Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny 12. Odcinek 1
Odcinek I: Wielkie Sprzątanie, czyli Rytuał Oczyszczenia
Wszystko zaczęło się od telefonu.
Dorota wiedziała, że to będzie ten telefon, bo mama dzwoniła w środę — a mama nigdy nie dzwoniła w środę, chyba że ktoś umarł albo zbliżały się święta. Ponieważ Wielkanoc wypadała za dziesięć dni, statystycznie bardziej prawdopodobna była ta druga opcja.
— Dorotko — powiedziała mama tonem, który nie wróżył nic dobrego. — Musimy porozmawiać.
Musimy porozmawiać. Cztery słowa, które w ustach matki brzmiały jak wyrok sądu ostatecznego. Dorota usiadła na kanapie — tej samej kanapie, na której planowała spędzić całą Wielkanoc w piżamie, z serialem i czekoladowym zajączkiem — i przygotowała się na najgorsze.
— Słucham, mamo.
— Święta w tym roku u nas. Tata już kupił szynkę. Dwanaście kilo.
— Dwanaście kilo szynki? Na cztery osoby?
— Na cztery? A ciocia Halina? A wujek Zbyszek? A Krysia z dziećmi? A sąsiadka pani Wandzia, bo jej mąż znowu w szpitalu i nie będzie sama siedziała?
Dorota szybko przeliczyła w głowie. Z czterech osób zrobiło się jedenaście, nie licząc potencjalnych dopisków, bo mama traktowała wielkanocny stół jak listę gości na wesele — zawsze można dostawić krzesło.
— Dobrze, mamo. Przyjadę w sobotę rano.
— W sobotę?! — Mama wydała z siebie dźwięk, jakby Dorota właśnie oznajmiła, że zamierza podpalić kościół. — Dorotko, w czwartek. Naj-pó-źniej. Jest tyle do zrobienia! Sprzątanie, gotowanie, koszyczek...
— Mamo, mam pracę.
— Jezus też miał pracę. I jakoś znalazł czas na Wielkanoc.
Dorota nie była pewna, czy ta analogia teologicznie się broni, ale z mamą nie dyskutowało się o dwóch rzeczach: o religii i o organizacji świąt. W obu przypadkach mama była nieomylna.
Przyjechała w piątek wieczorem, co stanowiło kompromis.
Mama — Zofia Zawadzka, lat sześćdziesiąt dwa, emerytowana nauczycielka matematyki i niekwestionowana cesarzowa polskich tradycji świątecznych — uznała to za osobistą zniewagę, ale zniewagę na tyle małą, że wystarczyło trzydzieści minut milczącego zmywania naczyń, żeby ją zrekompensować.
Dom rodzinny wyglądał jak plac budowy po bombardowaniu. Wszystkie meble były odsunięte od ścian, dywany zwisały z balkonowych barierek jak flagi kapitulacji, a tata Henryk Zawadzki, lat sześćdziesiąt pięć, emerytowany inżynier, mistrz dyplomatycznego milczenia — siedział w jedynym fotelu, który jeszcze nie został przeniesiony, i udawał, że czyta gazetę. Co jakiś czas zerkał znad okularów i uśmiechał się do Doroty z miną człowieka, który przeżył czterdzieści lat tego samego i dawno pogodził się z losem.
— Heniek! — krzyknęła mama z kuchni. — Przesuń lodówkę, muszę za nią przetrzeć!
Tata przewrócił stronę gazety — gazety, która, jak Dorota zauważyła, była z zeszłego tygodnia.
— Zaraz, Zosia. Czytam.
— Czytasz tę samą gazetę od wtorku!
.
— Bo jest ciekawy artykuł. O betonie komórkowym — odparł Henryk z niewzruszonym spokojem, choć Dorota mogłaby przysiąc, że widziała pod gazetą błękitną łunę wyświetlacza.
W istocie, Henryk Zawadzki nie czytał o betonie. Henryk prowadził partyzantkę technologiczną. Jako inżynier starej daty wiedział, że z Zofią nie wygra się argumentem, ale można spróbować wygrać danymi. Pod stertą pism branżowych, ukryty obok doniczki z paprotką, spoczywał jego najnowszy nabytek: czujnik jakości powietrza „Aura-Guardian 3000”. Urządzenie, które Henryk kupił potajemnie, by naukowo udowodnić żonie, że stężenie octu i chloru w domu przekracza normy dla schronów przeciwatomowych.
Mama wyłoniła się z kuchni z mopem w jednej ręce i butelką płynu do podłóg w drugiej. Wyglądała jak średniowieczny rycerz, który zamiast miecza i tarczy dzierży broń masowej sterylizacji.
— Dorotko, dobrze, że jesteś. Weź ścierkę i zacznij od okien.
— Mamo, może najpierw się rozpa...
— Okna, Dorota. Jezus zmartwychwstał, a tu masz brudne okna. Jak on ma przez nie zajrzeć?
Dorota chciała zauważyć, że Jezus, jako istota boska, prawdopodobnie nie potrzebuje czystych okien, żeby zajrzeć do środka, ale mama już wróciła do kuchni, zostawiając za sobą zapach octu i determinacji.
Przez następne trzy godziny Dorota myła okna — co w domu rodziców oznaczało osiem okien, każde z podwójną szybą, każde z firanką, którą trzeba było najpierw zdjąć, wyprać, wykrochmalić i potem rozwiesić tak, żeby ładnie leżały. Firanki u mamy nie mogły po prostu wisieć. Musiały leżeć, co było logicznym paradoksem, ale w domu Zosi paradoksy nie istniały — istniały tylko standardy.
Kiedy skończyła trzecie okno, zadzwonił dzwonek do drzwi.
Na progu stał pan Marian. W beżowym golfie, z torbą z napisem Less is more i wyrazem twarzy człowieka, który właśnie wracał z medytacji transcendentalnej.
— O, Dorotko! — Ucieszył się szczerze. — Wstąpiłem do rodziców oddać formę do babki. Twoja mama pożyczała.
— Marian! — Mama zmaterializowała się w przedpokoju w sposób, który łamał prawa fizyki. — Wejdź, wejdź! Herbatki?
— Nie, nie, dziękuję, ja tylko na chwilę...
Ale na chwilę u mamy nie istniało. Pan Marian został wciągnięty do salonu — tego samego salonu, w którym właśnie nie było dywanu, kanapa stała pod oknem zamiast pod ścianą, a na stole leżały cztery rodzaje past do podłóg, bo mama nie mogła się zdecydować, która daje lepszy połysk.
Pan Marian rozejrzał się po tym chaosie z wyrazem twarzy człowieka, który widzi zaprzeczenie wszystkiego, w co wierzy.
— Pani Zosiu — zaczął ostrożnie — a czy to wszystko jest... konieczne?
— Święta, Marianie. Święta!
— Tak, ale... widzi pani, ja na przykład na Wielkanoc po prostu otwieram okno, wpuszczam wiosenne powietrze i medytuję nad symboliką odrodzenia natury. Minimalizm oznacza...
— Minimalizm? — Mama wypowiedziała to słowo tak, jakby pan Marian właśnie zaproponował satanistyczną mszę. — Minimalizm to nie jest dla ludzi, co mają rodzinę na święta. Minimalizm to jest dla kawalerów, co jedzą jogurt z kubeczka.
Pan Marian otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale mama już wciskała mu w ręce ścierkę.
— Jak już tu jesteś, to przetrzyj żyrandol. Wysoki jesteś, dosięgniesz.
I tak pan Marian — apostoł minimalizmu, wyznawca pustych przestrzeni, człowiek, który posiadał dokładnie jedną miskę, jeden talerz i jeden komplet sztućców — stał na krześle w salonie Zosi i przecierał kryształowy żyrandol składający się z dwustu czternastu elementów.
Dorota zrobiła mu zdjęcie. Na pamiątkę.
— Czy wiesz — szepnął, kiedy mama wyszła po kolejną ścierkę — że w Japonii istnieje koncepcja ma, czyli piękno pustej przestrzeni?
— W Japonii — szepnęła Dorota — nie ma polskich matek.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania