Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny 10

# Dorota i Wieża Babel, czyli jak przeżyć rodzinny obiad w trzech językach

 

Bartek spojrzał na mapę z tym wyrazem twarzy, który policjanci rezerwują dla szczególnie skomplikowanych spraw.

 

– Przypomnij mi, dlaczego jedziemy do twojej babci na Śląsk? – zapytał, próbując zlokalizować Zabrze.

 

– Bo to rodzina – odpowiedziała Dorota, pakując do torby słownik śląsko-polski znaleziony w antykwariacie. – Poza tym będzie tam mój kuzyn z Kaszub. Poznasz prawdziwą różnorodość językową Polski.

 

– Brzmi jak misja peacekeepingowa ONZ – mruknął Bartek.

 

– Dokładnie. I ty jesteś błękitnym hełmem.

 

***

 

Babcia otworzyła drzwi, zanim zdążyli zapukać. Z mieszkania unosił się zapach rosołu, marynowanych ogórków i naftaliny – święta trójca polskiego dzieciństwa.

 

– Jo żech je tak stara, że żech już ino duch – oznajmiła zamiast „dzień dobry", obejmując Dorotę z siłą wrestlera. – Ale jeszcze żech nie umarła, bo ktoś musi pilnować, żeby te dzieci jadły!

 

Bartek zasalutował instynktownie, jakby babcia była jego przełożonym, a potem się zmieszał.

 

– Dzień dobry pani – powiedział bardzo wyraźnie, jak do cudzoziemca.

 

– Ò, ale grzeczny chłop! – babcia poklepała go po policzku. – Tej sie nazywo Bartek, co? Dorotka mi już wszystko mówiła!

 

– Wszystko? – zapytał Bartek podejrzliwie.

 

– Absolutnie nic – szepnęła Dorota. – Babcia ma bujną wyobraźnię.

 

Z kuchni dobiegł głos przypominający mieszankę polskiego z jakimś tajnym kodem:

 

– Ò, Dorotka! Jô przëwiozł tort kaszëbsczi z ricotą ë czôrnëma jagòdama!

 

– Twój kuzyn właśnie zapowiedział nalot antyterrorystyczny czy deser? – zapytał Bartek cicho.

 

– Deser. Chyba. – Dorota nie była pewna. – Marcin, wyjdź tu, poznaj Bartka!

 

Do przedpokoju wszedł mężczyzna w średnim wieku, uśmiechnięty jak ktoś, kto właśnie wygrał na loterii.

 

– Bartek! – Marcin uścisnął mu dłoń z entuzjazmem. – Słëszôł żem ò tobie! Że robotësz w policjë!

 

– Słyszał o mnie? – Bartek spojrzał na Dorotę.

 

– Mówiłam babci, że pracujesz w policji. Reszta to prawdopodobnie efekt telefonu głuchego i wyobraźni Marcina.

 

***

 

Usiedli przy stole nakrytym ceratą w róże, która pamiętała czasy Gomułki. Babcia stawiała na stole kolejne miski: żurek z białą kiełbasą, kluski śląskie wielkości małych planet, modra kapusta i placki ziemniaczane.

 

– Jedz, jedz! – nawoływała babcia. – Chuderlowy jesteś jak patyk!

 

– Ja nie jestem chudy – zaprotestował Bartek.

 

– Każdy chłop jest chudy, jak się go porówno z moim pierwszym mężem – wyjaśniła babcia. – Ten to był jak szafa, ale i głupi jak but. Dej mi ta łyżka – dodała, wskazując na sztućce.

 

– Òstôgnie? To jeszce më zjéjem – dorzucił Marcin, nakładając sobie drugą porcję placków.

 

Bartek patrzył na Dorotę jak na tłumacza Google w wersji biologicznej.

 

– Tłumaczenie, proszę – poprosił słabo.

 

– Babcia prosiła o łyżkę, Marcin mówi, że jeszcze trochę zje – wyjaśniła Dorota. – To podstawy.

 

– Podstawy czego? Kryptografii?

 

– Komunikacji międzyludzkie w Polsce. Witaj w rzeczywistości.

 

***

 

Prawdziwe kłopoty zaczęły się, gdy babcia postanowiła wypytać Bartka o pracę.

 

– A kaj robisz dokładnie, chłopcze?

 

– Jestem policjantem – odpowiedział z dumą.

 

Babcia zmarszczyła brwi:

 

– A to taki, co ludzi ściga za szybko jażdżenie?

 

– Między innymi...

 

– Jo też ściganů była! – oznajmiła wesoło. – Jak żech młodo była, to żech uciekała przed chłopami! Ha, ha, ha!

 

Dorota zobaczyła, jak Bartek próbuje przetworzyć tę informację w kontekście swojego doświadczenia zawodowego.

 

– Babcia miała bardzo aktywną młodość – wyjaśniła szybko.

 

– Na Kaszëbach më môme przësłowé – wtrącił Marcin, widząc zakłopotanie Bartka. – „Bëlô kònk to ni czôrny krôk". Znaczy, że każdy robi co inszé, ale wszëstcy sóm dobri.

 

– Brzmi... filozoficznie – powiedział Bartek ostrożnie.

 

– Wszystko brzmi filozoficznie, gdy się tego nie rozumie – mruknęła Dorota, próbując identyfikować zawartość swojego talerza.

 

***

 

Podczas obiadu okazało się, że jedzenie może być źródłem międzyregionalnych konfliktów.

 

– Te placki to tajny przepis – wyjaśniła babcia z dumą. – Mama moja robiła, jej mama téż robiała. Ale żodne z wos nie wiedzom, jak dokładnie.

 

– A na Kaszubach më robimë kartôflé placë z cebùlką ë kminkem – dodał Marcin niewinnie.

 

Zapadła cisza. Babcia odłożyła łyżkę.

 

– Kminek? – powtórzyła z niedowierzaniem. – W placki?

 

– Jô, kminek je dobri...

 

– W placki? – Babcia podniosła głos. – To jakosi perwersyjo!

 

Dorota poczuła się jak dyplomata podczas kryzysu kubańskiego.

 

– Może każdy region ma swoje tradycje... – próbowała mediować.

 

– Nie ma tradycji na psowanie dobrych placków! – oburzyła się babcia.

 

– Na Kaszubach më tôk robimë òd wieka! – bronił się Marcin.

 

Bartek obserwował wymianę jak komentator sportowy.

 

– To jak z mandatami – szepnął do Doroty. – Każdy myśli, że jego sposób jest jedyny słuszny.

 

– Cicho bądź, bo za chwilę będą rzucać kluskami.

 

***

 

Sytuację uratował telewizor. Z tła dobiegł komentarz sportowy – Polska właśnie strzeliła gola w powtórce meczu.

 

– Oj! – krzyknęła babcia, klaszcząc w dłonie. – Nasze chłopy wygrywajom!

 

– Ò, to je dobri dzéń! – zawołał Marcin, podnosząc kubek z kompotem.

 

– Gol! – ucieszył się Bartek. – Wreszcie coś, co rozumiem!

 

I nagle wszyscy krzyczeli, śmiali się i komentowali w trzech językach jednocześnie. Nieważne, czy nazywasz to „gol", „bramka" czy „trôfunk" – radość brzmi tak samo.

 

– Widzisz? – powiedziała Dorota do Bartka. – Futbol to uniwersalny język.

 

– Jedyny, który rozumiem w tym domu – przyznał z ulgą.

 

***

 

Gdy babcia pakowała im jedzenie na drogę (tradycja obowiązująca we wszystkich regionach Polski), Marcin wyciągnął z torby butelkę.

 

– To kaszëbskô nalewka – powiedział uroczyście. – Na rozstanie.

 

Bartek spróbował i zakaszlał gwałtownie.

 

– Mocna – wydusił łzawiącymi oczami.

 

– Na Kaszëbach në môme: „Dobro nalewka to jak dobro żona – môłko pije, ale grze serce" – wyjaśnił Marcin z uśmiechem.

 

– A jo mówie: „Dobra nalewka to jak dobry mąż – dużo nie godo, ale robi swoje" – dodała babcia, puszczając oko.

 

Dorota patrzyła na tę scenę z czułością. Różne języki, ale to samo przesłanie – dbanie o bliskich, dzielenie się tym, co najlepsze, żegnanie z serdecznością.

 

– Babciu, pójdziemy już – powiedziała, przytulając starszą panią.

 

– Idźcie, idźcie. Ale żeby te chłop często przyjeżdżał! – babcia poklepała Bartka po ramieniu. – Dobry z niego chłop, Dorotka. Nie puszczaj!

 

– Ja... dziękuję – powiedział Bartek, wyraźnie wzruszony.

 

– Zawsze na was czeka – dodał Marcin. – Rodzina to najwôżniészô.

 

***

 

W samochodzie Bartek był niezwykle zamyślony przez pierwsze kilometry.

 

– Wiesz, co mnie zaskoczyło? – zapytał w końcu.

 

– Że przeżyłeś?

 

– Że mimo różnych słów wszyscy mówili o tym samym. Twoja babcia martwi się o ciebie dokładnie tak samo jak moja, tylko używa innych słów.

 

Dorota spojrzała na niego z uznaniem.

 

– Czasem jesteś zaskakująco mądry jak na policjanta.

 

– Dzięki. Myślę.

 

– A wiesz, co ja zrozumiałam?

 

– Że twój kuzyn robi narkotycznie mocną nalewkę?

 

– Że rodzina to nie tylko ludzie, którzy cię rozumieją – to ludzie, którzy chcą cię zrozumieć. Nawet jeśli używają do tego trzech różnych języków i przepisy na placki z kminkiem.

 

Bartek uśmiechnął się.

 

– Głębokie. Ale nadal nie wiem, co jadłem na obiad.

 

– Ja też nie. Ale było dobre.

 

– Wszystko było dobre. Nawet ta nalewka, która prawdopodobnie rozpuściła mi wątrobę.

 

Dorota roześmiała się, patrząc przez okno na mijający krajobraz. Za nią zostały dwa jęyki, które kochają ją na swój sposób, a obok siedział mężczyzna, który zaczynał je rozumieć.

 

To był dobry dzień.

 

### Rada Doroty nr 10:

Jeśli twoja rodzina mówi w trzech różnych dialektach, zawsze zabieraj tłumacza albo dużo alkoholu. Ale pamiętaj: miłość brzmi tak samo we wszystkich językach, nawet jeśli czasem trzeba ją przetłumaczyć. A jeśli nic nie rozumiesz, zawsze pozostaje futbol.

 

## Rozmowa telefoniczna

 

***

 

Następnego dnia o siódmej rano babcia Doroty zadzwoniła do Marcina. Bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, a lenie w łóżku leżą.

 

– Halo, Marcin? Jo, to jo, twoja ciocia.

 

– Ò, witôm cëcë – odezwał się śpiący głos. – Czemu tak wczasno dzwonisz...

 

– Wczasno? – oburzyła się babcia. – Już siódma! Jo już rosół grzeje i pranie powiesiłam. A ty pewnie jeszcze śpisz jak leniwiec.

 

– Nié, nié, jô just myślôł ò wczorajszi wizycie – ziewnął Marcin.

 

– Jo też! – Babcia od razu ożywiła się. – Posłuchej, co ci powiem o tym Bartku...

 

– Lubisz go, cëcë?

 

– Lubię, lubię! Dobry chłop z niego. Widziałeś, jak się uśmiecha do Dorotki? I jak ją pilnuje, żeby jadła? To jest mąż!

 

Marcin roześmiał się w słuchawce.

 

– Racja. Baro grzeczny. Chòcëj może ò mało przestraszony nôszim jãzëkã.

 

– Przestraszony? – prychnęła babcia. – Jo bym się bała, jakby się nie bał! Znaczy, że ma rozum. Mój pierwszy mąż też się bał mojej mamy, a był dobry dwadzieścia lat.

 

– Co sądzisz ò nim, cëcë?

 

Babcia zastanowiła się przez moment.

 

– Widzisz, on nie rozumie, co mówimy, ale patrzy, jak reagujemy. To mądre. I jak się ucieszył, gdy nasze chłopy gola strzelili! To dobry znak.

 

– Jô téż to zauważył. Ë jak zjôdł wszëstko co dała, chòcëj może nie wiedzôł co to je.

 

– Właśnie! – zawołała babcia z triumfem. – Nie kręcił nosem jak te miejskie dzieciaki. A ta moja nalewka? Łzy mu z oczu lecały, ale wypił do końca!

 

– Może za mòcnô bëła...

 

– Za mocno? Pff! Moja babcia robiła dwukrotnie mocniejszą! Ale dla miejskiego chłopa może było ciężko. Ważne, że się nie poddał.

 

Marcin usiadł na łóżku, w pełni już rozbudzony.

 

– Dorotka wëzdrzała baro szczãslëwô, cëcë.

 

– Bo w końcu ma dobrego chłopa! – Babcia nie kryła zadowolenia. – Jo od razu poznałam. Jak on na nią patrzy... Jak mój pierwszy mąż na mnie patrzył.

 

– Ë co teraz? Myślisz, że òni...

 

– Myślę, że muszą się pospieszyć! – przerwała mu babcia. – Jo już długo nie pożyję, a chcę zobaczyć wnuki!

 

– Cëcë bãdze żëc jesz długo!

 

– Żeby Bóg dał! Ale na wszelki wypadek już myślę o weselu. Śląskie wesele to musi mieć bigos, pierogi, orkiestrę...

 

– Ë może jeden kaszëbsczi taniec? – zapytał Marcin z nadzieją.

 

Babcia zamyślała się na moment.

 

– Dobra, jeden kaszubski taniec mogę pozwolić. Rodzina to rodzina, nawet jak mówi dziwnie.

 

– Më téż tak myślimë ò wôs, cëcë – zaśmiał się Marcin.

 

– Ha! – Babcia również się roześmiała. – Ale główne, żeby te dzieci były szczęśliwe. A jo myślę, że będom.

 

– Jô téż tak myślã. Pasëją do siebie.

 

– Pasują! No to pa, Marcin. Idę robić śniadanie. A ty idź do roboty, zamiast gadać ze starymi babami!

 

– Pa, cëcë. Dzãkówã za wczoraj.

 

– Nie ma za co! To rodzina!

 

***

 

Po rozłączeniu babcia spojrzała na zdjęcie Doroty stojące na komodzie.

 

– Dobrego chłopa sobie znalazłaś, Dorotka – powiedziała do fotografii. – Nie puszczaj go, bo takich już nie robią...

 

A Marcin, nalewając sobie kawę w swojej kaszubskiej kuchni, pomyślał:

 

"Fajnie, że Dorotka je szczãslëwô. Ten Bartek to dobri człowiek. Chòcëj może na ślub kupië jim słownik polsko-śląsko-kaszubski. Bãdze potrzébny..."

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • droga_we_mgle 5 miesięcy temu
    Raduje mnie Twoja pomysłowość jeśli chodzi o tematy odcinków :D

    Dorota ma zajefajną rodzinę (faceta też) - nic dziwnego, że jest taką pozytywną i "ogarniętą" osobą. A odcinek taki ciepły, trochę inny niż zazwyczaj.

    Bliski mi z wielu powodów.

    Pozdrawiam :)

    PS: Nie chcę brzmieć jak typowy narzekacz, ale to i sporo innych utworów tutaj zasługuje na więcej komentarzy. Trochę nie rozumiem, dlaczego ostatnio jest z tym tak źle. (Sama ostatnio jestem nieobecna, ale niestety życie, a to jest jednak ostatnio zjawisko powszechne)
  • Marek Napisał 5 miesięcy temu
    Jak zawsze dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam serdecznie
  • Marek Napisał 5 miesięcy temu
    Jak zawsze, dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam serdecznie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania