Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Jezus
ROZDZIAŁ 1
Gdy wyszedł z klatki bloku numer osiem, deszcz już nie padał. Powietrze było chłodne, rześkie i pachniało ozonem oraz mokrym asfaltem. Roman zatrzymał się przy krawężniku, wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę i zapalił papierosa. Zaciągnął się mocno, wypuszczając szary dym w stronę rosnącej w mroku mgły.
Niebieskie światła radiowozów wciąż nerwowo przecinały ciemność, ale dla Romana świat na chwilę zwolnił.
N I G D Y.
Co to, kurwa, miało znaczyć?
„Nigdy mnie nie złapiesz”? Egoistyczna gierka w kotka i myszkę? Roman pokręcił głową, wypuszczając kolejną chmurę dymu. Nie. To byłoby zbyt proste, zbyt tanie. Ten facet był zbyt precyzyjny, zbyt chłodny na prostackie wyzwania. Morderca chciał mu coś powiedzieć, ale nie chwalił się własną nieuchwytnością. To było osobiste. Nigdy nie uratujesz kolejnej? Nigdy nie zrozumiesz? A może... nigdy nie naprawisz tego, co zrobiłeś?
Pstryknął niedopałkiem w kałużę i ruszył w stronę swojego bloku.
W mieszkaniu panowała głucha cisza. Wskazówki zegara na ścianie zbliżały się do czwartej nad ranem. Roman podszedł do stołu, ujął szklankę z niedopitą whisky i bez wahania wylał jej zawartość do zlewu. Dzisiaj nie było miejsca na tępy ból głowy i spowolniony refleks. Rano musiał być brzytwą.
Rzucił kurtkę na oparcie fotela i wszedł pod prysznic. Puścił lodowatą wodę. Zmywał z siebie zapach piwnicznej wilgoci i starych ziemniaków, pozwalając, by zimne strumienie przywróciły mu pełną ostrość myślenia.
Za dwie godziny musiał być w fabryce. Pora odebrać blachę, broń i dorwać tego gnoja.
Roman podjechał swoim mocno wyeksploatowanym, prywatnym samochodem na tyły komisariatu. Zaparkował na swoim starym miejscu, tuż pod odrapaną ścianą, gdzie zazwyczaj stawały tylko wozy operacyjne. Silnik zgasł z cichym parsknięciem.
Wszedł do budynku bocznym wejściem, omijając dyżurkę i gwarny o tej porze hol główny. Wąskie, pomalowane na olejną zieleń korytarze „fabryki” pachniały tanią kawą, pastą do podłóg i starym papierem. Roman szedł pewnym krokiem, ignorując spojrzenia kilku mundurowych.
Pchnął drzwi do swojego pokoju.
Zatrzymał się w progu. W małym, ciasnym gabinecie, gdzie do tej pory stały tylko dwa biurka – jego i jedno wiecznie zawalone starymi kartonami – zaszły spore zmiany. Kartony zniknęły. Przy drugim blacie siedział młody chłopak w nieskazitelnie wyprasowanej koszuli, z fryzurą wymodelowaną na żel i wzrokiem wlepionym w monitor laptopa. Miał na sobie jeszcze ten specyficzny, wygładzony błysk świeżo upieczonego absolwenta Szczytna.
Na dźwięk otwieranych drzwi młody uniósł głowę. Przez moment obaj mierzyli się wzrokiem, równie mocno zaskoczeni swoją obecnością.
– A ty ktoś jest? – rzucił chłodno Roman, nie zdejmując skórzanej kurtki.
Młody natychmiast wyprostował się na krześle, jakby zjadł kij od szczotki.
– Podkomisarz Kamil Wilczyński – zameldował głosem, w którym próbował ukryć niepewność. – Przydzielony do sekcji zabójstw od dzisiaj. A pan to...?
– Twój nowy koszmar – fuknął Roman, podchodząc do swojego biurka i rzucając na nie kluczyki od auta.
Odsunął skrzypiące krzesło i usiadł ciężko za swoim biurkiem. Przejechał dłonią po twarzy, czując pod palcami szorstki, kilkudniowy zarost. Potrzebował natychmiastowego doładowania, jeśli miał dzisiaj trzeźwo i przytomnie myśleć.
– Słuchaj no, Wilczyński – rzucił, nie patrząc na chłopaka i włączając stary, głośno buczący komputer. – Rusz dupę do pokoju socjalnego i zrób mi kawę. Czarną, sypaną, dwie czubate łyżeczki. Tylko nie żałuj wrzątku, ma być mocna jak cios w pysk. Muszę się wreszcie obudzić i zmusić mózg do myślenia.
Młody podkomisarz zastygł z ręką zawieszoną nad klawiaturą. Zamrugał kilkakrotnie, po czym powoli odłożył długopis na biurko, wstał i skrzyżował ręce na piersi. Wyprostował się, wyraźnie próbując dodać sobie powagi i zademonstrować autorytet.
– Przepraszam bardzo – zaczął officially, lekko oburzonym tonem, odchrząkując. – Ale skończyłem Akademię Policji w Szczytnie z wyróżnieniem, a nie kurs dla baristów. Nie zostałem tu przeniesiony, żeby robić za chłopca na posyłki i parzyć kawę starszym służbą funkcjonariuszom. Jestem tu od prowadzenia śledztw.
Roman powoli uniósł wzrok. Przejrzał gościa od stóp do głów: nieskazitelnie czyste, wypucowane buty, wyprasowana co do milimetra koszula, gładkie, chłopięce dłonie bez ani jednej blizny i wzrok kogoś, kto o brutalnych morderstwach czytał dotąd wyłącznie w grubych, akademickich podręcznikach.
Powód oparł łokcie na blacie i splótł dłonie. W ciasnym pokoju zapadła gęsta, nieprzyjemna cisza, przerywana tylko jednostajnym, denerwującym buczeniem starego wiatraka w obudowie komputera.
– Skończyłeś Szczytno z wyróżnieniem? – spytał Roman, a jego głos zniżył się o oktawę, stając się niepokojąco chłodny i matowy. – Pięknie. Naprawdę, serce rośnie. Tylko widzisz, synek, na tej uczelni nauczyli cię pewnie, jak pisać idealne protokoły, cytować paragrafy z pamięci i ślicznie pachnieć drogą wodą po goleniu. Ale nie nauczyli cię jednego: jak wygląda młoda dziewczyna z rozprutym gardłem leżąca w syfie piwnicy, zanim zdążysz w ogóle zjeść śniadanie.
Młody zaciął mocno wargi, ale starając się zachować twarz, nie spuścił wzroku.
– Regulamin jasno określa obowiązki i wzajemne relacje podkomisarza oraz...
– Srałem na twój regulamin – przerwał mu ostro i bezwzględnie Roman. – Za jakieś dwie minuty nasz naczelnik, zwany tu przez wszystkich „Grubym”, wejdzie przez te drzwi. Postawi na moim stole moją odznakę, gnat i pęk akt. Przedstawi nas sobie i krótko wyjaśni ci, do czego tak naprawdę jesteś mi tu potrzebny. A uwierz mi na słowo: na razie jesteś mi potrzebny głównie do tego, żebym z wycieńczenia nie zasnął na stojąco.
– Nie jestem pana podwładnym, tylko przydzielonym partnerem – rzucił ostro Wilczyński, próbując chojrakować, choć w jego głosie dało się już wyczuć lekkie pęknięcie.
– Będziesz moim partnerem, jak zobaczę, że nie rzygasz na widok świeżych zwłok w kałuży krwi – skwitował chłodno Powód, wskazując kciukiem na drzwi. – A do tego czasu masz niecałe sto dziesięć sekund, żeby przynieść mi ten wrzątek z fusami. Chyba że wolno przyswajasz polecenia, to napiszę ci to w punktach na kartce. Żebyś zrozumiał tak, jak uczyli cię w Szczytnie.
Młody otworzył usta, jakby chciał wygenerować kolejną wyuczoną regułkę z kodeksu, ale w stalowych oczach Romana zobaczył coś, co kazało mu natychmiast skalkulować ryzyko. Przełknął głośno ślinę, wziął ze stojącej obok szafki metalowy kubek i ruszył w stronę wyjścia, niemal zawadzając barkiem o drewnianą futrynę.
Roman odprowadził go uważnym wzrokiem i pozwolił sobie na cień ponurego, lekko cynicznego uśmiechu.
– Pierwsza lekcja zaliczona, krawaciarzu – mruknął sam do siebie pod nosem.
Drzwi nie zdążyły się jeszcze dobrze zamknąć po młodym, gdy na korytarzu rozległy się ciężkie, powolne kroki, od których uginają się stare gumoleum i cierpliwość całego wydziału. Do pokoju wszedł naczelnik.
Naczelnik Dariusz, zwany przez wszystkich po prostu „Grubym”, pchnął drzwi brzuszkiem, trzymając w rękach pęk akt i metalowe pudełko z depozytu. Sapnął ciężko, rzucił teczkę na blat Romana i spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
– Już myślałem, Powód, że wybierzesz życie spokojnego emeryta albo przynajmniej ochroniarza w Tesco – rzucił chropowatym od fajek głosem, wyciągając z kieszeni i kładąc obok akt odznakę oraz pistolet Romana. – Ale widzę, że znowu cię ciągnie do syfu.
Roman nawet nie mrugnął. Ignorując odznakę i broń, od razu sięgnął po świeżą teczkę. Szybkim, wyćwiczonym ruchem rozchylił okładkę i zaczął przeglądać pierwsze strony.
– Pismaki nazwali go „Jezusem” ze względu na ten wycięty krzyż – mruknął Dariusz, opierając się o krawędź biurka. – Facet to duch, Roman. Nigdzie nie figuruje. Mamy jego profil DNA spod paznokci pierwszej ofiary, pełne odciski palców zebrane z framugi na miejscu sprzed miesiąca, a nawet mikroskopijne włókna z jego ubrania. I co? I pstro. W bazach danych zero trafień. Żadnego notowania, żadnej kartoteki wojskowej, nic. Jakby urwał się z choinki.
– Albo po prostu nigdy wcześniej nie dał się złapać – odparł chłodno Roman, nie podnosząc wzroku z papierów.
W tym momencie drzwi otworzyły się z rozmachem. Do pokoju wszedł młody z parującym metalowym kubkiem w dłoni. Na jego twarzy wciąż malowało się głębokie oburzenie i chęć złożenia oficjalnej skargi na Romana.
– Panie naczelniku, ja chciałem formalnie... – zaczął głośno Wilczyński, ale urwał w pół słowa, gdy Dariusz uniósł dłoń, nakazując mu milczenie.
Gruby spojrzał na młodego, potem na Romana, i na jego uśmiechniętej, nalanej twarzy pojawił się ponury uśmiech.
– Zamknij buzię, Wilczyński, i postaw tę kawę – rzucił naczelnik, gasząc zapał chłopaka jednym spojrzeniem. – Zanim zaczniesz machać mi tu regulaminem, powiem ci, z kim masz zaszczyt siedzieć w jednym pokoju.
Młody zacisnął zęby, podszedł pospiesznie i odstawił kubek na biurko Romana.
– To jest komisarz Roman Powód – zaczął Dariusz, podchodząc bliżej młodego i kładąc mu ciężką dłoń na ramieniu. – Facet, który ma dziewięćdziesiąt osiem procent wykrywalności w tym wydziale. Chłop, który trzy lata temu sam namierzył gang z Wołomina, zanim stołeczni zdążyli chociaż ustalić ich imiona. Człowiek, który wyciągnął z rzeki trzy ciała i po samym śladzie opon na błocie doszedł do tego, kto je tam wrzucił. Więc jeśli pan komisarz każe ci przynieść kawę, to robisz tę kawę, a potem dziękujesz, że możesz przy nim stać i patrzeć, jak pracuje prawdziwy glina, a nie panienka z pędzlem do odciskania śladów.
Wilczyński, spękawszy, spojrzał najpierw na naczelnika, a potem na Romana, który niespiesznie ujął parujący kubek i pociągnął mały łyk. Kawy było idealnie za dużo, a fusy trzeszczały w zębach – dokładnie tak, jak lubił.
– Dostałeś go do pary, Roman, bo góra patrzy nam na ręce – dodał Dariusz już spokojniejszym tonem do Powoda. – Wilczyński umie w te wasze nowoczesne systemy, komputery i bazy danych. Ty masz nosa i doświadczenie. Macie współpracować. Jezus uderzył na twoim podwórku, Powód. Nie dam ci więcej czasu niż trzy dni, zanim media zrobią z nas pośmiewisko.
Roman odstawił kubek, sięgnął po swoją służbową broń, sprawdził magazynek i płynnym ruchem schował ją do kabury pod kurtką.
– Młody – rzucił Roman, wstając z fotela. – Zbieraj się. Jedziemy do sekcji zwłok. Zobaczymy, co „Jezus” zostawił nam w ciele twojej sąsiadki.
Na dole przed komendą Roman skręcił w stronę swojego starego auta, ale po chwili się zatrzymał i spojrzał na lśniące, białe Audi A4 zaparkowane kawałek dalej.
– Twoje? – spytał Powód, wskazując kciukiem na wóz.
– Moje – rzucił z nutą dumy Wilczyński, wyciągając pilota i klikając przycisk. Samochód odpowiedział cichym pisknięciem i mrugnięciem świateł.
– No to jedziemy twoim. Nie mam zamiaru tłuc się służbową Kią, w której śmierdzi starą tapicerką i psem, a moje auto ma już swoje lata. Wypełnię ci potem kwit na zwrot za wyjeżdżone paliwo i po sprawie. Zbieraj się.
Młody skinął głową, choć w jego oczach przemknął lekki niepokój na myśl o tym, że zapach policyjnej roboty ma wsiąknąć w skórzaną tapicerkę jego cacka.
Zajęli miejsca w środku. Silnik Audi mruknął miękko, a samochód płynnie ruszył z parkingowej kostki w stronę Zakładu Medycyny Sądowej. W kabinie panował idealny porządek, pachniało nowością i drogim odświeżaczem.
– Skąd młody glina zaraz po szkółce ma flotę na takie auto? – rzucił chłodno Roman, nie patrzć na partnera i obserwując przesuwające się za szybą ulice. – Bogaci rodzice czy wziąłeś kredyt, którego nie spłacisz z policyjnej pensji?
Wilczyński zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, wpatrując się w drogę.
– Dostałem spadek po dziadku. I wolałem kupić coś bezpiecznego niż tłuc się złomem – odparł z lekkim ukłuciem w głosie.
– Bezpieczeństwo jest w głowie, a nie w poduszkach powietrznych – skwitował krótko Powód, sięgając do kieszeni po paczkę papierosów.
– Tylko niech pan tu nie pali, błagam – rzucił szybko Wilczyński, zanim Roman zdążył wyciągnąć zapalniczkę. – To świeża skóra.
Roman spoglądnął na młodego, uśmiechnął się cynicznie i po chwili schował paczkę z powrotem do kieszeni.
– Masz szczęście, że mi się paliwo nie podoba w twoim wozie. Ale przyzwyczajaj się, synek. Praca w sekcji zabójstw pachnie gorzej niż dym z tytuniu.
Po dwudziestu minutach zaparkowali pod ponurym, modernistycznym budynkiem z szarego betonu.
Prosektorium powitało ich chłodem i sterylną, wręcz oślepiającą bielą kafelków pokrywających ściany od podłogi aż po sufit. W powietrzu unosił się specyficzny, mdlący zapach – mieszanka formaliny, ostrych środków dezynfekcyjnych i stłumionego, acz nieuniknionego odoru rozkładającego się ludzkiego ciała.
Roman zerknął kątem oka na Wilczyńskiego. Młody szedł wyprostowany, ale jego twarz zesztywniała, a nozdrza lekko się rozszerzyły. Powód dobrze znał ten odruch – to był moment, w którym żołądek zaczynał walkę z głową. Roman chciał osobiście sprawdzić, jak hardy jest naprawdę ten chłopak ze Szczytna i czy nie pęknie przy pierwszym cięciu sekcyjnym.
– Pierwszy raz na sekcji ze świeżego zabójstwa, co? – spytał rzetelnie Roman, nie zwalniając kroku w stronę ciężkich, metalowych drzwi sali sekcyjnej. – Pamiętaj, jak zacznie ci się przewracać w brzuchu, nie rzygaj na stół. Patolog tego nienawidzi, bo potem musi to wpisywać do protokołu.
Młody przełknął głośno ślinę, poprawił kołnierzyk i spojrzał na Romana z zaciętością w oczach.
– Niech pan da sobie ze mną spokój, komisarzu. Dam radę – rzucił przez zęby, choć jego głos brzmiał o oktawę wyżej niż zwykle.
– Zobaczymy – mruknął Powód i pchnął drzwiczki z pleksi.
Komentarze (1)
Straszliwie sztampowe to wszystko – aż mam wrażenie, że jest to bardzo stary tekst 😜
Kiedyś robiłem jako kurier i miałem często przesyłki do szpitala na Szaserów – to takie małe miasteczko i łatwo się pogubić.
No i trafiłem tam także do prosektorium (takie rzeczy są przeważnie na uboczu) – otworzył mi facet w gumowymi kitlu i rękawicach uwalany we krwi 💥
Se pogadaliśmy i tyle.
Tekst napisany sprawnie.
cul8r
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania