Poprzednie częściKobieta dwóch epok.

Kobieta dwóch epok. Błąd w Matriksie

To było lato z gatunku tych, w których termometry we Włoszech błagają o litość, a asfalt pod butami zaczyna przypominać konsystencją świeżą plastelinę. Powietrze było tak gęste, że można je było kroić nożem do pizzy, a słońce odbijało się od murów z siłą reflektora. Pachniało cytrusami i kurzem, który leniwie unosił się w powietrzu, jakby jemu też nie chciało się nigdzie spieszyć.Basia spadła mi z nieba zaledwie kilka dni wcześniej.

Jako dumna „lokalska” przewodniczka, postawiłam sobie za punkt honoru wstrzyknięcie jej stu procent prawdziwej Italii prosto w żyły. Chciałam pokazać jej wszystko: architekturę, ekspresywnych ludzi i tę specyficzną codzienność, w której gestykulacja zastępuje przecinki. Ruszyłyśmy w stronę centrum. I wtedy stało się jasne, że plan zwiedzania miasta właśnie uległ drastycznej zmianie. To miasto miało zwiedzać Basię.

Basia miała na sobie jasną, zwiewną sukienkę, która falowała przy każdym kroku z gracją hollywoodzkiej gwiazdy. Jej długie, blond włosy łapały promienie słońca tak bezczelnie, jakby miały podpisany kontrakt na wyłączność z lokalnym działem oświetlenia. Był w tym jakiś absolutny, organiczny spokój. Zero wysiłku. Basia po prostu szła, a grawitacja i uwaga otoczenia natychmst zmieniały swój wektor. Ja, idąc skromnie dwa kroki za nią jako jednoosobowy komitet obronno-obserwacyjny, miałam darmowe bilety w pierwszym rzędzie na spektakl pod tytułem: „Jak zdestabilizować ruch drogowy w Europie Południowej”.Zaczęło się od niewinnego preludium. Pierwszy klakson był krótki, niemal odruchowy, jak kliknięcie „Lubię to” na żywo.– Ciao, bella! – poniosło się zza kierownicy jakiegoś Fiata. Potem nastąpił efekt domina.– Bella!– Come stai?! Zza rogu wychylił się skuter, którego kierowca niemal skręcił kark, próbując utrzymać Basię w polu widzenia. Ktoś inny uniósł rękę w geście tak dramatycznego pozdrowienia, jakby właśnie witał papieża, a facet w dostawczaku zapomniał, że pedał gazu służy do jazdy w przód, a nie do stania na środku skrzyżowania z otwartą buzią. Basia, z oazą spokoju w oczach, rzuciła przez ramię lekki uśmiech i zapytała ze szczerym, słowiańskim niedowierzaniem:– Oni tak zawsze?– Często – westchnęłam, poprawiając torebkę. – Ale dzisiaj to chyba jakaś kumulacja.

Ta zwyczajna ulica do centrum zaczęła przypominać plan filmowy, na którym ktoś podmienił statystów na statystów pod wpływem potrójnego espresso. Stałyśmy się pięknym błędem w tutejszym matriksie.I wtedy na scenę wjechał główny punkt programu. Przed nami toczył się samochód. Słowo „toczył się” jest tu kluczowe, bo kierowca zredukował bieg do absolutnego minimum. Włoski temperament wygrał jednak z przepisami ruchu drogowego. Mężczyzna całkowicie zrezygnował z patrzenia na przednią szybę. Przerzucił całą swoją uwagę na szybę boczną, odprowadzając Basię wzrokiem z zaangażowaniem godnym astronoma odkrywającego nową galaktykę. Jego auto poruszało się już tylko dzięki czystej magii i sile bezwładności.W mojej głowie, niczym czerwony alarm w łodzi podwodnej, zaczęła pulsować jedna, rozpaczliwa myśl: Chłopie, błagam, patrz przed siebie... chociaż raz zerknij na ten zderzak...Nie zerknął. Pasja wygrała z instynktem samozachowawczym.Ułamek sekundy później popołudniową sielankę rozerwał na strzępy najbardziej klasyczny, soczysty dźwięk włoskiej katastrofy:BUUUUM! Kierowca z tyłu, prawdopodobnie równie mocno zajęty analizowaniem urody mojej przyjaciółki, nie zdążył nawet dotknąć hamulca.Czas na moment zamarł. Sukienka Basi przestała falować. A potem... runęła lawina. Ulica eksplodowała podręcznikowym włoskim chaosem. Sprawcy całego zamieszania wyskoczyli z aut z prędkością wystrzelonych korków od szampana. Zaczęli gestykulować tak gwałtownie, że wokół nich wytworzył się mały prąd powietrzny. Z oddali dolatywały do nas tylko strzępy głośnych, soczystych przekleństw mieszających się z pretensjami o pogniecioną blachę. Choć kłócili się wniebogłosy, wyrzucając ręce w powietrze z teatralną ekspresją, co sekundę obaj z idealną synchronizacją zerkali w naszą stronę, jakby sprawdzali, czy ich drogowy dramat robi na Basi odpowiednie wrażenie. Basia stała przez chwilę jak wryta, patrząc na to widowisko szeroko otwartymi oczami. W końcu powoli odwróciła głowę w moją stronę.– Co tu się właściwie stało? – zapytała zszokowana, wciąż mrugając z niedowierzaniem.– To twoja wina! – odparłam od razu, ledwo łapiąc oddech i krztusząc się ze śmiechu. – Coś ty im zrobiła?! Dziewczyno, paraliżujesz miasto! Basia zakryła twarz dłońmi, a jej ramiona zaczęły drżeć.– No nie wierzę... – wykrztusiła, też już nie wytrzymując. – Co za kretyni! Co za absurd! I w tym idealnym momencie obie po prostu pękłyśmy. Zaczęłyśmy się śmieć na cały głos, do łez, zarażone totalną niedorzecznością tej sekwencji zdarzeń. Bo kiedy twoja kumpela doprowadza do karambolu samym tylko przejściem chodnikiem, nie możesz zrobić nic innego, jak tylko to docenić. Czasem życie potrafi ułożyć scenę tak, że trudno uwierzyć, że nie jest tylko opowiedzianą historią. A ja do dziś, gdy wracam pamięcią do tamtego lata, widzę nie tylko słońce i ulicę.Widzę też Basię idącą przed siebie – i cały włoski ruch drogowy, który na jej widok kompletnie zapomniał, jak się jedzie prosto.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania