądzę, że możemy kontynuować nasze... dochodzenie – uśmiechnęła się Dorota. – Chociaż muszę przyznać, że byłeś mało przekonujący jako bezwzględny detektyw. Nawet nie próbowałeś zagrać złego policjanta.
Bartek roześmiał się, po czym spoważniał.
– To było najgorsze przesłuchanie w historii – przyznał Bartek.
– Zgadzam się. Nawet sierżant Szyc z "07 zgłoś się" zrobiłby to lepiej. A on zawsze był tym mniej kompetentnym w duecie.
Bartek popatrzył na nią z uśmiechem.
– Wiesz co? Chyba powinienem częściej cię przesłuchiwać.
– Tylko pamiętaj o nakazie – ostrzegła go żartobliwie. – I o prochowcu. Serio, kup sobie prochowiec.
##Część druga: Łuk, naleśniki i drugie szanse
Komisariat posterunku policji o poranku, pachniał kawą i naręczem tulipanów, które ktoś zostawił na biurku sierżant Marii Kościuszko ,znanej wszystkim jako "Mamuśka". Maria pracowała w policji ponad trzydzieści lat i była jedyną osobą, która mogła powiedzieć komisarzowi Wróblewskiemu, że jego krawat wygląda "jak wymiociny kota na żaluzji" i nie tylko ujść z życiem, ale jeszcze usłyszeć "dziękuję za troskę".
Bartek wszedł do pokoju przesłuchań z kubkiem kawy, którą specjalnie kupił w kawiarni naprzeciwko, bo wiedział, że "Mamuśka" gardzi policyjnym "wywarem z podeszwy buta".
– Dzień dobry, pani sierżant – powiedział, stawiając kawę na stole. – Jak się dzisiaj czujemy?
– Jak pączek w maśle, Boróweczko – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od akt. "Boróweczka" było jej pieszczotliwym określeniem Bartka, odkąd na pierwszym wspólnym patrolu zalał się rumieńcem podczas przesłuchania młodej prostytutki. – Wiesz już, kto to zostawił? – wskazała na tulipany.
– Podobno nowy prokurator – odpowiedział Bartek. – Ten, co to zawalił tę sprawę z włamaniem na Wilczej.
– Ach, ten idiota – pokiwała głową z zadowoleniem. – Widać, że się uczy. Różowe tulipany to moje ulubione.
– Pani sierżant, chciałem zapytać... ta sprawa z łukiem...
– Ach, nasza łuczniczka! – Maria zamknęła teczkę i uśmiechnęła się. – Zaraz przychodzi na przesłuchanie. Przejmuję to, Boróweczko. Mam wrażenie, że z tą panią trzeba... po matczynemu.
– Oczywiście – zgodził się Bartek. – Ale mogę zostać? Ta sprawa...
– Jest twoja, wiem – dokończyła Maria. – Możesz zostać, ale ani słowa. Jak się będziesz odzywać nie w porę, to cię wyrzucę za uszy.
Przesłuchanie Eweliny Powiatowskiej miało rozpocząć się za dziesięć minut. Bartek usiadł w kącie, starając się być jak najmniej widoczny, gdy do pokoju weszła kobieta koło czterdziestki, ubrana w elegancki płaszcz i z fryzurą, która wyglądała, jakby właśnie wyszła od fryzjera.
– Dzień dobry – powiedziała, nerwowo zaciskając dłonie na torebce. – Jestem Ewelina Powiatowska. Przyszłam złożyć zeznania w sprawie... incydentu z łukiem.
Maria wstała i podeszła do kobiety z uśmiechem.
– Kochana, jak miło cię poznać! Jestem sierżant Kościuszko. Kawy? Herbaty? Mam też ciasteczka od mojej córki – są trochę przypalone, ale jadalny środek można wyłuskać.
Ewelina zamrugała, wyraźnie zaskoczona ciepłym przyjęciem.
– Poproszę herbatę, dziękuję.
– Siadaj, siadaj – Maria wskazała na krzesło. – Wygodne nie jest, ale lepsze niż te plastikowe potworności w poczekalni. Mój kolega Bartek będzie notował, ale nie zwracaj na niego uwagi. Jest jak mebel, tylko mniej użyteczny.
Bartek przewrócił oczami, ale posłusznie wyjął notes.
– Więc – zaczęła Maria, gdy Ewelina dostała już herbatę i ciasteczko – opowiedz mi, jak to się stało, że postrzeliłaś swojego byłego męża z łuku. Od początku, nie spiesz się.
Ewelina odetchnęła głęboko.
– To był czysty przypadek, naprawdę. Marcin i ja... rozstaliśmy się dwa lata temu. W zgodzie, bez awantur. Po prostu... rozeszliśmy się.
– Dlaczego? – zapytała delikatnie Maria. – Jeśli mogę spytać.
– Marcin ciągle... szukał siebie – Ewelina wzruszyła ramionami. – Swojej męskiej wrażliwości, jak to nazywał. Najpierw był coaching, potem medytacja, potem diety oczyszczające... Ciągle się zmieniał, a ja... ja po prostu chciałam coś od życia, a nie tylko wspierać go w kolejnych poszukiwaniach. Ostatnią kroplą było, gdy ogolił głowę i stwierdził, że będzie spał na podłodze, bo materac "blokuje jego energię kosmiczną".
Maria pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Rozumiem, kochana. Mój trzeci mąż też miał taki okres. Kupił sobie ponczo i jadł tylko quinoę. Trwało to miesiąc, aż musiał pójść do szpitala z niedoborem żelaza.
– Właśnie! – ożywiła się Ewelina. – Dokładnie o to chodzi. Wiesz, ile razy musiałam budzić Marcina, bo zasnął na podłodze i miał całą nogę zdrętwiałą?
Bartek, siedzący w kącie, próbował nie okazać, jak bardzo go to wszystko bawi.
– No i co było dalej? – dopytała Maria.
– Po rozwodzie próbowałam żyć dalej – kontynuowała Ewelina, biorąc łyk herbaty. – Założyłam konto na portalu randkowym, ale... cóż, nie polecam. Jeden facet przyszedł na randkę z matką. Drugi cały czas mówił o swojej poprzedniej dziewczynie. Trzeci... był wegetarianinem. Nie, żebym miała coś przeciwko, ale on miał! Ciągle o tym mówił!
– Mężczyźni – westchnęła Maria. – Czasami myślę, że powinni sprzedawać ich z instrukcją obsługi.
– Właśnie! – Ewelina się roześmiała. – Więc zlikwidowałam konto i spróbowałam jogi.
– I jak?
– Tragedia – skrzywiła się Ewelina. – Te wszystkie rozciągania i dziwne pozycje... Po pierwszych zajęciach ledwo mogłam wstać z łóżka. A instruktorka wciąż mówiła, że powinnam "znaleźć swój wewnętrzny spokój". Jaki spokój? Czułam się, jakby ktoś mnie przejechał walcem!
Maria zachichotała, a nawet Bartek musiał ukryć uśmiech za notatnikiem.
– I wtedy zapisałaś się na łucznictwo? – zapytała Maria.
– Tak. Koleżanka z pracy, Basia, powiedziała, że chodzi na kurs łucznictwa w domu kultury i że to świetna zabawa. Pomyślałam: czemu nie? Przecież Robin Hood wyglądał na zadowolonego z życia.
– I jak ci poszło?
– Zadziwiająco dobrze! – Ewelina się rozpromieniła. – Okazało się, że mam do tego talent. Instruktor powiedział, że mam "oko sokoła". Pierwszy raz w życiu czułam, że w czymś jestem naprawdę dobra. Nawet kupiłam własny łuk.
– I co się stało w dniu... incydentu? – zapytała Maria, przechylając głowę.
Ewelina westchnęła.
– To był piątek. Wróciłam z pracy i postanowiłam zrobić sobie naleśniki. Taką małą przyjemność na koniec tygodnia. Robiłam je, słuchając podcastu o... cóż, o byciu singielką po czterdziestce – zarumieniła się lekko. – I tak sobie smażyłam, kiedy kurier przyniósł mój nowy łuk. Byłam tak podekscytowana, że zostawiłam naleśniki na patelni i pobiegłam otworzyć paczkę.
– Oczywiście – pokiwała głową Maria. – Kto by się nie ekscytował nowym łukiem?
– Prawda? – ucieszyła się Ewelina. – Więc rozpakowałam go i chciałam tylko sprawdzić, jak się napina cięciwę. Włożyłam strzałę, tak jak uczyli nas na kursie, naciągnęłam i...
– I? – Maria pochyliła się do przodu.
– I wtedy przypomniałam sobie o naleśnikach! – Ewelina załamała ręce. – Pobiegłam do kuchni, ale ręce miałam śliskie od masła, którego używałam do smażenia. Strzała... po prostu... wystrzeliła!
– Przez okno? – domyśliła się Maria.
– Tak! Było otwarte, bo był ciepły wieczór. Strzała poleciała i... usłyszałam krzyk. Wybiegłam na balkon i zobaczyłam Marcina, leżącego na trawniku pod moim blokiem!
– Co robił twój były mąż pod twoim blokiem? – zapytała Maria, unosząc brew.
– Mieszka dwa bloki dalej – wyjaśniła Ewelina. – Widocznie przechodził. Medytacyjny spacer czy coś...
Bartek zastanowił się, czy to możliwe, że był to naprawdę przypadek, czy może jednak... Ale Ewelina wyglądała na tak szczerze przejętą, że trudno było w to nie uwierzyć.
– Oczywiście natychmiast zbiegłam na dół – kontynuowała Ewelina. – Był przytomny, ale strasznie blady. Strzała trafiła go w udo. Jakiś mężczyzna zadzwonił już po karetkę i czekałam z nim, przytrzymując ranę Marcina, tak jak pokazywali w tym serialu medycznym... "Dr House"? Czy jakoś tak.
– Bardzo rozsądnie – pochwaliła ją Maria. – I co było dalej?
– Pojechałam z nim do szpitala. Czułam się okropnie! – Ewelina wyglądała na autentycznie zrozpaczoną. – Ale wiesz co? Marcin był... inny.
– Inny?
– Tak! Gdy już doszedł do siebie po środkach przeciwbólowych, powiedział, że to było... "karmiczne doświadczenie". Że to znak, że powinien zwolnić i zastanowić się nad swoim życiem – Ewelina pokręciła głową z niedowierzaniem. – I po raz pierwszy od lat rozmawialiśmy... normalnie. Bez tych wszystkich dziwnych zwrotów o energii i świadomości. Po prostu rozmawialiśmy.
Bartek zauważył, że twarz Eweliny rozjaśniła się, gdy mówiła o Marcinie.
– Odwiedziłam go wczoraj w szpitalu – dodała. – Przyniosłam mu naleśniki. Troszkę spalone, ale zjadł je wszystkie. Powiedział, że były najlepsze, jakie kiedykolwiek jadł.
– I jak się teraz czuje? – zapytała Maria.
– Lepiej. Lekarze mówią, że za tydzień będzie mógł wyjść. Strzała nie uszkodziła żadnych ważnych naczyń. I... – zawahała się. – Powiedział, że nie będzie wnosił oskarżenia. Stwierdził, że to wszystko jest częścią większego planu wszechświata.
– Cóż, być może ma rację – uśmiechnęła się Maria. – A ty, Ewelino? Co o tym myślisz?
Ewelina zamyśliła się.
– Myślę, że mój były mąż nie jest taki zły – przyznała. – I że... być może powinniśmy zacząć od nowa. Nie jako małżeństwo, ale... może jako przyjaciele? Na początek.
Maria poklepała ją po dłoni.
– To brzmi rozsądnie, kochana. A co z łucznictwem?
– Chyba je zostawię – zaśmiała się Ewelina. – Ale Basia mówiła, że w domu kultury zaczyna się kurs garncarstwa. Może to będzie bezpieczniejsze? Najwyżej obiję kogoś wazonem.
Rada Doroty nr 8:
Jeśli kiedykolwiek będziesz przesłuchiwany przez policjanta, który jednocześnie zaprosił cię wcześniej na kawę, pamiętaj, że możesz wykorzystać swoją wiedzę z seriali kryminalnych. Ale na wszelki wypadek nie kupuj łuku, nawet w żartach. A jeśli kiedyś będziesz robić naleśniki i dostaniesz paczkę z łukiem – zamknij okno. To może uratować czyjeś udo i, paradoksalnie, rozpocząć nowy rozdział.
Komentarze (1)
Nie spodziewałam się, że Bartek będzie policjantem. To nie zarzut, dla jasności, po prostu odnotowuję zaskoczenie :)
Podoba mi się, jak wszystko (wydarzenia, postaci) łączy się tu w jedno uniwersum.
Pozdrawiam :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania