Jak przeżyć i nie zwariować – poradnik ironiczny 12. Odcinek 3

#Wielka Sobota, Wielka Święconka

 

Sobota to Święconka — wydarzenie, który w teorii polega na poświęceniu koszyczka z jedzeniem, a w praktyce było kombinacją pokazu mody, konkursu piękności koszy i zjazdu wszystkich znajomych, których nie widziało się od zeszłej Wielkanocy.

 

Mama przygotowywała koszyczek od piątku wieczorem.

 

— Mamo, to tylko koszyk z jajkiem i kiełbasą — powiedziała Dorota, obserwując, jak mama układa serwetki, docinając je nożyczkami do wzoru.

 

— „Tylko koszyk"! — Mama spojrzała na nią z oburzeniem. — Pani Janina z trzeciego piętra w zeszłym roku miała koszyk z żywymi kwiatami. ŻYWYMI. Nie sztucznymi. Żywymi tulipanami w środku.

 

— I co?

 

— I wszyscy mówili, jaki ładny. A mój był z serwetką. ZWYKŁĄ SERWETKĄ.

 

— Mamo, nikt nie ocenia koszyczków.

 

— Wszyscy oceniają koszyczki, Dorotko. Cała Polska ocenia koszyczki. Myślisz, że po co ludzie stoją w kolejce? Żeby się modlić? Nie. Żeby zobaczyć, kto ma lepszy koszyk.

 

Dorota chciała zaprotestować, ale w głębi duszy wiedziała, że mama ma rację. Święconka była olimpiadą koszyków, a Zofia Zawadzka zamierzała zdobyć złoto.

 

Koszyczek finalnie zawierał: biały obrus haftowany (z wyprawki babci), jajka (Doroty amebowe i zakupione „normalne" jako backup), kiełbasę białą, chrzan (tarty przez Bartka w pocie czoła i łzach), sól, pieprz, kawałek baby wielkanocnej (opadłej, ale „i tak smacznej, nie wyrzucać"), baranka cukrowego i gałązkę bukszpanu.

 

— Piękny — powiedziała mama, oglądając koszyk z dumą rzeźbiarza kontemplującego ukończone dzieło.

 

— Piękny — zgodził się tata, bo wiedział, że to jedyna poprawna odpowiedź.

 

— Idziemy — zarządziła mama.

 

---

 

Kościół parafialny w Wielką Sobotę wyglądał jak przystanek autobusowy w godzinach szczytu. Kolejka do święcenia ciągnęła się od ołtarza przez nawę główną, przez przedsionek, przez schody i dalej na chodnik.

 

— To jak kolejka po iPhone'a — mruknęła Dorota.

 

— Nie bluźnij — syknęła mama.

 

Stały w kolejce. Mama trzymała koszyk jak Złoty Graal. Tata stał obok z miną człowieka, który pogodził się z losem jakieś czterdzieści lat temu i od tego czasu żyje w stanie permanentnej stoickiej akceptacji.

 

— O! Zofia! — Z tłumu wyłoniła się kobieta w kapeluszu — pani Jadwiga, sąsiadka z dawnego bloku, z którą mama nie rozmawiała od trzech lat z powodów, których nikt nie pamiętał.

 

— Jadzia! — Mama natychmiast przywdziała uśmiech na trzysta watów. — Jak zdrówko?

 

— A dobrze, dobrze. A Dorotka! Jak wyrosła!

 

— Mam trzydzieści lat— powiedziała Dorota.

 

— Jak ten czas leci! A co słychać? Pracujesz?

 

— Tak, w urzędzie.

 

— A chłopak? Mąż?

 

I tak zaczęło się przesłuchanie. Dorota znała ten scenariusz na pamięć. Spotykanie znajomych rodziców w miejscach publicznych było jak wchodzenie w pole minowe — każdy krok mógł wywołać eksplozję pytań o życie prywatne.

 

— Nie mam męża — powiedziała Dorota.

 

— Oj, a szkoda. Ładna dziewczyna, a sama. A moja Agnieszka w zeszłym roku wyszła za mąż. Ślub, trzysta osób, w Toskanii.

 

— W Toskanii! — powtórzyła mama tonem sugerującym podziw, ale Dorota znała ten ton. To był ton „teraz będę cię porównywać do Agnieszki przez następne trzy tygodnie".

 

— A teraz spodziewa się dziecka. Drugiego!

 

— Drugiego! — Mama spojrzała na Dorotę. Ten wzrok. Dorota znała ten wzrok. To był wzrok „widzisz, inni mogą, a ty co?".

 

— Bardzo się cieszę z powodu Agnieszki — powiedziała Dorota dyplomatycznie. — Naprawdę.

 

— A ty kiedy? — zapytała pani Jadwiga z uśmiechem, który wyglądał na niewinny, ale był naładowany jak granat.

 

— Kiedy co?

 

— No, kiedy wnuki dla Zosi? Bo Zosia na pewno czeka.

 

Mama milczała. To było gorsze niż gdyby coś powiedziała. Milczenie matki w odpowiedzi na pytanie „kiedy wnuki" było aktem komunikacyjnym o sile bomby atomowej.

 

— Pracuje nad tym— powiedziała Dorota, bo to była jedyna odpowiedź, która nie prowadziła do dalszej eskalacji.

 

— Pracuj szybciej — mruknęła mama.

 

Święcenie trwało trzy sekundy. Ksiądz przeszedł, pokropił, powiedział „Alleluja", poszedł dalej. Trzy sekundy. Po godzinie stania w kolejce.

 

— Tyle? — szepnął tata.

 

— Nie chodzi o ile, tylko o co — odpowiedziała mama.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • maciekzolnowski godzinę temu
    He, he, jakie to prawdziwe:
    "Myślisz, że po co ludzie stoją w kolejce? Żeby się modlić? Nie. Żeby zobaczyć, kto ma lepszy koszyk". :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania