Karmin — wstęp i r.1

WSTĘP

 

Siedziałam na krześle, podpierając głowę na dłoni. Znudzona obserwowałam tańczących gości weselnych, którzy mieli już nieźle w czubie. Chwilami obawiałam się, że te taneczne pląsy, dla któregoś z królów parkietu, skończą się wizytą na oddziale chirurgii albo w najlepszym wypadku na izbie wytrzeźwień. Typowe, polskie wesele. Państwo młodzi, czyli moja młodsza siostra Karolina i jej delikwent Tomasz, właśnie starali się załagodzić kłótnię wujka i ciotki z Bydgoszczy. Nasza mama świetnie się bawiła w towarzystwie, jakiegoś wujka, brata, szwagra syna... nie ważne. Piąta woda po kisielu od strony Tomka. Ja natomiast miałam ochotę walić głową w stół, który stał przede mną, tylko szkoda było mi patery z ciastem, która i tak już uginała się pod jego ciężarem. No więc, siedziałam nadal. Nie zrozumcie mnie źle. Cieszyło mnie szczęście młodszej siostry, ale jednocześnie nie mogłam pogodzić się z tym, co w ostatnim czasie wydarzyło się w moim życiu. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że Karo, umysł ścisły, kobieta twardo stąpająca po ziemi, nie wierząca w miłość od pierwszego wejrzenia, właśnie ją odnalazła, tak po prostu. Potrafiła wszystko zaplanować, co do najdrobniejszego szczegółu. Osiągała sukces za sukcesem. Pewnie przychodziło jej to łatwiej z racji zawodu, jaki wykonywała. Była rozchwytywanym w Krakowie analitykiem finansowym. Natomiast ja wydałam kilka książek. Ich motyw przewodni to miłość, płomienny romans i szczęśliwe zakończenia. Coś, czego brakowało w moim życiu. Dlatego tak bardzo było mi nie na miejscu patrzeć na radość innych, kiedy sama czułam się, jakbym rozpadała się na tysiące kawałków, które pozbierać mógł tylko on.

— Zapraszam do tańca. — Jacek, kolega Karoliny, wyciągnął do mnie rękę, ledwo trzymając się w pionie. — No chodź.

— Daruję sobie — odpowiedziałam, przewracając oczami.

— Taka uparta jesteś. Wiesz, że kiedyś się w tobie podkochiwałem. — Usiadł naprzeciwko mnie.

— Super. Mam nadzieję, że ci minęło.

— Chyba nie — uśmiechnął się szeroko, pokazując żółte jak gwiazdy zęby.

— Jestem zajęta.

— Zajęta teraz, czy zajęta przez kogoś? — Odwrócił się w stronę świadka, który napełniał kieliszki. — Robert, polej nam!

— Dla ciebie zajęta pod każdym względem, a teraz wybacz, muszę iść przypudrować nosek.

Kiedy chciałam wstać, złapał mnie za rękę i przytrzymał. Już miałam go zdzielić po ryju, gdy w mojej torebce rozległ się dźwięk połączenia.

— Albo mnie puścisz, albo postaram się, żebyś już nigdy nie mógł sikać na stojąco — oznajmiłam cicho, lecz wystarczająco dosadnie, by mnie puścił.

Wyciągnęłam komórkę. Na wyświetlaczu migał numer Anieli. W pierwszym odruchu chciałam odrzucić połączenie. Uwielbiałam tę kobietę, ale przypominała mi to, o czym pragnęłam zapomnieć albo raczej o kim. Jeszcze chwilę walczyłam ze sobą, po czym odebrałam:

— Halo. Nie mogę teraz zbytnio rozmawiać. Jestem na weselu siostry.

— Ela, musisz tu przyjechać, musisz wrócić...

— Wybacz Anielo, ale nic nie muszę. Podjął taką decyzję, a nie inną — przerwałam jej. Nie mogłam słuchać tego, jak prosi mnie o coś, co by mnie zniszczyło.

— Zrobił to, żeby cię chronić. Dziecko, coś się dzieje i wiem, czuję to, że to nic dobrego.

— Chronić przed czym? — zapytałam podniesionym tonem. Kilku gości, którzy siedzieli lub stali najbliżej mnie spojrzało w moim kierunku.

Aniela westchnęła zrezygnowana.

— Przed tym, co spotkało jego rodziców.

ROZDZIAŁ 1

ELA

 

Szłam chodnikiem, trzymając w jednej ręce reklamówkę z zakupami, w drugiej ozdobną torebkę z prezentem dla Jakuba. Mężczyzny, dla którego byłam gotowa zrobić wszystko. Dokładnie rok temu wpadliśmy na siebie, biegnąc w stronę tej samej taksówki. Spieszyłam się do wydawnictwa podpisać nową umowę. Huknęłam wtedy głową w jego czoło, aż zadzwoniły mi zęby. Boże, jaką byłam szczęściarą, że na niego trafiłam. Należałam do grona niepoprawnych romantyczek. Wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, księcia na białym koniu, długa szabla też by nie zaszkodziła, i dozgonną miłość. Nawet teraz pamiętałam każdy szczegół tamtego popołudnia. Każdą zmarszczkę okalającą jego brązowe oczy. Od razu pomyślałam, że musiał się dużo uśmiechać. Tę jego kasztanową czuprynę zmierzwioną wiatrem i zaskoczenie, kiedy na mnie spojrzał. Tak to się zaczęło.

Zerknęłam na zegarek, podciągając delikatnie rękaw szarego płaszcza. Jedenasta. Kuba pracował do piętnastej, więc miałam sporo czasu na przygotowanie rocznicowej niespodzianki. Kiedyś dał mi klucze do swojego mieszkania. Powiedział, że lubi, gdy na niego czekam. Choć oboje mieszkaliśmy we Wrocławiu, nasze mieszkania znajdowały się po przeciwnych krańcach miasta. Zazwyczaj wszystkie wolne dni spędzałam u niego.

Skręciłam w alejkę, która prowadziła na nowe osiedle niskich, dwupiętrowych budynków. Wypielęgnowane trawniki były soczyście zielone, mimo że była już połowa października. Minęłam kilka budynków i skręciłam w prawo, a potem jeszcze raz i zatrzymałam się pod bramą numer „48”. Zamek w drzwiach nie stawiał oporu, gdy przekręciłam w nim klucz, jakby wiedział, że to ja. Kuba często narzekał, że się zacinał. W mieszkaniu panował porządek. Nie było jakoś super urządzone. Miało wszystko, co potrzebne do życia, ale z męską surowością i minimalizmem. Zostawiłam torbę z prezentem w salonie i poszłam do kuchni. Wypakowałam zakupy na blacie, a szampana wsadziłam do lodówki.

***

Po około dwóch godzinach w mieszkaniu rozchodził się piękny zapach pieczonej kaczki z jabłkami. Prawie wszystko było gotowe. Teraz musiałam zająć się sobą. Weszłam do niedużej sypialni, której większą część zajmowało łóżko i przesuwna szafa. Zdjęłam z siebie małą czarną, pod którą miałam również czarną, koronkową bieliznę. Stanęłam przed długim lustrem opartym o ścianę i wnikliwie przyjrzałam się swojemu odbiciu. Nie należałam do wysokich kobiet, jak to mówią, „Metr pięćdziesiąt w kapeluszu”. Dlatego zostałam w czarnych szpilkach. Poza tym takie buty wysmuklały moje uda, które nie były idealnie szczupłe. Nie uważałam siebie za piękność. Jedyne co w sobie lubiłam, to długie, gęste i naturalnie ciemne włosy oraz duże oczy, choć o barwie niejakiej szarości. Cycki mogłyby być nieco większe, ale już dawno pogodziłam się z ich rozmiarem. Ostatni raz zerknęłam na swoje odbicie i wróciłam do kuchni. Nagle usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Odruchowo spojrzałam na zegarek. Było dopiero po trzynastej. Wzięłam głęboki wdech, zmierzwiłam ręką włosy i stanęłam w progu kuchni, z którego było widać główne wejście. Klamka się poruszyła i drzwi odskoczyły. Do środka wszedł Jakub. Śmiał się i chyba rozmawiał z jakąś kobietą. Pomyślałam, że może spotkał panią Anie, starszą sąsiadkę z naprzeciwka, ale i kiedy zamknął drzwi ujrzałam Martę, jego asystentkę. Obejmował ją. Zesztywniałam i poczułam się naga jak nigdy przedtem. Byli tak pochłonięci sobą, że nawet mnie nie zauważyli. To musiała być jakaś pomyłka, Kuba taki nie był. Kochał mnie. Jak zahipnotyzowana obserwowałam jego dłonie błądzące po jej talii, a potem pośladkach. Nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Wiele razy w moich powieściach bohaterki znajdowały się w podobnych sytuacjach, ale to zupełnie co innego. Ten widok tak cholernie bolał.

— Kuba? — to jedyne, na co było mnie teraz stać.

Jakub zastygł w bezruchu, a następnie odwrócił się i na mnie spojrzał, odpychając od siebie zdezorientowaną Martę.

— Elka?! Co ty tu robisz?

— Co ja tu robię? — Odepchnęłam się od futryny. — Czekam na ciebie. Dziś nasza pierwsza rocznica. Chciałam zrobić ci niespodziankę, ale widzę, że ty także postanowiłeś mnie zaskoczyć.

Choć w gardle czułam ogromną gulę, a rozpacz dławiła bardziej niż brak powietrza, postanowiłam zachować resztki godności. Musiałam na te kilka chwil stać się obojętna. Tak, obojętność potrafiła zranić bardziej.

— Marta przyszła pomóc mi przygotować miesięczny raport.

— Oczywiście. Nie przeszkadzajcie sobie — powiedziałam wypranym z emocji głosem, i ruszyłam do sypialni.

Chyba nigdy w życiu nie ubrałam się tak szybko. W przedpokoju złapałam za płaszcz, a na odchodne rzuciłam tylko:

— W piekarniku macie kaczkę, a w lodówce szampana. Życzę owocnej pracy. A, i jeszcze jedno. —

Odwróciłam się do Marty, która stała praktycznie przyklejona do ściany w pomiętej, czerwonej sukience, a jej tlenione kudły opadły, jakby w geście kapitulacji. — Lepiej uważaj, kiedy będziecie kończyć raport. Jakub ma problem z przedwczesnym entuzjazmem. — Zrobiłam w powietrzu znak cudzysłowu i opuściłam mieszkanie.

— Ela. Elka! — wołał, ale ja byłam już poza jego zasięgiem.

Musiałam odetchnąć świeżym powietrzem. Potrzebowałam przestrzeni. Kiedy zbiegałam po schodach, działałam metodycznie. Oddychać. Patrzeć pod nogi. Dotrzeć do wyjścia, a potem... Potem zalać się łzami.

***

Szłam przed siebie, tylko co jakiś czas zerkając na drogę. Celowo mijałam kolejne przystanki autobusowe. Ostatnie czego teraz chciałam, to towarzystwo obcych ludzi, w ogóle ludzi. Ci, których mijałam na chodniku wydawali mi się tylko przelotnymi cieniami. Piekły mnie oczy od spływającego po twarzy tuszu do rzęs. Bolała głowa od nadmiaru wydarzeń i łez. Jeszcze niedawno myślałam, że spotkało mnie wyjątkowe szczęście. Teraz nie pozostała mi nawet nadzieja na jego odzyskanie. Świat wyglądał inaczej. Nawet ta smętna droga, prowadząca przez totalne zadupie, wcześniej wydawała się ładniejsza.

— Pieprzona dziura! — wykrzyczałam, gdy jedna ze szpilek wygięła się na kamienistym podłożu. — Pierdolona strefa zero. — Musiałam dać upust emocją. Potrzebowałam tego jak powietrza.

— Pani — odezwał się ktoś idący za mną.

Odwróciłam się niechętnie. Facet jeden z tych, co preferują procenty.

— Nie mam pieniędzy — powiedziałam, zakładając z góry czego chce.

— Pani taka ładna, a tak brzydko mówi.

— Daj mi spokój.

— Niech się pani nie denerwuje.

Nie zareagowałam. Nie chciało mi się. Przyspieszyłam kroku. Jakby tego było mało, nie zabrałam ze sobą telefonu. Myślałam, że nie będzie mi potrzebny w tak szczególny dzień. Ścisnęło mnie w żołądku. Starałam się sobie przypomnieć, co w takich chwilach robiły bohaterki moich książek. No cóż... Wyły jak bobry, zażerając się lodami w zaciszu czterech ścian swoich mieszkań.

Minęłam kolejny przystanek. Zimny wiatr wdarł się pod mój płaszcz. Potarłam ramiona rękami i postawiłam kołnierz. Przynajmniej przestałam płakać. Byłam pewna, że jeszcze przyjdzie na to czas.

Mój ambitny plan demonstracyjnego spaceru dla ostudzenia emocji zaczął kruszeć. Obróciłam się na pięcie i wróciłam na przystanek. Schowałam się w wiacie i czekałam.

***

W mieszkaniu poczułam się jeszcze gorzej. W każdym kącie widziałam Jakuba. Pamiętałam, jak miesiąc wcześniej szykował dla mnie śniadanie po upojnej nocy razem. Jak śmiał się, kiedy wpadały mi do głowy kolejne pomysły na fabułę książki. Jak całował mnie przy oknie i mówił, że jestem najpiękniejszą kobietą na świecie.

— Kurwa mać! — krzyknęłam, stojąc w przedpokoju. Najpierw rzuciłam kluczami o podłogę, potem leciało już wszystko, co miałam pod ręką. Parasolki, ukochany za duży sweter, który wisiał na wieszaku. Bibelot z napisem „HOME SWEET HOME” stojący na szafce z butami. W końcu zmęczona oparłam się o ścianę i osunęłam po niej na parkiet. Znów wyłam jak małe dziecko. Tym razem już nic nie stało mi na przeszkodzie.

Nie wiedziałam ile czasu siedziałam tak z twarzą ukrytą w dłoniach. Z depresyjnego letargu wyrwał mnie dźwięk połączenia. Słodko pierdząca melodyjka wydostająca się z komórki, którą zostawiłam na stoliku w salonie, zmusiła mnie, żebym wstała. Nie spieszyłam się. Podniosłam się ociężale i z miną cierpiętnicy ruszyłam do salonu. Westchnęłam, gdy na wyświetlaczu zobaczyłam napis: „Aga PP”. Podwójne „P” oznaczało praca i przyjaciółka. Agnieszka była moją redaktorką. Szybko stała się też przyjaciółką. Choć kochałam ją jak siostrę, nie miałam teraz ochoty z nią rozmawiać. Po kilku próbach odpuściła.

Usiadłam na brązowej sofie, w której jedna ze stron miała widoczne wgłębienie, i rozejrzałam się po wnętrzu. Na przeciwko sofy stał stary sekretarzyk babci Lusi. Obok segment z barkiem zamykanym na kluczyk, a na środku nieduży, okrągły stół i dwa krzesła. Typowy wystrój starszej pani. Mieszkanie odziedziczyłam po babci, mamy mojej mamy. Zmarła trzy lata temu, ale wprowadziłam się do niego na krótko przed poznaniem Jakuba. Od urodzenia mieszkałam w Krakowie z mamą i młodszą siostrą. Tata zmarł, kiedy miałam rok. Postawiłam na Wrocław, bo zawsze darzyłam te miasto sentymentem. Spędzałam w nim większą część wakacji. Drugim powodem była właśnie Agnieszka. Pochodziła stąd i to przeważyło szalę nowego początku.

Następne częściKarmin — rozdział 2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Jared rok temu
    "W każdym koncie widziałam Jakuba." - zdecydowanie o kąt chodziło a nie o konto :P

    "Taka uparta jesteś. Wiesz, że kiedyś się w tobie podkochiwałem." - ho, ho - as podrywu :P Z grubej rury jedzie mister Jacek, ale tak domniemywam, że nie przez przypadek się pojawił i dane mu będzie zrealizować swój scenariusz miłosny w zastępstwie za nielojalnego Kubusia. (Tak zgaduję). Musisz im tylko zaaranżować przypadkowe spotkanie ^ ^" O rany, dawno nie czytałem romansu - trochę za szybki i porywczy w fabule jak na mój gust, no ale miło mi się czytało :P
  • Nieoczywista rok temu
    Dzięki. Jakoś tak próbuję swoich sił, a co wyjdzie... Fajnie, że wpadłeś. Co do Jacka. Raczej nie będzie częstym gościem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania