Ale kino, dziewczyno (wersja bez fantastyki)
Nie mówiliśmy o dziewczęcości ani o kobiecości. Nie znaliśmy takich słów. Mówiliśmy: „ale kino”. To wystarczało. W tym jednym okrzyku mieściło się wszystko — zdziwienie, rozbawienie, coś na kształt pierwszego zachwytu, który jeszcze nie wiedział, czym jest.
Przedszkolne dni rozgrywały się między żywopłotami, przy drzewach z małymi, cierpkimi jabłkami. Chowaliśmy się tam całymi godzinami, znikaliśmy sobie z oczu, wracaliśmy po śladach śmiechu. Wszystko wydawało się proste i naturalne, nawet wstyd miał w sobie więcej niewinności niż ciężaru. Świat był blisko, na wyciągnięcie ręki, a rzeczy działy się jakby same — bez nazw, bez znaczeń, tylko jako obrazy.
Czasem ktoś znikał za krzakami na chwilę dłużej. Ktoś inny coś zobaczył, albo tylko mu się wydawało, i nagle padało to jedno zdanie: „ale kino”. I wszyscy wiedzieli, że wydarzyło się coś ważnego, choć nikt nie umiał powiedzieć co.
Najlepsze kino było jednak w ruchu.
Huśtawki.
Skakanka.
Gra w klasy.
Rytm, który wracał. Nogi odbijające się od ziemi. Materiał, który na moment unosił się wyżej, niż powinien. Światło łapiące się na rajstopach — gładkich, napiętych, czasem matowych, czasem błyszczących — i puszczające je zaraz potem. Wszystko działo się szybko, w krótkich ujęciach, które znikały, zanim zdążyło się je dobrze zobaczyć.
Siadało się gdzieś z boku i patrzyło.
Nie na coś jednego. Na całość.
Na ruch. Na powtarzalność. Na to, że coś się odsłania i zaraz znów ukrywa.
Uwielbiałem rajstopy. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Wiedziałem tylko, że kiedy się pojawiały — napięte na kolanach, rozciągnięte w skoku, łapiące światło — wszystko inne przestawało mieć znaczenie. To nie były jeszcze myśli, raczej przyciąganie. Coś, co kazało patrzeć dłużej niż wypadało.
W domu stał telewizor. Ciężkie pudło, które udawało okno. Odbierało Czechy, więc świat przychodził trochę przesunięty, trochę nie nasz. Siadałem na podłodze, bardzo blisko ekranu, i patrzyłem, jak kobiety poruszają się w rytmie muzyki — rajstopy, nogi, powtarzające się układy aerobiczne.
Próbowałem to przechytrzyć.
Podchodziłem bliżej.
Zaglądałem z boku. Z dołu.
Wydawało mi się, że jeśli zmienię perspektywę, zobaczę więcej. Że obraz się uchyli, zdradzi coś, czego nie widać z daleka, czego nie widać w ogóle.
Nic z tego.
Obraz pozostawał taki sam — jak spojrzenie Mony Lisy, które trafia w ciebie, gdziekolwiek staniesz. To było jedno z pierwszych odkryć: że nie wszystko daje się podejrzeć, nawet jeśli bardzo się chce.
Do szkoły poszedłem już z tym doświadczeniem patrzenia — uważnego, trochę natrętnego. Schody, korytarze, boisko. Najwięcej działo się tam, gdzie ruch wracał w rytmie. Skakanka sprawdzała się najlepiej. Wystarczyło usiąść gdzieś z boku.
Reszta działa się sama.
Skok.
Powrót.
Skok.
Materiał napinał się i rozluźniał. Światło ślizgało się po powierzchni. Kolory migały, znikały, wracały. Wszystko było na granicy widzenia — trochę za szybko, trochę za krótko — i właśnie dlatego tak mocno zostawało w pamięci. Obrazy zapadały w pamięć nie dlatego, że były zakazane, ale dlatego, że były nowe.
To było nasze małe kino.
Bez słów, bez fabuły. Złożone z ułamków sekund i rzeczy, których nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.
Myślę, że to nie jest historia o tym, na co wtedy patrzyłem, tylko o samym patrzeniu. O chwili, w której ciekawość wyprzedza język, a ciało wie coś wcześniej niż głowa. O świecie, który odsłania się fragmentami — i nigdy do końca.
Zanim ktokolwiek usłyszał o Tarantino — ech, ten rym do „kino” — my już dawno mieliśmy swoje.
Bez wielkich słów.
Bez efektów specjalnych.
Wystarczał ruch.
Światło.
I rajstopy.
I już leciał film.
Najpiękniejszy na świecie.
Mały, cichy, trochę wstydliwy erotyk.
A potem przyszła miłość.
Platoniczna.
Cielesna.
Szczęśliwa.
Nieszczęśliwa.
I zdrada.
Ale to już materiał na inną opowieść.
Komentarze (10)
W ciszy wybrzeża Bałtyku, gdzie fale uderzają o kamienie, wznosiła się karczma. Stara, drewniana budowla przywodziła na myśl opowieści o piratach i dawnych żeglarzach. Jej drewniane ściany skrzypiały, a dach pokryty strzechą wydawał się chronić przed nawet najcięższymi sztormami.Właścicielem karczmy był stary marynarz o imieniu Janusz. Mężczyzna ten przemierzył już setki mórz i oceanów, zanim osiadł na tym skrawku lądu. Teraz prowadził swój interes, opowiadając gościom historie o swoich przygodach na falach.Pewnego dnia do karczmy zawitał młody chłopak imieniem Mateusz. Był to marzycielski duszek, który pragnął poznać świat i odkryć tajemnice oceanów. Siedząc przy kominku, opowiadał Januszowi o swoich marzeniach i planach.Janusz, choć osiadły teraz na stałe, wciąż tęsknił za morzem. Postanowił więc podzielić się swoją mądrością z młodym przybyszem. Codziennie opowiadał mu historie o burzliwych nocach na pokładzie, o niebezpiecznych przygodach na odległych wyspach i o pięknie, jakie kryło dno oceanu.Mateusz wciąż słuchał z zapartym tchem, wchłaniając każde słowo jakby to był skarb. Stopniowo, pod wpływem opowieści starych marynarzy, zaczął uczyć się nawigacji i sztuki żeglowania. Janusz stał się dla niego mentorem i przyjacielem.Gdy nadszedł dzień, w którym morze było spokojne, Janusz zaprosił Mateusza na swój stary żaglowiec. Razem wypłynęli w nieznane wody, kierując się w stronę zachodzącego słońca. Dla Mateusza był to początek wielkiej przygody, a dla Janusza powrót do czasów, gdy morze było jego jedynym domem.I tak, karczma nad Bałtykiem stała się miejscem, gdzie spotykali się marzyciele i poszukiwacze przygód, słuchając opowieści starych marynarzy i zasłuchując się szumem fal, które zawsze będą ich przewodnikiem w podróży przez życie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania