Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny 12. Odcinek 2
Część II: Gotowanie, czyli Piętnasta Stacja Drogi Krzyżowej
Sobota rano. Dorota obudziła się o piątej, bo mama już grzechotała garnkami w kuchni. Nie grzechotała specjalnie — to po prostu niemożliwe, żeby wyjąć garnek z szafki, w której jest pięćdziesiąt garnków, i nie wywołać hałasu porównywalnego z lądowaniem helikoptera.
Kiedy zeszła do kuchni, zastała scenę rodem z wojennego sztabu. Na stole leżała LISTA — zapisana na trzech kartkach formatu A4, maminym starannym pismem, z numeracją, podkreśleniami i wykrzyknikami w strategicznych miejscach.
Dorota wzięła listę do ręki i zaczęła czytać.
— Żurek. Bigos. Szynka pieczona. Sałatka jarzynowa. Jajka faszerowane — trzy rodzaje?!
— Z pieczarkami, z łososiem i tradycyjne — potwierdziła mama, jakby to było oczywiste.
— Ćwikła. Chrzan. Pasztet domowy. Babka wielkanocna. Mazurek — dwa rodzaje. Sernik. Krokiety...
— Na wypadek gdyby ktoś nie jadł żurku.
— ...Sałatka z brokułami. Galareta. I... mamo, co to jest niespodzianka Krysi?
— Krysia powiedziała, że przyniesie jakąś sałatkę. Ale nie wiem jaką, więc muszę przygotować alternatywę, bo jak przyniesie coś dziwnego — a Krysia potrafi, pamiętasz tę sałatkę z ananasem? — to żeby było coś normalnego.
Piętnaście potraw. Dorota przeliczyła jeszcze raz — piętnaście. Na jedenaście osób. To wychodziło mniej więcej półtora kilograma jedzenia na osobę, nie licząc chleba, masła i wielkanocnych słodkości.
— Mamo, nadmiar produkcji żywności przyczynia się do...
— Dorota. — Mama podniosła drewnianą łyżkę jak berło. — Nie przyszłaś tu filozofować. Obieraj ziemniaki.
Dorota usiadła przy zlewie z pięciokilogramowym workiem ziemniaków i zaczęła obierać. Gdzieś w głębi duszy czuła, że to jest jej dharma — jej przeznaczenie. Nie medytacja, nie self-care, nie journaling. Obieranie ziemniaków u mamy, w sobotę przed Wielkanocą, na sałatkę jarzynową, w której ziemniaków będzie i tak za dużo, bo mama zawsze dawała za dużo ziemniaków.
Żurek był pierwszym polem bitwy.
Mama robiła żurek „jak babcia" — co oznaczało żurek bez przepisu, bez miar, bez proporcji, robiony wyłącznie na wyczucie i wspomnieniach. Problem polegał na tym, że babcia nie zostawiła przepisu, bo babcia gotowała z głowy.
— Mamo, ile zakwasu?
— Tyle, ile trzeba.
— A ile trzeba?
— Poczujesz.
— Co poczuję?
— Jak będzie za mało, to będzie za mało. Jak będzie za dużo, to będzie za dużo. Wlej tyle, żeby było w sam raz.
Dorota wlała zakwas. Za dużo.
— Za dużo! — krzyknęła mama z drugiego końca kuchni, nie patrząc.
— Skąd wiesz? Nawet nie spojrzałaś!
— Bo tak zawsze jest. Odlej trochę.
Dorota odlała. Spróbowała. Żurek smakował... jak żurek. Nie jak u babci, nie jak u mamy, po prostu jak żurek. Mama spróbowała, skrzywiła się i dodała coś — Dorota nie widziała co, bo mama zasłoniła garnek swoim ciałem jak żołnierz rzucający się na granat.
— Co dodałaś?
— Sekret.
— Mamo.
— Rodzinny sekret. Dowiesz się, jak będziesz miała własną rodzinę.
I tak — w jednym zdaniu — mama połączyła żurek z presją matrymonialną. Rekord.
Problem numer dwa pojawił się o czternastej: baba wielkanocna.
Baba wielkanocna to w polskiej tradycji kulinarnej odpowiednik rosyjskiej ruletki — nigdy nie wiesz, czy wyjdzie. Możesz mieć identyczne składniki, identyczną temperaturę, identyczny czas pieczenia, a baba i tak może opaść, bo — jak twierdzi każda polska matka — ktoś za głośno chodził.
Mama przygotowywała ciasto z rytuałem godnym mszy pontyfikalnej. Jajka musiały być w temperaturze pokojowej. Mąka przesiana trzykrotnie. Masło roztopione, ale nie za gorące. Drożdże rozpuszczone w mleku z cukrem, ale mleko nie mogło być za ciepłe, bo zabijesz drożdże, Dorota, zabijesz je!
Kiedy ciasto wreszcie trafiło do piekarnika, mama zarządziła ciszę absolutną.
— Nikt nie chodzi. Nikt nie mówi głośno. Nikt nie otwiera drzwi.
Tata, który właśnie wracał z garażu, zastygł w pół kroku z nogą uniesioną jak flaming na safari.
— Mogę wejść?
— Na paluszkach!
Tata wszedł na paluszkach. Pięćdziesięciosześcioletni mężczyzna, sto dwa kilogramy, na paluszkach. Podłoga skrzypnęła.
— Heniek!!!
— Zosia, to podłoga, nie ja!
Przez czterdzieści minut dom trwał w napięciu godnym odliczania do startu rakiety. Mama siedziała na krześle naprzeciwko piekarnika i patrzyła przez szybkę jak snajper śledzący cel. Dorota bała się oddychać za głośno. Tata znowu udawał, że czyta gazetę, ale tym razem nawet nie przewracał stron, żeby nie szeleścić.
Po czterdziestu minutach mama otworzyła piekarnik.
Baba wyglądała pięknie.
Wyciągnęła ją ostrożnie, postawiła na blacie, cofnęła się o krok i — na oczach wszystkich — baba zaczęła opadać.
Powoli. Majestatycznie. Jak zachodzące słońce.
Mama wydała z siebie dźwięk, który Dorota słyszała tylko raz w życiu — kiedy tata przypadkiem skosił maminy tulipany. To był dźwięk wykraczający poza ludzkie słowa. Coś między jękiem, westchnieniem i przekleństwem, ściszonym na tyle, żeby nie było grzechem.
— Kto chodził — powiedziała mama cicho.
— Nikt nie chodził, mamo.
— Ktoś chodził. Baba nie opada bez powodu.
— Baby opadają bez powodu, tak mówi fizyka...
— Fizyka?! — Mama odwróciła się do Doroty z wyrazem twarzy, który sugerował, że fizyka właśnie znalazła się na liście śmiertelnych wrogów, obok sałatki z ananasem i minimalizmu. — Fizyka pisze fizykę, a ja piekę baby. I moja baba opada, bo ktoś głośno chodził.
Tata za gazetą wciągnął głowę w ramiona.
W tym momencie zadzwonił telefon Doroty. Bartek.
— Hej — powiedział radośnie. — Twoja mama zaprosiła mnie na wielkanocny obiad. Co mam przynieść?
Dorota zamrugała.
— Zaprosiła cię? Kiedy?
— Wczoraj. Dzwoniła do komendy. Powiedziała, że jestem ten miły policjant, co pomaga Dorotce, i że jak nie mam planów na święta, to mam przyjść. Jest bardzo sympatyczna. Dała mi swój przepis na ćwikłę.
Dorota odwróciła się do mamy.
— Mamo, zaprosiłaś Bartka?
Mama wzruszyła ramionami z miną, która na pierwszy rzut oka wyrażała niewinność, ale Dorota znała tę minę. To była mina strategiczna.
— Chłopak sam na święta? Grzech.
— On nie jest sam, ma rodzinę...
— Powiedział, że rodzina jest daleko. Daleko, Dorotko. To prawie jak sierota.
— Mamo, on jest dorosłym mężczyzną.
— I co, dorosły mężczyzna nie może jeść żurku? Powiedz mu, żeby przyniósł wino. Ale porządne, nie z Biedronki.
Dorota wróciła do telefonu.
— Bartek, przynieś wino. Porządne.
— Definiuj porządne.
— Nie z Biedronki.
— ...Rozumiem. Jeszcze pytanie — czy twoja mama wie, że nie umiem gotować? Bo zaproponowała, że mogę pomóc w kuchni.
— Bartek, cokolwiek robisz — nie pomagaj w kuchni.
— Dlaczego?
— Bo moja mama ocenia ludzi po tym, jak kroją cebulę. Jeśli pokroisz ją za grubo, nigdy ci nie wybaczy.
— Jestem oficerem policji. Byłem na szkoleniu z negocjacji kryzysowych.
— To ci się przyda — powiedziała Dorota i rozłączyła się.
Bartek pojawił się niespełna trzydzieści minut po telefonie. Miał na sobie koszulę — co Dorota widziała po raz pierwszy — i niósł butelkę wina, którą, sądząc po wyrazie jego twarzy, kupił po konsultacji z przynajmniej trzema osobami.
Mama otworzyła drzwi i natychmiast przeprowadziła inspekcję.
— Koszula! Ładnie. Heniek, patrz, chłopak w koszuli przyszedł.
Tata mruknął zza gazety.
— Wino! — Mama obejrzała butelkę ze wszystkich stron. — Włoskie. Heniek, włoskie!
Kolejne mruknięcie.
— A golił się! Dorotko, popatrz, golił się!
— Mamo, ja go widzę. Stoi metr ode mnie.
Bartek uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który Dorota określała mentalnie jako służbowy — uprzejmy, profesjonalny, zupełnie nieprzygotowany na to, co go czeka.
— Pani Zosiu, mogę jakoś pomóc?
Dorota zamknęła oczy. Nie.
— Oczywiście! — Mama rozkwitła jak piwonia w czerwcu. — Chodź do kuchni, pokroisz jajka na sałatkę.
— Mamo, on nie musi...
— Chce pomóc, to niech pomaga. Co, gość ma siedzieć jak kołek? Chodź, Bartuś.
Bartuś? Mama znała go dwanaście sekund i już był Bartusiem.
Z kuchni dobiegły odgłosy instruktażu: nie, nie tak grubo, cieńsze plasterki, patrz jak ja to robię, widzisz, lekki nadgarstek, oj Bartuś, kto cię uczył kroić, tak dużym nożem to się nie kroi jajek, weź ten mniejszy, nie TEN, tamten, tak, o tak, ale nie naciskaj tak mocno, bo żółtko ci się rozkruszy...
Bartek wytrzymał siedemnaście minut, po czym wyszedł z kuchni z wyrazem twarzy, który Dorota ostatnio widziała u niego, kiedy opisywał interwencję w melinie.
— Twoja mama — powiedział cicho — jest bardziej wymagająca niż mój komendant.
— Ostrzegałam.
— Pokroiłem jajka za grubo. Powiedziała, że w tym domu tak się nie kroi. Jakby istniał regulamin.
— Istnieje. Niespisany, ale istnieje.
— A potem kazała mi spróbować żurku i zapytała, czy jest jak u babci.
— To test. Prawidłowa odpowiedź to: dokładnie jak u babci.
— Powiedziałem, że jest dobry.
— Och, Bartek.
— Co?
— Dobry to nie jest jak u babci. Dobry to jest przeciętny. Dobry to jest mógłby być lepszy. Dobry to jest trzy stopnie poniżej jak u babci.
Bartek wyglądał, jakby właśnie odkrył, że jego szkolenie z negocjacji kryzysowych miało poważne luki.
– Czyli co mam powiedzieć następnym razem?
– Że jest jak u babci.
– A jeśli nie jest?
– To tym bardziej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania