Jeszcze pożyjesz chłopcze

- Proszę pana – budzi mnie stewardesa – lądujemy. Proszę zapiąć pas i ustawić fotel w pozycji pionowej. - Uśmiecha się do mnie, a ja zauważam, że jest bardzo ładna. Wykonuję co należy, następnie zerkam przez okno, samolot wyrównuje lot, nurkujemy w chmurach, które za chwilę znikają i widzę zbliżające się lotnisko. Wtulam plecy w oparcie fotela i zamykam oczy. Wracam tu, gdzie nigdy nie chciałem wrócić.

Lądujemy dość twardo, a pasażerowie nagradzają to oklaskami, co kompletnie mnie rozbawia. Ewidentnie pilot nie ma zbyt dużych umiejętności. Znam kogoś, kto dużo lepiej ląduje w buszu, pod obstrzałem, na zniszczonym pasie, i... nikt mu nie klaszcze.

Po odebraniu bagażu, staję w długiej kolejce do odprawy paszportowej.

- Nie było pana 5 lat. - Słyszę i widzę czujne oczy, które uważnie mnie lustrują. Nie wiem, czy to pytanie, czy stwierdzenie. Więc milczę. Widzę zniecierpliwienie i chwilę zawahania, ale ostatecznie pieczątka ląduje w moim paszporcie. - Witamy w kraju. Miłego pobytu.

Przechodzę przez wyjście „Nic do oclenia” i szukam wzrokiem stoiska wypożyczalni samochodów. Siadam naprzeciw smutnego faceta, który próbuje się uśmiechać, ale na kilometr widać, że ta praca go dobija, na studiach marzył o klimatyzowanym gabinecie z długonogą asystentką. Pewnie utracił już nadzieję.

- Na jak długo potrzebuje pan auta? - Pyta szukając potrzebnych druków, a ja zadaję sobie to samo pytanie.

 

- Zen, jesteś tego pewny? - Pyta Igor, a starając się trafić do szklanek, rozlewa whisky po stole. - Na pewno chcesz się z tym zmierzyć? Minęło trzy lata. Czasu nie cofniesz.

Facet bez nazwiska. Nikt tu nie ma nazwiska ani imienia. On nie kryje swojego imienia, to pozwala mu nie zwariować. Lubię z nim pić. Opowiada o polowaniu na syberyjskiego tygrysa, o tajdze, śpiewa rosyjskie romanse, płacze i zasypia z głową na stole, nie wypuszczając szklanki z dłoni. Na pierwszy rzut oka, dobroduszny, wielki facet, ale jak stary niedźwiedź, tak samo niebezpieczny, bestia, której lepiej nie budzić. Widzę, jak nie może już dłużej usiedzieć, jego ciało poddaje się. Odporny na każdą ilość alkoholu, przegrywa walkę z małą tabletką. Wyjmuję mu szklankę z dłoni, ostrożnie odchylam głowę i podkładam poduszkę - to na przeprosiny. Chrapie niemiłosiernie, pewnie nie obudzi się aż do rana. Będę w samolocie, gdy dotrze do niego, że naprawdę wyjechałem. No cóż przyjacielu, zapomnij o mnie, o dziwnym Polaku, którego nazwałeś Zen.

 

Przed sklepem grupka miejscowych. Przekrzykiwanie i gestykulacja. Nieogolone twarze, wymięte czapki, papierosy w pożółkłych sękatych palcach i nieodłączne piwo z butelki. Czas się zatrzymał i nie ma siły, by kiedykolwiek ruszył. Gdy wysiadam z samochodu zapada cisza. Zdziwienie i zakłopotanie. Ktoś spluwa, inny się żegna. Dla nich jestem duchem. Upiorem z przeszłości. Rozglądam się mrużąc oczy. Słońce. Pięknie i sennie, inna planeta. "Niech na całym świecie wojna...”. - Przelatuje mi przez głowę.

- O Matko Jedyna, pan Zenobi! - Stara Kleczkowska, robi znak krzyża. - A jednak pan wrócił... Takie nieszczęście. Mój Boże…

Nie zmieniła się. Chytre, złe oczka i grube dłonie. W śroku półmrok. Zapach zgnilizny i rozlanego piwa. Smród, którym przesiąknięte są wszystkie te małe, wiejskie sklepiki. Kiedy ostatni raz coś takiego czułem? Nie wiem. Nie pamiętam. Dawno, bardzo dawno. W innym życiu. W dzisiejszym tylko duszny fetor rozkładu i smród niedomytych dziwek. Lepkie i nachalne wgryzały się w człowieka, jak ślepe szczury.

 

Układam kartony z wódką w bagażniku. Wsuwam dłoń do kieszeni w poszukiwaniu kluczyków, gdy z grupki spod sklepu, ktoś do mnie podchodzi.

- Ma pan ogień? - Pada pytanie przegryzionym przez alkohol głosem. - Pan Zenobiusz Bashar? Prawda?

 

- Zenobiusz Bashar? Tak się pan nazywa? - Szpital w małej mieścinie, 11 kilometrów w głąb rzeki Congo i miły francuski lekarz, który operuje lewe płuco. Pokazuje wyjęty z ciała kawałek metalu i z uśmiechem spokojnie oznajmia: - Jeszcze pożyjesz chłopcze, pożyjesz.

Cieszy się, bo robi to dobrze, zna swój fach, nóż w jego dłoni ratuje życie, przywraca godność istnienia. Wie o tym, ale nie oczekuje wdzięczności, o wyborze zawodu zdecydowało powołanie, nie on. W innej dłoni, inny nóż robi coś całkiem innego. Dłoń też jest utalentowana, potrafi zadać ból jak mało kto, jej właściciel jest z tego dumny, doskonale zna swój fach i bardzo to lubi. Tydzień później ten miły francuski lekarz, odwozi mnie na polowe lotnisko. Na pożegnanie przestrzega: - Chcesz żyć? To nie pal, chłopcze. I zatrzymaj sobie ten kawałek metalu, żebyś nie zapomniał staruszka ze skalpelem w ręku i głową pełną marzeń.

Odlatuję, aby tu nigdy nie wrócić, choć jeszcze tego nie wiem. Nikt nie wie.

 

- Niestety nie palę. – Uśmiecham się do dużego faceta. Nie patrzy na mnie. Wzrok ma wbity w ziemię. Pomijam milczeniem drugą część pytania i wsiadam do samochodu. Ruszam powoli, a w lusterku widzę jak stoi tam dalej, w bezruchu ze spuszczonymi oczami. Znałem taką postać, taką bezradność wbitą w glebę. Tylko była dużo, dużo młodsza. I w innym życiu.

Stoi tam dalej, gdy skręcam, znika mi z oczu. Wjeżdżam w polną drogę z wysokimi koleinami i doceniam radę znudzonego faceta w wypożyczalni, aby brać terenówkę.

 

Podeszła do mnie z kamienną twarzą, za blisko, zdecydowanie za blisko. Czułem ciepło jej ciała i ciężki zapach perfum. Rozpięta bluzka odsłaniała zarys pełnych piersi nie uwiązanych żadnym stanikiem. Patrząc mi w oczy, błyskawicznie wsunęła rękę w moje spodnie i pewnie ujmując szepnęła:

- Duży jesteś... chłopczyku... i... taki silny.

To były sekundy. Stałem jak słup soli, a ona, już z uśmiechem niewinnej dziewczynki, układała talerze.

- Jasiu, pokaż panu swoją kolekcję motyli. Zawołam was, gdy nakryję do stołu. Tylko żadnego alkoholu. Chłopcy…

Jadę powoli. Wokoło kolorowe pola, rozkołysane łany pszenicy, maki i chabry. Na rozstaju dróg drzewo jarzębiny, obok góra kamieni, latami wybieranych z pola. Dalej gospodarstwo agroturystyczne sołtysa, w zagrodzie dwa kucyki z brązowymi grzywami, obok wielki krzyż, nie wiadomo z jakiej został okazji postawiony, ale z pewnością stoi od lat. Mały wiejski kościółek, wygląda jak wyjęty z innej epoki, z obrazów, na których sielska polska wieś opatrywała rany wszelkiej maści buntownikom, dawała schronienie utracjuszom ojcowskich fortun. Trochę na uboczu, przy brzozowym zagajniku, ogrodzony rozpadającym się drewnianym płotem, tutejszy cmentarz. W odróżnieniu od ogrodzenia, brama wygląda solidnie: kamienne bloki, w które wmurowano kutą furtę i tej samej starej, dobrej kowalskiej roboty, bramę. Dziwne uczucie, szukać grobów bliskich. Tu i teraz.

Patrzę na zarośnięte dzikim zielskiem mogiły, zaniedbane i smutne. Na obu pochylone, drewniane krzyże. Czytam: „Oliwia Bashar z domu Korfanty, zginęła tragicznie, 36 lat”... , na drugiej: „Michał Bashar, zginął tragicznie, 11 lat”... .

Zapalam świeczkę, potem drugą i nie mogę zrozumieć, dlaczego nic nie czuję? Powinienem płakać, modlić się, a wypełnia mnie pustka. Ani jedna łza, ani drżenie rąk, po prostu patrzę i nie potrafię oderwać wzroku od słowa: „tragicznie”... Jakby można było zginąć nietragicznie. Łapię się na szukaniu sprzeczności, zimnej analizie; ocenie sytuacji, wnioski wymuszają reakcję. Automat, którego nie można wyłączyć. - I co teraz? - Słyszę głos, który nie znosi sprzeciwu. - Czas ucieka, a ty nie wypracowałeś decyzji! Co się z tobą dzieje?! Odwracam się i szybko odchodzę. Sfiksowałem? Do kurwy nędzy, chociaż zapłacz…

Podjeżdżam pod górę, samochód zatrzymuję naprzeciw garażu. Wysiadam zostawiając otwarte drzwi i włączony silnik. Dom sprawia dość ponure wrażenie. Zamknięte okiennice, wokoło chwasty i zielsko. Jak to możliwe, że przez trzy lata od wypadku, nikt nie zadbał o groby? Domu pewnie bali się ruszać.

Schylam się do auta i wyciągam kluczyki ze stacyjki, silnik gaśnie i nastaje cisza. Słychać tylko szum wiatru w koronach drzew, świerków i sosen, a od strony młyna, odgłos spadającej wody. Otwieram bagażnik i wyjmuję z kartonu butelkę, trzymając ją w dłoni, ruszam na obchód całej posesji. Okrążam dom, szukam śladów po tutejszych złodziejaszkach. Nie znajduję ich, co potwierdza, że dalej się boją. Siadam na pieńku do rąbania drewna i odkręcam butelkę. Cholernie dawno nie piłem naszej czystej, przeźroczystej. „Czysta wódka nie plami munduru”... - Pamiętam doskonale te słowa i tego kto je powiedział.

Jestem tu, gdzie wszystko się dla mnie zaczęło i skończyło. Słyszę jakiś szelest za plecami i wstrzymuję oddech. Zaciskam palce na butelce i czekam. Nic się nie dzieje. Odgłos się nie powtarza i myślę, że zawodzą mnie zmysły. Chyba jestem przeczulony, w tym kraju nikt na nikogo nie poluje. Wypijam następnego łyka i odwracam powoli głowę. Czuję, że jestem obserwowany. Omiatam wzrokiem okolicę i wybucham śmiechem płosząc lisa, który błyskawicznie znika w gęstwinie jałowców.

 

Czeka mnie pierwsza noc w tym moim opuszczonym domu, a nie czuję się na jeszcze siłach by wejść do naszej sypialni. Nie na trzeźwo.

Przed domem rozpalam ognisko i siadam z butelką przy nodze. Obok przytargana z lasu góra drewna, a nade mną gwiaździste niebo. Zimno, jak na początek sierpnia, a może odwykłem od tego klimatu. Zarzucam na plecy kurtkę i wyciągam dłonie do ognia. Ogarnia mnie przyjemne ciepło.

 

Nie wiem jak długo siedzę, ale powoli zaczynam odczuwać działanie alkoholu. Co też mnie dziwi. Napełniam, już nie wiem którą szklankę. Zasypuję szczyptą soli i pieprzu. Mieszam powoli, patrząc w rozpaloną czeluść ogniska. Żar układa się w zadziwiające obrazy, żywica skwierczy jak żywa istota. Boże, jak dawno nie patrzyłem w ogień.

W krzaku jałowca widzę dwa błyszczące światełka. Młody lis obserwuje moje poczynania. Nie zna mnie. Jest ciekawy i cierpliwy. Ma czas. Ja też. Zapomniałem już, że można odpoczywać, tak po prostu oderwać od świata. O wiele więcej zapomniałem. Czuję, że wracam do wspomnień, ale nie wiem, czy się tym cieszyć. Teraz trochę tu pobędę, sam ze sobą i swoimi myślami. Lis o tym nie wie. I dobrze. Mamy równe szanse. Też jestem ciekawy, i nie tylko jego. Podkładam do ognia. Oczy lisa wycofują się na bezpieczną odległość. Każdy z nas się tu pilnuje. Ciekawy jestem, czy tylko te oczy mnie obserwują? Uśmiecham się do tej myśli. Jestem pewny, że co najmniej jeszcze jedna para oczu śledzi moje ruchy. W butelce pokazuje się dno, idę po następną. Lis wycofuje się do lasu, ale błyszczące oczy zdradzają gdzie jest. Ciekawość jest silniejsza niż instynkt. Czeka, co zrobię. A co ja tu mogę? Tylko pić.

Wracam z butelką i dokładam drew. Iskry lecą pod niebo mieszając z widokiem gwiazd. Odnoszę wrażenie, że to wszystko, ten dom, moja obecność tutaj, jest ułudą, snem na jawie w ciemną noc. Czuję, że zasypiam, głowa mi ciąży, a przyjemne ciepło ogarnia całe ciało. Wraz z zamknięciem oczu, wlewa się we mnie ogromna błogość, niewytłumaczalna ulga. Odlatuję w ciemność.

Północ. Godzina duchów. Nie dziwi mnie postać wyłaniająca się z mroku. Tęgi mężczyzna z brodą. Idzie powoli podpierając się sporym, sękatym kijem. Pod dużym kapturem twarz – nie do rozpoznania i ta wielka broda. Przypomina starego włóczęgę, kiedyś spotkanego, tu na rybach. Pomagał mi rozplątywać żyłkę, pamiętam – pachniał dziwną mieszanką tytoniu i tataraku. Bez słowa siada na pieńku do rąbania drewna. Kij opiera o kolano. Ręce, które wyciągnął do ognia są dziwnie chude i kościste, nie pasują do jego tuszy.

 

To chyba czas najwyższy do spania. Mam już zwidy, czy co? Przesadziłem z tym piciem, to jasne.

Nalewam znów, sprawdzając pod światło poziom. On dalej tam siedzi. To dzieje się naprawdę. Chcę spojrzeć mu w oczy, ale ich nie widać. Ani twarzy. Wielki cień pod kapturem Nie budzi jednak strachu. Raczej ciekawość. Nie jestem pewny, czy to jawa czy sen.

 

- Wypiłem za dużo i mam omamy, co?

- Nie masz. – Głos jakby znajomy.

- Hmm. Nieźle. Nieźle. Coś za jeden? - Język mi się już trochę plącze.

- Krzywda.

Pewnie się przesłyszałem, albo ktoś robi sobie jaja. Staram się otworzyć oczy, ale są jakby zaklejone, odczuwam ból. Przeciąganie magii. Smolisty czas.

- Hej ty, krzywda – zaczynam, czując, że chyba najwyższy czas pogonić gościa. – Masz jakieś imię?

- Jan.

- Jan, Janek, Jasiek… Pospolicie – zamyślam się. – Bardzo pospolicie, Janek, Jasiek, Jasiu. Masz też nazwisko?

- Krzywda. - Powtarza, a ja już wiem, że jednak się nie przesłyszałem.

- Hmm. Janek Krzywda, czy tak?

- Dokładnie tak.

No nie, facet najwyraźniej sobie robi sobie jaja, kpi ze mnie. Janek Krzywda. Kto się tak kurwa nazywa?. Wyciągam rękę ze szklanką. To zawsze działa.

- Wypijesz? - mówię spokojnie.

- Nie piję, przecież wiesz, ale … się nie krępuj. – Domyślam się uśmiechu. – Zawsze lubiłeś.

Ta odpowiedź już mi się nie podoba. Patrzę na faceta, ile może mieć lat? Ja pierdolę. To nie może dziać się naprawdę. To jakaś sztuczka.

- Janek, mogę zapytać – zaczynam – ile masz lat?

- Dużo lepiej. – Śmieje się. – Nie poznajesz mnie? Dlatego pytasz. Hmmm… No tak. Nie dziwi mnie to.

Znowu łyk trunku. Ogień nie jest już taki duży. Podkładam dwa polana i sięgam po butelkę. Niedługo i ona będzie pusta – myślę. Odkładam i patrzę na mojego gościa. Siedzi tam dalej z kapturem na głowie, tylko ta olbrzymia, skołtuniona broda szeroko wylewa się na jego piersi. Dnieje. Ciemność ustępuje szarości. Nad łąką i jeziorem rozpościera się poranna mgła. Dużo zimniej. Czas kończyć.

- Znałem wielu Janów – mruczę w zamyśleniu. – Jaśków, Janków. Ale żaden nie nazywał się Krzywda. Pamiętałbym, na pewno.

 

- Gdy nagle wyjechałeś, wszyscy tu odetchnęli. - Zaczyna mówić dziwnie znanym mi głosem. - Nie byłeś lubiany. Wiedziałeś to dobrze. Bali się ciebie i twojego psa. Wiesz, jak go nazywano? Ludożerca. Nigdy nie widziałem takich złych oczu. Gdy szedłeś z nim przez wieś, nawet psy na łańcuchach milkły i potulnie chowały się w budach. Dziwny był. Jak ty. Niby zwyczajny, jak większość mieszańców, a inny. Opanowany, ułożony. Nie szczekał, jak wiejskie kundle, nie ujadał nadaremno. Ale jak spojrzałeś mu w oczy, to aż ciarki przechodziły. Miał w nich śmierć. Dobrze, że wyjechałeś. Dobrze. - Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli.

- Czekał, na ciebie. - Dodaje, a ja podnoszę butelkę i wypijam spory łyk. - Nie jadł, tylko tak siedział. Siedział i siedział. Patrzył na drogę czekając, że wrócisz. Dopiero po paru dniach coś w nim pękło. Nie patrzył już na drogę, jadł i biegał wokół domu. Zaczął się nawet łasić, czego nigdy nie robił – do twojej żony i syna. Chyba zrozumiał, że nie wrócisz. Od tamtej pory nie oddalił się od nich nawet na krok. Wtedy, gdy odwoziła syna do szkoły lub jechała na zakupy, wskakiwał do samochodu i nie pozwalał się wygonić.

 

Zamilkł i nastała cisza. Na plecach poczułem przejmujące zimno. Skrzypiały stare świerki, a na łące podnosiła się mgła. Lis przybliżył się znacznie, ale tylko do krawędzi światła. Obserwował.

- Co z nim? - Pytam znając odpowiedź, ale chcę jeszcze raz to usłyszeć, w nadziei, że może to nieprawda.

Wyraźnie słyszę, jak bierze głęboki oddech. Dokładnie tak, jak zapaśnik przed walką. Ciężki, przejmujący.

- Po tym wypadku, przez tydzień był tu sam, zostawiła go chyba wiedząc co się stanie. Siedział i wył. Bez przerwy, dzień i noc. Przejmująco, jak ranny zwierz, nie, nie jak zwierz, a bestia, dzika potworna bestia. Nie można było podejść. Zresztą kto by się na to odważył? Nie było chętnych. Wezwany przez okolicznych weterynarz stwierdził, że nie jest pogromcą dzikich bestii i odjechał. Całe szczęście, że przed wyjazdem twoja żona postanowiła go uwiązać. Gdyby nie to sytuacja byłaby beznadziejna. Dużo łatwiej było wycelować. Widząc wymierzoną broń zamilkł, jakby wiedział, co nastąpi. Patrzył spokojnie, w ciszy czekał na śmierć. Z oczu zniknęło zło. W jednej chwili się postarzał, a dotychczasowa agresja zniknęła. Był tylko smutnym, opuszczonym psem w gromadzie ludzi z uzbrojonym leśniczym. Zrobiło się go żal, tak zwyczajnie. Zaczęto patrzyć po sobie, ktoś splunął i nacisnął czapkę na oczy, inny nerwowo szukał papierosa. Egzekucja zawisła na włosku. Jednak, gdy leśniczy opuścił wycelowaną strzelbę, pies natychmiast wyszczerzył zęby, błysnęły kły, w oczach pojawiły się złe błyski, a z gardła wyrwał przerażający ryk. Padł strzał i wszyscy odetchnęli. Pochowali go tu, na skraju lasu, pod tamtym kamieniem.

Ogień powoli przygasa. Patrzę w gorący żar milcząc. Czy to wszystko w ogóle istniało? W jakim życiu? Przejmujące zimno na plecach, przygniatający ciężar, jak wielka bryła lodu. Muszę koniecznie zapalić.

- Masz może papierosa?

- Nie palę, - odpowiada szukając czegoś w ubraniu - ale mam gdzieś tu paczkę twoich, ulubionych.

Gdy ze zdziwieniem podnoszę głowę, rzuca coś w moim kierunku. Tak, dokładnie takie paliłem. Już nie produkują. Dziwne. Moje zapomniane papierosy. Palę w milczeniu. Mój gość najwyraźniej się zbiera. Podpierając się na kiju prostuje ciało. Jest wielki. Zaczyna świtać. Szaro, zimno i wilgotno.

- Zostań jeszcze chwilę. Opowiedz co się wtedy dokładnie stało?

- Nie wiem, czy chcesz to usłyszeć... Nie chciała twojego powrotu. Pogodziła się z samotnością. Wolała pamiętać czasy, gdy zaczynaliście, i dawałeś jej poczucie bezpieczeństwa... Modliła się codziennie, abyś nie wrócił. Wszyscy ją tu lubili, szanowali. Nawet nie plotkowano o niej, co na wsi raczej nie jest normalnością. Piękna i miła, skromnością i uśmiechem zdobyła tu wszystkie serca. Trudno było zrozumieć, jak mogłeś zostać jej mężem. Taka delikatna, a ty…? Wtedy zaczęła zaglądać do kieliszka. Na początku nie za często. Ale zaczęła. Jak się dowiedziała o masakrze w Al-Hadisa, to piła codziennie. Jadąc z synem do lekarza była już kompletnie pijana. Rano znalazł ich leśniczy. W ostatniej chwili przed wypadkiem musiała chwycić syna w ramiona i przytulić, mocno, bo nie można było ich rozłączyć. Czy to chciałeś usłyszeć? Przecież ty to wszystko wiesz. - Stał chwilę w milczeniu, a ja wrzuciłem papierosa do ognia.

- Idę. - Podparł się kijem i zaczął schodzić ze skarpy. - Wiedziałem, że wrócisz. Tylko nie bardzo wiem po co?

Sen jest błogosławieństwem, pozwala zapomnieć, uciec do innego wymiaru, pobyć wśród zmarłych. Posłuchać ciszy. Budzi mnie gwałtowny hałas. Poranny poryw wiatru rzuca nieumocowaną okiennicę o ścianę. Rozpętane piekło cichnie. Zmarznięty na kość, wstaję i niepewnym krokiem kieruję się do domu. Czas stanąć twarzą w twarz z małżeńskim łóżkiem. Z sypialnią, którą opuściłem na własne życzenie. Z życiem po życiu.

Ze zdziwieniem zauważam, leżącą na ziemi , napoczętą, paczkę papierosów.

Następne częściJeszcze pożyjesz chłopcze cz. 2

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • piliery 2 miesiące temu
    Cóż tu pisać. Praca na 5.
  • absynt 2 miesiące temu
    A to niespodzianka...
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Niesamowite, aż mi dreszcze przeszły po plecach ze zgrozy. Bardzo dobre pisanie, jestem pod wielkim wrażeniem 👍
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Dobra proza. Wolę Ciebie w prozie.
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Czytałam Twoje opowiadania na innym portalu, kilka lat temu. Dobrze się czytało. Z wierszy natomiast pamiętam tylko jeden, taki inny od pozostałych, krótki, i skupiony na pojedynczym elemencie. Pisałeś w nim, że patrząc przez okno, zobaczyłeś lisa. I - hm... - albo zrobiłeś mu zdjęcie, albo tylko poszedłeś po aparat, a jak wróciłeś - lisa już nie było. To był fajny wiersz.
  • absynt 2 miesiące temu
    Ten wiersz to "lis" – dziwne, że pamiętasz, ale ok, odszukałem i właśnie wstawiam:))) pewnie nie tylko ty się uśmiejesz:))))
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    absynt, tak, to ten:)
  • absynt 2 miesiące temu
    :)))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania