KRES - Rozdział 4
Stojąc przed dwuskrzydłowymi drzwiami rezydencji Castonów, tłumiła w sobie targający nią gniew. Wepchnęła do kryształowej szkatułki budujące się poczucie bezradności. Wyciszyła się. Relatywnie, bo tylko bogowie raczą wiedzieć, jak wielkiego spokoju ducha trzeba, by zdusić myśli o nadciągającej tragedii, tym bardziej jeśli dramat ów dotyczy małego dziecka. Powiodła zwężonymi źrenicami po marmurowych węgarach i zawieszonym wysoko ponad jej głową nadprożu. Zbytek wylewał się tutaj wraz z każdym, najdrobniejszym, szmirowatym szczegółem. Wszystko było na pokaz. Nie liczyło się, że marmur był niskiej jakości, znaczenie miał sam fakt jego posiadania, afiszowania się bogatym obejściem.
Słońce niemiłosiernie paliło nagie ramiona jakby na złość nawałnicy z poprzedniego dnia. Przetarła dłonią upocone czoło. Para ametystowych oczu łypała na nią zuchwale z wyobrażającej lwa, mosiężnej kołatki. Z lwiego pyska zwieszał się jęzor, wielki niczym bycze jaja. Z obrzydzeniem chwyciła za jego zaskakująco chłodny koniec i zastukała. Przez kilka uderzeń serca miała nadzieję, że nikt nie otworzy. Idylliczna wizja runęła jednak, wraz ze szczękiem kluczy. Zamek zachrobotał, a jedno ze skrzydeł uchyliło się szeroko, odsłaniając groteskową postać, niby doklejoną do widoku przestronnego holu, ale faktycznie znajdująca się tuż za progiem. Kobiecina liczyła sobie nie więcej niż metr pięćdziesiąt, przy czym była chuda i pomarszczona jak wysuszone jabłko. Ramiączka białego fartuszka ledwo trzymały się na kościstych ramionach, a upięte w kok włosy, przerzedzone tak bardzo, że prześwitywała przez nie pokryta płatkami łupieżu skóra, obsunęły się koślawo na bok.
– Córka Baenora? – zaskrzeczała nieprzyjemnie, ściskając w palcach posrebrzaną klamkę. Ani myślała usuwać się z drogi.
– Laryiena Baenor – przedstawiła się Lara, dygając, jak nakazała jej matka.
Dygaj za każdym razem, jak tylko napotkasz w tym domu kogoś nowego. Powiedziała. A w zasadzie powtarzała to kilkukrotnie, układając jej włosy na krótko przed wyjściem z domu. Tak jakby Lara już za pierwszym razem miała nie pojąć intencji autorki tejże złotej rady.
Starucha, na oko dobrze ponad dziewięćdziesiątkę, wychyliła się tymczasem, mierząc gościa od stóp do głów.
– Nie za stara ty aby na zamążpójście? – oszacowała. Nie było to bowiem pytanie. Choć mogło tak brzmieć, gosposia ewidentnie stwierdziła fakt.
Nastała krępująca cisza, przerywana sporadycznie irytującymi pokrzykiwaniami pawia znajdującego się w bliżej nieokreślonej odległości, gdzieś na tyłach domostwa. Przeklęte ptaszysko darło się tak, że Larze dosłownie dzwoniło w uszach.
– Marwo! Wpuść młodą damę do środka! – zarządził ktoś z wnętrza budynku.
– Młodą... Tyć widziała kiedy młodą... – wymamrotała wiekowa służka, ale naraz odsunęła się z przejścia, dygocząc przy każdym ruchu, jak gdyby stała na siarczystym mrozie. – Wchodzi panna. – Machnęła uwiędniętą dłonią, prawie że muskając powykręcanymi artretyzmem paluchami, rąbek sukienki dziewczyny.
Lara nieśmiało postąpiła przez śmiesznie gigantyczną wycieraczkę. Rozpoznała głos dochodzący z holu. Należał do matki Gylesa, Amary.
– Przepraszam cię za nią – rzekła szlachcianka w średnim wieku, dostojnie schodząc po nieproporcjonalnie wielkich schodach. Obfita suknia sunęła za nią z cichym szelestem, a pozłacane pierścionki uderzały o kutą w powojniki poręcz za każdym razem, gdy kobieta kładła na niej dłoń. Jednocześnie, pani domu omiatała wzrokiem przyszłą synową. Tuż przy wąskiej linii ust wykwitła jej subtelna zmarszczka zadowolenia, co trochę uspokoiło Larę. Nie żeby rozważała to w kategoriach dobrego znaku dla powodzenia planowanego związku. Oczywiście nie planowała wiązać się z młodym Castonem, a raczej jakoś się z tego wymigać. Po prostu ulżyło jej na myśl, że choć jedna osoba, z dużą dozą prawdopodobieństwa, odniesie się tu do niej z autentyczną sympatią. Zresztą, Amara zawsze ją lubiła. Nie widziały się wiele lat, ale najwyraźniej pani Castone z zadowoleniem przyjęła dorosły wizerunek znanej jej kiedyś dziewczynki.
– Dzień dobry. – Dygnęła ponownie. – Nic się pani nie zmieniła – wykrztusiła z siebie, nie mając pojęcia, jak powinna zacząć rozmowę. O niegrzecznej służącej zdążyła szybko zapomnieć. I tak nie była istotna dla sprawy, w związku z którą się tu znalazła.
– Za to ty, wyrosłaś na piękną kobietę. – Amara podeszła niebezpiecznie blisko i objęła dłońmi rumianą twarz przyszłej synowej. – Słuchając tego, co opowiadał o tobie mąż, wyobrażałam sobie, że przyjdzie mi powitać rozczochraną, byle jaką chłopczycę, a tu proszę... taka niespodzianka. – Uśmiechnęła się, autentycznie uradowana. – Teraz już wiem, czemu Gyles bez mrugnięcia okiem zgodził się na ślub. Ma chłopak gust.
– T-tak...
Zwinnie wydostała się z krępujących objęć. Nie umiała ukryć zażenowania. Żałowała, że pozwoliła matce upiąć włosy. Rozpuszczone kosmyki mogłyby zakryć spąsowiałe poliki.
– A właśnie... – Coś sobie przypomniała. Nieporadnie wygmerała z podwójnego ramiączka figurkę motylka, uświadomiwszy sobie pod skonfundowanym spojrzeniem gospodyni, że powinna wyjąć ją dużo wcześniej. – Proszę. Prezent dla pani.
– Nie mogę tego przyjąć.
Amara nieomal wepchnęła jej podarunek z powrotem, nerwowo rozglądając się po wnętrzu posiadłości. Starczyło krótkie zerknięcie na misternie kutego owada, a uśmiech zastąpiło nieme przerażenie, które na moment kompletnie zamurowało Larę. Odruchowo odsunęła się od wpychanego jej na powrót przedmiotu.
– Ale dlaczego?
– To za drogie – odparła, nadal próbując zwrócić podarek. Jej wzrok wciąż krążył po pomieszczeniu. Zerkała na wszystkie drzwi i kąty, jakby w obawie, czy ktoś tam nie stoi i ich nie obserwuje.
Lara natomiast wciąż skutecznie jej unikała. W pewnym momencie chowała nawet ręce za plecy, utrudniając kobiecie przekazanie motylka. Ubzdurała sobie, że prezent musiał zostać przekazany, bo tak przecież nakazywał zwyczaj i dobre maniery. Kręciły się więc u podnóża schodów, jedna za drugą, wykonując chaotyczne ruchy. W przyległym salonie, skryta za przerośniętym fikusem Marwa mruknęła coś do siebie, przypatrując się osobliwemu zajściu. Nie potrafiła zrozumieć bogaczy. Choć pracowała u nich, odkąd tylko nauczyła się mówić pełnymi zdaniami, to nadal stanowili dla niej zagadkę nie do rozwiązania. Powiedzieć, że byli dziwni, to zdecydowanie za mało.
– Mamo? Co ty wyprawiasz?
Obie obróciły się ku zbroi, ustawionej obok jednej z czterech zdobiących hol kolumn. Wyłonił się zza niej mężczyzna, całkiem podobny do Gylesa, tyle że z brodą i nieładną blizną pod lewym okiem. Ostrożnie, wsparty na dwóch drewnianych kulach, przykuśtykał ku poręczy, o którą oparł się ciężko, pozwalając odpocząć nie do końca sprawnym kończynom. Jedno z jego ramion asymetrycznie wyciągnięte było ku przodowi, a tuż za nim wyrastał dość spory garb, osobliwie skrzywiając całą sylwetkę. Lewą stopę wykrzywioną miał nieco do środka, a oba kolana nienaturalnie wygięte do wewnątrz.
– Bredo? – Lara natychmiast rozpoznała w nim starszego brata Gylesa. Choć sądząc po minie, jaką przywdział, on nie rozpoznał jej.
– Czy my się... – zaczął, ale gwałtownie przerwała mu matka:
– Co ty tutaj robisz? – Jej rysy z dobrotliwych i sympatycznych, przeobraziły się w ostre, zagniewane zmarszczki. – Miałeś siedzieć w oranżerii. Służba przyniosła ci lunch i sztalugę z nowym płótnem.
– Przynieśli mi sok pomidorowy, którego nie lubię. Dzwoniłem kilka razy, a że nikt się nie pojawiał... – nadal wsparty na kulach rozłożył ręce, mówiąc tym samym: Co miałem robić?
Marwa ukradkiem umknęła do kuchni we własnym, ślimaczym tempie. Owszem, słyszała dzwonek młodego panicza, ale obserwowanie kobiet zdawało się wielce ciekawsze niż wysłuchiwanie wiecznych narzekań niedołężnego chłopaka.
– Kim ona jest? – zapytał, wskazując Laryienę ruchem głowy. Co oczywiście było dość niegrzeczne.
Amara pospiesznie ulokowała się pomiędzy nimi tak, aby rozkloszowana, drapowana suknia choć połowicznie zasłoniła Bredowi obiekt jego zainteresowania.
– To mój gość. Nikt, kto powinien cię interesować.
– Doprawdy? – Prychnął. Przesunął się ku kolumnie, aby mimo wszystko dojrzeć, kim też może być gość matki, którego tak natarczywie skrywa przed jego oczami. Nie uszło jego uwadze, iż młoda, nieznana kobieta wyglądała jak tysiące kwiecia paproci* i byłby głupcem, gdyby nie poznał choćby jej imienia. – A może pani ma odmienne zdanie na ten temat?
Lara przez cały ten czas nie poruszyła się ani o centymetr, bo skąd ta nagła zmiana w gospodyni i z jakiej racji ukrywała jej tożsamość przed własnym synem? O czym jej jeszcze nie powiedziano?
– Mogłabyś udać się do salonu? – zaproponowała nagle... Czy też prędzej, jak zauważyła Laryiena, poleciła Amara, nie odwracając się nawet ku adresatce tejże treści. – Marwa zaraz poda ci coś do picia, a ja lada moment do ciebie dołączę... Muszę tylko rozmówić się z synem.
Atmosfera zrobiła się nieciekawa. Lara, nie chcąc brać udziału w budującym się konflikcie, z niepotrzebnym skinieniem oznaczającym przystanie na propozycję, czy też, jak już sama z sobą zdążyła ustalić, polecenie, skierowała kroki ku szerokiej arkadzie, prowadzącej do przestronnego pomieszczenia z widocznym już od wejścia kominkiem.
Gdzieś z tyłu skrzypnęły drzwi, lecz skupiona na narzuconym celu, praktycznie nie zwróciła na to uwagi. Jedną nogą była już w salonie, gdy ktoś za jej plecami zapytał:
– Laryiena?
Stukot jej podeszw ucichł. Obejrzała się na drzwi, najprawdopodobniej prowadzące do kuchni. Świadczyła o tym choćby przesuwana klapka, zainstalowana w ich froncie, swego rodzaju podajka. W każdym razie to za nimi zniknęła wcześniej służka. W tym jednak momencie stał w nich Gyles. Wysoki, ogolony na gładko, z nienaganną fryzurą i twarzą dużo przystojniejszą, niż to sobie zapamiętała. Pięć lat temu, kiedy miała okazję porozmawiać z nim w garnizonie, wyglądał mniej atrakcyjnie. W porządku, może od tamtego czasu widywała go jeszcze parokrotnie, ale nie miała okazji przyjrzeć mu się z bliska, ani tym bardziej zamienić słowa, toteż zaskoczona zmianą, miała prawo wstrzymać oddech na te parę sekund. Tak to przynajmniej sobie tłumaczyła.
– Gyles? – wycedziła jakoś tak, nazbyt niewyraźnie.
– Laryiena? – Tym razem pytanie powtórzył Bredo, robiąc przy tym wielkie oczy. – Wygląda na to, że kłamstwo ma krótkie nogi – zwrócił się do Amary, przelewając w sztuczny uśmiech tyle złośliwości, że Lara prawie się cofnęła. – Bardzo krótkie... Czyż nie, matko?
*Wyglądać jak tysiące kwiecia paproci — odpowiednik naszego „wyglądać jak milion dolarów"
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania